Olimpijskie problemy Tokio. Korupcja i „radioaktywne igrzyska”?

Olimpijskie problemy Tokio. Korupcja i „radioaktywne igrzyska”?

Ostatnie tygodnie to sądny czas dla japońskiego sportu. Do igrzysk olimpijskich w Tokio został jeszcze nieco ponad rok, jednak wewnętrzne kłopoty gospodarzy imprezy stale się nawarstwiają. W atmosferze skandalu dobiega końca kadencja Tsunekazu Takedy – prezesa Japońskiego Komitetu Olimpijskiego, który został oskarżony o korupcję. W ostatnich tygodniach do dymisji podał się również skompromitowany minister ds. przygotowania igrzysk – Yoshitaka Sakurada.

Globalnie dużo większe konsekwencje wiążą się ze sprawą Takedy. Prezes Japońskiego Komitetu Olimpijskiego zasiadał na stanowisku od 2001 roku. W kraju cieszył się uznaniem i był powszechnie uważany za jedną z osób, które zrobiły najwięcej na rzecz zdobycia olimpijskiej nominacji dla Tokio. Okazuje się jednak, że cała sprawa mogła mieć drugie dno, które zdaniem francuskich śledczych ma jednoznacznie wskazywać na korupcję.

Takeda miał zatwierdzić przekazanie dwóch milionów dolarów firmie Black Tidings, która zajmowała się szeroko rozumianymi “usługami doradczymi”. Organizacja miała siedzibę w Singapurze i była bezpośrednio powiązana z synem byłego prezydenta Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), Lamine Diacka. Tego ostatniego chyba nikomu nie trzeba specjalnie przedstawiać – jego imię i nazwisko zdążyło się w ostatnich latach stać synonimem korupcji i deprawacji na szczytach władzy w świecie sportu.

Rządy Diacka trwały 16 lat i dobiegły końca w atmosferze skandalu. W 2015 roku francuska prokuratura potwierdziła, że miał przyjmować łapówki za tuszowanie dopingowych wpadek. W 2011 roku miał na przykład pobrać ponad milion euro za przykrycie skandalu związanego z rosyjskimi sportowcami. Ustalono, że dzięki jego bierności wielu skompromitowanych rosyjskich zawodników mogło bez przeszkód wystąpić na igrzyskach w Londynie. Przynajmniej część pozyskanej przez niego nielegalnie kwoty miała zaś pochodzić bezpośrednio od tamtejszej federacji.

Dochodzenie trwa już trzy lata i wciąż pojawiają się nowe wątki. Po drodze okazało się, że sternik IAAF za nielegalnie pozyskane pieniądze mógł sfinansować nawet kampanię wyborczą w ojczyźnie. Kluczową rolę w procederze pobierania opłat miał jednak odgrywać Papa Massata – wyjątkowo przedsiębiorczy syn Diacka.

Uwagę francuskich śledczych zwróciły zwłaszcza dwa podejrzane przelewy z 2013 roku na łączną kwotę około dwóch milionów euro, które wyszły z Japonii do mającej siedzibę w Singapurze firmy Black Tidings. Takeda miał upoważnić kogoś do wykonania przelewu, którego nie obejmowała żadna z podpisanych umów. W tamtym czasie był przewodniczącym komitetu, który o igrzyska do ostatnich chwil walczył z przedstawicielami Madrytu i Stambułu.

 

Wiem, że ta sprawa powoduje ogromny niepokój wśród osób, które wspierają igrzyska olimpijskie w Tokio. Zamierzam współpracować przy dochodzeniu, aby oczyścić się z wszelkich podejrzeń

– deklarował w styczniu 71-latek, ale do żadnej dymisji się nie podał, bo zamierza odejść wraz z końcem kadencji.

Ucieczka przed sprawiedliwością

Sprawa szybko zrobiła się niekomfortowa także dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), bo Takeda był również przewodniczącym komisji ds. marketingu tej organizacji. Głównym szefem firmy Black Tidings był z kolei Tan Tong Han, który niemal z miejsca poszedł na współpracę ze śledczymi. Syn Diacka miał być jego głównym współpracownikiem i rozgrywał wszystko z tylnego siedzenia. Obaj byli być zżyci do tego stopnia, że Han… dał nawet na imię swojemu synowi Papa.

Francuscy prokuratorzy mają dziś do dyspozycji wszystkich podejrzanych poza młodszym Diackiem, który od 2016 roku konsekwentnie ukrywa się w Senegalu. Interpol wystawił za nim nawet list gończy, ale na niewiele się to zdało. W 2018 roku Sebastian Coe – nowy sternik IAAF – w osobliwy sposób domagał się od prezydenta afrykańskiego kraju, by ten zgodził się na ekstradycję Diacka.

Skorzystałem z okazji, by poprosić prezydenta Macky’ego Salla o współpracę z francuską prokuraturą, aby wspólnymi siłami zamknąć jeden z najgorszych rozdziałów w historii naszego sportu. Do teraz Senegal jest niestety jedynym krajem, który odmówił zaangażowania się w wyjaśnienie całej sprawy. Chcielibyśmy, aby w związku z organizowaniem przez ten kraj olimpijskiej imprezy uległo to zmianie 

– tłumaczył Coe w rozmowie z portalem „Inside The Games”.

W słowach prezesa IAAF można doszukać się dyskretnej formy nacisku. W dużym skrócie może je odczytać tak: „skoro właśnie dostaliście w prezencie organizację Młodzieżowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku, powinniście pójść z nami na współpracę”. Choć prezydent Sall zapowiedział, że jest otwarty na dialog w tej kwestii, to miesiące mijają, a Papa Diack nadal siedzi w ojczyźnie i niczym się nie przejmuje.

Sam mechanizm korupcyjnych działań według ustaleń śledczych był dość prosty. Tajemnicą poliszynela wśród wysoko postawionych ludzi sportu było to, że do ojca trafiało się przez syna. Wystarczyło nawiązać mniej lub bardziej lipną współpracę z jego firmą Pamodzi Consulting i zlecić trochę działań pomagającej jej spółce Black Tidings, by móc potem liczyć na przychylność Lamine Diacka w kluczowych sprawach.

86-letni były szef IAAF współpracuje z organami ścigania. Podobnie jak Han, który zdążył już dość efektownie obsmarować jego syna. Nie tylko opisał szczegółowo sposoby nieetycznych działań, ale zdradził również, że młodszy Diack był doskonale przygotowany na ewentualną wpadkę i miał w zanadrzu doskonale zmyśloną wersję, którą planował sprzedać nieufnej prokuraturze.

Kwestia japońska to kolejny wątek stale rozwijającego się śledztwa. Po raz pierwszy o możliwym popełnieniu przestępstwa poinformowano w 2016 roku, ale sprawa rozeszła się po kościach ze względu na poważne braki w dokumentacji. Po zdobyciu olimpijskiej nominacji ktoś po stronie japońskiej doprowadził do zniszczenia kilku kluczowych stron. Warto dodać, że wtedy sprawę badała komisja specjalnie powołana przez Japoński Komitet Olimpijski, jednak teraz trafiła na radar organizacji międzynarodowych.

W 2013 roku w ostatniej rundzie głosowania kandydatura Tokio zebrała 60 głosów, z kolei rywalizujący z nią wtedy na ostatniej prostej Stambuł zebrał 36 wskazań. Wybór postrzegano jako triumf “tradycji i stabilności” – tak przynajmniej przekonywał Thomas Bach, dzisiejszy prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Radioaktywne igrzyska?

Dla całej Japonii możliwość zorganizowania igrzysk była ważna z jeszcze jednego powodu – ratowania reputacji. W 2011 roku o wewnętrznej sytuacji kraju mówił cały świat. W marcu trzęsienie ziemi doprowadziło do serii awarii w elektrowni atomowej w Fukushimie. W trzech reaktorach doszło do stopnienia rdzeni i do środowiska dostały się duże ilości substancji promieniotwórczych.

Zdarzenie porównywano z wybuchem reaktora w Czarnobylu. W siedmiostopniowej międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych awaria w Fukushimie również dostała kategorię 7/7 – “wielka awaria”. Jedna z konsekwencji takiego zdarzenia to “długotrwałe skutki środowiskowe” nawet poza granicami kraju. Miejsce akcji dzieli od Tokio zaledwie 250 kilometrów.

 

Chciałbym z tego miejsca jeszcze raz zapewnić, że sytuacja jest pod pełną kontrolą. Efekty zdarzenia do tej pory nie dotknęły negatywnie Tokio i to nie powinno się zmienić

– tłumaczył ciesząc się z olimpijskiej szansy Shinzo Abe, premier Japonii.

W kolejnych latach pojawił się nawet plan, by włączyć Fukushimę do olimpijskiego programu. Zaledwie 50 kilometrów od miejsca tragedii mają grać uczestniczący w igrzyskach softballiści i baseballiści. Są również plany, by przez te tereny przebiegała trasa prowadząca do Tokio olimpijski znicz. Nie brak głosów, które krytykują to podejście i nazywają je wprost jednym wielkim nieporozumieniem.

“Każdego dnia radioaktywne promieniowanie wciąż przedostaje się do oceanu, powietrza i ziemi. Olbrzymie ilości radioaktywnych śmieci są składowane na terenie elektrowni pod gołym niebem. Jeśli dojdzie do kolejnego trzęsienia ziemi, to pojawi się niewyobrażalne zagrożenie dla całego kraju i środowiska. Ta katastrofa wcale się nie skończyła – jej skutki odczuwamy do dziś” – przekonują w tekście “Radioaktywne igrzyska” Anette Bansch-Richter-Hansen, Joerg Schmid, Henrik Paulitz i Alex Rosen.

Dymisja Yoshitaki Sakurady nie ma jednak wiele wspólnego z potencjalnym niebezpieczeństwem czyhającym na sportowców. Minister do spraw przygotowania igrzysk zrezygnował ze stanowiska po… towarzyskiej wpadce. Podczas imprezy na cześć Hinako Takahashiego – członka partii rządzącej – przyznał pół żartem, pół serio, że wspieranie polityka jest ważniejsze niż odbudowanie i restaurowanie Fukushimy.

Po tych słowach na Sakuradę spadła fala krytyki. Nie była to też pierwsza tego typu niestosowna wypowiedź z jego ust. Kilka tygodni wcześniej minister komentując zdiagnozowanie białaczki u 18-letniej pływaczki Rikako Ikee w pierwszych słowach skupił się na obawach związanych z wizerunkiem imprezy w oczach całego świata, a nie na dramacie nastolatki.

Odpowiedzialność za słowa ministra w końcu wziął na siebie premier Abe, który po kolejnych wpadkach konsekwentnie bronił członka swojego gabinetu. W ostatnich miesiącach prezes rady ministrów zmaga się z problemami na wielu frontach, ale cały czas stara się zachowywać pokerową twarz. Wywołanie kontrowersyjnej sprawy Fukushimy – zwłaszcza po sukcesie serialu HBO o awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu – może okazać się jednak na ostatniej prostej wizerunkową przeszkodą nie do przeskoczenia.

 

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez