Olimpijskie złoto, doping i korupcja. Historia Asli Cakir Alptekin

Olimpijskie złoto, doping i korupcja. Historia Asli Cakir Alptekin

10 sierpnia 2012 roku. Na Stadionie Olimpijskim w Londynie za chwilę odbędzie się finał biegu na 1500 metrów kobiet. Choć stawka jest wyrównana, to języczek u wagi stanowi turecka biegaczka, Asli Cakir Alptekin. Choć przez lata startów nie mogła pochwalić się wybitnymi osiągnięciami w biegach średniodystansowych, to na rok przed najważniejszą imprezą lekkoatletyczną jej forma wystrzeliła w górę. Brązowa medalistka halowych mistrzostw świata i świeżo upieczona mistrzyni Europy, jest jedną z faworytek do wygrania olimpijskiego złota.

17 sierpnia 2015 roku. Trybunał Arbitrażowy do spraw Sportu z siedzibą w Lozannie ma wydać wyrok w sprawie obecnie panującej mistrzyni olimpijskiej z Londynu, zwyciężczyni w biegu na 1500 metrów. Sprawa ciągnie się od 2013 roku, kiedy to – wraz z siedmioma innymi zawodnikami z Turcji – została przyłapana na stosowaniu niedozwolonych środków. Ale to jej nazwisko jest najgłośniejsze – Asli Cakir Alptekin. Kara? Surowa, ośmioletni zakaz startów. Ale mogło skończyć się jeszcze gorzej. Turczynka wpadła drugi raz w karierze, co jest traktowane jak recydywa. Za to zwykle przyznaje się dożywotnią dyskwalifikację.

Miłość w czasach kryzysu

Pomiędzy pierwszą a drugą wpadką dopingową jest dziewięć lat odstępu czasu. W pierwszym przypadku Cakir była dobrze zapowiadającą się zawodniczką. Zaczynała karierę, biegając głównie na 3000 metrów z przeszkodami. Na młodzieżowych mistrzostwach świata w 2004 roku, rozgrywane we włoskim Gorsseto, reprezentowała Turcję właśnie w tej konkurencji. Nie zdominowała stawki, ale na zawodach rangi mistrzowskiej poradziła sobie całkiem nieźle – dotarła do finału, w którym zajęła szóste miejsce.

Jednak niedługo przyszło jej się cieszyć z wywalczonego rezultatu. Przeprowadzona dwa miesiące po tym starcie kontrola antydopingowa wykazała, że w organizmie Cakir znajdował się metenolon. To powszechnie dostępny steryd anaboliczny. Wprawdzie w ograniczonych dawkach posiada dość łagodne działanie, ale jednak wpływa na rezultaty sportowca. Cakir tłumaczyła, że trener podawał jej witaminę, rzekomo nie informując, czym owa „witamina” jest naprawdę. Tłumaczenia na niewiele się zdały, gdyż otrzymała standardową – jak na pierwsze tego rodzaju przewinienie – karę dwóch lat dyskwalifikacji.

Sama zawodniczka podobno bardzo ciężko przyjęła tę decyzję. Myślała nawet o przedwczesnym zakończeniu kariery i znalezieniu sobie innego sposobu na życie. I wtedy pojawił się on – Ihsan Alptekin. Do tego stopnia wierzył w jej talent, że zdecydował się przedwcześnie zakończyć własną karierę. Nie tracił tym ruchem specjalnie wiele, nigdy nie miał papierów na wybitnego biegacza. Wolał skupić się na trenowaniu Asli, i zmotywować zawodniczkę do walki. Sztuka ta się udała, a oboje nawiązali ze sobą relacje daleko wykraczające poza sferę zawodową. Kilka lat później wzięli ślub.

Historia [nie]romantyczna

Po powrocie Asli Cakir Alptekin była do bólu przeciętną zawodniczką. Na rok przed igrzyskami w Pekinie biegała po prostu słabo, nie mogąc przełamać bariery dziesięciu minut i dwudziestu pięciu sekund w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Dla porównania, najlepsze zawodniczki pokonują tę konkurencję w czasie 9 minut i 10 sekund. Oczywiście, Turczynka robiła progres, przez rok zbiła trzydzieści sekund, ale wciąż do światowej czołówki było jej daleko. Na samych igrzyskach uzyskała czterdziesty czwarty rezultat na czterdzieści siedem zawodniczek, które ukończyły biegi eliminacyjne. Miała dwadzieścia trzy lata, i nic nie zapowiadało, że kiedykolwiek będzie w stanie pomarzyć o triumfie na wielkiej imprezie.

Wtedy Cakir Alptekin postanowiła się przekwalifikować na inną konkurencję. Oboje wraz z trenerem doszli do wniosku, że Asli jest szybka, ale za mało wytrzymała na – wydawałoby się – swój dystans. Zatem wybór padł na spróbowanie sił w biegu na 1500 metrów. I to był strzał w dziesiątkę. Tak – przynajmniej na początku – wydawało się postronnym komentatorom oraz opinii publicznej.

Młoda dziewczyna, która chce skończyć ze sportem, poznaje trenera. Współpraca idzie świetnie, dziewczyna mozolnie wspina się na szczyt kariery, w międzyczasie para się zakochuje, a zwieńczeniem całej historii jest zdobycie przez dziewczynę olimpijskiego złota. Przyznacie, że taka historia brzmi niczym fabuła taniego filmu romantycznego. Ale życie pisze znacznie ciekawsze i bardziej zawiłe scenariusze.

Dopóki Cakir Alptekin radziła sobie w krótszym dystansie po prostu dobrze, nikt nie nabierał względem zawodniczki jakichkolwiek podejrzeń. Ot, okazało się, że marnowała swój potencjał, lekka atletyka zna takie przypadki. Żeby daleko nie szukać, chociażby w ostatnim czasie swój talent na ośmiuset metrach pokazał Patryk Dobek. Biegacz, który przez całą karierę startował głównie w biegach na czterysta metrów – w tym przez płotki – znakomicie odnalazł się na dwa razy dłuższym dystansie. W tym roku zdobył halowe mistrzostwo Polski i Europy, ogrywając w obu finałach między innymi naszego najlepszego ośmiusetmetrowca w historii – Adama Kszczota.

Ale w przypadku Cakir Alptekin najbardziej zastanawiający był progres, jaki z roku na rok notowała. W 2011 roku wygrała Letnią Uniwersjadę. Z kolei w roku olimpijskim zdobyła brązowy medal halowych mistrzostw świata – chociaż do tej pory w hali nigdy jej nie szło – oraz została mistrzynią Europy. Na mityngu w Paryżu, który stanowił próbę generalną przed igrzyskami, ustanowiła czas 3:56,62 – drugi najlepszy wynik sezonu na świecie. Aż nadeszła długo oczekiwana impreza, w której Asli dostała się do finału biegu na 1500 metrów. Finału, który przeszedł do historii. Niestety, nie tak, jak wymarzyliby sobie to wszyscy fani królowej sportu.

Najbrudniejszy bieg w historii 2

Sam bieg był… specyficzny. W pierwszej części tempo dyktowała reprezentantka Bahrajnu, Maryam Jamal. Następnie zmieniła ją rodaczka Asli Cakir Alptekin, Gamze Bulut. Jednak tempo – jak na wyścig finałowy – było wręcz spacerowe. Nasza bohaterka również nie szarżowała, starając się kontrolować poczynania czołówki z czwartej-piątej pozycji. Wiedziała, że powolne tempo oznacza, iż o biegu nie rozstrzygnie wytrzymałość, lecz szybkość na ostatnim okrążeniu. I wraz z brzmieniem dzwonka ruszyła do przodu, wyprzedzając konkurentki już na wyjściu z pierwszego łuku.

Rywalki ruszyły za nią w szaleńczą pogoń. W końcu niemożliwym jest, aby zawodniczka wytrzymała aż tak długi – bo prawie trzystumetrowy – finisz na pełnej prędkości. Gonić próbowała zwłaszcza Abeba Aregawi. Jako posiadaczka rekordowego czasu sezonu, miała prawo sądzić, że wytrzyma tempo Alptekin, ale na ostatniej prostej opadła z sił. Jamal dzielnie trzymała się Turczynki, jednak i ona nie wytrzymała tak długiego, sprinterskiego – jak na biegi średniodystansowe – tempa, przez co skończyła zawody na trzecim miejscu. Z tempem narzuconym przez Asli nie miała za to problemów jej rodaczka, Gamze Bulut. To był wielki moment tureckiej lekkoatletyki – dwie zawodniczki wywalczyły sobie miejsca, na najwyższym stopniu podium.

Chociaż słowo „wywalczyły”, nie jest tutaj odpowiednie. Rywalki po prostu czuły, że tureckie biegaczki mają coś na sumieniu.

– Prawdopodobnie będę miała kłopoty, gdy to powiem, ale nie wierzę, abym rywalizowała tutaj na równych zasadach – powiedziała po finale Lisa Dobriskey. Po kilku latach wspominała – Stałam tam, widziałam jak robi rundę honorową po bieżni, i wiedziałam, że oszukuje. Byliśmy na stadionie, żeby obejrzeć ostatni dzień zawodów, ale on obejmował ceremonię wręczenia medali za bieg na 1500 metrów, a ja nie chciałam tego oglądać. Nie mogłam tam być, kiedy to się działo.

Trudno się dziwić rywalkom Turczynek, które czuły się wręcz upokorzone takim obrotem spraw. Po kilku latach brudna prawda na temat biegu wyszła na jaw. A kiedy ujrzała światło dzienne, olimpijski finał na 1500 metrów kobiet porównywano do finałowego biegu na 100 metrów z igrzysk w Seulu. Start z udziałem Bena Johnsona i Carla Lewisa przez określany jest jako najbrudniejszy bieg w historii. W 2016 roku wielu dziennikarzy uznało londyński finał za sequel, który pobił pierwszą część.

Pokaż paszport…

Jednak w 2009 roku IAAF (dzisiejsze World Athletics) zaprezentowało nową broń w walce ze sportowymi oszustami – paszport biologiczny. Przedstawmy sytuację w telegraficznym skrócie. Walka z dopingiem to taka zabawa w kotka i myszkę. Za każdym razem, kiedy dany środek zostanie wykryty i wpisany na listę środków niedozwolonych, na jego miejsce pojawia się inny specyfik, pozwalający poprawić swoje wyniki w nienaturalny sposób. Wtedy Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) przeprowadza nowe badania mające na celu wykrycie tej substancji, dopisuje ją do listy, i tak w kółko.

Paszport biologiczny polega na zbieraniu indywidualnej dokumentacji sportowca na podstawie jego badań krwi i moczu. Podejrzenia o doping pojawiają się wtedy, kiedy któraś z próbek wykaże odstępstwo od przyjętych dla danego zawodnika norm, nawet jeżeli nie wykryto w jego organizmie nielegalnych substancji. Oznacza to, że jeżeli na rynku pojawi się nowy środek wspomagający, i będzie wpływał na organizm sportowca, to taka reakcja będzie widoczna w porównaniu do poprzednio przeprowadzonych badań.

To dziesięć lat temu była dość nowatorska technika. Jednak na jej efekty trzeba było poczekać ze względu chociażby na gromadzenie danych do paszportu. Ale to żaden zbieg okoliczności, że absolutny rekord sportowców przyłapanych na dopingu dotyczy igrzysk olimpijskich w Londynie. Do tej pory potwierdzono aż 139 takich przypadków, a do wielu z nich przyczynił się właśnie paszport biologiczny. Liderem oczywiście jest Rosja, w której doping był wręcz systemowy. Dlatego Rosjanie mogą „pochwalić się” czterdziestoma sześcioma przypadkami zdyskwalifikowanych zawodników. Na niechlubnym podium znajduje się również Ukraina (17 przypadków) oraz Białoruś (15). A zaraz za nimi… Turcja, z czternastoma wykluczonymi zawodnikami.

Pierwszą zawodniczką spośród finalistek feralnego biegu, której doping został wykryty, była bohaterka tego artykułu, mistrzyni olimpijska Asli Cakir Alptekin. Zatem tytuł przypadł jej rodaczce, Bulut. Ta nie nacieszyła się nim szczególnie długo, bo w 2016 roku i jej udowodnili bieganie na dopingu. W dodatku, w 2014 roku wpadły Rosjanka Jekaterina Kostetskaya i Białorusinka Natallia Karieva. Wyniki z Londynu każdej z wyżej wymienionych pań zostały anulowane. Złota i srebrna medalistka, plus dwie finalistki. Wszystkie wpadły na podstawie niezgodności w paszporcie biologicznym. Zdecydowanie, finał biegu na 1500 metrów zasłużył sobie na miano najbrudniejszego biegu w historii.

…albo daj łapówkę

Cakir Alptekin została zdyskwalifikowana na osiem lat. Turczynka tym razem nie miała nic na swoją obronę. Zwalenie winy na trenera by nie przeszło, wszak ten od 2012 roku był jej mężem. Zatem przybrała dość komiczną narrację, że paszport biologiczny nie wykazał iż zażywała nielegalne substancje, a nieprawidłowości w jej badaniach krwi odnoszą się do próbek z 2010 roku, więc nie mają nic wspólnego z igrzyskami w Londynie. Turecka federacja lekkoatletyczna stanęła za swoją mistrzynią, uznając ją za niewinną. Sama zawodniczka odwołała się od kary, która de facto zakończyłaby jej karierę – miała wtedy dwadzieścia osiem lat. Ale wsparcie rodzimego związku zdało się na nic, gdyż dowody były jednoznaczne.

17 sierpnia 2015 roku Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS) podtrzymał karę zawieszenia. Anulowano wyniki zawodniczki począwszy od 2010 roku. Sama dyskwalifikacja liczyła się od roku 2013 – kiedy to doping został udowodniony – co oznaczało, że Turczynka powróci na bieżnię najwcześniej w roku 2021. Jednak poza odebraniem tytułów, gra toczyła się również o pieniądze.

We wstępnej decyzji Trybunał zażądał, by zawodniczka zwróciła do IAAF nagrody za zwycięstwa w dwóch zawodach, o łącznej wartości piętnastu tysięcy dolarów. Jednak IAAF zdecydowało się na dalsze kroki, i złożyło wniosek do CAS, alby zawodniczka zwróciła wszystkie pieniądze, jakie zarobiła z lekkoatletycznej bieżni – również od prywatnych sponsorów. Łącznie, kara miała wynosić ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro. Cakir Alptekin uroczo odpowiedziała, że ich nie zwróci, bo po prostu je wydała, więc nie ma takiej kwoty. Ale oboje z mężem dobrze wiedzieli, że gra nie toczy się już tylko o tytuły, lecz o to czy – mówiąc kolokwialnie – międzynarodowa federacja lekkoatletyczna nie puści ich z torbami. Ale Asla miała jednego asa w rękawie – poszła na współpracę z WADA.

Bo bynajmniej nie było tak, że IAAF – ostoja sprawiedliwości i porządku – nieubłaganie walczyła ze złym dopingiem, czego dowodem jest ich nieprzejednana postawa względem Cakir Alptekin. Przeciwnie – do 2015 roku głową IAAF był, Lamine Diack, za którego rządów kolejne trupy wypadały z szafy organizacji. Senegalczyk w ubiegłym roku został skazany za korupcję. Kiedy był prezesem federacji, wraz z całą swoją kliką – do której należał jego syn, Papa – na masową skalę tuszował wpadki dopingowe, głównie rosyjskie.

Lamine Diack, prezes IAAF w latach 1999-2015. Fot. Newspix

To właśnie Papa w listopadzie 2012 roku w Monako spotkał się z Ihsanem Alptekinem, informując męża i zarazem trenera zawodniczki o zarzutach, jakie będą na niej ciążyć. Następnie syn prezesa IAAF – będący skarbnikiem korupcyjnych dotacji – zaproponował kwotę sześciuset pięćdziesięciu tysięcy euro łapówki, celem zatuszowania raportu. Kwota okazała się za wysoka, ale Senegalczyk kilka dni później odwiedził Stambuł. Tam Alptekin zgodził się na zapłatę łapówki wynoszącej pomiędzy sto, a dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro. Ale co najważniejsze, przekazał młodemu Diackowi trzydzieści pięć tysięcy euro w gotówce.

Gdy okazało się, że strona turecka nie ma zamiaru zapłacić więcej, IAAF starało się ugrać pieniądze na drodze sądowej. Ale wtedy zawodniczka zgłosiła się do WADA. Do zaoferowania miała namacalny dowód na korupcję i tuszowanie spraw dopingowych. W zamian za przyznanie się do winy, oczekiwała skrócenia kary oraz odrzucenia roszczeń finansowych względem jej osoby. Światowa Agencja Antydopingowa nie mogła nie skorzystać z takiej okazji.

Trzecia wpadka?

Zatem WADA skróciła karę zawodniczki w zamian za jej zeznania, obciążające samą górę IAAF. Zawieszenie zostało skrócone do stycznia 2017 roku. Cakir Alptekin chciała jeszcze krótszej kary, by móc wystartować w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Argumentowała to twierdzeniem, że jej pomoc organizacji wykraczała daleko poza ustalone ramy, jednak CAS oddalił jej odwołanie. WADA wydała bardzo dyplomatyczne oświadczenie, że docenia pomoc Turczynki, która w pełni wywiązała się z  obietnicy pomocy przy sprawie korupcji związanej z tuszowaniem wyników badań antydopingowych, ale nie zamierza komentować decyzji CAS, dotyczącej uchylenia dalszego zawieszenia.

Chociaż igrzyska w Rio przeszły Asli Cakir Alptekin koło nosa, to zawodniczka i tak miała powody do zadowolenia. Przyłapanie drugi raz na dopingu dla wielu sportowców zwykle kończy się dożywotnią dyskwalifikacją. Można domniemywać, że ówczesnych włodarzy IAAF zgubiła ich własna pazerność. Poprzez karę ośmiu lat zawieszenia, organizacja chciała dać do zrozumienia Turkom, że za odpowiednią kwotę karę będzie można bardzo skrócić, albo w ogóle jej uniknąć. Gdyby wystosowano prośbę o dożywotnią dyskwalifikację, Asli i Ihsan być może nie mieliby już o co walczyć.

Ale sama zawodniczka długo nie nacieszyła się startami na bieżni. We wrześniu 2017 roku, zaledwie osiem miesięcy po upłynięciu kary zawieszenia, Turecka Federacja Lekkoatletyczna ogłosiła, że zarówno ona, jak i jej dobra znajoma – Gamze Bulut – ponownie wpadły podczas kontroli antydopingowej. Zatem obie zawodniczki zostały dożywotnio zdyskwalifikowane. Co ciekawe, do informacji publicznej nie podano szczegółów jej trzeciego przewinienia dopingowego. Szef tureckiej federacji, po ogłoszeniu tej wiadomości, stwierdził tylko lakonicznie, że nigdy nie pozwolą na doping w ich sporcie.

Oczywiście, nie ma na to dowodów, ale wiele wskazuje na to, że Asli Cakir Alptekin – mówiąc kolokwialnie – została odstrzelona przez swoją federację. Nadajmy tej narracji nieco kontekstu. Turcja od lat bezskutecznie stara się o zorganizowanie turnieju olimpijskiego w Stambule. Pomimo, że ich kandydatury są regularnie odrzucane, Turcy nie rezygnują wiedząc, jak dobry pijar igrzyska dają krajowi, który jest gospodarzem. A ten jest bardzo potrzebny państwu, w którym autorytarnie rządzi prezydent Recep Erdogan. I Turcja była dość blisko organizacji igrzysk, na które obecnie czekamy. We wrześniu 2013 roku znalazła się w drugiej rundzie finałowego głosowania MKOl, razem z Tokio.

Jak doskonale wiemy, Stambuł przegrał głosowanie, stosunkiem głosów 60:36 na korzyść stolicy Japonii. Ale Turkom dobrej reklamy nie robili ich sportowcy, którzy hurtowo wpadali na kontrolach antydopingowych. Delegaci mieli podstawy, by obawiać się powtórki z Pekinu, gdzie gospodarze dość frywolnie podchodzili do kontroli swoich zawodników. A twarzą tureckich wtop dopingowych została właśnie Asli Cakir Alptekin – mistrzyni olimpijska, przyłapana kilka miesięcy przed głosowaniem. Zatem parę lat później federacja postanowiła udowodnić, że faktycznie widzi problem i chce go rozwiązać.

W ten sposób, wyłączając kilka miesięcy startów w 2017 roku, Asli Cakir Alptekin została właściwie dożywotnio wykluczona ze startów już od 2013 roku. Pomimo tego, że pomogła przyspieszyć proces zwalczania korupcji związanej z dopingiem. Chociaż nie oszukujmy się, robiła to dla siebie, nie z żadnego poczucia misji. Można powiedzieć, że – choć turecka federacja nie podała szczegółów tej decyzji – los zadrwił z Turczynki, której już nigdy nie obejrzymy na zawodowych bieżniach.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez