Pluszowa strona igrzysk. Historia maskotek olimpijskich

Pluszowa strona igrzysk. Historia maskotek olimpijskich

Od ponad pięćdziesięciu lat towarzyszą najlepszym sportowcom w trakcie igrzysk olimpijskich. Z każdymi kolejnymi robią się popularniejsze. Ich wygląd i imiona budzą kontrowersje, ale koniec końców – stają się obiektem pożądania dzieciaków… i nie tylko. W jednym z odcinków „Simpsonów” manii ich zbierania uległa nawet Lisa, córka Homera. W dodatku każda z nich jest symbolem – może nie tak znaczącym, jak flaga czy hasło olimpijskie, ale ważnym dla organizatorów igrzysk. Mowa o maskotkach, bez których współczesne igrzyska olimpijskie nie mogą się już obyć.

Choć długo mogły, bo pierwsza oficjalna maskotka pojawiła się dopiero w 1972 roku, gdy olimpiada zawitała do Monachium. Ale o niej za chwilę, najpierw wypadałoby napisać o tych, których MKOl oficjalnie nie uznaje (choć jedna z nich przywoływana jest na oficjalnej stronie igrzysk), ale wspomnieć wypada. Pierwszą taką maskotką był „Smoky”, który pojawił się w Los Angeles już w 1932 roku. Cztery dekady przed Monachium! Trochę czasu zajęło tęgim głowom dojście do konkluzji, że to w sumie może się sprawdzić, co?

To dziwi, bo „Smoky” odniósł podobno spory sukces. Inna sprawa, że był… żywym psem. Urodził się w wiosce olimpijskiej niedługo przed igrzyskami, miał ciemną sierść, krótkie łapy, podniesione do góry uszy i ogon zwinięty pod brzuch. Nałożono mu białą „pelerynę”, na której namalowano pięć olimpijskich kółek i napis „Mascot”. Mały kundelek budził zachwyty, bo… po prostu był małym kundelkiem – uroczym, żywym i prawdziwym. Tyle wystarczyło.

Maskotką, która rozpoczęła ich „właściwą” historię na igrzyskach, stał się „Schuss”. Był on… trudno stwierdzić czym. Najprościej opisać go jako najbardziej minimalistycznego narciarza, jakiego widzieliście w swoim życiu, w dodatku zjeżdżającego po stoku, zresztą dość szybko (stąd zresztą jego imię, które po polsku znaczy po prostu „szusować”). Na tyle że sylwetka się zaciera. Jego wygląd można jednak wytłumaczyć – projektant miał ponoć na stworzenie odpowiedniej maskotki… jedną noc. I w tym czasie wymyślił Schussa.

Żeby jakoś nawiązać do igrzysk, postawił go na nartach i ubrał w narodowe barwy – biel, ciemny błękit i czerwień. Sam Michele Verdier, dyrektor MKOl do projektów specjalnych, mówił, że „to nie była ani osoba, ani zwierzątko”. Dodajmy że tak naprawdę nie była to też… maskotka. Bo nie używano wówczas tego słowa. Schussa zwykle zwano więc „postacią” i trzeba przyznać, że to całkiem odpowiednie określenie. Warto też dodać, że wówczas jeszcze nie było pomysłu, by ktoś ubrał się w taki kostium i paradował w nim po uliczkach Grenoble. Sprzedawano za to przypinki i zabawki, z których do wszystkich uśmiechał się Schuss.

Na igrzyskach w Meksyku, kilka miesięcy później, pojawili się z kolei Juanito i Pico. Ten pierwszy był chłopcem w sombrero, drugi ptakiem, którego wizerunek został wyciągnięty z quetzala, godła Meksyku. Nie byli jednak stworzeni na wyłącznie potrzeby igrzysk – Juanito był maskotką mistrzostw świata, odbywających się dwa lata później, a od czasu do czasu towarzyszył mu właśnie Pico. Meksykanie po prostu wykorzystali je już dwa lata wcześniej.

*****

Zanim przejdziemy do tych maskotek, które MKOl oficjalnie „zatwierdził”, warto napisać, dlaczego te pluszaki są aż tak ważne, szczególnie dla komitetów organizujących daną imprezę. Cóż, pierwszy powód jest tu oczywisty: kasa. Maskotki to ogromne zyski. Po igrzyskach w Pekinie – a pamiętajmy, że te odbyły się już 11 lat temu – obliczono, że ze sprzedaży maskotek i gadżetów z logo igrzysk do kasy komitetu wpłynęło ponad 300 milionów dolarów. Konkretna sumka. Zresztą dochody z maskotek przekraczają ponoć wpływy uzyskiwane z biletów.

Maskotki są bowiem sprzedawane w naprawdę wielu formach. Ta pluszowa, która automatycznie nam się z tym słowem kojarzy, jest oczywiście najpopularniejsza. Ale poza tym znajdziecie je na koszulkach, breloczkach, naklejkach, czapkach, długopisach i tak dalej. Podejrzewamy, że gdybyśmy umieścili na tej liście kołpaki do Jelcza albo pokrywę od śmietnika, też moglibyśmy trafić. Serio, jeśli wybierzecie się na igrzyska, wizerunki maskotek znajdziecie prawdopodobnie wszędzie. A piszemy tylko o tych oficjalnych przedmiotach – pamiętajmy, że mnóstwo będzie też zapewne gadżetów pochodzących z „niepewnych” źródeł.

Bo i takie się na pewno pojawią, choć w 1991 roku obecność maskotki przy okazji igrzysk usankcjonowano w Karcie olimpijskiej, która mówi, że „maskotka jest uważana za emblemat olimpijski, projekt którego musi być przedstawiony przez Komitet Organizacyjny Igrzysk Olimpijskich do aprobaty przez komitet wykonawczy MKOl”. Innymi słowy: jeśli chcecie wykorzystać maskotkę w reklamie, płaćcie kasę komitetowi, bo to on musi wyrazić na to zgodę. Prosta sprawa.

Drugi powód jest taki, że maskotki to świetny sposób na to, by przyciągnąć dzieciaki. Co do tego chyba nie trzeba nikogo przekonywać. W trakcie igrzysk w Atenach dziennikarze portalu VOA News rozpytywali ludzi o maskotki. Wszyscy mówili, że kupili, wielu dodawało, że nie tylko dzieciom, ale i sobie, bo to super pamiątka. A to tym wymowniejsze, że w samej Grecji zwycięski projekt – wzorowany na starożytnych lalkach, które przedstawiać miały boskie rodzeństwo, Apolla i Atenę – budził sporo kontrowersji.

Jest jeszcze powód numer trzy: dla samych organizatorów maskotki to sposób na to, by coś przekazać. Konkrety potem, ale zwykle każdej z nich towarzyszy opis, wyjaśniający symbolikę i wybór tego konkretnego zwierzaka czy postaci (bo o ile początkowo były to głównie zwierzęta – mówiło się nawet o olimpijskim „zoo” – o tyle potem artyści zaczęli popuszczać wodze fantazji). Wiecie, tu wrzucimy kółka olimpijskie, tu odpowiednie kolory, tygrysa wybierzemy, bo tkwi w naszej kulturze – pełen pakiet. Czasem to wszystko zrobione jest to z pomysłem i smakiem, a czasem… cóż, zupełnie inaczej. W gruncie rzeczy jednak, jaki projekt by nie był – i tak ostatecznie się przyjmie, a kasa spłynie. Choć lepiej, żeby był dobry, jak mówił Bill Murphy, który zasiadał w komitecie organizacyjnym igrzysk w Londynie:

Przez swoje doświadczenia z komitetu zrozumiałem, jak to jest, gdy cały świat obserwuje miasto, w którym żyłem od dziecka. To jak organizowanie wielkiej imprezy i zaproszenie całego świata. Dobra maskotka dodaje do tej imprezy energii i entuzjazmu, szczególnie wśród organizatorów i wolontariuszy. Zła wręcz przeciwnie. Koszty posiadania złej maskotki są wysokie. Począwszy od licencji i reklam – ludzie będą kupować przedmioty z dobrą maskotką, ale rzadziej kupią te ze złą. Komitetu organizacyjnego tak naprawdę nie stać na posiadanie złej maskotki.

*****

Gdybyśmy na moment opuścili igrzyska i zajrzeli też w inne miejsca, imprezy czy po prostu do toreb zawodników, przekonalibyśmy się, że maskotki obecne w sporcie były od zawsze. Przy sobie biegacze, piłkarze, koszykarze i cała reszta tej ferajny nosiła zwykle takie, które po prostu miały im przynieść szczęście. Wiecie, „mam w kieszeni swojego miniaturowego psa, więc wszystko będzie dobrze”. Po prostu dodawało to pewności siebie i pozwalało uwierzyć we własne możliwości. Zresztą wielu z nas pewnie to robiło, a i niżej podpisany za małolata woził ze sobą małą sowę w tym właśnie celu. Działała różnie, ale z plecaka jakoś nie wyfrunęła.

Tak naprawdę we wprowadzaniu maskotek „dużych”, przodowała piłka nożna i inne sporty zespołowe. Już w 1966 roku, na mistrzostwach świata w Anglii, piłkarzom towarzyszył lew „Willie” (i trzeba mu oddać, że akurat gospodarzom przyniósł szczęście). A jeszcze wcześniej swoje maskotki miały poszczególne kluby, często byli nimi… mali chłopcy. Ale to już inna historia. Co ważne to fakt, że ruch olimpijski ostatecznie też zorientował się, że maskotki to całkiem fajna rzecz i można na nich zarobić. Stało się to na przełomie lat 60. i 70.

Przygotowywano się wówczas do igrzysk w Monachium, których maskotką został „Waldi”. Był to pies, a konkretniej… jamnik. I choć dziś to rasa, z której częściej się śmiejemy, niż ją podziwiamy, to pod koniec lat 60. było zupełnie inaczej. No, przynajmniej w Bawarii, gdzie jamniki po prostu uwielbiano i było ich tam mnóstwo. Piszemy o latach 60., bo koncept stworzenia maskotki dla igrzysk narodził się na świątecznym przyjęciu pracowników Komitetu Organizacyjnego Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1969 roku. Każdemu z gości rozdano wówczas kredki, by narysował, co mu siedzi w głowie. Waldi okazał się najlepszym z przedstawionych rysunków.

Wybór jamnika tłumaczono tym, że jest to rasa, która ma cechy potrzebne i sportowcom – jest odporna, uparta i zwinna. Poza tym, co już napisaliśmy, kojarzyła się z Bawarią. Ten regio symbolizować miało też ubarwienie, Waldiego, który został pomalowany w pionowe pasy w trzech kolorach: niebieskim, zielonym i żółtym (każdy z nich miał dwa różne odcienie). Symbolizowały one odpowiednio: błękit nieba, zieleń łąk i żółtą barwę pól Bawarii. Złośliwi mówili jednak, że są to też barwy kół olimpijskich, ale z pominięciem dwóch: czerwonej i czarnej, które mogłyby się kojarzyć z czasami III Rzeszy.

W komitecie organizacyjnym były oczywiście działy prawny i finansowy, które bardzo chciały, żeby wszystko było zrobione z pluszu, futra. Mister Aicher (główny projektant) i ja, chcieliśmy, żeby był wyjątkowy, zaprojektowany od początku do końca przez nas. Ta maskotka miała być czymś więcej niż tylko maskotką

– mówiła Elena Winschermann, projektantka odpowiedzialna za powstanie Waldiego. Czy się udało? Z perspektywy czasu można chyba napisać, że tak – Waldi zrobił ogromną karierę, a gadżety z nim sprzedawały się wręcz zachwycająco. Nie dziwi, że MKOl i kolejne komitety organizacyjne już z tej formy promocji igrzysk nie zrezygnowały.

Za ciosem poszli więc Austriacy w 1976 roku, gdy organizowali zimowe igrzyska olimpijskie w Innsbrucku. Zrobili to jednak po swojemu i nie sięgali do atlasu zwierząt, a stworzyli postać bałwana (z jednej śnieżnej kuli) z rękami, nogami oraz czerwonym, tyrolskim kapeluszem. I uwaga, zrobiono go nie z pluszu, a z białego plastiku. Reprezentować miał: zimę, Tyrol (radosny i uśmiechnięty, jak i bałwan) oraz tamtejszą gościnność. Chyba zrobił to dobrze, skoro – specjalnie dla kolekcjonerów – wypuszczono niedługo inną, pluszową wersję maskotki, a sklepy opróżniono z gadżetów z jego wizerunkiem.

Ostateczne potwierdzenie tego, że maskotki to świetna, pasująca do igrzysk rzecz, nadeszło w Montrealu, kilka miesięcy później, gdy zorganizowano tam letnie igrzyska olimpijskie (do 1992 roku letnie i zimowe olimpiady odbywały się w tym samym roku). Wtedy sportowców i fanów witał bóbr Amik. Jego imię pochodzi z język Algonquin, plemion indiańskich, zamieszkujących tamten region i znaczy… „bóbr”. Nie było to może przesadnie oryginalnie, ale zostało wybrane ze względu na to, że nie sprawiało żadnych problemów w wymowie.

Amik wygrał również z tego względu, że bóbr to po prostu zwierzę doskonale znane w Kanadzie. – Bóbr jest jednym z symboli narodowych tego kraju. Sylwetka tego zwierzęcia znajduje się w herbie Montrealu, a także w herbie miasta olimpijskich regat, Kingston – mówił Roger Rousseau, przewodniczący komitetu organizacyjnego. Po jamniku Waldim była to więc kolejna maskotka, która miała kojarzyć się wszystkim nie tylko z igrzyskami, ale i całym regionem czy krajem.

*****

Różnie bywało z kolejnymi maskotkami, bo i różne były pomysły komitetów organizacyjnych. Weźmy rok 1980, gdy maskotką zimowych igrzysk w Lake Placid miał być Rocky, żywy szop. Tyle tylko że ten zmarł jeszcze przed rozpoczęciem imprezy, więc zastąpiono go maskotką nazwaną Roni (imię wybrał Tom Golonka, dwunastolatek z Guilderland, a wzięło się ono od skróconej nazwy szopa w języku plemienia Irokezów).

Postać Roniego stworzył Donald Moss, znany rysownik-freelancer, który współpracował m.in. ze „Sport Illustrated” oraz projektował logo reprezentacji USA w narciarstwie. – Naturalna maska wokół jego oczu wygląda bardzo podobnie do gogli narciarskich, noszonych przez zawodników na igrzyskach – mówił o swoim dziele. To od Roniego zaczęła się moda na przedstawianie maskotek w różnych dyscyplinach sportu (co pozwalało zresztą zwiększyć zyski). Szop jeździł więc na nartach (najczęściej), łyżwach, grał w hokeja i tak dalej.

Kilka miesięcy później igrzyska zawitały do Moskwy, gdzie gości witał niedźwiedź Misza, a właściwe Michał Potapycz Toptygin, jak brzmiało jego pełne imię. Wiktor Chiżikow, znany ilustrator książek, który powołał go do życia, pracował nad tym projektem przez pół roku, w trakcie których wykonał grubo ponad sto rysunków. Misza przyjął się znakomicie już w trakcie ceremonii otwarcia, gdy na jednej z trybun pojawił się jego wielki wizerunek, stworzony przez siedzące tam osoby. Choć Rosjanie jego postać rozreklamowali już wcześniej i to na sporą skalę – jeszcze przed igrzyskami wysłali misia w… kosmos. Serio, Misza znalazł się na pokładzie rakiety „Sojuz” i spędził trochę czasu w stacji kosmicznej. Zresztą w trakcie ceremonii zamknięcia też uniesiono go w powietrze – tym razem jednak balonami.

Swoją drogą to pierwszy przypadek, gdy maskotkę wybierali telewidzowie. Dokładnie rzecz ujmując – ci, którzy oglądali program „W świecie zwierząt”. Głosy oddało ponoć ponad 40 tysięcy osób, wygrał Misza. I to był strzał w dziesiątkę, bo niedźwiedź zrobił potem zawrotną karierę. Był na znaczkach pocztowych, występował w filmie animowanym, a nawet dbał o stosunki między USA a Rosją. Osiem lat po igrzyskach spotkał się bowiem na Placu Czerwonym z… Myszką Miki. Nie towarzyszyła im za to foka Wigri, która – o czym wielu zapomina – też była maskotką tamtych igrzysk. Odpowiadała ona za żeglarzy, których regaty zorganizowano w Tallinnie.

O coś zupełnie innego zadbał za to jugosławiański Vucko, czyli wilk, który towarzyszył zimowym igrzyskom z roku 1984. Przez to, że często pojawiał się jako postać humorystyczna, kompletnie zmienił opinię o wilkach, które żyły w pobliskich lasach. W Jugosławii bowiem, jak to ujmowali tamtejsi mieszkańcy „dziadkowie często powtarzali wnukom straszne historie o wilkach”, a te robiły tym zwierzakom złą reklamę. Po igrzyskach za to „każde dziecko zasypiało z Vuckiem w ramionach, nie było takiego, które by go nie miało”. I wilki nagle okazały się całkiem fajnymi zwierzętami.

Do tego grona dorzucić możemy jeszcze Sama, bielika amerykańskiego, którego stworzono na potrzeby igrzysk w Los Angeles. Zresztą za projekt odpowiadał Bob Moore, legendarny rysownik Disneya, a studio to było wykonawcą projektu. Na głowie orła niezmiennie obecny był charakterystyczny cylinder „Wuja Sama”, który symbolizował amerykański patriotyzm. Poza tym Sam był elegancko ubrany, miał nawet muszkę. Jeśli już go przedstawiano, to zwykle na najwyższym stopniu podium. Zresztą hasło, które mu towarzyszyło to „Go for the Gold”, bo Amerykanie myśleli głównie o tym, by do walki zagrzewał ich sportowców, a nie wszystkich wokół (co specjalnie nas nie dziwi). Dało to efekt w postaci 83 złotych medali, ale pamiętać trzeba, że igrzyska te zbojkotowane były przez kraje z bloku socjalistycznego. Sam orzeł też był złoty – na sprzedaży maskotek zarobiono wówczas 200 milionów dolarów. A potem powstał jeszcze między innymi serial, w którym Sam był detektywem. Ot, Ameryka.

*****

Nie bez powodu rozdzielamy te maskotki od kolejnych. Mniej więcej od igrzysk z roku 1988 wszystko zaczęło się bowiem zmieniać. Projektanci mieli coraz nowe pomysły, do gry wkroczyła zaawansowana symbolika, a maskotki coraz częściej – od czego chcielibyśmy zacząć – występowały w grupach, dwu-, trzy- lub nawet pięcioosobowych, reklamując igrzyska na jeszcze większą skalę. I tak też było w 1988 roku, gdy po raz pierwszy igrzyska miały nie jedną, a dwie maskotki. Były nimi misie polarne Howdy i Hidy (imiona wyłoniono w konkursie, w którym nadesłano podobno ponad 7000 propozycji).

Dwie maskotki miały też zimowe igrzyska w Lillehammer z 1994 roku. Byli to Haakon i Kristin, postacie dzieci, wzorowane na norweskiej historii. Ten pierwszy to król z XIII wieku, rządzący przez ponad cztery dekady i w Norwegii traktowany jako symbol dobrego władcy, coś jak nasz Kazimierz Wielki. Druga w rzeczywistości była jego ciotką, ale w tym przypadku wybrano ją na jego partnerkę.

Pracowaliśmy nad książkami dla dzieci, gdy Lillehammer przydzielono organizację igrzysk. Pewien meksykański architekt i twórca stworzył już wcześniej rysunki maskotek, które jednak niezbyt się tu przyjęły, bo były wtórne. Uznaliśmy, że wykorzystamy jego pomysł i dodamy do tego norweską kulturę. Maskotki stały się historycznymi postaciami. Jako że MKOl chciał nie tylko chłopca, ale i dziewczynę, wymyśliliśmy Kristin

– wspominała Kari Grossmann, jedna z twórców maskotek. Warto tu jeszcze napisać, że rolę tych ostatnich odgrywały w trakcie tych igrzysk… żywe dzieci. Było to obwarowane wieloma przepisami, choćby dotyczącymi godzin ich pracy, ale wypadło naprawdę nieźle, bo kibicom bardzo spodobał się taki pomysł na promocję igrzysk.

Całkowicie przypadkowo grupa maskotek promowała za to kolejne zimowe igrzyska. Pierwotnie miała być to łasica Snowple, ale gdy wytyczano trasy narciarskie odkryto skupiska rzadkich sów śnieżnych. Trasę trzeba było więc przenieść, a przy okazji zmieniono maskotkę. Zamiast łasicy stały się nią… cztery sowy, mające podkreślać szacunek dla przyrody. Sukki, Nokki, Lekki i Tsukki – bo tak się zwały – były jednak narysowane w uproszczonym, kreskówkowym stylu, bez wielu szczegółów. A, jeszcze jedno: ich imiona wybrano spośród 47 tysięcy nadesłanych propozycji. W ślady Nagano poszło też Sydney, gdzie dwa lata później organizowano kolejne, w tym przypadku letnie, igrzyska. Promowały je dziobak Sid (od Sydney), kolczatka Millie (Millenium) i kukabura – ptak z rodziny zimorodków – Olly (Olympic Games). Nie wybrano kangura ani koali, bo pomysł był taki, by zareklamować te mniej znane australijskie zwierzaki. I wyszło całkiem nieźle.

Maskotki grupkami prezentowano… aż do igrzysk w 2018 roku. W Salt Lake City były to zając Powder, kojot Copper i niedźwiedź Coal (ich imiona pochodzą od ubarwienia sierści), odpowiadające olimpijskiej maksymie „Citius, altius, fortius” („Szybciej, wyżej, mocniej”). Ich projekty realizowane były przez większą grupę ludzi, wśród której znalazł się też Steve Small, twórca postaci do „Herkulesa”, filmu Disneya. Cztery lata później były to z kolei Neve (Śnieg) i Gliz (skrócona forma włoskiego słowa „lód”). Maskotki te były dokładnie tym, co sugerowały ich imiona – kulką śniegu i kostką lodu. Jeśli też zapamiętaliście turyńską imprezę jako pozbawioną charakteru, czegoś unikalnego, co by ją wyróżniało, to być może właśnie dowiedzieliście się, dlaczego tak było. Jedno trzeba Włochom jednak oddać: maskotki prezentowano w naprawdę fajny sposób. Na ich potrzeby stworzono serial animowany z jednominutowymi odcinkami, z których każdy opowiadał o czymś istotnym dla igrzysk – historii, wartościach i wszystkim, co tylko wpadło twórcom do głowy.

W 2010 roku za to sięgnięto do ludowych opowiadań. Kanadyjczycy za swe maskotki wybrali bowiem stwory, które naprawdę nie istnieją. Były to Miga i Quatchi, do których czasem dołączały (nieoficjalne) Mukmuk i Sumi. Quatchi to Sasquatch (Wielka Stopa w językach Indian), Sumi to połączenie niedźwiedzia z thunderbirdem – ogromnym ptakiem, który miał żyć w Ameryce Północnej, innym legendarnym zwierzęciem Indian. Miga to z kolei miks innego gatunku niedźwiadka z orką, a Mukmuk podchodzi od świstaka wyspowego, występującego w tamtym regionie. On jednak w trakcie igrzysk raczej się nie pojawiał, bo – jak dobrze wiedzą wszyscy, którzy oglądali film z Billem Murrayem – zwierzaki te zapadają w sen zimowy.

*****

Maskotek prezentowanych w grupach było znacznie więcej i zaraz do nich przejdziemy, jednak ich przedstawienie wymaga powrotu do 1988 roku, gdy igrzyska odbywały się w Seulu. Bo to wtedy Koreańczycy zapoczątkowali modę na skomplikowaną symbolikę. Na maskotkę wybrali wówczas tygrysa Hodori („ho” pochodzi z tamtejszej nazwy tego zwierzaka, „dori” to zdrobnienie męskie). I to jeszcze da się łatwo zapamiętać. Jedźmy jednak dalej: na szyi Hodori zawieszone ma kółka olimpijskie, na głowie za to założoną czapkę sangmo, element stroju do tradycyjnego koreańskiego tańca ludowego (pod jego koniec tancerz w takiej właśnie czapce wbiega na scenę i, kręcąc dookoła głową, zagarnia sznurkiem wszystkich aktorów, muzyków i osoby z publiczności, do wspólnej zabawy), do której przyczepiona jest taśma, układająca się w „S” od słowa „Seul”. Wybór samego tygrysa też zresztą nie był przypadkowy – to zwierzę bardzo mocno zakorzenione w tamtejszej kulturze. Na tyle, że trzydzieści lat później, gdy organizowano zimowe igrzyska w Pjongczangu, maskotką znów stał się tygrys.

Równie zaawansowaną symboliką popisali się Chińczycy, gdy w 2008 roku igrzyska zawitały do Pekinu. Tyle tylko, że zaproponowali oni nie jedną maskotkę, a… całych pięć. Zwały się Beibei (ryba, reprezentowała wodę i życzyła wszystkim dostatku), Jingjing (panda, las, szczęście), Yingying (antylopa, ziemia, dobre zdrowie), Nini (jaskółka, niebo, powodzenie) oraz Huanhuan (olimpijski ogień, symbolizujący ducha igrzysk). Kiedy połączyło się sylaby z ich imion, można było ułożyć frazę „Bei Jing Huan Ying Nin”, co znaczyło po prostu: „Witamy w Pekinie”. Każda z nich była też koloru jednego z olimpijskich pierścieni.

– Chiny powinny czuć się szczęśliwe, mając tak wiele zwierząt, reprezentujących ducha olimpijskiego. Wszystkie mi się podobają i wierzę, że ta mała grupa przyjaciół stanie się niezwykle popularna i pomoże przekazać olimpijskie przesłanie całemu światu. Jestem również pewien, że maskotki poruszą także serca ludzi na całym świecie – pisał Jacques Rogge, prezydent MKOl, w liście gratulacyjnym z okazji zaprezentowania maskotek. I faktycznie, Chiny były szczęśliwe. Tym bardziej, że maskotki przyjęły się dobrze. Zresztą odpowiednio o to zadbano, tworząc – podobnie jak w Turynie – serial, w którym przedstawiały one historię ruchu olimpijskiego. Emitowany był na… ponad stu kanałach chińskiej telewizji, w Internecie, a nawet środkach publicznego transportu. Podziałało.

Swoje do maskotek-symboli dołożyli Brytyjczycy siedem lat temu. Ich maskotką był Wenlock, czyli… no właśnie, tu zaczyna się problem, który rozwiązać może jedynie lektura materiałów dotyczących tego stwora. Wenlock powstał podobno – i tak, istnieje cała jego historia – z ostatniej kropli stali zużytej na budowę Stadionu Olimpijskiego, stąd metaliczny wygląd. Na głowie ma światło, które kojarzyć ma się z tymi, jakich używają londyńskie taksówki, a kształt wspomnianej głowy odpowiada podobno kształtowi stadionu. Do tego ma pięć bransoletek w kolorach kół olimpijskich i – znów na głowie – trzy punkty, odpowiadające podium. Jego twarz to z kolei kamera wideo, rejestrująca wszystko, co na igrzyskach się dzieje. Poza tym poczciwy Wenlock ma też ze sobą logo igrzysk.

Ważne jest też jego imię – wybrano je na cześć Much Wenlock, wioski, w której już w roku 1849 zorganizowano lokalne igrzyska, zwane „Much Wenlock Olympian Games”. Istniało również stowarzyszenie, którego celem była popularyzacja sportu i kultury fizycznej, a które zajmowało się właśnie tymi igrzyskami. To po ich obejrzeniu Pierre de Coubertin miał zainspirować się i zacząć rozmyślać o stworzeniu czegoś podobnego na światową skalę. Warto tu dodać, że Wenlockowi towarzyszyła druga maskotka, Mandeville, patronująca igrzyskom paraolimpijskim. I jej imię też nie było przypadkowe – to w mieście Stoke Mandeville zorganizowano pierwsze zawody przypominające kształtem paraolimpiadę.

Cztery lata później i Brazylijczycy postanowili, że muszą zrobić coś naprawdę ciekawego. Stworzyli więc Viniciusa (i Toma, który pełnił tam rolę Mandeville) – miks wielu zwierząt z bogatej brazylijskiej fauny. Swe imię czerpał on od Viniciusa de Moraesa, poety, eseisty, muzyka i dramatopisarza, żyjącego w XX wieku, jednego z najważniejszych twórców brazylijskiej kultury. Maskotka – wraz z Tomem, który z kolei był mieszanką różnych roślin – wybrana została w publicznym głosowaniu. Obie uzyskały 44 procent głosów, a wy mogliście je zobaczyć na zdjęciu głównym tego tekstu.

Vinicius kocha Brazylię, z jej mieszanką kolorów, ludzi, akcentów, klimatów i nawyków. Jego misją jest zapełnić świat szczęściem i wspólnie celebrować przyjaźń poprzez sport – mówił, w filmowej biografii (tak, stworzono coś takiego) Viniciusa narrator. I trzeba przyznać, że to nasz zwierzak robił całkiem nieźle, często dało się go zobaczyć wśród sportowców, cieszącego się igrzyskami. Swoją drogą warto jeszcze wyjaśnić, że– zdaniem projektantów – Vinicius łączył w sobie cechy kotów, małp i ptaków.

*****

Okazuje się, że maskotki olimpijskie mogą być też przedmiotem niemałej kontrowersji. Wspominaliśmy już o tym, że wybrane na potrzeby igrzysk w 2004 roku Phevos i Athena pierwotnie nie spodobały się mieszkańcom Grecji. Dlaczego? Raz, że winny był po prostu ich wygląd, wynikający z wzorowania ich na starożytnych lalkach (przez co porównywano je nawet do… mutantów popromiennych), a dwa, że wielu uznało, iż niestosowne było tak żartobliwe zaprezentowanie dwójki z najważniejszych bóstw Starożytnej Grecji. Ostatecznie jednak forma lalek się przyjęła, igrzyska nie zawaliły, a olimpijski ogień płonął dalej.

Dziesięć lat później w Rosji dowiedzieliśmy się za to, że skorumpowane może być tam… wszystko. Dosłownie. A przynajmniej takie oskarżenia rzucano. Maskotkami były wtedy zając, lampart i niedźwiedź. Rozchodzi się o tego środkowego. Po ogłoszeniu wyboru jeden z tamtejszych portali napisał:

Władimir Putin uwielbia duże koty tak bardzo, że oskarża się go o sfałszowanie głosowania, żeby jedną z maskotek był lampart. Trudno bowiem wyobrazić sobie bardziej absurdalną maskotkę, mowa przecież o lamparcie jeżdżącym na snowboardzie. Jego wybór jest absolutnie nieusprawiedliwiony, nic w tym rosyjskiego.

Jakby tego było mało, organizatorzy dostali w bonusie jeszcze jedną aferę – oskarżono ich o to, że projekt niedźwiedzia jest zerżnięty z opisywanego tu już Miszy, którego Rosjanie pokochali ponad trzydzieści lat wcześniej. – Wygląda dokładnie tak, jak Misza. Nos, usta, uśmiech… Nie lubię, gdy ludzie kradną pomysły. To zawsze boli autora, którym w tym przypadku jestem ja – mówił Wiktor Cziżikow, twórca Miszy. Te zarzuty jednak odpierano, a znani projektanci i twórcy twierdzili, że są śmieszne i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ostatecznie zresztą ucichły, a skandalu udało się uniknąć.

Żeby było jednak zabawnie, w celu popularyzacji maskotek umieszczono je wszystkie na… nowej monecie dwudziestopięciorublowej.

*****

Co jeszcze wypadałoby napisać? Że zdarzały się projekty naprawdę oryginalne, choć niekoniecznie udane. Do obu tych grup należał z pewnością Izzy, maskotka igrzysk w Atlancie, pierwsza, którą wygenerowana komputerowo. Początkowo zwał się „Whatizit”, czyli po prostu „Co to jest?”. I to świetnie oddaje jego naturę, bo za nic nie da się na to pytanie odpowiedzieć. Ostateczna forma Izzy’ego – któremu wcześniej wielokrotnie zmieniano kształt – to niebieski, kreskówkowy stwór, który na odwłoku ma olimpijskie pierścienie (trzy, pozostałe dwa kolory są na jego powiekach), zamiast brwi ma błyskawice, w ręce trzyma olimpijski znicz, a na nogach ma czerwone buty.

Odbiór był mniej więcej taki, jak cała postać Izzy’ego – trudno było wywnioskować, jaka opinia przeważa. Do dziś uważa się go zresztą za przerost formy nad treścią i jedną z najbrzydszych maskotek igrzysk, ale… uwielbiały ją za to dzieciaki. Zresztą to one wybrały jej imię. Nie tylko dlatego, że przysyłały swoje propozycje, ale tę najlepszą wyłoniła „Rada Doradcza Dzieci z Atlanty”, w skład w której wchodziły 32 osoby w wieku od 7 do 12 lat.

A, Izzy ma też historię – żył we wnętrzu płomienia olimpijskiego, w fantastycznym świecie, który tam istniał, stąd zwykle, gdy z niego wychodził, trzymał go w dłoni. Nie wiemy jedynie, czemu ze znicza wyłaniały się wtedy kolorowe gwiazdki, a nie zwykły płomień. Być może odpowiedź tkwi w serii krótkometrażowych filmów telewizyjnych, których głównym bohaterem był właśnie Izzy, a który wyprodukowano w USA. Tego jednak nie wiemy, bo trudno odnaleźć je w zakamarkach Internetu. Podobnie jak grę komputerową, w której również umieszczono tę postać.

Znacznie mniejszy sukces odniósł Magik, śnieżny chochlik z zimowych igrzysk z 1992 roku. Pierwotnie w Albertville sportowcom towarzyszyć miał koziorożec alpejski, ale ten projekt zarzucono, a na jego miejsce weszło to… gwiazdopodobne coś w czerwonej czapce, bo tak można to opisać. Ale dobra, koniec znęcania się, bo to całkiem dobry pomysł, jedynie wykonanie pozostawiało nieco do życzenia. Trudno było bowiem dociec, czym ten Magik właściwie jest (co łączy go z Wenlockiem).. Gdy ludzie już dowiadywali się, że chochlikiem, mogli też doczytać, że symbolizuje on „młodość, marzenia i wyobraźnię”. Dla igrzysk – kombinacja idealna. Gdyby tylko było to nieco bardziej czytelne w samej jego postaci…

Swoją drogą imię (po francuscu brzmi „Magique”) nadano mu zupełnie przypadkowo. Komitet organizacyjny tamtych igrzysk miał jakieś wymyślić, ale mu się nie udało. Na szczęście Philippe Mairess, twórca maskotki, czytając raz jeszcze jej opis, który sam wymyślił, zauważył, że powtarza się tam właśnie słowo „magique”. I tyle, imię już było. Pozostało wprowadzić maskotkę do świadomości Francuzów i całego świata, co nie było przesadnie trudne, zważywszy, że była ona już zainstalowana w terminalach używanych w trakcie kursów dla wolontariuszy. Bo i taki był jej pierwotny cel – miała uczyć.

O Magiku z Albertville niewielu jednak pamięta, podczas gdy barceloński Cobi wciąż uznawany jest za jedną z lepszych maskotek, jakie powstały. A jego pierwotne przyjęcie było… bardzo chłodne. Projekt Javiera Mariscala, nawiązujący do twórczości kubistów (na czele z Pablo Picassem), przedstawiał psa stojącego na dwóch łapach. Jego imię wybrano, bo było łatwe do wymówienia, a w celu promocji stworzono 26-odcinkowy serial, przedstawiający przygody Cobiego i jego przyjaciół. Negatywnymi opiniami – których ubywało, gdy igrzyska się zbliżały – Mariscal w ogóle się nie przejmował. Wręcz przeciwnie – przedstawiał Cobiego, uprawiającego różne sporty: od szermerki, przez pływanie i żeglarstwo, po biegi czy koszykówkę. I to wszystko dało wspaniały efekt, mały pies podbił serca fanów, na czele z Katalończykami.

Zawsze uważałem, że maskotka powinna być zwierzęciem. Ale ludzkim, takim, które przypomina człowieka. W gazetach codziennie widywałem newsy z Pirenejów, gdzie było sporo o psach. A psy są przecież inteligentne i miłe, stąd jego wybór. Na początku w szkicach było za dużo linii, za dużo wszystkiego. Myślałem o tym, że ta postać musi iść do basenu, jeździć na rowerze i tak dalej, a to niemożliwe z czterema łapami. Dałem mu więc dwie ręce i dwie nogi. Wtedy jednak zaczął wyglądać jak niedźwiedź, więc przycięliśmy mu futro. Projektowanie zajęło mi 20 dni, codziennie rysowałem. Chciałem zrobić go prostszego i bardziej radosnego. Myślę, że mi się udało, bo każdy kocha Cobiego właśnie za to, jaki jest i że niesie za sobą radość

– mówił Mariscal w wywiadzie dla Olympic Museum.

*****

Zostały nam jeszcze jedne igrzyska – te, które dopiero nadejdą. Na zawody musimy jeszcze trochę poczekać, ale maskotki Tokio 2020 już dawno zostały zaprezentowane. Z trzech projektów – każdy z nich zawierał parę maskotek – wybrano jeden. Zrobiły to dzieciaki z 16 tysięcy japońskich szkół. Wygrała para stworzona przez Ryo Taniguichiego, na którą oddano ponad połowę głosów. Była więc bezkonkurencyjna.

Wybór maskotek ogłoszono 28 lutego 2018 roku, ale imiona nadano im dopiero pięć miesięcy później. Brzmią ona Miraitowa i Someity (ta druga jest maskotką igrzysk paraolimpijskich). To pierwsze to kombinacja słów Mirai (przyszłość) i towa (wieczność). Drugie pochodzi od nazwy popularnej wiśni, Someiyoshino, ale tłumaczy się też jako „potężny”. Obie mają też swoją historię, podobnie jak te z Rio. Według niej żyły w świecie cyfrowym i stamtąd właśnie pochodzą. Miraitowa ma silne poczucie sprawiedliwości, jest wysportowany i posiada… magiczne moce, pozwalające mu się przemieszczać, gdzie tylko chce, w każdej chwili. Someity zwykle pozostaje cicha, wręcz nieśmiała, ale gdy trzeba, potrafi imponować siłą. Oficjele mówią też, że obie maskotki wyrażają nadzieję na „wspaniałą, jasną przyszłość”.

Igrzyska są nie tylko dla sportowców. Te maskotki wybrali wszyscy. Do igrzysk mamy w tej chwili dwa lata i potrzebujemy wysiłku każdego – mówił Yoshiro Mori, przewodniczący tokijskiego komitetu organizacyjnego. Z kolei Shota Iizuka, japoński lekkoatleta, dodawał: – W Rio miałem szczęście. Wioskę sportowców odwiedził Tom, jedna z maskotek, akurat, gdy byłem w jadalni. Zrobiłem sobie z nią selfie, okazało się, że to rzadkie, nigdy tego nie zapomnę. To, że nasze maskotki zostały wybrane przez tyle dzieci w całej Japonii, pomaga nam w treningu i sprawia, że chcemy ciężej pracować.

Miraitowa i Someity mają – jak mówią organizatorzy – łączyć tradycję z przyszłością. Jak cała Japonia. Czy im się to uda – przekonamy się za nieco ponad rok.

 

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju.

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez