Płotkarka, bobsleistka, dziennikarka i… dziewica. LoLo Jones wciąż marzy o medalu IO

Płotkarka, bobsleistka, dziennikarka i… dziewica. LoLo Jones wciąż marzy o medalu IO

Rozgłos, jakim cieszy się LoLo Jones, jest w lekkoatletycznym środowisku rzadko spotykany. Chciałoby się powiedzieć: zarezerwowany dla największych gwiazd tej dyscypliny. Amerykanka nie potrzebowała jednak ani jednego medalu igrzysk czy mistrzostw świata na otwartym stadionie, aby stać się gwiazdą sportu. Popularność – poza talentem – zapewniły jej charyzma, uroda, nieoczekiwana kariera w bobsleju, a także… wypowiedź o chęci zachowania dziewictwa do ślubu.

Ostatnio zaskoczyła po raz kolejny – zamierza wystartować na zimowych igrzyskach w Pekinie i odkuć się za niepowodzenie sprzed kilkunastu lat.

Początkowo plany były nieco inne. Celowała w letnią imprezę w Tokio, ale w grę wszedł koronawirus. O ile w przypadku większości sportowców zmiana terminu igrzysk oznaczała tylko niewielkie komplikacje, z którymi udało się szybko uporać, tak LoLo uznała, że rok treningów więcej to jednak dla niej za dużo. W końcu nieubłaganie zbliża się do czterdziestki, a jej ostatnie wyniki na bieżni nie wskazywały na to, że będzie w stanie rywalizować o medal.

Stwierdziła więc, że prędzej stanie na podium w rywalizacji bobslejów. “Multisportowcem” jest zresztą od dawna. Zaczynała co prawda jako płotkarka, ale w 2008 roku po raz pierwszy dała się namówić do treningów w zimowej dyscyplinie. Na obu płaszczyznach radziła sobie bardzo dobrze. Notowała czołowe wyniki na świecie, ale też ani razu nie sięgnęła po medal olimpijski.

Choć była tego bliska. I to nie raz.

Wszystko po to, żeby biegać

Wychowała się w katolickiej rodzinie. Była jedną z szóstki rodzeństwa i – wraz z matką, pełniącą rolę głowy familii – regularnie zmieniała miejsce zamieszkania. Wszystko oczywiście ze względu na kwestie finansowe – Jonesom cały czas brakowało pieniędzy. W pewnym momencie zamieszkali nawet… w piwnicy. A dokładniej – piwnicy kościoła prowadzonego przez “Armię Zbawienia”. Kiedy mieli pojawiać się w nim wierni, LoLo zrywała się o świcie, tak, aby jej rówieśnicy nie dowiedzieli się, gdzie dokładnie mieszka.

Po jakimś czasie przyszła pora na kolejną przeprowadzkę. Kierunek – Forest City w stanie Iowa. Przyszła płotkarka odnalazła już wtedy swoją zajawkę. I postanowiła wyrazić słuszne obawy – oznajmiła matce, że nie może przebywać w mieście, w którym nie ma żadnej bieżni. Bo marzy o tym, żeby zostać lekkoatletką i pojechać na igrzyska.

Co prawda się pomyliła: bo Forest City aż taką dziurą nie było i mogło pochwalić się miejscem do biegania. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo jako nastolatka Jones odłączyła się od swojej biologicznej rodziny. Dzięki licealnemu trenerowi znajdowała zamieszkanie w domach różnych “rodzin zastępczych”.

Mijały lata, ale jej plany się nie zmieniały. Chciała biegać. Mimo tego, iż wyniki w szkole notowała na tyle dobre, że mogła spokojnie myśleć o pracy w innym zawodzie. Zdolna była zresztą też muzycznie, bo grała w szkolnej orkiestrze. Mogła przebierać w ofertach studiów, ale i tak postawiła na uczelnię, która – oczywiście – miała według niej najmocniejszy lekkoatletyczny program, czyli Louisiana State University (LSU).

O awans na igrzyska w Atenach walczyła jeszcze jako studentka, ale bez powodzenia. W okolicach 2004 roku nie znajdowała się w krajowej czołówce, daleko jej było do olimpijskiego poziomu. Brak kwalifikacji sprawił, że zaczęła rozważać inne kierunki kariery. Miała dyplom, mogła zostać ekonomistką.

Gdyby się na to zdecydowała, nie byłoby w tym nic dziwnego. Bycie lekkoatletką generalnie nie zapewnia kokosów. Bycie lekkoatletką, która nie odnosi sukcesów, nie zapewnia niczego. W połowie pierwszej dekady XXI wieku Amerykanka musiała szukać rozmaitych źródeł zarobku – była kelnerką, pracowała w supermarkecie czy jako prywatna trenerka na siłowni. Wszystko, żeby móc pozwalać sobie na kosztowne wyjazdy na zawody albo sprzęt treningowy.

Trochę to zajęło, ale upór w końcu zaczął przynosić efekty.

Kwestia sekundy

Po tym, jak w 2007 roku Marion Jones przyznała się do stosowania dopingu, Amerykanie zapewne nie spodziewali się, że prędko będą trzymać kciuki za lekkoatletkę o takim samym nazwisku. Ale faktycznie tak się stało. Przed igrzyskami w Pekinie 26-letnia LoLo Jones dała się poznać, jako jedna z faworytek do wygrania olimpijskiego biegu na 100 metrów przez płotki.

Czasy mówiły same za siebie. Poniżej granicy 12,8 sekund w roku olimpijskim schodziła regularnie, a najlepiej pobiegła dokładnie wtedy, kiedy było to szczególnie ważne – czyli podczas amerykańskich kwalifikacji. Wynik 12,29 był gorszy o tylko osiem setnych od ówczesnego rekordu świata, choć do historycznych tabel nie trafił ze względu na nieprzepisowy wiatr.

Jeszcze wcześniej sięgnęła po złoty medal halowych mistrzostw świata w Walencji, na nieolimpijskim dystansie – 60 metrów przez płotki. Nie dało się ukryć – potencjał, który drzemał w Amerykance, był naprawdę spory. Miała też 26 lat, nie była kompletnie nowa na scenie, więc nie spodziewano się, że sparaliżuje ją presja.

Początek olimpijskiej imprezy w Pekinie też zapowiadał wielkie rzeczy. Eliminacje przeszła bez problemu, a w półfinale zanotowała żywcówkę, a także zdecydowanie najlepszy czas spośród wszystkich biegaczek – 12,43. Nadszedł czas na finał.

LoLo nie zaliczyła idealnego wyjścia z bloków, ale z każdym kolejnym płotkiem poprawiała swoją pozycję. Było widać, że biega w innej lidze. Że potencjałem przerasta resztę finalistek. Z łatwością wyszła na spore – jak na sprint – prowadzenie. Na przedostatnim płotkiem doszło jednak do niespodziewanej wpadki. Jones zahaczyła o niego nogą, co kompletnie wytrąciło ją z rytmu. Wyścig skończyła na szokującym siódmym miejscu.

Początkowo trzymała nerwy na wodzy, ale kilkanaście minut po biegu zalała się łzami. I powtarzała sama do siebie: dlaczego, dlaczego? Wiedziała, że tamtego dnia straciła wielką szansę. Potem okazało się, że potknięcie na płotku mogło nie zdarzyć się z jej winy. Lekarz Amerykanki wykrył, że LoLo cierpi na uraz rdzeniowy, który powoduje brak pełnego czucia w stopie. I w momencie, kiedy w finale w Pekinie zbliżała się do finiszu, jej mózg nagle stracił pełną kontrolę nad kończyną dolną.

Życie nauczyło ją jednak, żeby się nie poddawać. Nie porzuciła płotkarskiej rywalizacji. Wywalczyła kwalifikację do Londynu, w międzyczasie zdobywając ponownie złoty medal halowych mistrzostw globu. Na olimpijskiej imprezie była wymieniana w gronie faworytek, ale… znowu dotknął ją pech.

Tym razem nie popełniła co prawda żadnego błędu. Uzyskała świetny czas – 12,58 – który na prawie każdych igrzyskach zapewniłby jej medal. Ale no właśnie, prawie każdych. Bo w finale w stolicy Wielkiej Brytanii poziom był wręcz kosmiczny.

Triumfatorka – Sally Pearson – pobiła rekord olimpijski (12,35), a srebrne i brązowe medalistki (Dawn Harper i Kelly Wellls) zanotowały nowe życiówki (12,37 i 12,48).

Amerykanka była zatem mocna, ale jej rywalki jeszcze mocniejsze. Niedługo później okazało się, że olimpijskich szans będzie szukać już w innej dyscyplinie.

Obiekt zainteresowania

Po raz pierwszy do rywalizacji w bobslejach została namówiona jeszcze w 2008 roku za sprawą Elany Meyers, która dostrzegła w płotkarce wyjątkowe predyspozycje. LoLo była bowiem nie tylko szybka, ale wyjątkowo silna i mocno zbudowana jak na lekkoatletkę. A w bobslejach ta “moc” przy rozpędzaniu pojazdu jest właśnie kluczowa.

Amerykanka szybko złapała bakcyla, ale dopiero po niepowodzeniu w Londynie postanowiła pójść na całość. Postanowiła, że powalczy o start na zimowych igrzyskach w Soczi, czym zaskoczyła całe lekkoatletyczne środowisko. W 2012 roku stało się o niej głośno jednak również z innych względów. Na antenie HBO ogłosiła, że wciąż jest dziewicą. I w czystości zamierza wytrwać aż do ślubu. – Dla wszystkich osób, które czekają z seksem do ślubu, chcę wam dać znać, że to najtrudniejsza rzecz, jaką robiłam w życiu. Trudniejsza od treningów pod igrzyska, trudniejsza od uzyskania dyplomu.

Choć świat amerykańskiego sportu słyszał o podobnych przypadkach – wspominając chociażby AC Greena, który przez całą karierę w NBA nie miał żadnych kontaktów seksualnych – wyznanie LoLo Jones i tak obiło się szerokim echem.

Amerykanka zresztą nie była zawstydzona czy przytłoczona skokiem zainteresowania wokół swojej osoby. A wręcz przeciwnie – w świecie mediów, celebrytów czuła się jak ryba w wodzie. W połowie minionej dekady zaczęła Amerykanom “wyskakiwać z lodówki”. Brała udział w Tańcu z Gwiazdami, gościła w talk-show Jaya Leno, pozowała w bikini dla magazynu “Outside”. A przy tym kontynuowała treningi w bobslejach.

Mimo nikłego doświadczenia udało jej się wywalczyć kwalifikację na zimowe igrzyska w Soczi w 2014 roku. Spotkało się to jednak z falą krytyki. Możecie się zastanawiać: dlaczego? Jest dobra, to jest dobra, prawda? Cóż, tak się składa, że w bobsleju uzyskanie olimpijskiej przepustki nie jest oparte wyłącznie na wynikach. One się liczą, jasne, ale na końcu decydująca jest po prostu decyzja amerykańskiego sztabu szkoleniowego.

Ten postanowił zaufać Jones. Niektórzy uważali jednak, że LoLo była faworyzowana ze względu na swoją popularność. Jeré Longman z “New York Times” powiedział nawet, że gdyby patrzeć tylko na potencjał sportowy, a nie egzotyczną urodę oraz względy marketingowe, wygrałaby kandydatura innej zawodniczki. Porównywano ją do Anny Kournikovej, tenisistki, która nie osiągała wielkich sukcesów, ale zyskała popularność dzięki reklamom i sesjom fotograficznym.

Przeciwko Jones wystąpiła również jej koleżanka z kadry, Emily Azevedo. – Powinnam była skupić się na zdobywaniu obserwujących na Twitterze, a nie pracy na siłowni – mówiła.

W tym wszystkim nie dało się nie zgodzić z jednym – LoLo Jones faktycznie była popularna. I dzięki niej o niszowej dyscyplinie, jaką jest bobslej, faktycznie zrobiło się głośno. Ale niestety, choć transmisje zimowych igrzysk śledziło więcej Amerykanów niż zwykle, to nie przełożyło się to na sukces LoLo. Wraz z Jazmine Fenlator-Victorian zajęły jedenaste miejsce w rywalizacji dwójek. Co ciekawe, po srebrny medal sięgnęła wówczas Lauryn Williams, czyli również była lekkoatletka, kiedyś jedna z najszybszych kobiet na świecie.

To nie koniec

Trzecie igrzyska w życiu – trzecie rozczarowanie. Po fiasku w Soczi mało kto wierzył, że Jones kiedyś dopnie swego, sięgając po olimpijski medal. W 2018 roku, przed kolejną imprezą – w Pjongczang – nie wierzyło w to również środowisko amerykańskiego bobsleju. Jones notowała lepsze wyniki niż cztery lata wcześniej, ale tym razem nie otrzymała powołania.

W tej sytuacji nietrudno było podjąć decyzji o zakończeniu kariery. Wydawało się nawet, że Amerykanka faktycznie to zrobi. Na jakiś czas oddaliła się zarówno od bobsleju, jak i bieżni, na którą wróciła (po braku kwalifikacji do Rio) dopiero w 2020 roku, i to – jak wspominaliśmy – ze średnim skutkiem.

Możecie mieć wrażenie, że to historia niespełnionej zawodniczki. Poniekąd to prawda, ale z drugiej strony – LoLo Jones jest instytucją. Jedną z najbardziej popularnych amerykańskich lekkoatletek. Na Twitterze obserwuje ją prawie 400 tysięcy ludzi, a na Instagramie ponad pół miliona. Większą publicznością może pochwalić się Allyson Felix, ale już Michael Johnson, Tyson Gay czy Noah Lyles nie są tego nawet bliscy.

O tym, jak znana jest to w Stanach Zjednoczonych osoba, niech świadczy fakt, że w tym roku gościła w programie Kevina Harta “Cold as Balls”. A tak się składa, że amerykański komik nie zaprasza “byle kogo”. Wywiadów w wypełnionej lodem wannie udzielali mu m.in. Floyd Mayweather, Dennis Rodman albo gwiazda esportu “Ninja”. Odcinek z LoLo Jones cieszył się sporą popularnością, nabił ponad dwa miliony wyświetleń. Jednym z jego głównych tematów było – oczywiście – dziewictwo.

W ostatnim czasie Amerykanka zaczęła próbować swoich sił w dziennikarstwie. Stała się prowadzącą programu “Anatomy Of”, który jest emitowany na… oficjalnym kanale igrzysk olimpijskich na YouTube. Jeszcze wcześniej przez krótki okres pracowała w MTV, będąc prowadzącą “Reunion Show”.

Nie da się po prostu ukryć, że LoLo Jones świetnie odnajduje się w rzeczywistości poza sportem. I wcale nie musi kontynuować kariery bobsleistki czy płotkarki, szczególnie że w przyszłym roku skończy 39 lat. Ale cóż, wciąż nie jest gotowa powiedzieć “stop”.

W ubiegłym tygodniu ogłosiła, że wraca do bobsleju. I chce wziąć udział w zimowych igrzyskach olimpijskich w 2022 roku, które odbędą się w Pekinie. Tym samym mieście, gdzie dawno temu minęła się ze złotym medalem.

– Marzę o tym, żeby zamienić największą porażkę w moim życiu na największy sukces. Czy mogę to zrobić? Nie wiem, ale jesteśmy na ostatnim etapie tej długiej, długiej drogi. Zrobię co w mojej mocy, aby powrócić do Pekinu, miejsca, które uderzyło w moją karierę, i odwrócić karty historii – mówiła dla The Associated Press.

Licząc od 2004 roku – to będzie jej ósme podejście do olimpijskiej imprezy. Na pytanie czy wreszcie osiągnie swój cel, w tym momencie nie da się łatwo odpowiedzieć. Na pewno jej szanse trudno oceniać wysoko. LoLo Jones udowodniała jednak wielokrotnie, że determinacja i cierpliwość to dwie cechy, których jej nie brakuje.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Grzegorz
Grzegorz
1 miesiąc temu

świetnie napisany artykuł. Gratulacje!

TOMASZ
TOMASZ
1 miesiąc temu

Dobry artykuł. A Lolo jest niesamowita, uwielbiam ją. Ciekawe co jeszcze pokaże.

Aktualności

Kalendarz imprez