Ostatnia góra Mai Włoszczowskiej. Jutro Polka pożegna się z igrzyskami

Ostatnia góra Mai Włoszczowskiej. Jutro Polka pożegna się z igrzyskami

Gór jest pięć. Nigdy nie doszła na sam szczyt żadnej z nich, ale jej wspinaczka zawsze przynosiła nam dużo emocji. Nawet wtedy, gdy musiała odpuścić jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy. Po drodze były też pagórki, niektóre całkiem spore, ale te najważniejsze, najwyższe góry, gdy obserwowała ją cała Polska, pokonywała właśnie na igrzyskach. Tokio to ostatnie z nich.

To właśnie z igrzysk będzie przede wszystkim pamiętana. Już teraz jest ikoną. Już nic nie musi. Choć na pewno chce. I jutro, 27 lipca – mimo że szanse ma małe – powalczy o to, by godnie się z tymi olimpijskimi górami pożegnać. Jeszcze raz mocniej depnie w pedały, jeszcze raz wykrzesa z siebie mnóstwo energii, jeszcze raz zawalczy z bólem. Tak jak to robiła już wcześniej.

Pierwsza góra. Ateny

Miała 20 lat, gdy pierwszy raz dała się poznać na arenie międzynarodowej wśród seniorek. To był rok 2003, mistrzostwa świata w maratonie MTB. Pierwsze takie. Okazała się w nich najlepsza. W kolejnym sezonie była srebrna na mistrzostwach Europy, już w normalnym cross country. Medal rozbudził oczekiwania, szczególnie, że zdarzyło się to kilka tygodni przed igrzyskami w Atenach. I z Mai, którą w kraju mało kto znał, a która chciała jechać do Aten po doświadczenie, stała się nadzieją medalową. Zaczęła się stresować, nakręcać.

Samo oczekiwanie medalu już wywoływało stres. Ten z mistrzostw Europy był moim pierwszym. Poza tym jeździłam w czołówce, ale nie stawałam regularnie na podium. Czułam, że oczekiwania są zdecydowanie za wysokie i będę miała problem, by im sprostać. Pamiętam, że tydzień przed igrzyskami, już w Grecji, włączała mi się panika, nie mogłam powstrzymać płaczu. Myślałam tylko o tym, co to będzie, jeśli nie zdobędę medalu. Na szczęście do startu udało się to opanować – mówiła nam w wywiadzie do magazynu “Orły”.

Momentami porównywano ją nawet do Gunn-Rity Dahle, wielkiej Norweżki, być może najlepszej kolarki górskiej w dziejach. Czuła, że to porównania zdecydowanie nieuprawnione, na wyrost. Media nakręcały jednak atmosferę wokół jej osoby, góra robiła się przez to coraz trudniejsza do wspięcia. Większość ścianek pokonała jednak bardzo dobrze. Pojechała świetny wyścig, choć nie stanęła na podium. Na swoich pierwszych igrzyskach, jako młoda i jeszcze niezbyt doświadczona dziewczyna, choć już z sukcesami na koncie, była szósta. Uznała, że to wręcz rewelacyjny wynik i bardzo się cieszyła.

Lepiej miało być za cztery lata. Taki był plan.

Srebrna góra. Pekin

Do Chin pojechała już jako zupełnie inna osoba. Była w świetnym jak dla sportowca wieku, miała potrzebne doświadczenie, “ojeździła” się w elicie, kilkukrotnie – w różnych konkurencjach – stawała na podium mistrzostw świata. Powszechnie uznawano ją za jedną z faworytek do medalu, może nawet złotego. – Skupiałam się, by zrobić, co do mnie należy, żeby na mecie nie mieć do siebie żadnych pretensji. Sam wynik nie zawsze zależy od nas, ale też od szczęścia czy formy rywalek. Adam Małysz mówił, że trzeba oddać dwa równe skoki, u nas trzeba za to przejechać każdy metr wyścigu najlepiej, najszybciej, ale i najbardziej ekonomicznie, jak tylko się da. Takie podejście pomaga odsunąć stres – mówiła po latach.

Była skoncentrowana i czuła, że to jej olbrzymia szansa. Choć na nią musiała poczekać o dzień dłużej, niż to pierwotnie miało mieć miejsce. Jej wyprawa na szczyt została przesunięta z powodu złych warunków atmosferycznych. W Pekinie spadł rzęsisty deszcz, uznano, że trasa jest nieprzejezdna, mimo że – jak wspominała Maja – popołudniu (a wtedy miał odbywać się wyścig) wszystko było już okej. Teraz jeszcze trzeba wyjaśnić jedną rzecz: takie sytuacje w kolarstwie górskim to absolutna rzadkość. A już w ogóle na igrzyskach. Bo zawodniczki szykują formę na ten jeden dzień, często mają to idealnie wymierzone. I nawet takie nieznaczne przesunięcie może wybić je zupełnie z rytmu, zaważyć na przygotowaniach z całego sezonu.

Mai nie wybiło.

W trakcie wyścigu była znakomita. Nie zatrzymało jej ani to przesunięcie, ani najeżona trudnościami trasa, ani rywalki. Wśród nich były zresztą dwie młode Chinki, których nieco się obawiano. Bo wiadomo jak to było z zawodniczkami i zawodnikami ówczesnego gospodarza – medale zdobywały i takie osoby, po których się tego nie spodziewano. One nie dały jednak rady, choć jedna zaprezentowała się całkiem nieźle. Potem zniknęły z międzynarodowej rywalizacji i tyle o nich słyszano. O Mai Włoszczowskiej mówiono znacznie więcej.

Bo było o czym. Polka przyjechała na metę druga. Wyprzedziła ją tylko Sabine Spitz, brązowa w Atenach. Dla Włoszczowskiej był to ogromny sukces, choć być może jeszcze ważniejszy dla naszego kolarstwa. Nie tylko górskiego, ogółem. Maja przełamała bowiem 28-letnią olimpijską niemoc przedstawicieli tego sportu w naszym kraju. I zrobiła to jakby na przekór dziennikarzom, którzy – gdy przyleciała do Pekinu – pytali ją o “słabą serię polskich sportowców”, którzy nie stawali na podium.

Maja wkrótce stała się jedną z osób, które swój medal odebrały.

Góra bólu. Londyn

To miały być piękne igrzyska. Włoszczowska nie była już “tylko” w czołówce. Ona była najlepsza. W 2010 roku zdobyła swój jedyny tytuł mistrzyni świata, rok później dołożyła srebro. Regularnie stawała na podiach ważnych imprez, często je wygrywała. Inne zawodniczki równały do niej, nie ona do nich. Sama mówiła, że jest w znakomitej formie i chce powalczyć o mistrzostwo. Było ją na to stać. Prawdopodobnie. Bo nigdy nie dowie się, jakby to wszystko wypadło na trasie. Niedługo przed igrzyskami upadła na treningu. Bardzo nieszczęśliwie.

Po latach wspomina, że gdy tylko spojrzała na swoją nogę i poczuła ból, zrozumiała, że to już po igrzyskach. Media żyły jeszcze tematem przez kilka dni. Bo gdyby to było jakieś proste do złożenia złamanie czy skręcenie, może zdołałaby – z odpowiednią opieką, lekami przeciwbólowymi i tak dalej – wystartować. Może powalczyłaby o medal, jakikolwiek. W końcu jednak nadeszła ostateczna diagnoza i wątpliwości już nie było.

– Dzisiejsze badania pokazały, że są nowe uszkodzenia, i to w obrębie struktur kostnych. To absolutnie wyklucza możliwość podjęcia treningów i zmienia w ogóle taktykę leczenia. Obecnie pracujemy nad wygojeniem tkanek miękkich. Ten uraz nie wymaga leczenia operacyjnego. Później podjęta zostanie próba zespolenia kości piątej śródstopia. Miało to nastąpić już we wtorek, ale gdy okazało się, że uszkodzona jest także kość skokowa, trzeba z tym zaczekać. Kość skokowa wymaga kontroli, bo ten bloczek, który jest odłamany, musi się zrosnąć. Inaczej nie uzyskamy funkcji stopy – mówił wtedy doktor Krzysztof Ficek, opiekujący się Włoszczowską.

Igrzyska Maja oglądała w telewizji. Rozczarowana, smutna. Wypadek był dla niej trudny, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W powrocie i przejściu żmudnej rehabilitacji pomogło to, że zagraniczna grupa, z którą akurat podpisała kontrakt, nie wycofała się z umowy. Mimo że miała mieć w składzie potencjalną mistrzynię olimpijską, a dostała zawodniczkę, która po kilku miesiącach z trudem przejeżdżała kilkadziesiąt minut na rowerze, bo przez dłuższy czas była unieruchomiona. Igrzyska, które miały być największym triumfem Mai, zamieniły się więc w jeden najbardziej z przykrych momentów w jej karierze.

– Do dziś żałuję, że nie dane mi było wystartować w Londynie, bo to był jeden z moich najlepszych sezonów. Fantastycznie układała mi się wtedy współpraca z nieżyjącym już Markiem Galińskim, na igrzyska miałam jechać po złoto. To było traumatyczne przeżycie, ale z ostatecznie wyszło na to, że wypadek wcale nie zniszczył mi kariery. Co więcej – wracając na podium olimpijskie w Rio, napisałam piękny kawałek historii. Pokazałam, że po ciężkiej kontuzji można się podnieść i wrócić na szczyt. Koszt tego jest taki, że nigdy się nie dowiem, czy złoto w Londynie było do zdobycia. A różnica pomiędzy srebrem a złotem jest duża – mówiła.

Wielu głosiło wtedy, że kontuzja może skończyć jej karierę. Jak wspomniała sama – było zupełnie inaczej.

Góra zadośćuczynienia. Rio de Janeiro

Niektórzy mówili, że już ma swoje lata i niepotrzebnie w ogóle tam jedzie. Inni, że po Londynie to już nie ta sama Maja. A prawda była taka, że Włoszczowska po powrocie zanotowała jeden z najlepszych sezonów w karierze. W kolejnych dwóch latach radziła sobie ze zmiennym szczęściem, ale w 2016 roku widziała przed sobą jeden cel – igrzyska. Pierwotny plan zakładał, że przygotuje się na nie wraz z Markiem Galińskim, ten jednak zmarł tragicznie w 2014 roku, gdy wziął udział w wypadku samochodowym. Maja współpracowała jednak z ludźmi, którzy dobrze go znali i wykonywała plany przygotowane właśnie przez niego.

Do dziś na ręce nosi też bransoletkę z hasłem, które Marek często powtarzał – “Just do your job”.

Z takim podejściem podchodziła do igrzysk w Rio. Miała wykonać swoją robotę. Tak, jak robiła to już setki razy wcześniej. Pojechać najlepiej, jak umie. Odciąć się od wszelkich rozważań, analiz. Zaufać swojej formie, doświadczeniu i umiejętnościom. A potem zobaczyć, co z tego wyjdzie. Plan wykonała w stu procentach. Dojechała druga. Do złota znów czegoś zabrakło, ale tak naprawdę, to i to srebro było wielkim sukcesem. Cztery lata wcześniej nie była przecież pewna, czy jeszcze w ogóle wróci na górskie trasy. Wrócić się udało, wywalczyć drugi medal olimpijski też. A gdy na mecie ktoś zapytał ją o to, komu go dedykuje, odpowiedź mogła być tylko jedna – Markowi Galińskiemu.

– Marek był fantastycznym trenerem. Nauczył mnie cieszyć się z tego, co robię, doceniać, co mam, i wykorzystywać to, co daje mi uprawianie tej dyscypliny. Dzięki niemu cieszę się każdym treningiem, każdą nową ścieżką, którą mogę przejechać. […] Przygotowując się do igrzysk w Rio, nadal korzystaliśmy z jego nauk i metod treningowych. Pamiętam, że w Londynie bardzo żałowałam tego, że nie mogę się mu odwdzięczyć medalem olimpijskim za całą pracę, którą włożył w moje przygotowanie. Stąd ta dedykacja w Rio. Oczywiście, chciałabym się cieszyć tym medalem razem z nim, ale nie było nam to dane. Życie jest czasem brutalne – wspominała w naszej rozmowie.

Często pytano ją po tamtych igrzyskach, czy to jej ostatnie. Nie udzielała jasnej odpowiedzi. Sama nie była pewna. W końcu zdecydowała: dojedzie do Tokio. Potem kolejne wątpliwości naszły ją, gdy imprezę przełożono. Ale nie chciała odpuszczać, stwierdziła, że jeszcze rok jakoś przejeździ. W końcu chodziło o igrzyska.

Ostatnia góra. Tokio 

Nie jest faworytką do czołowych lokat. Owszem, każdy zakłada, że nagle może przytrafić jej się jeszcze jeden, ostatni wielki wyścig, ale trudno w dyspozycji, jaką prezentowała w tym sezonie, marzyć na przykład o medalu. Raczej chodzi o to, by pojechać niezły wyścig i godnie pożegnać się z igrzyskami. Spróbować wdrapać się raz jeszcze na górę, raz jeszcze z niej potem zjechać. To ta ostatnia wyprawa, potem, jeśli będzie chciała, kolejne wzniesienia zdobywać będzie już tylko hobbystycznie, dla własnej przyjemności. Na tę spróbuje jeszcze wejść również ku naszej uciesze.

Bo przecież gdy zmierzała na każdą z pięciu gór, śledziły ją tysiące, może nawet miliony oczu. Dała nam i sobie sporo radości. Nigdy się nie poddała, nigdy nie odpuściła. Zawsze walczyła do końca. I jutro też tak będzie. Tego jesteśmy pewni. I gdy Maja będzie na trasie, my włączymy ten wyścig. Nawet nie po to, by czekać na medal – choć nie wykluczamy, że znów nas zaskoczy. Po prostu, by obejrzeć jej pożegnanie z igrzyskami. I może zaklaskać w uznaniu do ekranu. Kto jak kto, ale Maj Włoszczowska na to uznanie zasłużyła.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marek
Marek
1 miesiąc temu

Pięknie napisane! Wręcz wzruszająco.

Paweł
Paweł
1 miesiąc temu

Zgrabny tekst o Wspaniałej Kobiecie

Aktualności

Kalendarz imprez