Piotr Lisek: jak przeskoczyć Duplantisa?

Piotr Lisek: jak przeskoczyć Duplantisa?

Trzykrotne zdobycie Śnieżki, praca nad szybkością i techniką – Piotr Lisek z Grupy Sportowej ORLEN wchodzi na najwyższe obroty treningowe. Na 200 dni przed Drużynowym Mistrzostwami Europy rozmawiamy z rekordzistą Polski w skoku o tyczce o całokształcie sezonu, “zdobyciu Mont Blanc” i pokonaniu rekordzisty świata.

DARIUSZ URBANOWICZ: Wprowadzenie w sezon i drugie zgrupowanie jesienne w Spale. Jak tutaj spędzasz czas?

PIOTR LISEK: Mój sezon startowy zaczyna się już niebawem, o ile, rzecz jasna, wszystko zostanie puszczone. W Spale mam trening ciężki, ale w życiu sportowca tak bywa, czasu spędzonego tutaj odpoczynkiem bym nie nazwał. Budujemy już formę na igrzyska, po drodze do których zaliczę również szereg startów w hali.

Przygotowania jednak rozpocząłeś w Karpaczu, na obozie górskim. Mogliście pochodzić tam po Karkonoszach. Jakieś przygody, fajne wycieczki?

Śnieżkę zdobyliśmy trzy razy, czyli, sumując podejścia, to tak jakbyśmy raz weszli na Mont Blanc. Fajny wyjazd, choć muszę przyznać, że również ciężki. Wracałem tam do treningu. Takie wdrożenie po dłuższej przerwie, roztrenowaniu, wcale nie przychodzi mi lekko. Mam jednak mnóstwo pozytywnych wrażeń.

Na czym tam trening polegał? Głównie właśnie marszobiegi w górach, czy również technika?

Nie, to nie był typowo tyczkarski trening. Czas przede wszystkim spędzaliśmy w górach. To było takie wprowadzenie, aby w Spale wejść już na pełne obroty. Trening pomieszany – rozrywka z tym, co było do wykonania na obozie, czyli prawdziwą pracą tyczkarza.

W Spale wprowadziłeś technikę, ale w tym treningu, który mogłem obserwować, nie wszystko szło z górki, wręcz przeciwnie.

Widziałem twoją minę, ale to w sumie normalne. Nie było lekko, niewiele mi wychodziło. Te pierwsze skoki bywają naprawdę trudne. Trzeba ten etap przetrwać, przejść przez każdy z elementów treningu. Co roku dotyka mnie taka sytuacja, jednak po takiej kilkutygodniowej przerwie techniki trzeba uczyć się niemalże od nowa. Oczywiście trochę upraszczam, bo wiadomo że określony poziom zawsze prezentuję. Jednak tu się liczą detale, trzeba o nie dbać i doszlifować.

Guma wisiała na pięciu metrach, dla niektórych to poziom wysoki nawet już w sezonie.

Czasem proste elementy sprawiają poważne kłopoty, ale może to być związane z tym, że przez poprzednie dni bardzo mocno trenowałem, a to zawsze zakłóca czucie. Ciało to odczuwa przez utratę świeżości. Nie wszystko wygląda tak, jakbyśmy chcieli.

Duże obciążenia na siłowni?

Ze względów na szybkie i spore przyrosty tkanki mięśniowej, zbyt dużo siłowni nie robię. Zresztą ciągle to ktoś komentuje na instagramach.

Sam to hasztagujesz jako #Polishboy!

To przecież forma żartów. Ale wracając – to jest związane z genetyką. W treningu skupiamy się na aspektach technicznych i szybkościowych. Wiadomo, że szybkość właśnie u mnie nieco kuleje i tu mam największe zaległości. Na tym się skupiamy.

Na ten przyrost masy mięśniowej musisz jakoś specjalnie uważać?

Nawet nie, nie o to chodzi. Taką mam po prostu budowę ciała. To co fajne w skoku o tyczce, to stara prawda, że każdy skakać może. Czy jesteś większy, czy mniejszy. Każdy ma własną, indywidualną technikę wynikającą z właściwości fizycznych. Nie ma takiego typowego wzorca jak kiedyś, jako jeszcze kilka lat temu Bubka stanowił dla niemalże wszystkich. Teraz to się zmienia. Choćby przez wzgląd na Armanda Duplantisa.

On ma takie gabaryty, że sięga ci do ramienia.

To prawda, jest troszeczkę mniejszy ode mnie. Niezależnie jednak od warunków fizycznych, fajnie, że każdy z nas może skakać wysoko. Przed nami kolejny sezon i próba utrzymania poziomu, aby rywalizować z najlepszymi.

Sezon 2020 był bardzo trudny – odroczono igrzyska, ale Duplantis na hali ustanowił nowy rekord świata, a na stadionie również skakał niezwykle wysoko. Masz jakieś przeczucia jak będzie wyglądał układ sił?

Na pewno nie będzie to łatwy sezon, ale jesteśmy na dobrej drodze, by stawać w szranki na równi. Na szczęście mam już swoją renomę i przez te ileś lat kariery zaznaczyłem swoją obecność w światowej czołówce na tyle, że wszyscy wiedzą, że jeśli nazwisko Lisek pojawia się na liście startowej konkursu, to każdorazowo trzeba się z nim liczyć. To oczywiście ma określone zalety – nie muszę startować w roli czarnego konia. Choć tamte czasy miały swoje plusy, bo miałem spokojną głowę, nie ciążyło na mnie brzemię oczekiwań kibiców. Radzę sobie z tym umiejętnie, potwierdzam to medalami i innymi osiągnięciami z ostatnich lat.

Zimą i latem miałeś przerwy wywołane kontuzjami. Czy to wybijało z rytmu, na tyle byś to mógł odczuwać jeszcze w nadchodzącym sezonie?

Ja jestem typem zawodnika, który buduje formę przez częste starty i konkurowanie. Fakt, że miałem mniej startów w hali i może ogółem tych startów miałem też było mniej niż w poprzednich latach. I tak jednak byłem w gronie najczęściej pojawiających się w konkursach lekkoatletów. Tych startów miałem więc więcej niż pozostali tyczkarze.

Wracając do Duplantisa. Lisy słyną z chytrości i forteli, masz jakiś pomysł jak “ugryźć” Mondo? Jak go przeskoczyć?

Ja staram się robić swoje. Skupiam się na sobie, nie patrzę na innych. Oczywiście w jakimś tam zakresie obserwujemy rywali, ale to trzeba traktować w kategoriach ciekawostkowych. Nie to jest najważniejsze. Myślę, że przede wszystkim trzeba się skupić na sobie i pracy, którą my wykonujemy.

Duplantis również na stadionie coraz bardziej odrywa się od pułapu sześciu metrów. Jakie wysokości będą decydowały w Tokio?

Sześć metrów trzeba skakać regularnie, nie ma wyjścia. Oczywiście nie jest to łatwe. To jedno z moich marzeń, by skoczyć na igrzyskach olimpijskich sześć metrów. Konkurencja rośnie z roku na rok. To atrakcyjne dla kibiców, ale również dla nas samych, bo w naszej świadomości również rośniemy. Mam nadzieję, że konkurs, który ma odbyć się na początku sierpnia będzie ekscytujący zarówno dla nas uczestników, jak i kibiców i dziennikarzy.

Emocji w konkursach tyczkarskich nigdy nie brakuje. Potrafią trwać nawet dwie-trzy godziny. Jak sobie radzić z tym co się dzieje w głowie w tym czasie?

Faktycznie sporo czasu spędzamy na stadionie w czasie mityngów. Nierzadko się coś nie udaje i wtedy temperatura rośnie o kilka stopni. To trzyma wszystkich w napięciu. Dlatego tak ważnym jest szlifowanie techniki na treningach, aby później na zawodach nie działy się żadne nieprzewidziane przypadki, jak choćby wylądowanie poza zeskokiem.

Zapytam cię o Rio de Janeiro 2016. Tam do podium zabrakło tyle co nic. Masz przed oczami tamten konkurs, konkurs pewnej niewykorzystanej szansy medalowej?

Zająłem tam czwarte miejsce i niedosyt oczywiście pozostaje. Z jednej strony mam ten konkurs przed oczami, z drugiej pozostaje on na dalszym planie. Nie kieruję się nim obecnie. Zdobyłem to doświadczenie i tyle, trzeba jechać dalej. Wtedy byłem po perturbacjach związanych ze zmianą trenera. To na pewno nie pomagało w osiągnięciu sukcesu w Rio. Mam nadzieję, że w Tokio będzie inaczej. Jestem lepiej przygotowany do wysokiego skakania, niż pięć lat temu. Walczę o nowe cele, to będzie nowe rozdanie kart.

Który konkurs z twojej kariery jest “konkursem idealnym”? Nie mam tu na myśli konkursu, w którym skakałeś najwyżej, bo być może jakiś inny byś chciał powtórzyć w najważniejszym momencie.

Tu mogę chyba wszystkich zaskoczyć, ale… to mistrzostwa Europy Berlin 2018. Tam przecież również byłem czwarty, tak jak w Rio. Rzadko mi się zdarza z mistrzostw Europy nie przywieźć medalu, ale tam poziom był kolosalny. 5,90 m wtedy nie dało mi medalu! Skakałem tam bardzo dobrze technicznie, wszystko ułożyło się pode mnie. Chciałbym go kiedyś powtórzyć, choćby ze względu na podejście i motywację. Fakt, byli wtedy ode mnie lepsi, ale takie prawa obowiązują w sporcie. Tak, ten konkurs zapadł mi głęboko w pamięci.

Nurtuje mnie przypadek Pawła Wojciechowskiego z ubiegłego sezonu, kiedy na treningach wszystko wyglądało lepiej niż poprawnie, a przychodziły zawody i wszystko w technice i głowie się sypało. Czy tobie zdarzały się takie chwile, że nie mogłeś przełożyć skakania z treningów na zawody?

Skaczemy w różnych miejscach i nie chodzi mi tu nawet o różne stadiony. Tyczkarze muszą umieć skakać na różnych arenach, a nawet rynkach czy galeriach handlowych. To niecodzienne warunki i nie zawsze trening bezpośrednio się przekłada na skakanie pod presją. Ciężko mi się wypowiadać na temat Pawła, bo wiem że był naprawdę dobrze przygotowany. Trenujemy w innych ośrodkach w Polsce, nie widzimy się na co dzień. On z tyłu głowy na pewno ma igrzyska w Tokio i tam będzie chciał pokazać ten swój pazur. Nigdy nie zwątpiłem w jego umiejętności. Zresztą pokazał wiele razy na imprezach najwyższej rangi, że zawsze potrafi być groźnym rywalem. To, że mam Pawła na własnym podwórku, na pewno mnie nakręca i popycha do przodu.

Czy pandemia bardzo komplikuje wam przygotowania?

Dla nikogo nie jest to komfortowy okres. Tak samo dla nas sportowców, których codzienna praca wiąże się z dużym wysiłkiem. Takie obostrzenia jak niewychodzenie z domu, czy zamykanie miejsc do treningu, na pewno nie ułatwia sprawy. Wszyscy jednak rozumiemy powagę sytuacji. Musimy sobie z tym radzić. Zdrowie jest najważniejsze, trzeba o nie dbać. Niektóre rzeczy faktycznie trzeba odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Robimy co w naszej mocy, aby podtrzymać formę i trenować normalnie.

Jakie masz plany treningowe na najbliższy czas? Twoje życie ma się toczyć wokół Spały?

Nie będziemy jechać zagranicę na siłę. Raz ze względów bezpieczeństwa, a dwa, że przygotowujemy się do sezonu halowego. Tutaj możemy przygotowywać się w pełni komfortowo. Szkoda, że jest tylko jedno takie miejsce w Polsce. Być może gdyby takich ośrodków byłoby więcej, sportowców dałoby się bardziej porozrzucać po kraju, co oczywiście przełożyłoby się na bezpieczeństwo. Takie mamy jednak realia. Działamy w tych warunkach, jakie mamy dostępne. Jest fajnie. W Spale mamy wszystko, czego nam potrzeba. Nie będziemy szukali alternatyw.

Na usta ciśnie się Toruń. Tam mają się odbyć halowe mistrzostwa Europy na początku marca – to zapewne będzie docelowa impreza zimowa. Czy hala w Toruniu nie mogłaby być takim obiektem do codziennego treningu dla lekkoatletów?

Trzeba by zapytać włodarzy tej hali. Tam jest wszystko, co jest potrzebne do komfortowego treningu. Ale chyba tam rozkładane jest też boisko koszykarskie. Są momenty kiedy Arena Toruń jest udostępniona dla lekkoatletów. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, pojedziemy również do Torunia, aby zrobić technikę i lepiej poznać miejsce, w którym będziemy później skakali o mistrzostwo Europy.

W tym sezonie to mistrzostwa Europy a nie mistrzostwa świata będą najważniejszym startem. Chcę się jak najlepiej pokazać przed własną publicznością. Co zresztą nie będzie łatwe, ponieważ tyczka w Europie stoi na bardzo wysokim poziomie. Poziom na pewno będzie taki, jak na mistrzostwach świata. Dokładnych planów startowych jeszcze nie chcę zdradzać. Tym zajmuje się od kilku lat mój menadżer i ja się tym nie chcę kłopotać. Moją pracą są jak najlepsze przygotowania, a trener i menadżer dbają o to, bym znalazł się na odpowiednim starcie w jak najlepszej formie. O startach dowiaduję się tak naprawdę chwilę przed nimi. Taka wiedza wcześniej nie jest mi potrzebna. Okres od stycznia do marca będzie usiany startami. Będę na każdy gotowy, mam nadzieję.

W Bydgoszczy wygrałeś konkurs tyczkarzy podczas Drużynowych Mistrzostw Europy w 2019 roku. W 2021 roku impreza ta ponownie zagości w Polsce, w Chorzowie. Lekka atletyka to z założenia sport indywidualny. W drużynówce ma się poczucie współpracy, działania dla wspólnego dobra?

Jasne! To dla mnie bardzo ważne wydarzenie, choćby z tego względu, że bierzesz odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za kolegów z drużyny. W moim przypadku nie jest inaczej. Zawsze się przed tymi mistrzostwami stresuję. Cieszę się, że są w Polsce, bo będziemy mieli okazję pokazać się polskiej publiczności w ważnym momencie przed igrzyskami. Na pewno jeśli nawet nie na stadionie, to przed telewizorami zgromadzi się spora grupa kibiców, którzy będą mogli się cieszyć tym niesamowitym widowiskiem sportowym.

Drużynówka sprzyja atmosferze wśród kibiców, ale też wśród zawodników.

To prawda, cieszę się, że mogłem dać od siebie jakąś cegiełkę, być elementem tej rywalizacji. To dla mnie ważne. Każdy z nas na pewno skupi się na tym starcie. Zapowiada się ciekawe widowisko.

A fakt, że te mistrzostwa odbędą się niespełna półtora miesiąca przed igrzyskami, nie będzie jakimś wybiciem z rytmu? Będziesz wtedy schodził z treningu?

Myślę, że w tym sezonie po prostu będę chciał utrzymać formę przez cały sezon. Oczywiście poza mistrzostwami Europy – indywidualnymi czy drużynówką – są jeszcze starty choćby w Diamentowej Lidze czy mityngi w Chorzowie: “Kusy” oraz “Kamila”. Na wszystkich tych startach będę chciał być przygotowany na sto procent. Oczywiście z tyłu głowy pozostają igrzyska. Jeśli coś złego się wydarzy, to zrobimy wszystko, aby mimo tego do konkursu olimpijskiego podejść w pełni zdrowia.

Rozmawiał
DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Marek Biczyk/PZLA


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez