Patryk Rombel: Czas jest naszym sprzymierzeńcem

Patryk Rombel: Czas jest naszym sprzymierzeńcem

– Wierzyliśmy w zwycięstwo w meczu z Węgrami. Mieliśmy wszelkie powody, aby to robić. Okazało się jednak, że ich doświadczenie, które wynieśli z poprzednich imprez, jest bezcenne. Szkoda, ale czas pracuje na naszą korzyść. Jestem pewien, że wkrótce my będziemy w miejscu, w którym są teraz Węgrzy – mówi nam Patryk Rombel. Przed dzisiejszym meczem z Niemcami, ostatnim polskich szczypiornistów na tegorocznych mistrzostwach świata, zapraszamy was na obszerną rozmowę z trenerem kadry.

WOJCIECH PIELA: Panie trenerze, jak nastroje? Udało się trochę ochłonąć po meczu z Węgrami?

PATRYK ROMBEL: Zawsze w sytuacji, gdzie nadzieje były większe niż osiągnięty rezultat, dojście do siebie jest trudne. Natomiast myślę, że na mecz z Niemcami dość szybko udaje się odzyskać koncentrację i pamiętać o tym, z kim się gra. Nastawienie jest zatem bojowe i mam nadzieję, że będzie to widać na boisku.

Węgrzy to był mocniejszy rywal niż Hiszpania, z którą się już mierzyliście na tych mistrzostwach?

Trudno to porównywać. Na pewno były to spotkania o inną stawkę. Węgrzy to jest taki zespół, który zmierza do tego, żeby być bardzo mocną ekipą w najbliższej przyszłości. Mają też wielu doświadczonych zawodników, choćby Mate’a Lekaia na środku rozegrania, który zrobił ogromną różnicę w meczu z nami.

Michał Olejniczak może wkrótce wskoczyć na jego poziom?

Mam nadzieję, że Michał swoją ambicją i pracą dojdzie do poziomu, który będzie stawiał go w jednym szeregu z takimi zawodnikami. Ale to wszystko przed nim. Pamiętajmy, że chłopak skończy w tym roku 20 lat i ma jeszcze mnóstwo czasu na naukę. Jest jednak na dobrej drodze, wyróżnia się pracowitością.

Miał pan takie myśli, że gdyby zamienić w tym meczu rozgrywających, i to Lekai grałby w naszej ekipie, to wynik byłby zgoła inny?

Nie, ja uważam, że mamy najlepszych zawodników i żadnego innego nie chciałem i nie potrzebuję. Wiem, że ta drużyna ma potencjał. I możemy być w przyszłości lepsi od Węgrów. Czas pracuje na naszą korzyść i jest naszym sprzymierzeńcem. A w przypadku wspomnianego Mate’a Lekaia wygląda to inaczej, bo on jest jednak bliżej końca niż początku kariery.

Z Węgrami nie pomogło nam to, że w pierwszej połowie sporo czasu poza grą spędził właśnie Olejniczak. Zastępował go Maciej Pilitowski. To jest zawodnik, który ma 31 lat i większość kariery spędził w przeciętnych polskich klubach. Nie ma pan wrażenia, że w czasie spotkania to wyszło?

Nie, myślę, że problem jest bardziej ogólny i dotyczy braku doświadczenia w takich turniejach. Jeśli w meczu o wysoką stawkę robimy dziewięć prostych błędów w pierwszej połowie, wyrzucając piłki w auty lub ręce, i tracimy z tego sześć bramek, to trudno szukać pojedynczego winnego. Jesteśmy zespołem, wygrywamy jako zespół, przegrywamy jako zespół. W pierwszej połowie tych błędów było po prostu za dużo i nie robił ich jeden zawodnik. Ten brak doświadczenia, może nerwy, utrudniły nam zadanie. Jeśli sami pomagamy rywalowi tej klasy, to nie jest łatwo o wygraną.

Węgrzy zagrali trochę lepiej, niż się spodziewaliście? Czy może jednak nasze oczekiwania były trochę wygórowane, a pan wiedział, że w meczu z nimi żadnym faworytem nie będziemy?

Faworytem na pewno nie byliśmy. Węgry proces, w jakim my się znajdujemy, rozpoczęły jakiś rok czy dwa lata wcześniej. Doszło u nich do przemeblowania składu, wymiany wielu starszych zawodników na młodszych. Grają ze sobą trochę dłużej, są w tej hierarchii wyżej od nas. Nie zmienia to jednak faktu, że wierzyliśmy w zwycięstwo. Mieliśmy wszelkie powody, aby to robić. Okazało się jednak, że ich doświadczenie, które wynieśli z poprzednich imprez, jest bezcenne. Szkoda, ale, tak, czas pracuje na naszą korzyść. Jestem pewien, że wkrótce my będziemy w miejscu, w którym są teraz Węgrzy.

Dużą satysfakcję pan poczuł, kiedy dowiedział się, że Telewizja Polska będzie pokazywać wasze mecze, od drugiej rundy?

Tak. Wszyscy mieliśmy poczucie, że jesteśmy dobrze przygotowani do tego turnieju i jedziemy na niego z nadziejami, więc było nam szkoda, że nikt nie będzie miał okazji zobaczyć naszych meczów w telewizji. Natomiast, kiedy już ta decyzja zapadła, poczuliśmy satysfakcję. Dobrą grą pokazaliśmy, że warto nas pokazać.

A odebraliście to wcześniej jako brak wiary?

Na pewno. Gdyby postrzegano nas jako zespół, który może wygrywać i zajść do drugiej rundy, a potem myśleć o ćwierćfinale, nie byłoby nikogo, kto nie chciałby tych praw wykupić. Kierując się prostym, logicznym myśleniem – tej wiary po prostu nie było. Może to co prawda nie dziwić, patrząc na naszą ostatnią historię, natomiast było nam żal, że nas w telewizji nie będzie. Natomiast cieszymy się, że finalnie karty zostały odwrócone.

Niektórzy eksperci – jak Marcin Lijewski – wspominali, że polscy szczypiorniści nie do końca są przystosowani do systemu hiszpańskiego, który pan wdraża. Czy rzeczywiście takie sygnały do pana dochodziły i czy sprawiły, że miał pan pewne wątpliwości?

Każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Pytanie, czy to zdanie jest wyrażane po to, żeby coś poprawić, czy pokazać, że w inny sposób by się grało lepiej. Nie mam pojęcia. Nie słucham innych głosów, mam swój plan i nie umiem wyobrazić sobie, żebym mógł inaczej prowadzić kadrę. Dla mnie obecny sposób jest najlepszy, jaki znam, i dalej będziemy tak pracować. Ludzie zawsze będą mówić, nie zawsze dobrze, ale ja się nie zamierzam tym przejmować.

A wiele osób trzeba było przekonywać do systemu hiszpańskiego? Bo wiemy, że SMS-ach kiedyś raczej go nie było, teraz się to zmienia. To był pana pomysł.

Jeśli chodzi o Szkoły Mistrzostwa Sportowego – mogę mówić tylko w samych superlatywach. Trafiliśmy na świetnych trenerów, super ludzi, którzy z otwartymi głowami podeszli do tego tematu. I ta współpraca wygląda wzorowo. Jeśli połączymy to ze zmianą sposobu myślenia w kwestii przygotowania fizycznego i motorycznego, to jestem zdania, że zmierzamy w naprawdę dobrym kierunku. Trenerzy, dyrektorzy i wszystkie osoby pracujące w SMS-ach kupiły ten pomysł, a teraz widzą korzyści. Zawodnicy mają lepsze wyniki, jeśli chodzi o testy motoryczne wszelkiego rodzaju, a także boiskowo wyglądamy lepiej, o czym świadczą przedpandemiczne mecze towarzyskie na szczeblu młodzieżowym. A do tego – powtórzę się – czas jest naszym sprzymierzeńcem.

Czy na horyzoncie widać kolejny talent pokroju Michała Olejniczaka, w kontekście mistrzostw świata w 2023 roku?

Nie wiem, bo do tej imprezy zostało sporo czasu. Dużo będzie zależeć od rozwoju tych chłopaków w SMS-ie, gdzie mamy naprawdę utalentowaną młodzież. Dokąd trafią, gdzie będą grali, czy będą grali? Na dzisiaj to jednak wróżenie z fusów. Natomiast utalentowanych zawodników jest trochę. Mam nadzieję, że za jakiś czas udowodnią, że to, co zaczęliśmy robić dwa lata temu, przynosi efekty. Jestem dobrej myśli, ale – jeśli chodzi o mistrzostwa świata 2023 – nie wiem, czy będą już na wystarczająco wysokim poziomie.

Po mistrzostwach będziemy na pewno wracać do meczu z Brazylią, który wygraliśmy dziesięcioma bramkami. Z dobrej strony pokazał się wtedy Maciej Majdziński. Ostatecznie dostaje jednak trochę mniej minut niż choćby Rafał Przybylski. Z czego to wynika?

Staramy się tak układać zespół, żeby mieć na boisku tych doświadczonych zawodników, którzy mają ogranie na imprezach dużej rangi. Maciej Majdziński nie gra zbyt dużo w klubie, jest to związane też z jego zdrowiem, a przy tylu meczach musimy pamiętać, żeby rozsądnie zarządzać zasobami ludzkimi. Po pierwsze dbać o wynik, po drugie o kondycję zawodników. Poza tym, że w poprzednich meczach zaprezentowaliśmy się nieźle, choć uważam, że zawsze można lepiej, to zbieramy bezcenne doświadczenie. Jednym z tych zawodników, którzy to robią, jest Maciej. Cieszymy się, że jesteśmy w sytuacji, w której bez żadnych większych kontuzji możemy przygotowywać się do ostatniego meczu.

Jest pan zadowolony z dyspozycji Przybylskiego?

Jeśli popatrzymy na statystyki, to jest to jeden z jego lepszych turniejów w ostatnich latach. Może w meczu z Węgrami nie był najlepszy, ale to się tyczy nas wszystkich. Natomiast ja jestem zadowolony z każdego zawodnika, którego zabraliśmy na mistrzostwa. Świetnie spisują się w realiach, w których gramy co dwa dni. Mogę mówić o nich tylko w samych superlatywach, chłopaki zrobili kawał świetnej roboty. Z zaangażowaniem podchodzili do wszystkich zadań, które były przed nimi stawiane.

Czego zabrakło Maciejowi Zarzyckiemu, żeby znaleźć się na liście powołanych na mistrzostwa?

To jeden z ambitniejszych zawodników, jakich spotkałem. Ciężko pracuje i jeśli zacznie więcej czasu w klubie spędzać na środku rozegrania, to będzie miał większą szansę, aby zaistnieć w kadrze. Jest w kręgu naszych zainteresowań, co świadczy o tym, że był powoływany na zgrupowania, był z nami w treningu. Ale w rywalizacji sportowej ostatecznie nie przeszedł dalej. Jednak wciąż na niego liczymy, wkłada ogromną pracę w to, co robi, a my to doceniamy. Będziemy go obserwować.

Jak dużo straciliście na nieobecności Kamila Syprzaka [miał pozytywny wynik testu na COVID-19 – przyp.red]? Ma pan wrażenie, że nasza gra lepiej by wyglądała z nim w zespole?

Strata każdego zawodnika jest dla nas bolesna. Szkoda, że nie ma Kamila. To spory pech, znak obecnych czasów, że takie rzeczy się dzieją. Miejmy nadzieję, że szybko wyzdrowieje, wróci do rywalizacji o miejsce w kadrze i będziemy mogli z niego korzystać.

Są jakieś aspekty taktyczne, których bez niego się nie udało zrealizować?

Na pewno to inny typ zawodnika niż ci, którymi tu dysponujemy. Otwiera nam inne możliwości współpracy. Ale tak jak wspomniałem, utrata każdego zawodnika jest dla nas kłopotliwa. Mamy jednak nadzieję, że w dobrym zdrowiu będziemy z tą drużyną dalej szli, już bez takich przygód. Pandemia przejdzie, a my będziemy mogli w dobrym nastroju przygotowywać się do kolejnych imprez.

Chciałem jeszcze zapytać o Piotra Chrapkowskiego. Jak on, jako kapitan zespołu i doświadczony gracz, znosi to, że bywa tylko rezerwowym obrońcą?

Mogę tylko powiedzieć, że jestem zadowolony z podejścia oraz profesjonalizmu wszystkich zawodników. Staramy się rozmawiać, tłumaczyć, czemu jest tak, a nie inaczej. Myślę, że każdy rozumie swoją rolę i wie, czemu w tej drużynie się znalazł. To, że po miesiącu przebywania razem, nie ma u nas kwasów, nikt nie chodzi po ścianach, wiele pokazuje. Każdy ze zrozumieniem podchodzi do to, że to jest drużyna. I jeśli ktoś ma dać dziesięć minut na boisku, to je daje.

Dla pana mentorem trenerskim jest Tałant Dujszebajew?

To człowiek, od którego się bardzo wiele nauczyłem. Staram się swoją wiedzą cały czas powiększać, podpatrywać ludzi, którzy pracują w tym zawodzie dłużej ode mnie. Tak że to na pewno jeden z trenerów, którym sporo zawdzięczam. To samo mogę powiedzieć o kilku innych szkoleniowcach.

Pracuje pan z Bartoszem Jureckim oraz Sławomirem Szmalem, kiedyś pana kolegami z parkietów. Jak układa się ta współpraca? Ktoś musi się czasami usunąć w cień?

Rozmowy z Bartkiem, o tym, żeby był moim asystentem, zaczęły się dość dawno. Sposób, w jaki ja pracuję, był mu znany. Myślę, że zasady są jasne. Oni obaj mają oczywiście bardzo dużą rolę, jeśli chodzi o treningi, o zdanie na temat tego, co się dzieje. Podejmowanie decyzji na końcu należy jednak do mnie. Ale współpraca między nami jest super i nikt nie ma problemu ze swoją pozycją. Mogę być tylko zadowolony z tego, że mam Sławka, Bartka, a także innych ludzi w sztabie, bo bez nich by wszystko tak nie funkcjonowało.

Mariusz Jurasik powiedział nam, że prawdziwym sprawdzianem dla tej kadry będą mistrzostwa świata. I celem wtedy powinna być wtedy strefa medalowa. Też pan do tego tak podchodzi?

Nie jestem dobry we wróżeniu. Skupiam się na najbliższym meczu, będziemy robić wszystko, żeby go wygrać. Jeśli będziemy wygrywać kolejne spotkania, to będziemy wysoko. Staramy się robić te kroki i za dwa lata będziemy na pewno lepszym zespołem, niż jesteśmy teraz.

Gracie dzisiaj z Niemcami, a od meczu z tym rywalem zaczął pan pracę z reprezentacją. Zastanawiam się, ile pan procent z tego początkowego planu już zrealizował? O ile jesteście lepsi, i jak to będzie widać na parkiecie, szczególnie że Niemcy mają trochę osłabiony skład?

Nawet jeśli Niemcom brakuje paru nazwisk, to tych zawodników na wysokim poziomie mają bardzo dużo. Ciężko więc mówić o jakiś wielkich osłabieniach. Jeśli chodzi o nasz postęp, to procentowo nie jestem tego w stanie określić. Trzeba pamiętać, że mimo tego, że minęło już półtora roku, to tych wspólnych treningów wcale nie mieliśmy dużo. Znajdujemy się jednak na dobrej drodze i wiem, że tych kroków do pokonania mamy sporo, ale jesteśmy na pewno lepsi, niż byliśmy podczas naszego pierwszego meczu z Niemcami.

ROZMAWIAŁ
WOJCIECH PIELA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez