Otwierać, policja! Wojtek, pakuj się, jedziesz na igrzyska!

Otwierać, policja! Wojtek, pakuj się, jedziesz na igrzyska!

Ma 52 lata, ale formy mógłby mu pozazdrościć niejeden trzydziestolatek. Wojciech Bartnik, brązowy medalista olimpijski w boksie z Barcelony, nawet na chwilę się nie zatrzymuje. Właśnie kończy kampanię wyborczą, po raz drugi próbując dostać się do sejmu. W międzyczasie trzyma rękę na pulsie, śledzi wszystkie wydarzenia w świecie boksu, spotyka się z ludźmi, wspiera sparaliżowanego po wypadku przyjaciela z reprezentacji olimpijskiej Mariusza Cendrowskiego. Kiedy wspominam, że od jego medalu w 1992 roku nie było żadnego polskiego pięściarza na olimpijskim podium, po raz pierwszy traci dobry nastrój. – To jest dramat – mówi krótko.

Na pozostałe pytania odpowiada za to długo i ciekawie. I pamięta absolutnie wszystkie walki, swoje oraz kolegów z kadry. Na zawodowym ringu nosił przydomek “Wojownik”, ale powinien występować jako “Dygresja”, bo rozmowa z nim przypomina bieganie po hipermarkecie i nieustanne skręcanie w boczne alejki, skakanie między półkami i zawracanie spod kasy po coś, co mieliśmy na samej górze listy zakupów…

JAN CIOSEK: Wojciech Bartnik, brązowy medalista olimpijski z Barcelony…

WOJCIECH BARTNIK: Brązowy, ale prawie jak złoty. Walka z Torstenem Mayem to była, ładnie mówiąc, pomyłka sędziowska. Chętnie o tym opowiem, bo do dziś nie mogę się z tym pogodzić.

No dobra, zacznijmy w takim razie od igrzysk olimpijskich…

Ale od których? Pierwszych, drugich, czy trzecich? Trochę żartuję, chwalę się tym, że byłem na igrzyskach aż trzy razy. Pierwsza była Barcelona i to było wyjątkowe. Ale muszę powiedzieć, że to nie było mi podane na tacy, musiałem sobie na to bardzo mocno zapracować. Kwalifikacje olimpijskie odbywały się we Francji. Wygrałem pierwszą walkę, ale potem przegrałem z zawodnikiem gospodarzy i późniejszym zawodowym mistrzem Europy Patrice’em Aouissim. Cóż, na szczęście były repasaże. Musiałem wygrać dwie walki, w pierwszej trafiłem na świetnego Szweda, który później walczył o zawodowe mistrzostwo świata. Był tak pewny siebie, przekonany, że mnie pokona. Po walce był tak wściekły, że nawet mi ręki nie podał. Drugą walkę z Czechem wygrałem przed czasem i zapewniłem sobie pozycję pierwszego rezerwowego.

Do końca nie byłeś pewny, czy w ogóle polecisz do Barcelony.

Dokładnie. Hiszpanie, jako gospodarze, zarezerwowali jedno miejsce dla swojego reprezentanta. Tak naprawdę myślałem, że w ciągu miesiąca to miejsce się zwolni. Czekam miesiąc, dwa, trzy, cztery… I nic.

Takie czekanie musiało być strasznie frustrujące. Pogodziłeś się już z myślą, że igrzyska zobaczysz w telewizji?

Nie, szczerze powiem, że cały czas wierzyłem. Z natury jestem optymistycznie nastawiony i mam wielką wiarę. Ale przed ostatnim zgrupowaniem w Asyżu po prostu pękłem. Minęło tyle miesięcy czekania, że nie wytrzymałem. W hotelu “Meksyk” w Warszawie wziąłem kartkę i długopis, napisałem: “Dziękuję panie trenerze, nie chcę być piątym kołem u wozu. Życzę wam wszystkiego dobrego”. Zostawiłem kartkę w hotelu, koledzy odwieźli mnie na pociąg. Byłem zdegustowany, poddałem się. Zdecydowałem, że zamiast jechać na ostatni obóz, zabiorę dziewczynę na wakacje, trochę odpocząć.

Ta dziewczyna jest teraz twoją żoną, chociaż w lecie 1992 roku wcale na wakacje nie pojechaliście.

Dokładnie. Wróciłem z Warszawy do domu, spotkałem się z kolegami. Poszliśmy pograć w bilard, wypiliśmy delikatne piwo, bezalkoholowe oczywiście (puszcza oko). Kiedy kładłem się spać, już było jasno. Koło południa ktoś zapukał do drzwi, mama zawołała: Wojtek, policja do ciebie! Co ja znowu zrobiłem? Policjant jednak tylko się zameldował i mówi, że mam się pilnie zgłosić do klubu, do Gwardii Wrocław.

Więcej nie powiedział? Tylko tyle? Wiedziałeś, o co chodzi?

No właśnie nie! Gdybym wiedział, od razu bym pojechał, w ciągu pół godziny bym ekspresem poleciał. A tak, na spokojnie, co się będę spieszył, pojechałem dopiero następnego dnia. Kiedy dojechałem do klubu, pan Leszek Strasburger ledwie był w stanie mówić: Wojtek, jedziesz na igrzyska. Głosik miał zmieniony, pewnie już świętował. A może go przewiało, nie wiem. W klubie wszyscy cudownie przeżywali razem ze mną.

Ile czasu było do igrzysk?

Do wyjazdu było 6-7 dni. Od razu do roboty. Wpadłem do domu, wziąłem sprzęt i poszedłem biegać. Pamiętam to bardzo dobrze, bo było wyjątkowo gorące lato, a ja w ortalionie, bo wagę trzeba było robić.

A jak to się w ogóle stało, że ten Hiszpan jednak wypadł ze składu? Zdaje się, że masz u kogoś dług wdzięczności.

Los czasem płata figle, to fakt. Ta historia jest niesamowita. Druga reprezentacja Polski pojechała do Hiszpanii jako sparingpartnerzy dla ich drużyny olimpijskiej. Czarek Banasiak trafił go niechcący lewym sierpowym i złamał nos temu Hiszpanowi. To w ogóle zabawne, bo rok wcześniej Czarek zabrał mi miejsce w kadrze na mistrzostwa Europy. Na sparingach ze mną mocno pocierpiał, ale potem trenerzy zdecydowali, że to on pojedzie. Układy, układziki. On był wtedy w drużynie mistrza Polski Czarnych Słupsk i to zdecydowało. W każdym razie, przed Barceloną się odwdzięczył…

Prezent last minute.

Oj tak. Wielka radość i turbodopalacz. Supermocne treningi, pełen ogień. Musiałem schudnąć 6-7 kilogramów, ale to nie był żaden problem. Miałem taką moc, że mogłem bez przerwy trenować, po cztery godziny. Szybko opracowaliśmy plan, ściągnęliśmy ludzi do pomocy, choć przecież były wakacje. Przyjechał Mariusz Cieśliński, przecież wielka gwiazda kick-boxingu, po telefonie Ludwika Denderysa z Florydy przyleciał też Przemek Saleta, któremu bardzo dużo zawdzięczam.

Z jaką myślą jechałeś do Barcelony po tak długim oczekiwaniu? Czy z założeniem, że jedziesz po medal, czy że pofarciło ci się, a jak będzie, to zobaczymy?

Słuchaj, ty mnie nie obrażaj! Ja wiedziałem, na co mnie stać. Powiem tak: warunki w Barcelonie mieliśmy fatalne, słabiutkie. Pokoje bez klimatyzacji, klimatyzator huczał, jak jakaś potężna maszyna. Zasypialiśmy bardzo późno, padając ze zmęczenia. Wreszcie przyszedł dzień losowania. Pamiętam to jak dziś. Przyszli panowie Ptak i Rybicki, wyciągnęli kartkę. My wszyscy, mocno przeżywamy: „Trenerze, niech pan powie: kto trafił na Kubańczyków”. Nas była duża paczka: Andrzej Rżany, Leszek Olszewski, potem Robert Ciba, wspaniały bokser, poezja boksu, powinien być mistrzem świata w 1995, ale go oszwabili, dalej Dariusz Snarski, Wiesiek Małyszko, Robert Buda, ja i Krzysztof Rojek – w sumie ośmiu. Wspaniała ekipa, bardzo mocna. Ale myślę, że na tym zgrupowaniu w Asyżu trochę przeforsowali, bo ja byłem tutaj i tylko mnie się w Barcelonie powiodło.

To jak było z tym losowaniem?

Krzysiek Rojek prosił trenera: „niech pan najpierw powie, ilu trafiło na Kubańczyków. A może nikt?”. Trener na to: dwóch trafiło. I po kolei: kategoria 48 kilogramów, Rżany trafił na rywala z Indii. Mówimy: spokojnie. Ale nie, nieprawda, Andrzej przegrał tę walkę i to chyba nawet przed czasem. Byliśmy w szoku, ale przecież ich jest tam bardzo dużo, mają z czego wybierać, zwłaszcza w niskich kategoriach wagowych. Ja też miałem potem przyjemność, czy raczej nieprzyjemność, walczyć z Hindusem. Wygrałem, ale złamałem kciuk… Ale to było w Atlancie.

A w Barcelonie?

Lesiu Olszewski, mówi trener, tak, niestety, Kubańczyk, Gonzalez, późniejszy wicemistrz. Snarski trafił Australijczyka, brązowego medalistę mistrzostw świata i wygrał z nim.

Ale ty to pamiętasz, coś niesamowitego!

Nie wiem, jak to się stało. Po trzystu walkach?! Później Wiesiek Małyszko, zabrakło mu prądu. Wiesz czemu? Bo przeszedł na wegetarianizm. To był błąd. My potrzebujemy mięsa, żeby mieć siłę.

Kto dalej?

Spokojnie, napięcie robię (śmiech). Robert Buda trafił na zawodnika z Indonezji. Wydawało się, że go pyknie. Ale nie. Robert był brązowym medalistą mistrzostw Europy, ale na igrzyskach sobie nie poradził.

To te mistrzostwa, na których złoto zdobył Darek Michalczewski?

Dokładnie, w Goeteborgu. Gdybym tam pojechał, mogłem się z nim bić w finale. Pojechał Czarek. Szkoda, bo na sparingach mocno mu rozbiłem nos. Cóż, lałem go, ale prezes Wasilewski ogłosił: tym razem stawiamy na Banasiaka. A ja: co takiego? Jakaś pomyłka! Wściekłem się, wyjechałem z Cetniewa, a jemu zaraz krew z nosa poszła. Ponoć mnie szukali, ale cóż, jakby chcieli, to by mnie znaleźli…

Wracamy do Barcelony?

Wracamy. Ech, ta uliczka w Barcelonie! Trener ogłasza kolejnych zawodników. Ma być dwóch Kubańczyków, na razie trafił tylko Leszek Olszewski. Zostałem ja i Krzysiek Rojek. Trener mówi: Bartnik wylosował Gonzaleza, z Portoryko. A Krzysiek: trenerze, jeszcze drugiego pan nie wymienił. Zaraz wymienię. Krzysiek był załamany, bo trafił na Felixa Savona.

Nie dało się z nim wygrać.

Nie. Krzysiek walczył, dawał z siebie wszystko, ale wytrzymał do drugiej rundy. Jest ta walka na youtube, można obejrzeć. Bardzo chciał, ale to było do pierwszego strzału, może drugiego. Jest tylko jeden Polak, który wytrzymał z Felixem, nie wiem, czy się orientujesz?

Kto?

Wojciech Bartnik. To był rok 1996, dwa tygodnie do mistrzostw. Żebro złamane, śledziona naruszona… Związałem to sobie, wziąłem tabletki przeciwbólowe i pojechałem.

Charakter bokserski, czy trochę szaleństwo?

Jedno i drugie. Nie chciałem odpuścić, bo to były kwalifikacje olimpijskie do Atlanty. Maciek Zegan mi pomagał, nie mogłem wstać z łóżka, łykałem tabletki garściami. Ale w pierwszej walce wygrałem z Fragomenin, którego przedstawiać nie trzeba.

Wojtek, wszystko wiesz, wszystko pamiętasz, ale musimy wrócić do Barcelony.

A, faktycznie. Gonzalez, z Portoryko, 19-letni młodzieżowy wicemistrz świata. Leworęczny, tak jak ja.

To dobrze?

Nie. Z mańkutami zawsze mi się ciężko walczyło. Trudne walki, ale do przodu. Rozpisałem sobie całą drabinkę. Przy wszystkich mówię: wygram z Gonzalezem z Portoryko, potem Bengusemia, którego dwa lata wcześniej pokonałem w Bułgarii, dalej trafię na Espinozę z Kuby, wygram po ciężkiej walce. Spojrzeli na mnie, jak na wariata, ale tak się stało. To była walka o życie. Gdybym na sekundę odpuścił, znokautowałbym mnie tak, jak wcześniejszych rywali. Dostałem w tym pojedynku ostrzeżenie, chociaż nie wiem za co, byłem też liczony. Cóż, sędzia był z Afryki, młody, niedoświadczony. Widział to tak: walczy zawodnik nieznany, czyli ja, z gwiazdą boksu olimpijskiego.

Wygrywasz i masz medal. Co sobie pomyślałeś? Przecież pojechałeś tam prosto z bilarda z kolegami.

Nie no, w bilarda grałem może dwa wieczory i jedną noc. Wcześniej miałem normalne, długie przygotowania, zgrupowania, sparingi. Gdy awansowałem do strefy medalowej, poczułem się spełniony. Miałem wtedy mocno podbite oko, pamiętam, że pan Andrzej Kostyra spytał mnie wtedy, co się stało. Odpowiedziałem, że poślizgnąłem się na skórce od banana. Czasem używa tego powiedzenia w czasie komentowania walk.

Półfinału w ogóle miało nie być i to wcale nie przez twoją kontuzję.

Dokładnie. Trochę mnie to rozbiło, bo trenerzy powiedzieli, że już mam finał, bo Torsten May ma bardzo mocną kontuzję. Nie dowierzałem, choć wszyscy klepali po plecach i gratulowali finału. Pamiętam, schodzę na badania i oczywiście widzę Torstena. Przeszedł badania.

Gdyby nie był Niemcem, by nie przeszedł?

Bez szans. Niemiec był prezydentem federacji boksu olimpijskiego. Nie było tak, że musiał przyjść i mówić cokolwiek sędziom, czy lekarzom. Wszyscy wiedzieli, co i jak. Sam półfinał to były szachy. To był mój trzeci mańkut na tych igrzyskach. Dałem z siebie wszystko, może byłem odrobinę zbyt mało agresywny. Trafił mnie może dwa razy. Sędzia był z Hiszpanii, dał mi dwa ostrzeżenia, na które się nie kwalifikowałem. Kibice byli wspaniali, gwizdy były straszne, gdy sędzia dawał mi ostrzeżenia. Dwa ostrzeżenia to sześć punktów dla niego w prezencie. A walkę przegrałem 6:9… Byłem wściekły na tego hiszpańskiego sędziego, a dziś… mam hiszpańskiego zięcia!

Hiszpania i bez tego chyba dobrze ci się kojarzy po tych wszystkich latach?

No, jasne! Barcelona i te zakątki Hiszpanii są piękne. Wiadomo, miałem w sobie złość, że nie było finału, ale przecież swoje zrobiłem. Co ciekawe, kilka miesięcy później, w Stambule, miałem rewanż z Torstenem. Przy remisie, sędziowie dali wygraną mistrzowi olimpijskiemu. Pamiętam dokładnie, 15 sekund do końca, Sven Ottke, znakomity niemiecki pięściarz, pokazuje Torstenowi jeden palec i kciuka w dół. To jasne: Torsten przegrywa jednym punktem. Przez te ostatnie 15 sekund uciekam, nie daję się trafić i… nagle robi się remis!

Cuda na kiju.

Dokładnie. Publiczność gwizdała i buczała, kiedy ogłoszono werdykt. Ale nieważne, pół roku później go pokonałem na mistrzostwach świata.

Musimy przeskoczyć trochę dalej, bo ty wszystko pamiętasz i ta rozmowa może potrwać dwa dni. Zdobyłeś medal w Barcelonie. Czy wtedy chociaż przez myśli ci przeszło, że to będzie ostatni polski medal w boksie na prawie trzydzieści lat?

Absolutnie nie, tym bardziej że miałem jeszcze przyjemność być na igrzyskach w Atlancie i Sydney. Na tym pierwszym turnieju na przykład Tomek Borowski bardzo niesłusznie przegrał walkę o medal z Malikiem. Pamiętam, Andrzej Gołota z trenerem Duvą przylecieli na tę walkę i bardzo mocno dopingowali Tomka. Nie przegrał tej walki na pewno. Potem Andrzej Rżany miał pojedynek o medal. Przy remisie przegrał jednym punktem. Z gościem, którego chwilę wcześniej pokonał 15 punktami…

Sydney, Atlanta, potem Ateny, Pekin, Londyn, Rio…Mijają lata, czasem ktoś był blisko, ale Londyn i Rio to jakiś dramat. Widzisz jakąś nadzieję?

Jeżdżę na amatorskie turnieje w Polsce i widzę ogromne zainteresowanie boksem, naprawdę. Młodzież, dziewczęta, chłopcy, lgną do boksu. Niestety, często mają słomiany zapał, pierwsza porażka ich łamie i odpuszczają. Pamiętam, kiedy ja dostałem takie lanie. Dziesięć pierwszych walk wygrałem, jedenastą przegrałem, ale z bardzo dobrym zawodnikiem, medalistą, nieznacznie na punkty. Ale trzynastą przegrałem bardzo wyraźnie. Też na punkty oczywiście, bo przed czasem nie przegrałem nigdy. Ale to było lanie. Mówię: jaki ten boks jest trudny, ciężki, chyba trzeba kończyć, jeszcze dobrze nie zacząłem, a już mnie głowa boli. Ale przespałem się z tym i doszedłem do wniosku, że po prostu trzeba więcej trenować i dawać z siebie więcej.

To twoi młodsi koledzy za mało trenują, że nie zdobywają medali?

To bardzo skomplikowane. Nie chciałbym tutaj oceniać. Myślę, że brakuje motywatorów, kogoś, kto ich popchnie do sukcesu. Wiem, że teraz ci najlepsi bokserzy mają stypendia, prezes Nowaczyk załatwił im jakieś etaty. Trzeba im pomagać, bez tego ani rusz. Każdy ma rodzinę na utrzymaniu, musi mieć zapewnione podstawy. Ale czegoś ciągle brakuje.

Czego?

Trenerów, którzy coś zrobili. Studia są ważne, wiedza jest ogromnie istotna. Ale potrzeba ludzi, którzy coś osiągnęli. Pamiętam, jak przychodził prezes Rybicki, panowie Kosedowski, Gortat, medaliści największych imprez. Opowiadali historie, motywowali, a myśmy słuchali i doceniali. Nie wiem, czemu ci prezesi i trenerzy się teraz zablokowali.

Efekty są takie, że cała reprezentacja Polski na niedawnych mistrzostwach świata wygrała jedną walkę…

Dramat. Szkoda gadać, nie wiem, co mam powiedzieć.

Niedawno rozmawiałem z Igorem Jakubowskim, olimpijczykiem z Rio…

Bardzo fajny chłopak, świetnie boksował, przegrał z gościem, który robi dużą karierę w boksie zawodowym. Wygrał trzecią rundę, wcześniej go ten Anglik zaskoczył…

Fakt, wszystko pamiętasz niesamowicie. W każdym razie, Igor opowiadał, że problem polegał na tym, że w Rio był jeden wielki burdel. W kadrze nie było ludzi do wiązania bandaży, nie było nikogo, kto mówił po angielsku, Igor sam robił za tłumacza. W takich warunkach trudno się dziwić, że nie ma wyników…

Tak. Do tego jeszcze dochodzi ta niefajna polityka. Musi być kierownik ekipy, znający angielski. I rosyjski, bo w boksie amatorskim rządzą dziś ludzie ze wschodu. Oni na pewno się wspierają na sto procent, na milion procent. Kiedyś Niemcy mieli swojego prezydenta, więc zawsze był ukłon w stronę niemieckich bokserów. Zawsze. Teraz mocno wspiera się Azja. Musimy mieć swojego człowieka, który pójdzie, porozmawia. Zobaczcie, jak jest w boksie zawodowym. Pan Andrzej Wasilewski jest na wszystkich kongresach, czy seminariach. Efekt jest taki, że jego pięściarze liczą się w światowej czołówce. Bo on tam jest, rozmawia, żartuje, śmieje się.

Polityka, jednym słowem. Automatycznie przechodzimy więc do kolejnego tematu: Wojtek, po co ci ta polityka? Od czterech kadencji jesteś radnym w Oleśnicy, a teraz podejmujesz drugą próbę dostania się do Sejmu. Po co?

Teraz walczę. Cztery lata temu chciałem tylko wspomóc listę wyborczą i zobaczyć, jak to wygląda. Wtedy kandydowałem z 15. miejsca, zainwestowałem mało pieniędzy, a i tak zebrałem bardzo dużo głosów, drugi wynik na liście. Fajnie by było się dostać do Sejmu.

No dobrze, ale znów pytam: po co?

Żeby móc rozwiązywać problemy, które są zapomniane. Mógłbym wpływać na kwestie rozwoju młodych talentów. Sportowych, ale także artystycznych. Jako radny znam problemy Oleśnicy. Wychodzę z założenia, że takie same trudności ludzie mają wszędzie. Pomoc osobom starszym, opuszczonym, samotnym. Nikt mi nie powie, że nie ma takich ludzi. Ja się nimi zajmuję na co dzień. Spotykam się, wspieram. Dla nich spotkanie ze mną to zastrzyk emocji i zwiększenie poczucia poszanowania. Czy będę posłem, czy nie, i tak będę to robił. Ale gdybym był w Sejmie, miałbym większe możliwości, mógłbym stworzyć jakąś fundację, mam wiele pomysłów.

Jak wygląda robota w kampanii wyborczej? To przypomina przygotowania do walki?

Jeżdżę po okolicznych wsiach, staram się odwiedzić prawie wszystkie w powiecie. Rozmawiam z ludźmi, spotykam się. Miłym zaskoczeniem jest to, że ludzie mi ufają, chcą rozmawiać.

Reklamujesz się hasłem: „Wojciech Bartnik – olimpijczyk, człowiek z zasadami”. Czy ludzie pamiętają twoje olimpijskie sukcesy?

Pamiętają. Ostatnio, starsza pani do mnie mówi: „o, pan Bartnik, ja pana widziałam w telewizji, a teraz pan stoi u mnie na podwórku”. To są miłe rozmowy. Rzadko się zdarza, żeby ktoś mi odmówił powieszenia plakatu wyborczego. Mam ze sobą zawsze sportowe zdjęcia, jak ktoś chce autograf, czy zdjęcie, to nie ma problemu. Osiem, dziesięć godzin dziennie jeżdżę po okolicy, ostatnio aż gumę złapałem z tego całego jeżdżenia. Ale to dla mnie nic nowego, nie jest tak, że jeżdżę i spotykam się z ludźmi tylko w czasie kampanii wyborczej. Niedawno miałem spotkanie z młodzieżą w Bukowinie Sycowskiej, było chyba z 80 osób. Poopowiadałem im o karierze sportowej, oczywiście zero polityki. Powiedziałem im, że nie każdy zrobi karierę, nie każdy będzie mistrzem, ale trzeba coś robić, zająć sobie czas, zostawić komputery i smartfony, albo chociaż je ograniczyć. Realizować swoje marzenia sportowe, artystyczne, plastyczne, językowe.

Jednym słowem: nie siedzieć w domu.

Dokładnie. Trzeba uwierzyć w siebie. Mówiłem też o jedzeniu, odpowiedniej diecie, bo widziałem tam też dzieciaczki trochę otyłe.

To jest realny problem. Dzieciaki siedzą przed komputerem, czy z głową w telefonie, mają pokrzywione kręgosłupy i coraz większą nadwagę, bo jedzą syf.

Niestety. To jest gigantyczny problem. Jedzą byle jak i w dodatku nie kontrolują tego, bo patrzą w ekran i podjadają chipsy. Koleżanka mojej córki zmarła w wieku 15 lat, okazało się, że jadła nagminnie chipsy i okazało się, że to spowodowało jakieś zmiany nowotworowe.

Poważnie się zrobiło… Może wróćmy do boksu. Kiedy patrzy się na twoją karierę, nasuwa się jedno pytanie: czemu tak późno zdecydowałeś się przejść na zawodowstwo. Tendencje są raczej odwrotne: kilka dobrych walk, jeden niezły turniej i już – początek kariery zawodowej. A u ciebie trzy występy na igrzyskach, medal olimpijski…

Plus trzy ćwierćfinały mistrzostw świata. Też się otarłem o medal, wygrałem z mistrzem Azji, a potem przy remisie przegrałem z Duńczykiem w walce o medal. Zgubiła mnie pewność siebie. Wieczorem przed walką zadzwoniłem do żony, żeby robiła tort z pięciu warstw. „A co, już masz medal”. Ja na to: jutro będę miał. I przegrałem. Cóż…

Jak rasowy polityk nie odpowiadasz mi na pytania. Czemu tak późno rozpocząłeś karierę zawodową?

Amatorską też zacząłem późno, w wieku 17 lat. Tu mam apel do młodych: nigdy nie odpuszczajcie, wierzcie w siebie. Pamiętam, miałem 16 lat, siedzieliśmy ze znajomymi na polanie, trochę popalałem wtedy. Mówię, że chciałbym boksować, że marzę o tym. Usłyszałem: już nie masz szans, zapomnij, nawet mistrzostwa Polski nie zdobędziesz. Dziesięć razy zdobyłem, w tym dziewięć razy z rzędu. W wieku 17 lat zacząłem w boksie olimpijskim, a w wieku 34 podpisałem kontrakt zawodowy.

W jakich okolicznościach?

W finale mistrzostw Polski pokonałem Krzysia Włodarczyka. To był mój dziesiąty tytuł. Wcześniej nigdy mi nie zależało na rekordach, ale wtedy w Płońsku było inaczej. Byłem doskonale przygotowany, wszystkich pobiłem. Potem pojechałem na jedną z jego pierwszych walk zawodowych, gdzie wpadłem na jego promotora, pana Andrzeja Wasilewskiego. I on mówi: panie Wojtku, może na zawodowstwo? A ja: dlaczego nie?

Nie żałujesz, że tak późno?

Nie, nie żałuję. Gdybym przeszedł wcześniej, nie pojechałbym na igrzyska do Sydney. Przecież ja miałem propozycje przejścia na zawodowstwo już w 1993 roku. Darek Michalczewski zdobył mistrzostwo Europy w Goeteborgu w 1991 roku i odszedł z Bayeru Leverkusen na zawodowstwo. Bayer szukał półciężkiego i już były rozmowy na mój temat. Oni nawet skontaktowali się z Markiem Leśniakiem, który tam grał w piłkę. On chciał mi pomagać, proponowali fajny kontrakt.

To czemu nie skorzystałeś?

Chciałem to zrobić w elegancki sposób, żeby Bayer dogadał się z Gwardią Wrocław w sprawie wypożyczenia na rok. Nie chciałem odchodzić, bo byłem w Gwardii na policyjnym etacie. Dobrze mi było.

Człowiek z zasadami.

Dokładnie. Z ręką na sercu powiem: miały być rozmowy w Berlinie, mieli płacić dobre pieniądze. Nie wyszło.

Powiedz szczerze: nie żałujesz? Przecież miałeś papiery na duże boksowanie zawodowe. Darek Michalczewski zdobył w Niemczech mistrzostwo świata i bronił tytułu przez dziesieć lat. Ty miałeś podobne możliwości, a kariery zawodowej nie zrobiłeś.

Nie żałuję, nie namówisz mnie na taką deklarację. Ja wierzę w przeznaczenie. Trzy igrzyska olimpijskie – to było coś! Wiadomo, Barcelona – medal. Podpisałbym kontrakt. Miałem propozycje z Meksyku, miałem tam trenować i boksować. Dalej – niesamowita historia, przyleciał Przemek Saleta, ze zdjęciem od Angelo Dundeego i gratulacjami za zdobycie medalu. Zapraszał na testy do Holywood Beach, potem do Tampy. Ale byłem tak zakochany, powiedziałem: nie zostawiam mojej dziewczyny, bo jeszcze ktoś mi ją zabierze. Do dziś jest moją żoną, więc jak mógłbym żałować?

A nie żałujesz, że nie doszło do twojej walki z Arturem Szpilką? Po ceremonii ważenia jego zgarnęła policja, a ty zostałeś bez rywala na gali Gołota – Adamek.

To miała być druga walka wieczoru. Byłem świetnie przygotowany, bardzo ciężko pracowałem. Nie wiem, czy kibice o tym wiedzą, ale z tego, co wiem ja, to ta walka mogła się odbyć. Ale włodarzom to chyba nie pasowało. Dowiedziałem się przed konferencją od dobrze poinformowanej osoby, że Artur ma rozbitą lewą rękę. Po co ryzykować z pewnym siebie Bartnikiem, który świetnie wygląda. Andrzej Wasilewski i trener Fiodor Łapin świetnie mnie znali, wiedzieli, kiedy jestem dobrze przygotowany. Rozmawiałem z chłopakami z policji. Oni w życiu by go nie zgarnęli przed walką. Komuś po prostu zależało na tym, żeby Artur tego pojedynku nie stoczył. Zwycięstwo ze mną wiele by mu nie dało, a miał bardzo wiele do stracenia. Cztery rundy bym go przetrzymał, potem bym robił swoje.

Ale z innymi Polakami boksowałeś – z Tomkiem Boninem, Albertem Sosnowskim.

Tak, ratowałem wtedy gale. Zadzwonił do mnie pan Andrzej Wasilewski: Wojtek, nie dojadą Nigeryjczycy, nie przyjechałbyś na walkę z Tomkiem? Ja pytam tylko: kiedy? Jutro. Akurat byłem na urodzinach, godzina była już późna. Zgodziłem się. Kiedy dzień później do mnie to dotarło, byłem na siebie zły. Trener Ludwik Denderys powiedział, że on ze mną nie jedzie, nie bierze na siebie odpowiedzialności. Kiedy jechałem na walkę, spałem, bo byłem tak zmęczony po imprezie.

Szaleństwo. Byłeś w formie?

W jakiejś byłem. Nie było to zbyt mądre, ale wyszedłem do walki. Przegrałem niejednogłośnie, decyzją sędziów 2:1. To była bardzo wyrównana walka.

A z Albertem Sosnowskim?

Jak go zobaczyłem, pomyślałem: co ja tutaj robię. On 105 kilo, same mięśnie, a ja niespełna 92 kilo. Też byłem średnio przygotowany, na pewno gorzej niż sześć lat później gdy w wieku 44 lat kończyłem karierę, zdobywając paseczek mistrza Europy federacji GBU…

Cały czas mam poczucie, że urodziłeś się trochę za wcześnie, albo trochę za późno…

Na pewno. Nie powiem za dużo, bo nie chciałbym być za pyszny w tych wypowiedziach. Można by spytać moich trenerów Gosiewskiego, Furdynę i Denderysa. Na przykład jakie osiągi miałem w wieku 40 lat. Potrafiłem w 10. rundzie na worku zadać ponad 360 ciosów. W 10. rundzie. Wtedy miało dojść do walki z Mariuszem Wachem.

Przecież to nie twoja waga!

Ja ważyłem wtedy 93 kilo. Zadzwonił pan Andrzej Gmitruk, zgodziłem się. Byłem po sparingach z Huckiem, Pianetą, Hernandezem. Wszyscy bili mi brawo po tych sparingach, byłem w znakomitej formie. Przyjechałem, przyjąłem propozycję bez wahania. Dwa dni byłem na miejscu, mój trener Rysio Furdyna trochę za dużo powiedział Andrzejowi Gmitrukowi o tym, w jakim jestem gazie. Ja na worku miałem tętno 200. Ponad 360 ciosów w dziesiątejrundzie, po minutowej przerwie. Ogień. Niesamowita forma. Przyjechałem, ale w ostatniej chwili znaleźli innego rywala. Trochę szkoda, ale może lepiej, bo Mariusz bardzo mocno bije. Ale, tak jak już mówiłem, ja wierzę w przeznaczenie, widocznie tak musiało być. Pozdrawiam wszystkich kibiców, z panem Bogiem.

ROZMAWIAŁ
JAN CIOSEK

 

Wysłuchaj rozmowy w formie podcastu:

 

 

 

 

 

foto: newspix.pl

 

 


Aktualności

Kalendarz imprez