Pas zamiast olimpijskiego medalu. Nowa obsesja Huntera

Pas zamiast olimpijskiego medalu. Nowa obsesja Huntera

Ostatnie miesiące zdecydowanie należą do niego. Michael Hunter (17-1, 12 KO) podbija kategorię ciężką i wielkimi krokami zbliża się do naprawdę poważnych wyzwań. Niewiele zabrakło, by to właśnie on zmierzył się w czerwcu z Anthonym Joshuą (22-1, 21 KO), który sensacyjnie stracił mistrzowskie pasy w starciu z Andym Ruizem (33-1, 22 KO). “To była moja wymarzona walka, ale zamierzam konsekwentnie iść swoją drogą i będę gotowy na każdego” – przyznał amerykański pięściarz w rozmowie z Weszło.

Fascynacja pięściarstwem rozpoczęła się u Huntera już we wczesnym dzieciństwie. Boks był tematem, od którego w domu nie dało się uciec. Jego ojciec – również Michael – był cenionym zawodnikiem królewskiej kategorii, ale nigdy nie zrobił naprawdę wielkiej kariery. Lata dziewięćdziesiąte bywają jednak uznawane za ostatnią “złotą erą” i konkurencja była wtedy ogromna.

Senior nigdy nie mógł liczyć na wsparcie wielkiego promotora i czasami miewał pecha do werdyktów. W 1992 roku miał na deskach niepokonanego wówczas Fransa Bothę, ale po ośmiu rundach przegrał niejednogłośnie na punkty. W bokserskim CV ma jednak na przykład zwycięstwo z Aleksandrem Zolkinem –inną “wielką białą nadzieją” wagi ciężkiej przed pojawieniem się w USA Andrzeja Gołoty. Boks w żyłach Huntera juniora jest jednak również także zasługą drugiej strony jego rodziny –jego mama jest sędzią i zna ten sport na wyrywki.

Te wszystkie czynniki sprawiły, że Mike bił się już jako dzieciak –i to z naprawdę dobrym skutkiem. W 2007 roku pokonał przed czasem Andy’ego Ruiza juniora. Obaj byli wtedy jeszcze nastolatkami i dopiero stawiali w boksie pierwsze kroki, jednak takie zwycięstwo nad sprawcą największej sensacji w wadze ciężkiej od lat zwłaszcza dziś ma swoją wymowę. Hunter jako amator jeździł po całym świecie, a wyjątkowe ciekawe doświadczenie zebrał w Wielkiej Brytanii.

Sytuacja miała 2006 roku – obaj mieliśmy wtedy po 18 lat. Przyleciałem z reprezentacją USA na mecz z Wielką Brytanią i trafiłem w ringu na Tysona Fury’ego. Obijałem go przez trzy rundy, ale po wszystkim sędziowie ogłosili zwycięstwo gospodarza. Kiedyś byłem z tego powodu wściekły, ale dziś mi przeszło. Wiem, co wydarzyło się w ringu i to mi wystarczy

– przyznaje Hunter.

Walka sprzed lat nieoczekiwanie doczekała się dogrywki w kwietniu 2019 roku. Amerykanin odgrzebał komentarz jednego ze świadków tego pojedynku, który potwierdzał jego wielką przewagę. Fury w mediach społecznościowych zdementował te informacje.

Przegrałem tylko cztery amatorskie walki i ani razu nie zrobił tego Hunter. Takie są fakty. Pamiętam, że wtedy zlałem go w londyńskim Cafe Royal i mam na to świadków

– ripostował Tyson.

Olimpijskie marzenia

Te wszystkie doświadczenia pomagały pięściarzowi z USA w ciągłym rozwoju. 20-letni Hunter walczył o to, by w 2008 roku wyjechać na igrzyska olimpijskie w Pekinie. Kwalifikację mógł wywalczyć przez amatorskie mistrzostwa świata w 2007 roku. Po zwycięstwie w pierwszej rundzie nad starszym o Kurbanem Guenebakenem (brązowym medalistą mistrzostw Europy sprzed roku) w kolejnej fazie rozprawił się z Jasemem Delavarim.

Olimpijska przepustka była na wyciągnięcie ręki. Aby ją sobie zapewnić, Amerykanin potrzebował wygrać następną walkę. W ćwierćfinale spotkał jednak na swojej drodze Islama Timurzijewa – najlepszego w tamtym momencie amatorskiego “superciężkiego” z Europy. Skończyło się ambitną walką i porażką 15:22. Hunter szukał szczęścia w dwóch dodatkowych turniejach kwalifikacyjnych, ale choć był blisko, musiał obejść się smakiem.

Pięściarze w takich sytuacjach często słuchają serca. Nie chcą “marnować” kolejnych czterech lat czekając na coś, co może w ogóle nie nadejść. Tym bardziej że boks amatorski wciąż musi mierzyć się ze swoimi demonami. Fatalne pomyłki sędziowskie, niejasne zasady punktowania walk – to wszystko nie pomaga w reklamowaniu zmagań najlepszych olimpijczyków na świecie. Pisaliśmy o tym w oddzielnym artykule: TUTAJ.

Najczęściej problemem jest polityka

– tłumaczy nam Michael Hunter. – Nikomu nie zależy na uzdrowieniu sytuacji. Nie sądzę, by w przyszłości miało się to zmienić.  Obecnie boks amatorski nie jest sportem dla “niedzielnego” widza. Śledzą go tylko ci, którzy już interesują się tym sportem. Nie ma zdolności przyciągania nowych kibiców –i to musi się zmienić. Krokiem w dobrym kierunku było pozbycie się ochraniaczy na głowę – dzięki temu zawodnicy stali się bardziej rozpoznawalni, a same pojedynki po prostu lepiej się ogląda – dodaje Amerykanin.

Choć pięściarze często w takich okolicznościach wybierają przejście na zawodowstwo i zaczynają gonić wielkie pieniądze, to Hunter wykazał się niezwykłą cierpliwością. Pozostał na ringach amatorskich i po drodze zaliczał sukcesy w kraju (trzykrotnie zostawał amatorskim mistrzem USA). Nauczony tymi doświadczeniami zaatakował igrzyska –drogę do Londynu pokonał bez problemów i bez żadnej porażki.

Występ na igrzyskach długo był moją sportową obsesją. To było coś, o czym rozmawiałem jako dzieciak z ojcem. On też był zawodowym pięściarzem i z sukcesami walczył w wadze ciężkiej, ale zawsze podkreślał jak ważnym punktem wyjścia są igrzyska. Wtedy rozmawialiśmy, że jeśli chcę na poważnie zająć się boksowanie, to olimpijskie złoto wiele ułatwia. Nie miałem wątpliwości, że muszę podążyć tą drogą – wspomina Michael.

Realia nie były jednak aż tak bajkowe. W Londynie Amerykanin wylosował najgorzej jak tylko mógł. W pierwszej rundzie czekał na niego Artur Beterbijew, który do tej pory był jednym z najlepszych pięściarzy świata w kategorii półciężkiej. Na nieszczęście Huntera tym razem ten podwójny medalista mistrzostw świata (złoto i srebro) i Europy (dwa razy złoto) postanowił spróbować sił właśnie w wadze ciężkiej. Pojedynek był bardzo wyrównany i sędziowie orzekli remis, ale ktoś musiał przejść dalej. Ostatecznie wskazano na Rosjanina.

– Ta porażka wciąż we mnie siedzi – do tego stopnia, że zastanawiałem się nad rzuceniem wyzwania Beterbijewowi również na zawodowstwie. Niestety, zszedł z wagą do kategorii półciężkiej, ale jeśli kiedyś będzie chciał bić się z ciężkimi, to wie gdzie mnie znaleźć. Samo doświadczenie występu na igrzyskach było dla mnie czymś niezapomnianym. Wioska olimpijska to wspaniałe miejsce. Możesz tam spotkać przedstawicieli przeróżnych dyscyplin, których łączy wspólne marzenie o złotym medalu – opowiada nam Hunter.

O krok od Joshuy…

Kilka miesięcy później był już zawodowcem. W pierwszych latach kariery był zawieszony między wagą junior ciężką i królewską kategorią. Jego kariera układała się niezwykle chaotycznie, ale po zaledwie dwunastu walkach dostał pierwszą mistrzowską szansę. Miał trochę szczęścia i znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze. Genialny Ołeksandr Usyk (11-0) dopiero co wyrwał pas z rąk Krzysztofa Głowackiego i marzył o podbiciu amerykańskiego rynku.

Hunter nie był specjalnie aktywny i nie mógł pochwalić się specjalnie znanym nazwiskiem. Mimo wszystko po wygranej z Isiahem Thomasem (15-0) był obecny w rankingach i któregoś dnia nieoczekiwanie dostał telefon z propozycją nie do odrzucenia. Wziął ją naprawdę na wariackich papierach, przystępując do walki po 11-miesięcznej przerwie. W pierwszych rundach naprawdę sprawiał Usykowi problemy, jednak w mistrzowskich rundach zgubiły go problemy kondycyjne. W ostatnim starciu zaliczył nawet deski i po dwunastu rundach sędziowie wskazali na obrońcę tytułu.

Choć Hunter pokazał się z dobrej strony, a jego walkę z ojczyźnie pokazała stacja HBO, to potem przez rok pozostawał nieaktywny. Wrócił w nowej wersji – nabrał kilogramów i zdecydował się startować w kategorii ciężkiej. Tam obrał przyspieszony, ale mocno ryzykowny kurs. Z perspektywy czasu nie może jednak żałować zdecydowanego postawienia “na siebie”.

Najpierw znokautował w piątej rundzie Iago Kiładze (25-2) – tego samego, którego nasz Adam Kownacki kilka tygodni wcześniej zastopował w szóstym starciu. Potem Amerykanin podjął jeszcze większe ryzyko. Wziął ryzykowną wyjazdową walkę z Martinem Bakole (11-0). Rywal był faworytem Brytyjczyków i wielu widziało w nim przyszłego mistrza. W samych superlatywach po wspólnych sparingach wypowiadał się o nim nawet sam Anthony Joshua.

W ringu kibice zobaczyli małą wojnę na wyniszczenie. Pojedynek był bardzo wyrównany, jednak tym razem Hunter doświadczył czegoś odwrotnego – z każdą kolejną rundą to jego akcje stały coraz wyżej. Bakole przed ostatnią odsłoną narzekał na kontuzję i chciał pozostać w narożniku. Do walki wypchnął go trener, a gość skorzystał z prezentu. Po jego kolejnej kanonadzie sędzia przerwał pojedynek, a informacja o tym nieoczekiwanym zwycięstwie odbiła się szerokim echem.

Amerykanin mógł cieszyć się chwilą i czekać na ciekawe oferty od promotorów z całego świata. Zamiast tego po raz kolejny podjął jednak spore ryzyko. Z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem wziął walkę z Aleksandrem Ustinowem (34-2) – mierzącym ponad dwa metry i ważącym ponad 125 kilogramów gigantem. Hunter w ringu ośmieszył weterana. Wygrał każdą z ośmiu pierwszych rund, a w dziewiątej skończył przeciwnika przed czasem.

Jego menedżerem był już wtedy Polak Martin Mikołajczak, jednak po tej wygranej zgłosił się sam Eddie Hearn. Otwierający właśnie amerykańską filię swojej firmy promotor współpracuje z platformą DAZN – sportowym Netfliksem, który zainwestował w boks wielkie miliony. Mniej lub bardziej związani z tą platformą są dziś Joshua, Ruiz, Usyk, ale także Aleksander Powietkin i wschodząca gwiazda królewskiej kategorii – Filip Hrgović.

Hunter jest więc w naprawdę dobrym miejscu. Niewiele zabrakło, by to właśnie on został rywalem Joshuy, który po dopingowej wpadce Jarrella Millera szukał rywala na czerwiec. Tym razem Amerykanin nie zdecydował się na podjęcie wyzwania z tak krótkim wyprzedzeniem. Dziś może żałować – szansę dostał Andy Ruiz, z którym Mike wygrywał przecież na amatorstwie. Sam zainteresowany przekonuje jednak, że idzie własną drogą.

– Faktycznie moje nazwisko często pojawiało się kontekście walki z Joshuą, ale podchodziłem do tego na spokojnie. Pod względem PR-owym na pewno sporo zyskałem na tym zamieszaniu, ale szczerze mówiąc to ani przez moment nie spodziewałem się, że to ja dostanę tę szansę. Nie potrafię więc płakać nad czymś, do czego nie doszło. Gratuluję Ruizowi i żałuję tylko jednego, że to nie ja tego dokonałem (śmiech). Joshua był moim wymarzonym przeciwnikiem w walce o mistrzowskie pasy, ale wyszło jak wyszło… To kolejne doświadczenie, który uczyni mnie mocniejszym zawodnikiem. Gdy naprawdę przyjdzie mój czas, będę gotowy – przekonuje Michael Hunter.

Martin Mikołajczak zapewnia, że jeszcze w 2019 roku zobaczymy Amerykanina w dużej walce. Jeśli nie z Joshuą, to może z Usykiem, który po zdominowaniu kategorii junior ciężkiej spróbuje sobie w kolejnych miesiącach poradzić w krainie gigantów? Coraz więcej wskazuje na to, że obaj wkrótce faktycznie mogą znaleźć się na kursie kolizyjnym.

– Być może jesienią wystąpimy na jednej gali, a potem kto wie, może spotkamy się już w ringu? Wiem jedno – jeśli będę dalej wygrywał i robił swoje, to pojawią się okazje. Ten rewanż jeszcze nie ma wielkiej sportowej wartości, ale na pewno jej nabierze. Rewanż będzie inną walką, bo spotkamy się na równych prawach. Wtedy to on był mistrzem, a ja pretendentem. Waga ciężka również ma inną specyfikę – ciosy inaczej ważą i większe znaczenie ma umiejętnie rozkładanie sił. Poza tym jeszcze nie wiemy, jak dobry w wadze ciężkiej będzie Usyk. Trudno powiedzieć, czy będzie dalej nokautował rywali – analizuje Hunter.

Na szczycie wagi ciężkiej Amerykanin widzi dziś swojego dawnego rywala – Tysona Fury’ego, który jego zdaniem powinien wygrać pojedynek z Deontayem Wilderem. Sędziowie orzekli jednak remis i niewykluczone, że w perspektywie kilku miesięcy dojdzie do rewanżu. Nasz rozmówca nie zamierza jednak czekać na rozwój sytuacji na szczycie kategorii ciężkiej i chce największych możliwych walk.

Po drodze staje się też najbardziej “polskim” z amerykańskich pięściarzy. Menedżer sprowadził go ostatnio do naszego kraju, gdzie Hunter sparował z Łukaszem Różańskim, który przygotowywał się do pojedynku z Izu Ugonohem. Oprócz tego sztab Amerykanina wzmocnił dr Jakub Chycki – specjalista od przygotowania fizycznego, który jest znany z udanej współpracy z Tomaszem Adamkiem. – Nie czuję się od nikogo gorszy i chcę walczyć z tymi, których cały świat uważa za najlepszych. Nie ucieknę przed żadną dużą walką. Kiedyś moją obsesją było olimpijskie złoto, dziś jest nią tytuł mistrza świata w gronie zawodowców – deklaruje Michael Hunter.


Aktualności

Kalendarz imprez