Opowieść o dwóch Holendrach. Jak Jakobsen i Groenewegen stali się mistrzami sprintu

Opowieść o dwóch Holendrach. Jak Jakobsen i Groenewegen stali się mistrzami sprintu

Jednego często porównywano do drugiego. Jeden mówił, że drugi jest dla niego trochę jak „starszy brat”. Dzielą ich trzy lata, łączy talent. Nieobce było im ryzyko związane z szybką jazdą na ostatnich metrach etapów. Całe ich kariery tak naprawdę zamykały się właśnie na ostatnim kilometrze. Wczoraj jednak Dylan Groenewegen zachował się na nim w sposób absolutnie niewłaściwy. A Fabio Jakobsen walczył przez to o życie.

Żeby poznać skalę ich talentów i zobaczyć, jak wyglądała rywalizacja między nimi, wystarczy wpisać ich nazwiska w Google i ustawić odpowiedni zakres wyszukiwania. Tak, by nie zakłócały nam go wiadomości o wczorajszym wypadku. Weźmy początek tego sezonu, jeszcze przed pandemią – obaj Holendrzy stanęli wtedy na starcie Volta a la Comunitat Valenciana, pięciodniowego wyścigu. Trzy etapy rozstrzygnęły się wtedy na sprinterskich finiszach. Wyniki?

  • Etap 1 – Dylan Groenewegen wygrywa, Fabio Jakobsen drugi;
  • Etap 3 – Dylan Groenewegen wygrywa, Fabio Jakobsen drugi;
  • Etap 5 – Fabio Jakobsen wygrywa, Dylan Groenewegen drugi.

Można przytoczyć jeszcze klasyfikację punktową, w której starszy z nich o pięć oczek wyprzedził młodszego. Sami widzicie – znakomici sprinterzy, którzy trafili do ekip mogących im zapewnić walkę o sukces na ostatnich metrach. Stąd obu zdarzało się jechać koło w koło, a ich rywalizacja coraz częściej napędzała ostatnie metry czy to konkretnych etapów, czy też całych wyścigów. Aż do wczoraj.

Na razie zostawmy jednak wydarzenia z trasy Tour de Pologne i spójrzmy na ich kariery szerzej – od samego początku. Jak Groenewegen i Jakobsen doszli do tego, że stali się jednymi z najlepszych sprinterów w peletonie?

W ślady dziadka, ojca i siostry

Kiedy był dzieckiem, myślał, że w kolarstwie zostanie… góralem. W końcu wylądował po zupełnie drugiej stronie stawki i stał się sprinterem. Na kolarstwo był jednak wręcz skazany. Jego pradziadek założył sklep z częściami rowerowymi. Potem prowadzili go i dziadek, i ojciec. Ten przedostatni był też znakomitym, znanym w całej Holandii twórcą rowerowych ram. Jeździli do niego najwięksi kolarze, którzy chcieli dostać własną, personalizowaną ramę.

Jedną otrzymał też młody Dylan. Miał wtedy siedem lat i chciał zostać wielkim kolarzem. Rodzicom średnio się to jednak podobało. Woleliby nawet, żeby ich syn grał w piłkę. Co zresztą próbował zrobić. – Jakiś czas grałem, tak. Wolałem jednak kolarstwo. W nim jeśli wygrałeś, dostawałeś wielki puchar, który mogłeś zabrać do szkoły – wspominał. Rodzice nie mieli więc wyboru – musieli pomóc synowi w rozwoju jego kariery.

Robił to zwłaszcza ojciec. To on szybko stał się dla Dylana kierowcą i mechanikiem, zawsze gotowym pomóc. Sam kiedyś też jeździł, na torze został nawet wicemistrzem Holandii, a na szosie bywał drugi na… etapie Tour de Pologne. Matka pomagała w inny sposób – gdy trzeba było, stawała za kasą rodzinnego sklepu, by ojciec z synem mogli jechać na kolejne wyścigi. Często musiała to też robić w trakcie treningów, gdy młody Dylan jechał na rowerze, a jego tata śmigał przed nim skuterem.

Ojciec wiedział zresztą, jakich błędów nie popełniać. Przede wszystkim chciał więc, by to syn decydował o tym, co będzie robić. Nie naciskał na niego. Miał świadomość, że może się to skończyć źle. Wcześniej trenował bowiem… siostrę Dylana. Maxime miała wielki talent i to wokół niej kręciło się przez jakiś czas życie w domu Groenewegenów. Za młodu rywalizowała m.in. z Marianne Vos. Ośmiokrotnie została mistrzynią Holandii w różnych kategoriach wiekowych.

Z córką często się kłócili, oboje mieli różne pomysły i plany. – Maxime była uparta, jedyne czego chciała na treningach, to jechać jednym tempem i to szybkim. Ja uważałem, że powinna ćwiczyć interwały z przerwami i odpoczynkiem pomiędzy szybszymi odcinkami. Nigdy nie wracaliśmy do domu razem po treningu. Wciąż się sprzeczaliśmy – wspominał jej ojciec. Pamięta też, że nie miał wtedy pojęcia, jak bardzo Dylan lubi kolarstwo. A jego syn wychodził ze swoim rowerem i śmigał po najbliższej okolicy, robiąc rundki wokół parku. Potem kupował gumę balonową, siadał na ławce i czekał, aż matka zawoła go przez okno na obiad. Widział też, że ojcu nie układa się z jego siostrą, która ostatecznie zakończyła karierę przez chorobę, jeszcze przed osiemnastymi urodzinami. Gdy sam zaczął z nim trenować, obaj widzieli, że muszą działać inaczej.

Choć na początku wcale nie był grzecznym i potulnym uczniem. – Jeśli nie wygrałem, bardzo się wściekałem. Raz w furii rzuciłem mój rower po porażce. Ojciec powiedział: „Jeśli zrobisz to jeszcze raz, zamknę cię i już nigdy więcej nie wystartujesz”. Nie powtórzyłem tego – wspominał. Ojciec był dla niego wzorem, w dużej mierze też przez to, że raczej nie miał kolarskich idoli. Gdy dziennikarze go o nich pytali, przypominał sobie jedynie, że na ścianie wisiał u niego plakat, z którego zerkał Mario Cipollini, choć ekstrawertyczny Włoch charakterem znacznie różnił się od cichego i spokojnego Dylana. Był jednak fantastycznym sprinterem, którym Groenewegen miał stać się w przyszłości.

Bo mimo że początkowo celował w góry, to sprint lubił od zawsze. Kręciło go to, ile może się zadziać na finiszu. Pociągała szybkość. Uwielbiał też – co zresztą nie dziwi u kolarza z Beneluksu – klasyczne jednodniowe wyścigi, rozgrywane w trudnych warunkach. – Najpierw myślałem, że będę góralem. Podjazdy w okolicy zawsze mi dobrze wychodziły. Dopiero po czasie zorientowałem się, że nie jestem prawdziwym góralem. Wtedy zmieniłem zdanie i długo myślałem, że będę specjalistą od klasyków. To zresztą nadal jest możliwe. W tej chwili optuję jednak za sprintami – mówił przed rokiem.

Już gdy miał kilkanaście lat wszyscy w jego otoczeniu powtarzali, że jest urodzonym zwycięzcą. Szybko przeszedł przez kilka klubów. Z jednego zrezygnował, bo ten „nie miał dobrego programu”, co tylko wskazuje, że od początku na poważnie myślał o swoim rozwoju. W końcu trafił do De Rijke, gdzie przez trzy lata jeździł jako junior, a stamtąd wyleciał do ekipy Roompot, z którą spędził pierwszy rok w World Tourze.

O tym, jak w nim jeździł, opowiemy jednak później. Teraz czas na historię drugiego z nich.

Kolarz przez… imię

Jego rodzice nie mieli co prawda sklepu kolarskiego, ale za to uwielbiali ten sport. Tak bardzo, że synowi dali na imię Fabio. Nie byłoby go, gdyby nie Fabio Casartelli, utalentowany kolarz, mistrz olimpijski z Barcelony. Włoch zmarł rok przed narodzinami Jakobsena, w kraksie na jednym z etapów Tour de France, gdy uderzył głową o betonowy słup. Jego imię zostało z rodzicami drugiego Fabio. Tego, który bliski śmierci był wczoraj.

O tym jednak na końcu. Na razie powiedzmy sobie, że rodzina Jakobsena – jak to w Holandii – nie tylko oglądała, ale i uprawiała czynnie kolarstwo. Sam Fabio raczej jednak nie uważał tego sportu za spełnienie swoich marzeń. Początkowo wolał kopać piłkę, dopiero potem trafił na rower. O tamtych czasach zresztą nie mówi zbyt często. Gdy już rozmawia z dziennikarzami, woli opowiadać o zawodowym peletonie i tym, co czeka go w kolejnych startach.

To mały paradoks, bo od dziecka był wygadany, choć równocześnie dość nieśmiały. Sprawiało mu to nieco problemów. Bo, podobnie jak dla Dylana, za młodu porażka była dla niego najgorsza. – W tamtym okresie bardzo źle znosiłem przegrane. Grałem w piłkę, to sport zespołowy. Zawsze trafiali się goście, którzy czegoś nie robili na boisku. W kolarstwie zauważyłem za to, że każdy w ekipie chce się rozwijać i wygrywać. Można też śmiało wygłaszać swoje opinie. Więc to robię. Nie mówię tego jednak tak, jakbym ogłaszał jedyną prawdę, a raczej w tonie „zgadzacie się ze mną?”. To taka nasza holenderska mentalność, tak myślę – mówił.

Charakter sprawiał mu więc czasem problemy, ale jego talent się przy tym bronił. Szybko przeszedł przez kilka lokalnych klubów, aż wreszcie – w 2015 roku – trafił do akademii SEG. Był członkiem jej pierwszego rocznika i wszyscy widzieli w nim przyszłego mistrza. Nic dziwnego, w trakcie swojego ostatniego roku w kategoriach  juniorskich zgarnął trzynaście zwycięstw. Szybko okazało się też, że w akademii będą mieli z niego pociechę – już w swoim pierwszym roku, jako dziewiętnastolatek, finiszował drugi w mistrzostwach Holandii do lat 23.

Fabio Jakobsen. Fot. Newspix

W kolejnych latach przyszło więcej sukcesów. Tym razem nikomu już nie ustąpił i sam wywalczył mistrzostwo kraju. Wygrywał też młodzieżowe wyścigi zarówno w Holandii, jak i poza jej granicami. Wybuch jego możliwości przyszedł jednak w 2017 roku – ostatnim przed dołączeniem do World Touru. Wtedy zgarnął dziewięć etapowych zwycięstw, m.in. na Tour de l’Avenir (najważniejszym młodzieżowym wyścigu świata), Tour de Normandie czy dwa z rzędu na Olympia’s Tour. Obronił też tytuł mistrza Holandii do lat 23, zostając tym samym pierwszym kolarzem, który tego dokonał.

Mało kto wie, że tych ostatnich sukcesów mogło nie być – Fabio miał bowiem wiele ofert z ekip z World Touru już w 2016 roku. Holender sam jednak zdecydował, że woli zostać w akademii jeszcze przez sezon. Chciał się odpowiednio rozwinąć, wolał robić mniejsze kroki, ale stawiać je bardziej pewnie. Późniejszy sezon i dołączenie do ekipy Quick Step pokazały, że nie mógł podjąć lepszej decyzji.

Do World Touru trafił więc ostatecznie dokładnie w takim wieku, w jakim zrobił to Dylan Groenewegen. Tyle że ten jest trzy lata starszy i o tyle dłużej w nim jeździ.

Szybko, szybciej, najszybciej

Jak już napisano, w 2015 roku Dylan trafił do ekipy Roompot. Tak naprawdę nie był to jeszcze w pełni World Tour – grupa należała bowiem do stawki Pro Continental, wyścigów niższej kategorii, ale była zaproszona do rywalizacji wśród najlepszych. Groenewegen dobrze sobie wśród nich radził, czym przyciągnął uwagę wielu dyrektorów. – Roompot puścił mnie po roku, więc mogłem przejść do LottoNL-Jumbo. Kilka innych ekip też było zainteresowanych, ale złamałem kolano i niektóre odpadły. Lotto miało za to wobec mnie bardzo konkretne plany związane ze sprintem. Podobało mi się to – mówił kilka lat później.

Szybko zaczął pokazywać się z dobrej strony, ale miał sporo wątpliwości. Nagle został postawiony w nowej sytuacji: stał się jedną ze wschodzących gwiazd kolarstwa, podpisał też wysoki kontrakt. Nie do końca odnajdywał się w tej roli, pomogły mu dopiero długie rozmowy z Mathieu Hermansem, gwiazdą holenderskiego sprintu z lat 80., który wielokrotnie triumfował m.in. na hiszpańskiej Vuelcie, w sumie wygrywając tam dziewięć etapów. – Rozmawialiśmy całą noc. Wyciągnął do mnie pomocną dłoń i powiedział mi, żebym się zrelaksował, wierzył w siebie, pracował dla zespołu, nie dał się pokonać presji i, na końcu, pozostał wierny samemu sobie.

Dylan posłuchał. Nigdy nie udawał nikogo innego – choć do tego jeszcze przejdziemy – i zawsze mówił, co myślał. A przy tym świetnie jeździł. Już w 2016 roku przyszły pierwsze spore sukcesy. Poczynając od mistrzostwa Holandii, zdobytego zresztą w trudnych warunkach. Trasa tamtego wyścigu liczyła sobie 212 kilometrów, była kompletnie płaska, ale sprawiła sporo trudności kolarzom – wiele było upadków, wiał też mocny wiatr. Sporo zawodników odpadło od peletonu gdzieś po drodze. Kilkukrotnie do przodu wyruszały też grupy harcowników. Raz – w sumie przypadkowo – z intencji samego Groenewegena. Wszystkie zostały złapane, skończyło się finiszem z peletonu. A na nim Dylan nie miał sobie równych.

W tamtym okresie bardzo się zmienił. Postawił na nową dietę, zrzucił zbędne kilogramy, a te, których zrzucić nie mógł, zamienił na mięśnie. Trenował wręcz do omdlenia. Wciąż jeździł za skuterem ojca, często aż do momentu, gdy zaczynał wymiotować. – To nie jest zabawne. Po takich sesjach resztę dnia spędzałem leżąc na łóżku z ręcznikiem na głowie. Zawsze jednak podobały mi się takie treningi – mówił. Przy innych okazjach urządzał sobie sesje składające się z pięciu albo sześciu sprintów. Kilkusetmetrowych, przejeżdżanych na maksa. Wielu ludzi po dwóch nie miałoby już sił, by dalej siedzieć na rowerze. Tak naprawdę siłownia – na której często go można było wówczas znaleźć – stała się tylko dodatkiem do i tak niesamowicie napakowanego reżimu treningowego.

Groenewegena – ze względu na jego eksplozywność i moc, z jaką pedałował w końcówkach – szybko zaczęto porównywać do Marcela Kittela, genialnego niemieckiego sprintera. – Dylan na finiszu potrafi wszystko. Może na przykład sprintować na dłuższym odcinku. Pracowaliśmy nad jego przyspieszeniem i mocą. Nie jest gościem, który potrzebuje rozprowadzenia, może wyskoczyć z peletonu. Kiedy to robi, niemal od razy zyskuje przewagę. Jego progres jest imponujący. Dylan marzy o tym, by dokonać tego, co udało się Marcelowi Kittelowi – mówił Merijn Zeeman, dyrektor sportowy ekipy Dylana, który pracował też z Kittelem.

Sam Groenewegen był w pewnym momencie wręcz zaskoczony swoim progresem. Choć, oczywiście, się z niego cieszył. Drużyna miała plan, by w trzy lata doprowadzić go do triumfu w Tour de France. Okazało się, że wystarczyło na to półtora roku. Po świetnym Tourze, w którym jednak wielokrotnie był bliski zwycięstwa, ostatecznie wygrał na ostatnim etapie. – To największe zwycięstwo w mojej karierze – mówił krótko. Zgodziłby się z tym pewnie Fabio Jakobsen, który ten etap nazywał jednym z pięciu najważniejszych, jakie w ogóle może wygrać sprinter. Swoją drogą sam Groenewegen mówił, że… to nie był idealny sprint w jego wykonaniu. Ale przyniósł zwycięstwo.

W tamtym sezonie Dylan pokazał się jako gość, który wkrótce może stać się jednym z najlepszych sprinterów świata. W kolejnym faktycznie tego dokonał. Na jego poziomie było tylko kilku inych kolarzy: Elia Viviani, Peter Sagan, czasem Marcel Kittel czy Mark Cavendish. Głównie jednak ten pierwszy, który zwykle zresztą wygrywał. Wszyscy jednak widzieli, że wkrótce może się to zmienić. – Po wygranej na Champs-Elysees trzeba było przyznać, że Dylan należy do najlepszych. Jest młody, ale już dobił do czołówki. Udowodnił to w kolejnych startach. Teraz staje się rozpoznawalny, czym też zyskuje sobie przewagę. Będzie tylko lepszy – mówił jego kolega z ekipy, Bram Tankink, na początku 2018 roku.

A Dylan powtarzał tylko, że skupia się na wygrywaniu. Choć poza wspomnianymi wcześniej nazwiskami, wyrastał mu nowy konkurent. Na własnym podwórku.

Bez kompleksów

Quick Step to prawdopodobnie najlepsza ekipa, do jakiej trafić może młody, dobrze rokujący sprinter. To taki kolarski Real Madryt czy Barcelona dla najlepszych na finiszu. – Kiedy Patrick [Lefever, dyrektor sportowy – przyp. red.] składa ci ofertę, to jest jak scena z Ojca Chrzestnego. Nie możesz jej odrzucić – mówił Fabio. Wspomniany Lefevere miał niezłe kontakty z SEG, nie dziwi więc, że to właśnie jemu udało się sprowadzić do swojej drużyny Jakobsena. Obaj szybko się przekonali, że nie będą żałować tego ruchu.

Pierwszy wyścigiem w nowym zespole dla Jakobsena stał się Dubai Tour. Holender od razu poczuł, jak to jest świętować – jeszcze nie swoje zwycięstwa, ale dwa etapowe triumfy jego partnerów, choćby Vivianiego, i triumf całej ekipy w końcowej klasyfikacji (swoją drogą pierwszy etap wygrał wtedy Groenewegen). Na własne triumfy musiał jeszcze poczekać, ale niezbyt długo. Już po kilku tygodniach triumfował w Nokere Koerse, jednodniowym wyścigu niższej kategorii. Potem odtwarzał sobie taśmy z tych zawodów w różnych językach. Słyszał, że żaden z komentatorów nie wymieniał jego nazwiska wśród faworytów. Pokazał im, że nie mieli racji.

Na rozpoznawalność ciężko pracował. Oczywiście, inni kolarze – zwłaszcza sprinterzy – znali jego nazwisko już od dawna. Ale u kibiców było z tym już różnie. Już po pierwszych zwycięstwach zdarzało się, że siedział w kawiarence niedaleko startu wyścigu i nikt nie poznawał, że to on. Dopiero gdy szedł do zespołowego busa, przebierał się w strój i wychodził do fanów, zaczynały się okrzyki „Fabio!” i prośby o autograf.

Holender szybko wspinał się w hierarchii ekipy. Szefostwo nie wahało się powierzać mu coraz większej roli, bo po prostu zapracował sobie na nią wynikami. Wiek i doświadczenie nie miały tu znaczenia, liczyło się tylko to, że znakomicie jeździł. Już 4 kwietnia 2018 roku wygrał Scheldeprijs, wyścig nazywany czasem nieoficjalnymi mistrzostwami świata sprinterów. Owszem, jeszcze przed finiszem odpadło kilku najgroźniejszych. Groenewegen czy Arnaud Demare pomylili drogę, a Kittel upadł i doznał urazu. Wciąż jednak na mecie najszybszy był właśnie Fabio. I ludzie to zauważyli.

Sam Fabio wciąż był jednak bardzo skromny. Dziennikarzom mówił, że musi „rozwinąć swój silnik od szybkiego skutera do Harleya” i chce po prostu wykonywać kolejne kroki naprzód. Na czele z występem w którymś z wielkich tourów. Równocześnie ze skromnością rozpierała go jednak ambicja. Powtarzał, że tak naprawdę nie jest do końca zadowolony z triumfu w Scheldeprijs, bo chciałby zmierzyć się na mecie ze wszystkimi najgroźniejszymi rywalami. Wiedział, że może ich pokonać. A tak nie mógł się o tym przekonać.

Przekonywał za to do siebie kolejnych kibiców, dziennikarzy, ekspertów i innych kolarzy. Wygrywał coraz więcej i częściej. W 2018 roku był zdecydowanie najlepszym z nowych zawodników w peletonie. Ostatecznie jego lista wygranych zatrzymała się na siedmiu. – Jestem pewny siebie, ale jestem też pewien, że nie wiem wszystkiego. Wiem za to, czego chcę, ale mam dopiero 22 lata. Słucham więc trenerów i starszych kolegów, uczę się. Czasem muszę się uszczypnąć, bo nie wierzę, że to wszystko się dzieje. Miałem idealny sezon, wygrałem siedem razy… – mówił.

Na swoje sukcesy harował niemal tak samo ciężko jak Dylan Groenewegen. Nawet stosował podobne metody – choćby jazdę za ojcem, który śmigał w tym czasie na motocyklu. W stawce niemal od razu stał się jednym z najcięższych sprinterów, ale też takich zdolnych generować największa prędkość. No i najwięcej w ekipie wyciskał na siłowni, co też budziło respekt. On sam, może po części przez to, tego respektu nie czuł przed nikim. Gdy na ubiegłorocznej Vuelcie starł się z Alejandro Valverde – weteranem i wielkim mistrzem – przeprosił go grzecznie za to, że za bardzo się do niego zbliżył, a potem… wygrał etap.

Nie obchodzi mnie, czy ktoś jest wielkim mistrzem, czy nowym gościem w stawce. Kolarstwo to twardy sport. Jest w nim wzajemny szacunek, ale trzeba też twardo stać na ziemi. Jeździ się wręcz z nożem między zębami. Czy to mi odpowiada? Tak myślę. Nie zamierzam patrzeć w tył, nie będę naciskać hamulców – mówił. Szanował jednak bardziej doświadczonych zawodników. Sporo uczył się na przykład od Nikiego Terpstry, idola, a przy tym partnera z ekipy. No i gościa, który podążał własnymi ścieżkami, co też imponowało Fabio.

W 2019 roku Jakobsen został mistrzem Holandii. Miał dopiero 23 lata, a już nosił koszulkę dla najlepszego kolarza w kraju. Przyjechał w niej zresztą na Tour de Pologne. Tamto mistrzostwo to kolejna z wygranych, która budowała jego markę. W zeszłym sezonie odniósł ich zresztą więcej. W różnych rankingach na najlepszych sprinterów plasował się w pierwszej dziesiątce. Kibice znali go coraz lepiej. Paradoksalnie jednak słabo rozpoznawalny był… w Holandii.

Mamy Toma Dumoulina, który wygrał wielki tour. Dylan Groenewegen jest sprinterem światowej klasy, który wygrywał najważniejsze etapy największych wyścigów. Jest też mnóstwo zainteresowania Mathieu van der Poelem. Jednak goście tacy jak Antwan Tolhoek, Sam Oomen i ja też pukają do drzwi, a mimo to zostają w cieniu. Choć to pozytywna rzecz. Mówi coś o holenderskim kolarstwie i jego potencjale. Co nie znaczy, że jestem usatysfakcjonowany. Chcę to zmienić. Po prostu chcę wygrywać i to powinno wystarczyć – opowiadał Fabio.

Robił to więc. I wkrótce – jeszcze przed Tour de Pologne – zaczęto mówić zbiorczo o dwóch znakomitych holenderskich sprinterach: Dylanie Groenewegenie i Fabio Jakobsenie.

Holendrów dwóch

Obaj są podobni. Dobrze zbudowani, potrafiący niesamowicie przyśpieszyć. Pochodzą z jednego kraju, są niesamowicie ambitni i jeden depcze drugiemu po piętach, idąc w jego ślady. Dylan trafił do World Touru w wieku 22 lat, Fabio też. Dylan był mistrzem Holandii, Fabio też. Dylan osiągnął sukces w wielkim tourze, Fabio też. I tak dalej. Obaj są też niesamowicie ambitni i obaj mówią, że być może w przyszłości będą chcieli spróbować swoich sił w klasykach, bo wiedzą, że ich na to stać. Jeśli tylko po wypadku z Tour de Pologne nadal będzie to możliwe.

Fabio szybko zaczął być porównywany do Dylana. Początkowo mówił, że niezbyt mu się to podoba, choć przyznawał, że w latach przed wejściem do World Touru, to właśnie na Groenewegenie się wzorował i uznawał go za najlepszego sprintera na świecie. Eksperci twierdzili jednak, że Jakobsen jest jeszcze szybszy. Choć Dylan pewnie by się z nimi nie zgodził. – Na ten moment w peletonie nie ma szybszych kolarzy. Tylko Fernando Gaviria w najlepszej formie może się ze mną równać. Jeśli jest perfekcyjnie przygotowany, jesteśmy blisko – mówił w zeszłym roku.

Miał zresztą doskonałe dowody na poparcie swojej tezy. W 2019 roku żaden inny kolarz nie wygrał tyle co on. Groenewegen odniósł bowiem w ciągu poprzedniego sezonu 15 triumfów. Inna sprawa, że tylko część z nich była na poziomie World Touru. Ale w nim też odnosił sukcesy – choćby na Tour de France, gdzie pod koniec pierwszego etapu poważnie się poturbował, ale na siódmym okazał się najlepszy. Na początku tego roku zdołał odnieść już trzy zwycięstwa – dwa we wspomnianej Walencji i jedno w UAE Tour.

Musiał być z tego zadowolony. Zawsze powtarzał, że nienawidzi przegrywać. Nie ma dla niego gorszej rzeczy. Jeśli przegrywa, potrafi być nie do zniesienia. W 2018 roku, też na trasie UAE Tour, wprost wyklinał mechaników, bo uważał, że to przez nich musiał wycofać się z rywalizacji (zresztą miał sporo racji). Niedawno udzielił głośnego wywiadu, w którym mówił o tym, jak czułby się jako pomocnik.

Nigdy nie mógłbym usługiwać innemu kolarzowi. Moje poczucie dumy jest na to zbyt duże. Nie zobaczycie mnie rozprowadzającego sprint dla kolegi. Wtedy moja kariera po prostu by się skończyła. Bolesny jest dla mnie widok gości z wielkimi osiągnięciami, jadących gdzieś na marginesie peletonu. Nie chcę tego. Jeśli komuś pomagasz przy finiszu, automatycznie godzisz się z porażką. Nie znam takiego stanu umysłu – mówił. Potem, na Twitterze, prostował jednak te słowa, twierdząc, że zostały przeinaczone.

Ale i w wielu innych wywiadach powtarzał, że z porażką nie może się pogodzić. Nawet jeśli zajmie drugie miejsce, jest kompletnie załamany i zły na siebie. Całe noce spędza potem na roztrząsaniu swoich błędów. Gdy przegrał w Walencji – a więc wyścigu, który nie zalicza się przecież do najważniejszych – z Fabio, też był wściekły. A przecież wcześniej dwa etapy zapisano właśnie na jego konto. Nie pocieszyła go nawet koszulka dla najlepiej punktującego kolarza.

Kocham wygrywać. Uwielbiam uczucie po zwycięstwie. Miałem tak już jako dziecko w szkole. Złość po porażce jest za to jak płomień, który jednak muszę utrzymywać przy życiu. Nie wynika to jednak z tego, że chcę, by moi rodzice byli dumni czy czegokolwiek podobnego. Jeżdżę dla siebie. I zawszę chcę więcej. Robię wszystko, by wygrywać kolejne wyścigi – mówił. A niedawno, w trakcie kwarantanny wprost twierdził, że najbardziej nie brakuje mu samej jazdy, a właśnie wygrywania.

Fabio w tym się od niego różni. Jasne, on też chce wygrywać i to uwielbia, ale przyznawał nieraz, że jeśli jedzie dobry wyścig, to nawet, gdy nie triumfuje, jest z siebie zadowolony. Każde doświadczenie traktuje jako bazę pod kolejne starty. Jest niesamowicie ambitny, ale równocześnie twardo stąpa po ziemi. Zdaje sobie sprawę, że nie wygra wszędzie i zawsze. Dlatego nie przejmuje się przesadnie porażkami.

Świetnie, że mogę jechać jako lider zespołu. Jeśli coś pójdzie nie tak, po prostu spróbuję jeszcze raz. Mogę tylko starać się jak najbardziej potrafię. Tak zachowywałem się od dzieciństwa, tak wychował mnie ojciec. W zeszłym roku w Omanie kompletnie spieprzyłem finisz. Wtedy byłem na siebie zły, bo wiedziałem, że to, co zrobiłem, było bardzo głupie. Potem odkryłem, co poszło nie tak. I kontynuowałem pracę. Uczę się z takich wydarzeń – mówił.

Obaj przyznawali za to, że nigdy nie zjada ich stres. Wręcz przeciwnie – motywuje. Gdy są nerwowi, koncentrują się na celu. Stres ich napędza, daje dodatkową energię, moc. Przy tym nikogo się nie boją. Bo wiedzą, że z każdym z rywali mogą wygrać. – Jeśli jestem w najlepszej formie, nie mam powodu by kogokolwiek się obawiać. Nie biorę nikogo innego pod uwagę, tylko siebie. Nigdy nie czuję presji. To że mój zespół przewodzi peletonowi przez cały etap, nie znaczy, że muszę go wygrać. Jeśli mi się nie uda, będę zły i wkurzający, ale świat się nie skończy – mówił Dylan.

Groenewegen przyznawał, że może jest trochę prawdy w tym, że jest „typowym amsterdamczykiem” – nieco showmanem, nieco arogantem. – Kiedyś zrobiłem test charakteru w drużynie. Wyszło, że jestem aroganckim sukinsynem. (śmiech) Mamy w Amsterdamie nieco wyjątkowe poczucie humoru. Czasem niektórzy mogą zrozumieć nasze żarty w zły sposób. Potrafię też zdecydowanie się odciąć. Nie każdy może to znieść, jak zauważyłem. Jestem po prostu bardzo bezpośredni – mówił. W tym Fabio się od niego różni, on bowiem raczej zawsze w mowie był spokojny i grzeczny.

Łączy ich za to przede wszystkim to – powtórzmy – że obaj są genialnymi sprinterami. Nic dziwnego, że pod koniec 2019 roku przedłużyli kontrakty ze swoimi ekipami i długo mieli w nich jeździć. Nic dziwnego, że wzajemnie się komplementowali. Nic dziwnego, że Fabio zerkał na Dylana i widział w nim wzór do naśladowania. – Kiedy ja przeszedłem do młodzieżowego kolarstwa, Dylan poszedł do World Touru. Jest dla mnie trochę jak starszy brat, o którym się myśli, że chce się być tak dobrym jak on. Zawsze na niego tak patrzyłem. Przecież wygrywał już etapy na Tour de France, prawda?

O ile wcześniej obaj spotykali się rzadko, o tyle w ostatnich latach coraz częściej rywalizowali ze sobą bezpośrednio na trasach największych wyścigów. Groenewegen zauważył, że rośnie mu wielki rywal, a Jakobsen dostrzegł, że już jest na poziomie swojego „starszego brata”. W tym sezonie mieli spotkać się wielokrotnie na trasach największych wyścigów.

Tyle że stało się, co się stało.

Koszmar

Sprinterzy muszą być szaleni. Takie jest zdanie wielu osób ze środowiska, nawet innych zawodowych kolarzy. To goście, którzy na ostatnich metrach działają wyłącznie na bazie instynktu. W ciągu ułamków sekund podejmują decyzje, a gdy oglądają je na spokojnie… sami są nimi przerażeni. – Czasem widzę, jak wjeżdżałem między rywali i myślę sobie: „o rany, tam było ciasno”. Ale co było, to było. A co nie zadziałało, to nie zadziałało. Wiele razy jednak uda się to wymierzyć prawidłowo. Na hamulce naciskam tylko, gdy myślę, że coś idzie nie tak. Na finiszu nigdy nie będzie się miało przyjaciół – mówił dwa lata temu Fabio Jakobsen.

Na finiszu wszystko dzieje się za sprawą instynktu – albo się go ma, albo nie. Na ostatnim kilometrze nie wiem tak naprawdę, co się dzieje. Niczego nie słyszę. Jestem tak skupiony, że wokół mnie jest cicho, jakby wszystko zniknęło. Widzę tylko linię mety i zmierzam do niej jak drapieżnik. Jednym okiem zerkam jedynie na znaki dookoła. Gdy do mety zostaje 300 metrów wiem, że to czas, by ruszyć. A wtedy głowa idzie w dół i jedzie się po linii. Technika? Nie mam żadnej. Jedynie naciskać na pedały jak najszybciej. Jeśli się zahamuje, można zapomnieć o sprincie. Od razu jest się na straconej pozycji. Zawsze jadę po podium, zawsze jest w tym ryzyko: wszystko albo nic. A kiedy upadasz, oblizujesz swoje rany – opowiadał za to dziennikarzom Dylan Groenewegen.

Obaj mieli już doświadczenie. Obaj odnosili wielkie zwycięstwa. Obaj wiedzieli, na czym polega sprint i jak jest niebezpieczny. Obaj wiele razy leżeli na asfalcie. Obaj miewali kontuje czy poobdzierane ciało. Takie życie sprintera. Obaj się też nie bali. Nie można się bać na ostatnich metrach. Jeśli poczujesz strach, jest po tobie – nie wygrasz. Stąd zapewne to zamknięcie na czynniki zewnętrzne. Sprinter widzi tylko cel, a celem jest zwycięstwo.

Obaj jednak przyznawali też, że na ostatnich metrach peleton często przypomina grupę szaleńców. Kolarze przy prędkości dobrze ponad 50 kilometrów na godzinę (a na pierwszym etapie Tour de Pologne nawet około 80) pakują się w najmniejsze luki, próbując wyprzedzić rywali. Ci z kolei starają się im to uniemożliwić. Bywa, że zaczynają się przepychanki. Zdarzają się kontuzje, zdarzają się spektakularne kraksy. Ale sprinterzy zwykle podnoszą się, otrzepują i jeśli tylko są zdrowi, to następnym razem – często kolejnego dnia – próbują tego ponownie.

Czasem trzeba być sukinsynem. Ale poza finiszem nie mam pojęcia, jak to robić. Jeżdżę na instynkcie – dodawał Dylan. Fabio z kolei opowiadał, jak uczono go, by się nie bał. Ale też by jeździł na tyle bezpiecznie, na ile tylko można. Tyle że – co sam przyznawał – w sprincie często bezpieczeństwo schodzi na dalszy plan. Bo nie da się o nie zadbać. Ktoś jedzie blisko ciebie, zaczyna cię przepychać, więc i ty przepychasz jego. Albo zajeżdżasz mu drogę. Fabio dobrze o tym wie – rok temu zdyskwalifikowano go po sprincie na trzecim etapie… Tour de Pologne. Tym, na którym zginął Bjorg Lambrecht.

Zwykle takie sytuacje kończą się właśnie dyskwalifikacją lub inną karą. Albo w ogóle jej nie ma, jeśli sędziowie uznają, że wszystko działo się w ramach dozwolonej walki, zdarza się i tak. Zwykle. Na pierwszym etapie Tour de Pologne 2020 było jednak inaczej. Dylan Groenewegen najpierw zajechał drogę Fabio Jakobsenowi, spychając go do barierki, a potem jeszcze wystawił łokieć. Skończyło się kraksą, w której poszkodowanych zostało kilkunastu kolarzy i sędzia. Co najmniej czterech na dłużej trafiło do szpitala. Fabio, który wręcz wyleciał w powietrze, długo był reanimowany, a potem operowany. Groenewegena natychmiast zdyskwalifikowano, ale starszy z Holendrów spodziewać może się jeszcze spodziewać działań ze strony Międzynarodowej Unii Kolarskiej, a nawet pozwu sądowego.

– Nienawidzę tego, co stało się wczoraj. Nie mogę znaleźć słów, żeby opisać, jak bardzo mi przykro z powodu Fabio i innych, którzy upadli lub zostali uderzeni. W tej chwili zdrowie Fabio jest najważniejsze. Ciągle o nim myślę – napisał na Twitterze dzień po kraksie. Można wierzyć, że w ani jednym słowie nie kłamał.

Na trasie, na finiszu był bowiem sprinterem. Kierował nim instynkt. Gdy dojechał do mety, długo siedział z głową w dłoniach, nie mogąc otrząsnąć się po tym, co się stało. Popełnił wielki, ogromny, tragiczny błąd na trasie. Temu, że doszło do wypadku, winny jest wyłącznie on. A jednak działał jak sprinter. Tak go uczono, tak postępowali też inni, również w walce z nim. I takie kraksy też się zdarzały. Tyle że żadna z nich nie była tak tragiczna w skutkach. Żadna też nie wyglądała tak źle.

I zapewne obaj Holendrzy – jeden fizycznie, a drugi mentalnie – szybko się po niej nie otrząsną.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marek
Marek
1 rok temu

Super artykuł

Rafal
Rafal
1 rok temu

Bardzo fajny I wyczerpujący artykuł, brawo dla autora!

Aktualności

Kalendarz imprez