Paweł Fajdek: Nie sądzę, żebym w Tokio miał być głównym faworytem do złota

Paweł Fajdek: Nie sądzę, żebym w Tokio miał być głównym faworytem do złota

O koszykówce, bo niedługo wystąpi w meczu Gortat Team vs Wojsko Polskie. O kontuzjach, które trapiły go zimą. O tym, jak czuje się jego organizm po dotychczasowych startach. O zdrowym jedzeniu, którego zdjęciami zaczął bombardować Instagram. O fatalnych igrzyskach w Rio i tym, co czeka go za rok w Tokio. O zbliżających się mistrzostwach świata. O rywalizacji z Wojtkiem Nowickim. O tym wszystkim i o wielu innych rzeczach porozmawialiśmy z Pawłem Fajdkiem z Grupy Sportowej ORLEN, trzykrotnym mistrzem świata, rekordzistą Polski w rzucie młotem.

Sebastian Warzecha: Rozmawiamy w dzień ogłoszenia wyników matur. Jak wspominasz swoją?

Paweł Fajdek: Na swoje matury jeździłem ze zgrupowania w Spale, gdzie zresztą obecnie jestem. Wypadałem z obozu, żeby napisać maturę i wracałem. Wtedy kursowałem jeszcze pociągami, ciężko się jeździło. Trzeba było wyjechać po południu, żeby wieczorem być w domu i rano napisać. A z kolei w drugą stronę czekał mnie wyjazd wieczorem, żeby na rano być.

Nie zazdroszczę. Sam jechałem 40 minut, a wydawało mi się, że to wieczność. Ale pytam z innego powodu. Matura to egzamin dojrzałości. Jak oceniasz te egzaminy dojrzałości w twojej karierze sportowej? Mistrzostwa świata, igrzyska olimpijskie?

Myślę, że powinno się to oceniać raczej na koniec kariery. Jestem teraz gdzieś w połowie tej dorosłej kariery. Bywało lepiej, bywało gorzej. Na pewno jest co zdobywać, poprawiać, utrzymywać. Jestem na dobrej drodze do tego, by na koniec być zadowolonym.

Skoro końcową ocenę wystawimy na koniec kariery, to czym są igrzyska w Rio, niezaliczonym sprawdzianem? Tkwi to jakoś w tobie, że tak się to tam potoczyło? Zresztą drugi raz, bo i w Londynie nie wyszło.

To były zupełnie dwie różne sytuacje, dwa inne konkursy i dwie inne historie. Zobaczymy, jak będzie. Do trzech razy sztuka, więc po Tokio będziemy mogli rozmawiać. Choć na razie skupiam się na mistrzostwach świata, które są na początku października tego roku. O igrzyskach nie myślę, choć oczywiście nie wyobrażam sobie, żeby nie podjąć rękawicy i nie powalczyć.

Choć tak to wyglądało sprzed telewizora, to w wywiadach po Rio mówiłeś, że to nie była kwestia psychiki i głowa nie miała tu nic do rzeczy…

To nie mogła być kwestia głowy, jeżeli się wygrywa przez dwa lata. Tak wyglądały moje dwa sezony – wygrałem wszystkie zawody, przegrywając tylko raz w Rio, w eliminacjach. I to sam ze sobą. Po prostu.

Kamila Lićwinko w Rio przeżyła podobne rozczarowanie. Była w formie – patrząc na wyniki – nawet na złoto. Skończyło się na słabym wyniku i niskim miejscu. Potem, gdy wróciła do Polski, tak bardzo nie chciała o tym myśleć, że nawet swoją kolekcję olimpijską zawiozła do mamy i tam zostawiła. Też tak miałeś czy szybko udało się nad tym przejść do porządku dziennego?

Wiesz, ja wróciłem do kraju, wygrałem następne zawody, rzucając zresztą w okolicach 82 metrów. Byłem dobrze przygotowany, wręcz w życiowej formie. Więc niby przeszedłem. Ale z kolekcją miałem podobnie. Została w torbie. Tak, jak ją odebrałem, tak przyjechała do kraju. Większość rzeczy rozdałem, reszta gdzieś tam sobie leży.

Jeśli w Tokio się powiedzie, to to niepowodzenie w Rio sprawi, że będzie to taka „filmowa historia”. W Londynie dramat, w Rio dramat, aż tu nagle chwila triumfu.

Taki jest plan, taki mam zamiar. W Azji zawsze dobrze startowałem, podoba mi się tam. Nie widzę przeszkód, by powiodło się i tym razem. Wszystkie wnioski wyciągnięte z poprzednich igrzysk, startów są zebrane. Postaramy się uniknąć problemów.

Nie żebym wypominał wiek, ale miesiąc temu skończyłeś 30 lat. Czujesz już, że masz tę trójkę z przodu?

Czuję się na siłach, ciągle młody. Choć w przypadku organizmu są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jakieś drobne bóle, gorszy sen – to się pojawia. Radzę sobie jednak nieźle. Pochorowałem trochę po urodzinach, złapałem jakiegoś wirusa, więc nie jest lekko, ale zawsze lubiłem trudne sytuacje. Podobno po 33. roku dopiero jest problem, żeby w ogóle przeżyć.

Z tego, co sam mówiłeś przy różnych okazjach, można wywnioskować, że wirusy łapiesz regularnie.

Zdarza się. To też są rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zaplanować, nie da się tego uniknąć. Na przykład teraz w Spale jest masa dzieci, bo jest jakiś obóz związany z piłką nożną, zajmują pół ośrodka. Ale muszę gdzieś trenować. Problemem są też podróże: samoloty, pociągi, metro – wszędzie są ludzie, którzy rozsiewają te zarazki. A jak jest forma, to organizm jest osłabiony, łatwiej to złapać.

To może przed najważniejszymi imprezami trzeba by założyć na twarz jakąś maseczkę?

Nie no, myślę, że nie będę aż tak w to bawił. W tym roku będziemy na zgrupowaniu w Turcji, zaaklimatyzujemy się, a do Kataru pojedziemy dopiero dwa dni przed zawodami.

Właśnie, mistrzostwa świata w Katarze odbędą się stosunkowo późno. Dla ciebie to chyba dobrze? Bo zimą nękały cię problemy zdrowotne, posłuszeństwa odmówiła łydka. Późno zacząłeś przez to treningi, ale i tak masz czas na przygotowania.

Tak, faktycznie. Tak naprawdę w dwa miesiące musiałem przygotować formę na pierwszą część sezonu. Zresztą we wtorek mam ostatni start, potem dłuższa przerwa, kilka tygodni bez zawodów. Będzie możliwość trochę odpocząć i wziąć się do roboty przed mistrzostwami. Zależało mi na tym, żeby w Challenge’ach [cykl zawodów w rzucie młotem – przyp. red.] dobrze wystartować. Wyszło nieźle, są już dwie „osiemdziesiątki” na koncie, więc walka jak najbardziej będzie. Zobaczymy, co pokaże trzeci Challenge, być może ostatni. Później będą się liczyć wyniki z mistrzostw świata. Do tych jest jednak jeszcze dużo czasu, trzeba będzie przepracować sierpień i wrzesień, przyłożyć się przez te parę tygodni, żeby zbudować na nie formę. Bo jest na to szansa. Jest też fajna rywalizacja, Wojtek jest dobrze przygotowany, przepracował tę jesień, zimę i wiosnę. Ale nie odpuszczam. Trenuję od marca i są jakieś efekty.

Dobre wyniki Wojtka motywują?

Trochę się przerzucamy, faktycznie. Ta rywalizacja nakręca się tak z tygodnia na tydzień. Miałem dwa niezłe starty, na nieco wyższym poziomie, ale teraz już coś się nie składa, brakuje tego obycia, obrzucania. Czekam na ostatni start z niecierpliwością, żeby od tego odpocząć i przygotować się do tej drugiej części sezonu. Tym razem tak samo jak wszyscy, na równych zasadach.

Jak jest z wagą? Podobno w lutym, gdy zawitałeś na trybuny jednego z mityngów, ludzie mówili, że cię nie poznają, bo sporo cię ubyło?

Wciąż utrzymuje się na poziomie 119-120 kilogramów. Staram się przytyć, ale to trudne, zwłaszcza, że zrobiło się ostatnio gorąco, przez co nawet nie chciało mi się jeść. Niestety stoję w miejscu, ale plan jest taki, żeby tej masy jeszcze troszeczkę nabrać, bo może tego zabraknąć. Aczkolwiek, jak mówię, rzucam po 80 metrów z dość krótkiego przygotowania. Jeżeli uda się jeszcze nabrać tej masy, to dobrze, a jak nie, to po prostu będę startować z tego, co mam. Nie ukrywajmy, że ważniejszy jest ten przyszły rok. Na mistrzostwa świata, jeżeli tylko zdrowie pozwoli, powinienem zbudować formę bez problemu.

Kilka razy w ostatnim czasie przeczytałem stwierdzenie, że pojawił się „nowy Fajdek”. Ty się czujesz „nowy”, jakoś odmieniony? Czy to jednak „stary Fajdek”, tylko w nieco innym wydaniu?

Po trzydziestce, to na pewno. (śmiech) Sam nie wiem. Było dużo zmian, kilka trudnych, ale jestem zadowolony z efektów. Zobaczymy, co przyniesie to w dłuższej perspektywie. Ten wynik sportowy jest tu takim najłatwiejszym wyznacznikiem tego, czy zmiany są dobre. Jeżeli będę zbliżać się do 82 czy 83 metrów, to okaże się, że to była bardzo dobra zmiana.

Przywołałeś jeszcze raz ten wiek, po drodze zdarzały się urazy. To były jakieś sygnały, że trzeba się zacząć nieco oszczędzać, żeby ta kariera jeszcze potrwała? Bo nagle łydka, kolano, jakieś infekcje.

Kolano to akurat była taka kontuzja… bezurazowa. Trudno nam to zrozumieć. Po prostu się pojawia i przeszkadza. W zeszłym roku to właśnie było problemem, potem doszły inne rzeczy. Ta łydka pewnie też była połączona z tym, że byłem mniej wytrenowany. Teraz staram się swój organizm dobrze prowadzić, właśnie po to, żeby wytrzymał jak najdłużej.

Trudniej jest zbudować wspomnianą wcześniej masę przy zdrowszej diecie? Bo w pewnym momencie zacząłeś zasypywać Instagram fotkami zdrowej żywności. Wielu było tym zdumionych.

Na razie trudno mi powiedzieć, przez to, że zacząłem pracować w marcu. Przerobiłem go delikatnie, w kwietniu przyszły problemy z plecami i też ten trening nie był pełny. Ale rzucałem te osiemdziesiątki, więc da się to ogarnąć tak, żeby rzucać daleko, mniej ważąc. Wszystko zależy od tego, jak się to ułoży. Na razie jestem lżejszy, czuję się dobrze. Czasami jednak tej masy brakuje, odczuwam to. Choć nie chcę się o to martwić. Czasu jest dużo, szansa na wyszlifowanie formy jest.

Sam kończę dziś pierwszy tydzień diety, więc nie mogę nie zapytać: masz jakieś danie, które naprawdę warto spróbować?

Wiesz, ja siedzę głównie na zgrupowaniach, więc bazuję na tym, co jest tu dostępne. Choć w Spale robimy jadłospisy, staramy się, by nie były to skomplikowane rzeczy. Jemy więcej zdrowych rzeczy. Nawet jeżeli kotlety, to wege. Jeżeli ktoś lubi szpinak, to ja sam uwielbiam brązowy makaron ze szpinakiem i jajkiem. Super rzecz, robi się chwilę, a jest bardzo smaczna.

Akurat nie trafiłeś. Nigdy nie rozumiałem, jak Popeye może jeść ten szpinak, bo absolutnie mi nie smakuje.

(śmiech) Też przez wiele lat nie rozumiałem, choć były potrawy, w których mi smakował. A dziś dziwię się sobie, że nie jadłem go wcześniej. Bo raz, że ma w sobie sporo dobrych rzeczy, a dwa, że jest to po prostu smaczne. Jak się odpowiednio przyrządzi, to jest naprawdę dobry.

A działa jak w bajce? Zjesz puszkę przed startem i młot leci dalej?

Zobaczymy, jak będzie. Bo tak od razu to nie. Niestety.

Szkoda. Choć z drugiej strony wszyscy mogliby wtedy rzucać tak daleko i może nie mielibyśmy tylu polskich medali. A skoro o dalekim rzucaniu mowa – fajnie było przez pół miesiąca na powrót przewodzić światowym listom? Teraz miejsce odebrał ci Wojtek, ale jednak przez jakiś czas byłeś liderem.

Jasne, że fajnie. To jest ta rywalizacja, o której mówiłem. Ja gdzieś wystartowałem, zająłem pierwsze miejsce, ale już dwa konkursy później Wojtek mnie przerzucił. Później znowu mi się udało, a teraz znowu Wojtek jest z przodu. To też jest fajne.

Zakładacie się przed startami, kto rzuci dalej?

Nie, aż tak to nie. (śmiech) Choć motywujemy się. Jeżeli akurat możemy rywalizować, to to robimy. Lecz teraz czuję się już słaby, wolałbym na spokojnie potrenować.

Pamiętam, jak w zeszłym roku oglądałem jedne z zawodów i ktoś obok mnie rzucił uwagą, że „moglibyście wycelować w jedno miejsce, byłyby dwa złota naraz”. Da się zrobić?

Tak by było równo, ale trochę brakowałoby zabawy. Chyba każdy z nas wolałby jednak samemu stać. Duzi jesteśmy, po co mamy się ściskać. (śmiech)

Czyli blokuje was to, że moglibyście się nie zmieścić na pierwszym miejscu razem, tak? Okej, następnym razem tak odpowiem na podobną uwagę.

Tak, tak. Dla mnie to też coś, co znam. Bo od początku – jeszcze ze starą ekipą, która rzucała powyżej 80 metrów na każdych zawodach – rywalizowałem. Znam to, wiem o co chodzi i wiem, jak to robić. Wojtek zaczął wygrywać w zeszłym roku, zdobył mistrzostwo Europy, jest głodny sukcesu. I fajnie, bo to go napędza.

Jak się zerka na światowe listy, to nie dajecie wręcz szans konkurencji. Trzeci zawodnik ma do ciebie dwa metry straty. Do Wojtka jeszcze więcej.

Tak, ale wiesz, ja pamiętam sezony 2015 czy 2016, gdzie rzucałem po 83 metry, a reszta po 77 czy 78. Więc to w ogóle była przepaść. Inna sprawa, że nie można rywali lekceważyć. W zeszłym roku zdarzyły się osiemdziesiątki, w tym roku chłopaki szykują się pewnie na mistrzostwa świata. Więc rzucając po 78 metrów teraz, to ktoś może wyhaczyć te 80 pod koniec sezonu. Wraca choćby ten Rusek [Walerij Pronkin – przyp. red.], który dopadł Wojtka na mistrzostwach świata i zrzucił go na trzecie miejsce. Zobaczymy, jak to będzie. To jest sport, na mistrzostwach na pewno będzie wiele niespodzianek. Mam nadzieję, że obędzie się bez nich u nas.

Kto w takim razie będzie najgroźniejszym rywalem?

Bence Halasz jest młody. Brązowy medal z mistrzostw Europy też go pewnie napędza. Mamy też Nicka Millera, który wcześniej troszeczkę zaskoczył, a teraz powoli wraca. Będzie ten Rosjanin, który pojawił się znikąd kilka lat temu, to samo może zrobić w tym roku. Co dalej? Doświadczeni zawodnicy. Choćby Dilszod Nazarow. On ma problemy, rzuca po 75-76 metrów, nie powinien być groźny, ale to jednak mistrz olimpijski. Pewnie w sierpniu czy wrześniu będzie więcej wiadomo.

W Katarze powalczysz o czwarte złoto. Rok temu, gdy na mistrzostwach Europy zdobyłeś srebro, mówiłeś, że „nie przeszkadza ci to, bo nie byłeś w formie, a złoto zdobył Wojtek”. Jakbyś zareagował, gdyby w tym sezonie kolejność na podium najważniejszej imprezy się powtórzyła?

Nie myślę o tym, wszystko wyjdzie w praniu. Postaram się przygotować jak najlepiej, mimo tego siedmiomiesięcznego postoju. Są dni, że czuję się lepiej niż kiedyś, są takie, że brakuje mi treningu. Jeśli uda się to wszystko poskładać, to powinniśmy obaj rzucać bardzo daleko, a wtedy niech wygra lepszy. Tak to powinno wyglądać.

Zmieniając nieco temat: zdarzało ci się już pomagać komuś w treningu?

Zdarzało. Jestem jakimś autorytetem, czasami ludzie proszą o pomoc. Może nie każdemu, ale zdarzają się momenty, że pomogę. Jest to trochę trudne, bo pomagając innym osobom, muszę się napatrzyć na ich błędy. Potem mam z tym problem, muszę wyrzucić to z głowy, żeby nie przekładać na siebie. Bo tu chodzi o technikę, jeśli ona się psuje, to rzuty od razu wychodzą gorzej, odległości są krótsze.

Napatrzyć na błędy będziesz się mógł pewnie za niedługo. Bo podjąłeś się wytrenowania Eldo w rzucie młotem. Od czego tu zacząć, gdy ktoś nigdy nie próbował tej konkurencji?

To jest dosyć trudny sport. Ja rozumiem, że Eldo będzie miał damski młot, bo męskim to by się połamał…

(śmiech)

Nie no, naprawdę, nie żartuję w tej kwestii.

Po prostu fajnie to zabrzmiało. Sam podejrzewam, że połamałbym się nawet damskim.

No właśnie. Co do treningu: trzeba to robić bardzo powoli, najważniejsza jest obszerność wykonywania tego wszystkiego. Myślę, że obroty to tu wyższa liga. Aczkolwiek jeśli będzie chciał i okaże się pojętnym uczniem, to postaramy się i to wprowadzić.

Czyli początkowo miałby rzucać po prostu wymachem? Dobrze to rozumiem?

Tak, na początku na pewno.

Wiesz, jak Eldo wygląda, prawda?

Wiem, wiem. Lubię chłopaka. (śmiech)

To zatrzymaj na moment jego obraz w głowie i powiedz mi, jaka odległość byłaby tu minimum przyzwoitości?

Jeżeli rzuci 20-25 metrów tą „czwórką”, to będzie nieźle.

Okej. Czyli przekazujemy Eldo, że musi te 20 metrów wyciągnąć, bo inaczej czeka go jakaś kara, tak?

Tak, coś wymyślimy. (śmiech)

Eldo będzie się uczyć podstaw, a jak to wygląda w przypadku, gdy to ty masz rzucać? W telewizji czy z trybun widać ten końcowy moment, efekt. Co tu jednak trzeba zgrać, żeby młot poleciał daleko?

Na głównej imprezie tak naprawdę nie robisz już nic. Zero kombinowania. Chyba że jedziesz po kontuzji czy w trakcie, wtedy musisz dostosować się do sytuacji. Jeśli jesteś wytrenowany, to jedynie starasz się wykonywać jak najpoprawniej technicznie swoje próby. Wiadomo, są jeszcze inne rzeczy, choćby panujące warunki: pogoda, nawet beton, który może być szybki albo wolny, pora dnia też wpływa, każdy lubi inną. Są czynniki mające wpływ na naszą formę, ale Polacy, jak widać, nawet nieźle sobie radzą.

Czyli sytuacja taka, jak na niedawnym Memoriale Kusocińskiego, że tuż przed nim przeszła burza i było mokro, czyni rzuty trudniejszymi?

Nie powiem, że to utrudnia, ale trzeba się do tego dostosować. Jeśli ktoś rzuca bardziej technicznie niż siłowo, to nie ma problemu. Ale są zawodnicy, którzy rzucają siłowo, szarpią się z tym młotem, przez co tracą stabilność.

Zdarzało ci się rzucać, gdy padał deszcz?

Tak, jak najbardziej. Zdarzają się konkursy, gdy ciągle pada. Na Uniwersjadzie tak miałem, w Londynie raz eliminacje też odbywały się w deszczu. Jeśli to duża ulewa, to konkurs się przerywa, ale jeżeli tylko mży czy pokapuje, to rzucamy. Mamy rękawiczki, każdy stara się chronić swoją, więc młot nie ślizga się w rękach.

O deszcz nie będziesz musiał się martwić za kilka dni, bo rzucać będziesz pod dachem. 13 lipca odbędzie się charytatywny mecz koszykówki Gortat Team vs Wojsko Polskie, gdzie i ty się zjawisz.

Tak, akurat będzie to po ostatnich zawodach, w trakcie mojej przerwy. Więc znajdę chwilę, żeby ponownie sobie tam zagościć. Cieszę się, bo to fajna zabawa, do tego charytatywna.

Ktoś mógłby sobie pomyśleć: „Fajdek? Co on właściwie wspólnego ma z koszykówką?”. Ale akurat ty kosza lubisz i podobno zdarza ci się grać nawet na co dzień, bez takich okazji

Myślę, że po kontuzji łydki nie będę się już przesadnie wygłupiać. Ale tak, do tej pory to była jedna z moich ulubionych form aktywności, zwłaszcza po sezonie. Fajnie się grało. Teraz… zobaczymy. Wiek swoje robi, lepiej nie ryzykować.

Trudno nie zapytać: czemu rzut młotem a nie koszykówka?

Nie no, za niski jestem. (śmiech) Gdybym był wyższy, pewnie bym o tym myślał. Ale jak ja dwa razy w życiu zrobiłem wsad, to po prostu nie ma zabawy. A na rozgrywającego jestem z kolei trochę za duży, też odpada.

Czyli gdyby 13 lipca był zorganizowany konkurs wsadów, to nie podejmiesz się wyzwania?

Nie, nie, nie. Trzeba dbać o zdrowie. Można się pobawić, wyjść na parę minut i będzie fajnie, nawet bez wariactw. Zostawmy to młodszym albo bardziej doświadczonym.

Wsady nie, ale za to twoją siłą powinny być rzuty z dystansu. Z jakiej odległości dorzuciłbyś do kosza? Moc w rękach w końcu jest. Więc… koniec boiska? Trybuny?

Jedną ręką mógłbym spróbować, to jest do zrobienia. Nie wiem tylko, jak z kierunkiem. (śmiech)

Właśnie, jak to jest – trudno się przestawić na to, że w koszykówce do samego rzutu trzeba dołożyć celność i trafić do kosza?

Wiadomo, że jak nie jesteś z czymś obyty, nie robisz czegoś na co dzień, to wygląda to trochę kwadratowo. Kosz jest jednak na tyle przyjemną i łatwą dyscypliną, że zagrać może każdy. Na ostatnim meczu, przed rokiem, było to widać nawet na przykładzie dziewczyn, które z nami grały. Naprawdę mieliśmy niezłe snajperki. Jeżeli ktoś, kto nigdy nie miał większej styczności z koszem może grać, to każdy może to zrobić.

Skoro wspomniałeś o zeszłorocznym meczu, to kto tam był najlepszym koszykarzem? Poza Marcinem Gortatem, rzecz jasna.

Łukasz Fabiański, bardzo dobrze grał. Trzeba mu oddać, że się nie spodziewałem, a okazuje się, że radził sobie znakomicie. W niejednym polskim klubie by się odnalazł. Choć on piłkę rzuca tak naprawdę na co dzień, jakoś przeniósł to też na boisko do kosza.

Skoro Marcin Gortat zaprasza na mecz koszykówki, może w rewanżu powinieneś zaprosić go na spróbowanie sił w rzucie młotem?

Myślę, że jak Marcin zdecyduje się zawiesić buty na kołku i przestanie myśleć o grze w NBA, to tak zrobimy. Na razie jeszcze ma chęci, będzie próbował. Nie chciałbym, żeby zrobił sobie krzywdę. To nie jest prosta rzecz, a wątpię, żeby Marcin wziął damski młot. To w końcu prawdziwy sportowiec. Śmialiśmy się też nie raz, że powinien spróbować, bo w końcu to „Polish Hammer”.

Jak w trakcie tych meczów u Marcina gra się przeciwko wojskowym? Grają twardo, czy łapią luz? Bo wojsko kojarzy się raczej z tym pierwszym.

Nie było taryfy ulgowej czy zabawy. (śmiech) W ciągu całego spotkania zdarzało im się, że odpuścili w jakimś momencie. Ale z drugiej strony blokowali nawet kobiety. Wojsko nie daje taryfy ulgowej. Jak chcą wygrać, to grają tak, żeby to osiągnąć.

Pytając przy okazji: da się porównać życie sportowca do życia żołnierza?

Momentami tak, aczkolwiek my mamy czas dla siebie, w którym możemy robić to, na co mamy ochotę. A żołnierz siedzi zwykle w jednostce. Sam siebie w wojsku nie widzę, mogłyby z tego wyniknąć problemy, bo trudno mnie zdyscyplinować. Wiem, że momentami może to być fajne, ale na dłuższą metę nie dla mnie.

I wracając do koszykówki: śledziłeś może ostatnie mistrzostwa świata, ale w odmianie 3×3?

Tak, trochę widziałem. Kuzyn jednego z naszych trenerów tam grał, byliśmy na bieżąco z informacjami.

Nie chciałbyś spróbować gry w takiej odmianie?

Wiadomo, że to coś innego. Gra na jeden kosz, fajnie. Pewnie nawet jest to bardziej popularne, bo na boiskach nie zawsze jest tylu ludzi, żeby pograć na całość. U nas też tak było, często graliśmy na jeden kosz. Gdy było 6 czy 8 osób, to tak właśnie to organizowaliśmy, zwykle ze zmianą, żeby się nie zajechać. Fajnie, że to istnieje, bo to faktycznie zupełnie inna gra, bardziej dynamiczna, więcej jest tego kontaktu…

No i nie trzeba być tak wysokim.

No nie, teoretycznie nie. Choć nie oszukujmy się – wzrost i tak jest ważnym czynnikiem. Chyba że jest się Stephenem Currym, to wygląda to inaczej.

Steph Curry ma 191 centymetrów. Nie najgorzej.

No nie najgorzej, wciąż jednak pozostaje niższy od wielu rywali. Ale jeśli jest w formie to czy z linii rzutów za trzy, czy z jeszcze dalszego dystansu, praktycznie się nie myli.

Skoro wspominamy Stepha – zerkałeś na NBA w tym sezonie, czy jednak siedzenie po nocach w okresie treningów to nie jest najlepszy pomysł?

Byliśmy w Stanach na zgrupowaniu. Wtedy jak najbardziej, mecze były dostępne wszędzie. Inna strefa czasowa, od śniadania do kolacji praktycznie dało się oglądać jakieś spotkania. Na kilku zagościliśmy też jako kibice.

Konkretnej ekipy?

Nie do końca. W tym roku mnóstwo było roszad. Początkowo trzymaliśmy kciuki za Clippersów, bo grał tam Marcin, ale potem się okazało, że już go nie ma. I był problem. LeBron, jeden z najlepszych zawodników, poszedł do Lakersów, też się oglądało, ale coś tam nie wypaliło. To był trochę specyficzny sezon, nawet w kwestii mistrza, bo wygrało przecież Toronto. Śmiejemy się, że Marcin mógł iść właśnie tam – bo to drużyna, która chyba była nim zainteresowana. Ale nie doszło to do skutku. A szkoda, bo byłoby pięknie.

To ja polecę jeszcze Dallas Mavericks. Dirk Nowitzki skończył niedawno karierę, ale Luka Doncić gra pięknie. Sam zacząłem oglądać ich mecze przez niego.

Słyszałem, że się nim zachwycają. Mamy kilku trenerów, którzy siedzą po nocach i oglądają te mecze. Bo oni akurat mają na to czas. (śmiech) Czasem o tym gadamy.

Czyli zawodnicy muszą spać, ale trenerzy mogą się zasiedzieć?

Trener nie musi się tak męczyć. Byle potem nie spał na treningu.

Podliczmy: rzut młotem, koszykówka, zdarza ci się też grywać w piłkę nożną…

Tak, po poprzednim sezonie pograłem aż za dużo i popsuła mi się łydka. Więc do igrzysk na pewno nie będę nic cudował. Potem może znowu coś się zagra.

…a jest jakiś sport, którego nie podjąłbyś się spróbować?

Nie wiem, bobsleje? Dla mnie to jest chore, tam ludzie mogą się naprawdę mocno okaleczyć. To bardzo niebezpieczne.

To od razu dodamy skeleton, co? Też zimowe igrzyska, tyle że jednoosobowe sanki, na których dodatkowo jedziesz głową w przód.

Zdecydowanie. To dyscypliny, których… po prostu bym nie zaryzykował. Cenię sobie swoje zdrowie, wolałbym go nie wystawiać na próbę. Jako dziecko jeździłem co prawda na sankach, bardzo mi się podobało, ale przy takich prędkościach wątpię, by to było dla mnie przyjemne. Lubię szybko jeździć autem, to mi wystarczy.

Ale szybko na jakimś torze czy po drogach?

(śmiech) Po drogach też, nie będę ukrywać.

Mandaty nie lecą?

Z policją nie miałem zbyt wiele do czynienia jako kierowca. I niech tak zostanie. Bo jakbym – nie daj Boże – miał stracić prawo jazdy, to potem bym się nie odnalazł. Na co dzień cały czas jestem w ruchu, cały czas muszę gdzieś się przemieszczać. Są miejsca, choćby w Niemczech, gdy jedziemy tam na zawody, gdzie da się nieco docisnąć. Ogólnie staramy się raczej jeździć spokojnie.

Tymczasem szybko mija za to czas. Do igrzysk w Tokio został już tak naprawdę tylko rok. Czujesz, że są za pasem?

Faktycznie, między jednymi a drugimi igrzyskami czas bardzo szybko mija. Nie zdążymy się pewnie nawet obejrzeć, a już czekają nas starty w Tokio. Bo teraz skończymy sezon mistrzostwami świata, potem chwila odpoczynku, a pod koniec listopada trzeba będzie zacząć robotę od nowa – wtedy będziemy myśleli o tym, jak zbudować formę i się przygotować. Choć na razie myśli się o tych mistrzostwach świata. Bo niestety, ale u nas jest tak, że trzeba się „potwierdzać” z roku na rok. Najlepiej zdobywać medale, bo w ten sposób można być cały czas na topie.

W Rio wszyscy stawiali cię jako faworyta do złota. Jakbyś zareagował, gdyby w Tokio wpadł medal, ale nie złoty?

Będę walczyć o to złoto, a jeśli się nie uda i będzie to inny medal, to tak widocznie miało być. Zawsze walczę o to, żeby wygrać, wynik jest mniej ważny. Trudno tu cokolwiek wróżyć. Jeśli mam być zupełnie szczery, to wątpię, żebym był tym głównym faworytem w kolejnych mistrzostwach świata i igrzyskach. Będę coraz starszy, za to młodzież będzie chciała wchodzić, jest też przecież Wojtek. Myślę, że poziom będzie się z roku na rok wyrównać. Mamy ostatnie 2-3 lata, żeby sobie porzucać, potem powinno być trudniej.

Wojtek też coraz starszy.

Tak, wiadomo. To jest to ryzyko. Organizmowi w każdej chwili może się coś przytrafić, nie da się wszystkiemu zapobiec. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Pojawiają się kontuzje, które zawsze mogą dużo zmienić.

Czyli co – po pierwsze życzymy zdrowia, po drugie medali największych imprez, a po trzecie żebyś nie musiał płacić medalem w taksówce? Bo to też była piękna historia.

(śmiech) Wspaniała, jedna z najlepszych w moim życiu. Nawet jej nie prostowałem, nie miało to sensu. To było tak głupie, a obiegło cały świat. Po co się z czymś mierzyć, jak wiem, jaka jest prawda i jak było? Potem, ostatecznie, poszło sprostowanie, ale historyjka zrobiła sporo dobrego, choćby zwracając uwagę kibiców na rzut młotem.

Właśnie, skoro wspomniałeś, to nie sposób nie zapytać. Ten rzut młotem, mam wrażenie, stoi nieco z boku w stosunku do reszty lekkoatletycznych konkurencji. Nie ma was przecież nawet w cyklu Diamentowej Ligi, macie swój własny.

Tak, mamy ten Challenge, on jest nieco z boku, faktycznie. Zarobki też są niższe. Boli nas to, ale nie jesteśmy w stanie wywalczyć tego, żeby ten młot bardziej doceniono. Co zrobić, jeżeli federacja tak to rozwiązuje, to pozostaje nam się dostosować. Staramy się coś w tym kierunku zrobić. Są też nowe pomysły, żeby ten młot wypromować. Może coś dadzą.

Jakie właściwie jest tłumaczenie na brak tego młota w Diamentowej Lidze? Przecież jest oszczep, jest dysk, jest też pchnięcie kulą.

Tak, wszystko jest normalnie, tylko nas brak. Głównie chodzi o to, że to stadiony wypożyczane na zawody, często piłkarskie, na których są zraszacze, tego typu elementy. No i sama murawa, której nie chcą niszczyć. Dla mnie to akurat żaden problem, żeby wyciąć parę dziur i zakleić je nową trawą. Nie jest to chyba na tyle drogie, żeby nie móc zrobić tego rzutu młotem. Bardziej uważam to za wymówkę, żeby tego młota nie było.

To akurat dla nas trochę przykre. Z polskiej perspektywy chcielibyśmy ten rzut młotem oglądać, bo od dobrych dwóch dekad regularnie odnosimy tam sukcesy.

Sporo medali żeśmy ostatnio natrzepali, to prawda. Naprawdę szkoda, że nie można nas oglądać częściej. Tracimy na tym i medialnie, i materialnie. Trudno, zdecydowaliśmy się trenować rzut młotem na takich właśnie zasadach. I tyle.

 

*****

Paweł Fajdek jest członkiem drużyny Marcina Gortata i już 13 lipca o godzinie 18.00 w łódzkiej Atlas Arenie zmierzy się z zespołem Wojska Polskiego! Pokazowy mecz gwiazd i przyjaciół Marcina z armią to tradycyjny finał Campów organizowanych przez Fundację MG13 “Mierz Wysoko”.
Bilety możecie zdobyć na kupbilet.pl.

 

 

 

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez