Wiesiołek: Nie boję się tego mówić – w Tokio powalczę o pierwszą trójkę

Wiesiołek: Nie boję się tego mówić – w Tokio powalczę o pierwszą trójkę

Czy od początku planował zostać wieloboistą? Co czuł, kiedy odbierał medal halowych mistrzostw Europy? Dlaczego wielobój lekkoatletyczny jest tak niszową dyscypliną? I dlaczego najlepiej trenowało mu się z żoną, podczas pobytu na Mazurach? Gościem Moniki Wądołowskiej oraz Adama Kotleszki w audycji Dwójka bez sternika był zawodnik Grupy Sportowej ORLEN, Paweł Wiesiołek – wieloboista oraz brązowy medalista halowych mistrzostw Europy w Toruniu.

Paweł, jak samopoczucie?

Dziękuję, bardzo dobrze. Emocje po mistrzostwach Europy, które były tydzień temu, zaczynają powoli opadać. Nic mnie nie boli, więc te zawody przeszły dość łatwo. Jestem gotowy wrócić do trenowania. Dziś [poniedziałek – przyp. red.] po południu mam pierwszy trening po mistrzostwach – na razie spokojne bieganko, żeby wejść w okres przygotowawczy do letniego sezonu.

Ostatnio pobiegałeś trochę ze mną, gdy nagrywaliśmy materiał do Kierunku Tokio.

To było trzy dni po starcie. Byłem jeszcze trochę obolały, więc moje bieganie nie było tak szybkie, jak twoje. (śmiech) Dawałaś z siebie wszystko, na czterdzieści metrów miałaś bardzo dobry czas. Tak, pobiegałem, ale potraktowałem to jak rozruch po zawodach.

Wieloboje to dyscypliny, które charakteryzują się niesamowitą przekrojowością. Zastanawiam się, jak u ciebie było na początku? Czy ty od dzieciństwa wiedziałeś, że będziesz chciał uprawiać wiele dyscyplin, czy najpierw się w czymś specjalizowałeś?

Zaczynałem od gier zespołowych na lekcji WF-u w szkole. Na początku swojej przygody ze sportem nie chodziłem do szkoły sportowej. Jeździliśmy na zawody, graliśmy w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną. Były organizowane również rozgrywki międzyszkolne, gdzie była lekkoatletyka, więc sport cały czas u mnie był. Ale w wieku piętnastu lat nigdy nie powiedziałbym że będę wieloboistą i będę trenował dziesięć konkurencji w tak ciężkiej dyscyplinie.

Zaczynałem jako skoczek wzwyż. Po jakimś czasie trafiłem do trenera, który miał mnie obudować mięśniowo. Byłem chudym, wysokim chłopakiem, który nie miał siły podnieść sześćdziesięciu kilo, leżąc na wyciskaniu. Więc byłem takim… leszczykiem, można by powiedzieć. Trener Marek Rzepka był moim pierwszym szkoleniowcem w Warszawie. Plan był taki, żeby mnie obudować, abym nie zrobił sobie kontuzji na zawodach specjalistycznych. Miałem być skoczkiem wzwyż, a okazało się, że po pół roku pojechałem na zawody wielobojowe i je wygrałem. I tak zostałem wieloboistą.

Trzeba mieć spore predyspozycje, żeby zostać wieloboistą. Musisz specjalizować się na wielu płaszczyznach. Kiedy zauważyłeś, że będzie ci dane coś więcej niż skok wzwyż?

Wtedy, kiedy zacząłem trenować w Warszawie, w szkole mistrzostwa sportowego im. Janusza Kusocińskiego. Mój trener prowadzący „przeciągał” mnie przez różne konkurencje. Wtedy obaj zauważyliśmy że jestem bystrym chłopakiem, który szybko łapie elementy techniczne. Jak dostałem tyczkę do ręki, to wiedziałem jak z nią biegać, jak ją założyć i oddać skok. Wiadomo, na początku te skoki nie były tak wysokie jak teraz. Ale wiedziałem jak to się robi, potrafiłem pchnąć kulą, rzucić oszczepem i nie sprawiało mi to trudności. Salto w tył to też nie był dla mnie problem, więc zauważyliśmy, że mogę być dobrym wieloboistą. Chciałem być skoczkiem wzwyż, ale droga potoczyła się inaczej.

Masz swoją piętę Achillesa w jakiejś dyscyplinie?

Teraz chyba nie mam. Były takie sezony, gdzie nie wszystkie moje konkurencje były dobrze poukładane i zawsze jakaś wtopa się zdarzała. Czy to był skok w dal albo – o dziwo – skok wzwyż. Czy też skok o tyczce lub pchnięcie kulą, bo też walczyłem dość długo z tą konkurencją, żeby pchać piętnaście metrów. To nie była moja ulubiona dyscyplina. Stałem się silnym wieloboistą, który może pchnąć kulę bardzo daleko, a nie potrafiłem tego złożyć technicznie. To była moja najcięższa konkurencja do ogarnięcia. Dopiero trzy lata temu zacząłem pchać regularnie powyżej 15 metrów. Dodam, że dla wieloboisty to jest bardzo dobry wynik – pierwsza piątka-ósemka wśród wieloboistów na świecie. Wiadomo, nie pcham jak nasi kulomioci – Michał Haratyk czy Konrad Bukowiecki. Oni mają rekordy życiowe powyżej 22 metrów. Ale z kuli byłem najbardziej zadowolony, kiedy ją poprawiłem.

Mówisz, że nie masz pięty achillesowej. Ale na pewno masz konkurencje które lubisz bardziej, i takie które lubisz mniej.

Zgadza się. Zacznę od tych, które lubię bardziej. Jest to bieg na sto metrów. Wszystkie sprinty są bardzo fajne, bo to są konkurencje gdzie nie trzeba za bardzo myśleć. Trzeba dobrze wystartować i przebiec ten dystans jak najszybciej. W tym momencie moją ulubiona dyscypliną zrobił się skok o tyczce, bo zaczynam tam trochę latać.

To dlatego mi tę tyczkę pokazałeś.

Tak, żebyś sobie zobaczyła jak to wygląda. Ona wcale nie jest taka lekka i trzeba z nią trochę powalczyć, żeby oddać fajny skok.

A co do najgorszej konkurencji, wydaje mi się że u każdego wieloboisty to jest ta ostatnia w zawodach. W siedmioboju halowym mamy na końcu tysiąc metrów. O dziwo, ten tysiąc nie jest tak stresujący jak tysiąc pięćset w dziesięcioboju w sezonie letnim. Czasami jest tak, że startujemy w dwa dni i jest po 32-34 stopnie. Zdarzały mi się zawody, że startowałem w takich upałach. Wtedy w ostatnim biegu każdy zawodnik jest dojechany. Ciężko jest wydobyć wtedy resztki z akumulatorów. Więc nie przepadam za tą konkurencją. Jakby była możliwość wyrzucenia jakiejś albo zamiany na krótszy dystans, to na pewno bym głosował za nią.

ROZMOWY MOŻESZ TEŻ POSŁUCHAĆ W FORMIE PODCASTU

Michał Modelski to postać, która bardzo ci pomogła. Ty w ogóle masz ciekawą historię. Nie było od razu tak, że nagle byłeś wielkim talentem, który osiągał świetne wyniki. Decyzja o wyjeździe do Sopotu na stałe – i spowodowana tym rozłąka z partnerką – trochę cię na pewno kosztowała. Natomiast dzisiaj, z perspektywy czasu, nie żałujesz.

Byłbym głupi, jakbym powiedział że żałuję. Jednak medal jest dzięki mojemu trenerowi, Michałowi Modelskiemu. Historia z przeprowadzką do Sopotu zaczęła się po igrzyskach w Rio de Janeiro. Stwierdziłem, że jestem na tyle ukształtowany przez mojego pierwszego trenera, że mój poziom sportowy może się nie podnieść. Jedyną opcją był trener Michał Modelski, który mieszka w Gdańsku, ma swoją grupę treningową w Sopocie i tam jest na co dzień.

W życiu sportowca jest tak, że bardzo często wyjeżdżamy na zgrupowania i praktycznie nie ma nas w domu. Więc ta zmiana nie była bardzo odczuwalna. Może trochę bardziej niż do tej pory, ponieważ dużo czasu spędzałem w Sopocie. Tam trenowałem na co dzień i przygotowywałem się do wszystkich zawodów. Na szczęście moja żona była sportowcem, teraz jest trenerką pływania. Jest wyrozumiała i wie, jak bardzo byłbym nieszczęśliwy, gdybym został w Warszawie i trenował dalej z byłym trenerem. Moje wyniki na sto procent nie poszłyby do góry. Szukałbym czegoś innego, moje zaufanie do trenera całkowicie by spadło i na dziewięćdziesiąt dziewięć procent przestałbym trenować. To nie była łatwa decyzja, zastanawialiśmy się nad tym rok. Po tym czasie przeprowadziłem się do Sopotu. Moja żona została tutaj, ponieważ rozpoczęła pracę, w której zaczęła się spełniać. Nie chcieliśmy zmieniać jej planów na tyle, żeby musiała zaczynać coś od nowa. Bo zawsze wszystko było przypisywane pode mnie. Ja trenuję, wyjeżdżam, wszystkie plany były związane z moim. Na przykłada wakacje – moja żona ma dwa miesiące wolnego, ale ja mam wtedy sezon, no to nie jedziemy. Ta droga cały czas się rozchodziła. Ale jakoś daliśmy radę i dajemy do tej pory. Nie poddajemy się. Wszystko idzie w dobrym kierunku.

Powiedziałeś, że myślałeś o tym, żeby zrezygnować ze startów. Miałeś już jakiś pomysł na siebie?

Tak, chciałem zostać zawodowym żołnierzem. Po igrzyskach poszedłem do wojska na trzymiesięczne przeszkolenie i spodobało mi się to. Plan był też taki, żeby dostać się do zespołu sportowego, który zapewniłby mi możliwość dalszego trenowania i zabezpieczenie finansowe. Chciałem też rozkręcić swój biznesik polegający na tym, że będę trenerem od przygotowania ogólnorozwojowego. Może nie na przykład triathlonistów, bo nie mam takiej wiedzy w pływaniu. Przejąłbym głównie biegaczy-amatorów. Kto wie, może założyłbym swój własny klub, w którym zacząłbym trenować młodzież? Takie były koncepcje.

Sprecyzowane. Wydaje się, że po zakończeniu kariery, cały czas będziesz mógł to zrobić. Może poza tym wojskiem.

Plany raczej się nie zmienią. To dość ciekawe, bo jako sportowiec muszę mieć zaplanowany cały rok i całe życie. Na chwilę obecną te zamiary są realizowane według mojego harmonogramu, który mam gdzieś z tyłu głowy. Na razie wszystko idzie w dobrym kierunku.

O wieloboistach mówi się – gladiatorzy. Czujesz się takim gladiatorem? Wydaje mi się, że uprawiacie najtrudniejszą konkurencję w lekkiej atletyce.

Jesteśmy gladiatorami. Ja się z tym bardzo dobrze czuję i często powtarzam, że wchodzimy na stadion jako pierwsi i wychodzimy z niego jako ostatni. Czy to są zawody, czy treningi na kadrach i zgrupowaniach, to jesteśmy najdłużej na stadionie. Zostawiamy najwięcej energii, mocy, siły i wszystkiego, co jest związane z treningiem. Nie ujmując innym konkurencjom, oni też bardzo ciężko trenują – w ogóle sport nie należy do łatwych zawodów. A że my jesteśmy wieloboistami, to tak – jesteśmy gladiatorami. Herosami, którzy potrafią znieść wszystkie ciężary i dobrze je poukładać.

Bardzo mnie ciekawi, jak wygląda dzień Pawła Wiesiołka na zgrupowaniu. Wstajesz rano, jesz śniadanie, później trening. Jak odbywają się te treningi?

Wstaję rano, jem śniadanie, potem o godzinie 10:00 jest wymarsz na pierwszą jednostkę treningową. Trenujemy to, co mamy w planach. Przeważnie zaczynamy od konkurencji technicznych. Potem o godzinie 13:00-13:30 jest obiad. 16:30 – kolejny trening. Tutaj już wskakuje jakaś siłownia, to też zależy jak ułożony jest cały tydzień. Po drugim treningu idziemy na kolację. Ewentualnie, jak mamy jeszcze na to siłę, to do fizjoterapeuty. Tu uwaga – bo wszyscy z mojej rodziny, jak mówię że idę na masaż, myślą „poleży sobie, będzie przyjemnie.” Wcale tak nie jest. Nasze mięśnie są tak zmęczone, że jak idziemy do fizjoterapeuty, to on przysparza nam jeszcze większego bólu. To nie jest takie fajne, generalnie nie przepadam za takimi masażami. Wiadomo, jak jestem przed zawodami, moje mięśnie są zrelaksowane, to mogę iść, bo mnie nic nie boli. Jak jest zgrupowanie, to jest ciężko, mięśnie są obolałe. A wracając do planu dnia: 22:30 – albo szybka kąpiel i do spania, czasami mamy czas pograć w gry planszowe ze znajomymi. Ale głównie wtedy, kiedy mamy jeden trening dziennie na zgrupowaniu, a to się bardzo rzadko zdarza.

Muszę cię dopytać o jedzenie. Potraficie pochłaniać wielkie ilości kalorii – podobno nawet do ośmiu tysięcy dziennie. Zastanawia mnie, jak wygląda twoja dieta.

Osiem tysięcy kalorii może być bardzo ciężko przejeść. Ale w postaci shake’ów białkowych, żeby żołądek nie był zapychany, wydaje mi się że jest to możliwe. U mnie dieta wygląda w ten sposób, że staram się pilnować, żeby to nie było śmieciowe jedzenie. Żeby posiłki były wydajne, czyli dużo węglowodanów, białka, warzywa i owoce aby uzupełniać witaminy. W tym momencie mam pomoc ze strony cateringu, więc nie myślę co sobie ugotować. Kaloryczność, którą teraz mam, wynosi 3000 kalorii. Przeważnie jest to pomiędzy 2500-4500 kalorii – w zależności od pory roku. Teraz moja kaloryczność podniesie się do góry. Na zgrupowaniu prawdopodobnie będą to 4000, żeby dostarczać moim mięśniom paliwa, żebym nie miał zjazdu po trzech dniach i przeżył trzy tygodnie zgrupowania. Poza sezonem? Wiadomo – też jesteśmy ludźmi i staramy się wykorzystać to, że mamy przerwę. Możemy sobie zjeść pizzę, hamburgera czy napić się coli. Ale teraz cola nie jest za tania. (śmiech)

Mówisz, że przyjmujesz trzy tysiące kalorii. To nie jest dużo. Ty też jesteś dosyć wysokim gościem. Ile masz wzrostu?

Metr i dziewięćdziesiąt dwa centymetry. Kaloryczność obecnie jest trochę na styku, ale moja aktywność fizyczna teraz nie jest na tyle duża, żeby ładować się kaloriami. Łatwo przegiąć strunę, a potem nie tak prosto spalić ten tłuszcz. Lepiej, żeby nasz organizm był cały czas kontrolowany. Jakbym teraz dostarczył mu 4000 kalorii i nie ruszałbym się dużo, to zaraz byłyby boki i brzuch by mi się zalał. A teraz jednak ta “kratka” cały czas na nim jest, więc chodzi o to, żeby to dobrze ogarniać.

Uprawiając tyle dyscyplin, zastanawia mnie, jak wy to sobie dzielicie. Nawet w obecnym okresie, kiedy nie masz startów. Codziennie inna dyscyplina, kilka tego samego dnia? Jak to wygląda?

Codziennie inna konkurencja. Plan treningowy mamy rozpisany w ten sposób, że w poniedziałek robimy siłownię plus szybkość. We wtorek ćwiczymy konkurencję techniczną plus zabawę biegową. Trening w tygodniu cały czas jest inny. Staramy się, żeby wszystkie dyscypliny przeszły w ciągu tygodnia – ale ten ma siedem dni, a my mamy dziesięć konkurencji. Czasami robimy dwa rodzaje podczas jednej sesji. Na przykład ćwiczymy start do stu metrów, a potem mamy skok w dal. Albo łączymy skok w dal z pchnięciem kulą, żeby była zachowana kolejność jak na zawodach.

Porozmawiajmy o halowych mistrzostwach Europy, w których zająłeś trzecie miejsce. Jakie uczucie ci towarzyszyło, gdy odbierałeś brązowy medal?

Jeszcze wtedy nie wierzyłem w to, co się stało. Jak medal wylądował na mojej piersi i zobaczyłem na telebimie, że flaga idzie do góry, wtedy poczułem taki spokój. Spełnienie, że po tylu latach czekania, walki, modlenia się o to, żeby zrobić takie zawody, jakie zrobiłem w Toruniu… Jeszcze sam fakt, że to było właśnie w Polsce. Pierwszy medal z imprezy międzynarodowej, który może nie jest złoty, ale ja czuję się, jakby to było złoto. Zdobyty w walce i napięciu do samego końca. Znajomi, jak oglądali relacje z tych zawodów, to byli pod wrażeniem że było widać tyle emocji, stresu i fajnej energii. Ja to odczułem potem, jak odbierałem medal. Schodząc z podium, przechodząc przez mixed zone, udzielając wywiadów, te emocje zaczęły powoli dochodzić. Jak wtedy dostałem pytanie typu „jak się z tym czujesz?”, to łza się gdzieś zakręciła. I było to wspaniałe uczucie.

Cel na najbliższe miesiące, to na pewno igrzyska. Czy według ciebie one w ogóle się odbędą?

Z tego co wiem, mają się odbyć. Prawdopodobnie w ten sposób, że będzie zorganizowana bańka, żebyśmy się jako zawodnicy za bardzo nie mieszali. Na pewno odbędą się bez publiczności. Chociaż, z tego co słyszałem, Japończycy mocno walczą o to, żeby jakaś widownia była. Przy takich zawodach, jednak ci kibice… Pamiętam jak byłem w Rio, wyszedłem na bieg na czterysta metrów. Jak zobaczyłem pięćdziesiąt tysięcy osób – i to wręcz krzyczących – to było wspaniałe uczucie. Taka impreza bez publiczności może być… ciekawa.

Pytaliśmy jeszcze o twój cel.

Pierwsza ósemka na igrzyskach olimpijskich. Ale teraz też nie boję się tego mówić – będę walczył o pierwszą trójkę. To jest wielobój, wszystko się może stać. Tak było w 2019 roku, gdy startowałem na mistrzostwach świata. Rekordzista świata – Kevin Mayer – niestety miał kontuzję i nie był w stanie ukończyć tego wieloboju. Wygrał dwudziestoletni Niemiec [Niklas Kaul – dop. red.] na którego nikt nie stawiał, a który rzucił oszczepem osiemdziesiąt metrów, dobrze pobiegł tysiąc pięćset metrów. Igrzyska to ostatnia impreza czterolecia. Teraz nawet pięciolecia, ale każdy chce dać z siebie wszystko, więc nie będzie to łatwa przeprawa.

Nie powiedziałeś nic o rekordzie Polski, muszę wywołać ten temat. Od 1998 roku rekord Sebastiana Chmary jest cały czas żywy. Świeci gdzieś z tyłu głowy, że można dobić do 8566 punktów w dziesięcioboju, czy to jest na razie bariera o której nawet nie myślisz?

Nie myślę. Teraz mam zadanie zrobić minimum na igrzyska olimpijskie, czyli 8350 punktów. Jeżeli bym to zrobił, to wtedy będę miał plan zbliżyć się do rekordu Polski. Ale nie mówię o tym, bo nie jestem zawodnikiem który rzuca słowa na wiatr. Wolę spokojnie, małymi krokami iść do przodu. Nie lubię rozmawiać o takich rzeczach, że „jestem teraz na topie, jestem super wyszkolonym dziesięcioboistą i będę bił rekordy Polski czy świata.” Wolę zachować to dla siebie i dla mojego trenera. Jak pobijemy ten rekord, to na pewno się wszyscy dowiedzą.

Pod naszym hasztagiem #WeszloFM jest ciekawe pytanie. Janek Postek pyta, jak zachowuje pan balans pomiędzy siłą potrzebną w rzutach a prędkością na rozbiegach i sprintach? Często widzi się obok siebie wieloboistów o różnej budowie. Są i kulturyści, i dużo chudsi zawodnicy.

Tak, wszystko zależy od predyspozycji organizmu. U mnie masa mięśniowa bardzo wolno nabierała zarysów. W tym momencie jest na tyle ukształtowana, że jest bardzo dobrze zbalansowana pomiędzy – może nie kulturystą – ale dużym gościem który rzuca, a człowiekiem który uprawia sprint czy biegi średniodystansowe. Tu chodzi o to, żeby był zachowany balans. Jak się ogląda dziesięciobój, to zawodnicy nie są tacy sami. Jeden ma 1,75 m wzrostu drugi ma 1,90, i jego budowa ciała jest zupełnie inna. Znam takiego wieloboistę z Niemiec – mistrz Europy z 2018 roku, Arthur Abele. Ma może 1,77 wzrostu a jest tak napakowany, że niejeden kulturysta by się bał, jakby wyszedł z nim na scenę. Dobrze rzuca i dobrze biega oraz skacze, ma zachowany balans. Musi być dobry trening, żeby nie przesadzać z tą siłownią.

Paweł Wiesiołek

Z czego to wynika, że dziesięciobój to tak wymagająca i piękna dyscyplina, a mocno niedoceniona? W mediach o dziesięcioboistach słyszy się raczej rzadko. Transmisje z mistrzostw też są mocno okrojone – pokazują na ogół jedną waszą konkurencję, na przykład końcową.

Wynika to z tego, że w Polsce jednak sukcesów wieloboistów nie ma. Jak są wyniki, to zawody są nagłaśniane, zawodnicy nagle się robią bardzo medialni i są pokazywani w telewizji. Druga sprawa – czy to jest skok o tyczce, czy nasze dziewczyny w sztafecie 4×400 metrów – gdzie mogą biegać również 200 metrów – czas transmisji nie jest wymagający. Pokażą godzinne zawody, w których można oddać dwanaście skoków o tyczce. Skacze na przykład sześciu zawodników, i te zmagania są bardzo widowiskowe. U nas zawody trwają dwa dni, konkurencji jest sporo, więc transmisja w telewizji byłaby bardzo kosztowna dla Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Wydaje mi się, że to jest główny powód. Czyli wyniki i czas trwania wieloboju.

Jeżdżę do Austrii na najlepsze na świecie zawody, które są pokazywane od samego rana, nawet jak wieloboiści się rozgrzewają. To jest taka mekka wieloboju. Całe dwa dni są transmitowane, są różne przebitki. Na kameralny stadionik przychodzi dziesięć tysięcy ludzi i to są fajne rozgrywki. W Polsce nie mamy na tyle, nie wiem czy chęci, czy sponsorów którzy mogliby taki turniej zorganizować. Wszystko się toczy wokół pieniędzy.

Jak wygląda sytuacja z młodzieżą w Polsce? Czy rosną następcy, a młodzi ludzie chcą trenować dziesięciobój?

Ciężkie pytanie, ponieważ trochę nie wiem jak to wygląda. Wiem tylko, że goni mnie jeden zawodnik. To mój kolega i przyjaciel z byłej grupy treningowej, Rafał Horbowicz. Ma 23 lata i predyspozycje do tego, żeby w przyszłości zrobić 8000 punktów. Jeżeli chodzi o wielobój męski, u nas w młodzieży jest posucha. Nie ma osób, które by się wyróżniały. Ale ja też nie byłem zauważany jako młody zawodnik, jednak starałem się uprawiać tę dyscyplinę jak najlepiej. Tutaj jest małe załamanie. Nie dość, że jest mało zawodników, to oni wypadają słabiej niż ja w ich wieku. A byłem naprawdę leszczem. (śmiech) Mam nadzieję, że to się zmieni. U kobiet jest trochę lepiej, więcej z nich chce uprawiać siedmiobój.

Chciałbym, żeby podczas naborów do szkół sportowych nie wrzucać dzieci od razu do jednego worka, tylko by przechodziły przez trening wielobojowy. W innych krajach jest tak, że na początku trenujesz wielobój. I załóżmy po pięciu latach, jeżeli masz jakieś predyspozycje do biegów płotkarskich czy rzutu oszczepem, to przechodzisz na indywidualną konkurencję. U nas od razu idzie się do dyscypliny, w której jesteś najlepszy. A to jest trochę minus i dlatego program szkolenia wieloboju zanika.

Mówiłeś, że w Polsce brakuje sukcesów. Zastanawia mnie, czy miałeś jakiegoś idola, gościa na którym się mocno wzorowałeś? Taki sportowiec może nawet nie z polskiego podwórka?

Pamiętam pierwsze moje zawody zagraniczne, na które mogłem pojechać. Gość nazywa się Roman Sebrle. Były rekordzista świata, pierwsza osoba która przekroczyła barierę 9000 punktów w dziesięcioboju. To był mój idol, którego chciałem naśladować. Myślałem sobie „Jezu, jaki to jest kozak! Skacze 8 metrów w dal, 5,20 o tyczce, rzuca oszczepem 70 metrów.” Był zawodnikiem kompletnym, wszystkie dyscypliny miał bardzo równe. Był też mega człowiekiem, później go poznałem. Jak skończył trenować, to znalazłem kolejnego idola, który mnie mobilizował do tego, że chcę się pokazywać na arenie międzynarodowej. W Polsce wiadomo – Sebastian Chmara to znane nazwisko. Teraz jesteśmy kolegami po fachu.

Ile dni w roku jesteś poza domem? Liczyłeś sobie to kiedyś? Albo może żona to liczyła?

Żona nie liczyła, bo jakby policzyła, to bym musiał wrócić do domu. (śmiech) Wydaje mi się, że to jest 250-300 dni. Jak byłem na miejscu, to było tych dni trochę mniej. Ale kiedy po sylwestrze wróciliśmy do Warszawy, to żonę przez trzy miesiące widziałem tylko trzy razy – tylko tyle dni byłem w mieście. Terminarz przed mistrzostwami Europy był napięty. Ciągłe zgrupowania, treningi, fokus na to żeby zrealizować plan. Opłacało się. Ale relacje z żoną pozostały takie, jakie były przed moim wyjazdem do Sopotu. Cały czas jesteśmy teamem, który się napędza i zawsze idzie do przodu. Wiadomo, zdarzają się słabsze dni, jak w każdym związku. Na chwilę obecną jesteśmy szczęśliwi. Moja żona chyba dalej nie wierzy w ten sukces. Cały czas ogląda moje filmiki na YouTube czy Instagramie i nie dowierza, że to się stało naprawdę.

Zdradź w jaki sposób radzicie sobie z rozłąką. Mówisz, że dobrze się czujecie z tym wszystkim, ale to nie jest łatwe. Jakieś sposoby musieliście sobie wypracować.

Jak mamy wolny weekend, jedno z nas stara się przyjechać do drugiego – czy to jest Warszawa, czy Sopot. Mamy dużo rozmów telefonicznych i wideo. Ten kontakt jest cały czas utrzymywany i nie ma czegoś takiego, że „nie gadam dzisiaj z żoną.” Mamy regułę, że musimy porozmawiać, i dzięki temu nie mamy problemów. Komunikacja i rozmowa są najważniejsze – nie tylko w związku.

Masz jakieś hobby, pasje poza sportem który trenujesz?

Lubię gotować. Musiałem się nauczyć, bo jak zmieniłem miejsce zamieszkania, czy na początku mieszkałem w internacie, to trzeba było sobie radzić. To moje hobby, lubię oglądać programy kulinarne. Teraz interesuję się motoryzacją. Poznałem Kubę Przygońskiego, mieliśmy okazję kilka razy porozmawiać. Byłem na VERVA Street Racing dwa lata temu w Gdyni i zajarałem się tym. Już mam na oku BMW, żeby sobie kupić i spróbować podriftować. Teraz, niestety, nie mam na to czasu. Ale wiem, że jak sezon olimpijski się zakończy, to będę szlifował „gruzika” tak, żeby się nauczyć kontrolowanego poślizgu.

Jest ciekawe pytanie pod hasztagiem #WeszłoFM od naszego słuchacza. SlayerGliwice pyta, czy trzy konkurencje, które nie występują na hali, a wchodzą w dziesięciobój, są twoją mocną stroną? Wymieńmy je od razu.

To rzut dyskiem, rzut oszczepem i bieg na 400 metrów. To są moje mocne konkurencje. W dysku mogę powiedzieć że jestem w top 3 na świecie. Mało osób rzuca 50 metrów dyskiem o wadze dwóch kilo, ja jestem w tym gronie. Mam rekord Polski w dziesięcioboju rzucony w dysku, więc jakiś tam rekord już jest. Oszczepem również rzucam powyżej 60 metrów – a to wynik, który pozwala mi złapać dużo punktów w tej dyscyplinie. Na 400 metrów mam życiówkę 48,56 i też jest to konkurencja, w której zbieram punkty. To są moje trzy mocne strony.

Wolisz startować na hali, czy na otwartym stadionie?

Na hali jest dużo łatwiej, bo są mniejsze dystanse i wielobój nie jest taki wymagający. Ale dziesięciobój – to jest to. My jesteśmy dziesięcioboistami, a sezon halowy to takie małe przejście pomiędzy okresem przygotowania a startami na otwartym stadionie. Wolę dziesięciobój, bo tam są rzuty, a ja lubię rzucać dyskiem i oszczepem. Lubię skakać o tyczce pod gołym niebem. To jest fajniejsze od siedmioboju. Jakbym został brązowym medalistą w dziesięcioboju, to byłoby jeszcze większe wydarzenie. Na pewno smakowałoby o wiele lepiej.

Poza ostatnimi halowymi mistrzostwami, co było twoim najważniejszym momentem w karierze?

Start na mistrzostwach świata w Dausze w 2019 roku, zająłem tam 12. miejsce. Tam byłem bardzo dobrze przygotowany, nie wiem czy nie lepiej niż w Toruniu. Ale niestety, może głowa trochę nie wytrzymała? Może byłem za dobrze przygotowany i nie poskładałem konkurencji tak, jak powinienem. Przed mistrzostwami Europy to te zawody były jednak takim momentem, że „Jezu, Paweł, ty naprawdę potrafisz walczyć z chłopakami i możesz to robić.” Wtedy dopiero zauważyłem, że mogę z nimi rywalizować. To były fajne zawody. Pamiętam, że trener też mi powiedział „Paweł, mamy przełom. Daj mi jeszcze pół roku a ogarnę cię i wszystko będzie okej”. I tak było.

Ciężka była też sytuacja pandemicza. Mój trener jest również byłym wieloboistą. Miał rekord życiowy 7800 punktów w dziesięcioboju, solidny wynik. On zawsze jest w stanie znaleźć drogę zastępczą. Była pandemia, nie mieliśmy gdzie trenować, to wysłał nas z moją żoną na półtorej miesięczny obóz na Mazurach. I tam trening szedł, i była taka super praca. Razem z żoną się napędzaliśmy. Moja żona po dwóch tygodniach już miała dość biegania, a mi trener wysyłał „5 razy 1000 metrów – biegamy wytrzymałość.” Moja żona mówi „nie, ja nie chcę biegać.” Tym bardziej, że ona trenowała kiedyś pięciobój nowoczesny, więc ma dużo biegania w swoich nogach.

ROZMAWIALI MONIKA WĄDOŁOWSKA I ADAM KOTLESZKA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez