Olek Śliwka: “Nie da się przewidzieć, co Vital Heynen ma w głowie”

Olek Śliwka: “Nie da się przewidzieć, co Vital Heynen ma w głowie”

O długim zgrupowaniu w Zakopanem. O tym, jak bardzo nieprzewidywalny jest Vital Heynen. O Wilfredo Leonie, który już wpasował się do gry reprezentacji Polski. O rozpoczynającym się dziś turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio. O nowej roli na boisku, w jakiej wystawiał go ostatnio Vital Heynen. I o wielu innych rzeczach. Pogadaliśmy z Olkiem Śliwką, przyjmującym reprezentacji Polski w siatkówce.

Dostaliście po Memoriale Huberta Wagnera dwa dni wolnego. Udało ci się z tego skorzystać?

Tak. Od razu przyjechałem na miejsce, do Gdańska, i tu spędziłem ten czas, aklimatyzując się do warunków, tego nadmorskiego powietrza. Byłem tu z dziewczyną, odpocząłem. Trener zwracał nam nawet uwagę, żeby na tej ostatniej prostej do turnieju jak najlepiej wykorzystać czas na odpoczynek. Bo to, ile będziemy mieli sił, będzie miało kluczowe znaczenie w przebiegu turnieju.

Plażing?

Jeśli już to bardzo delikatny. Zresztą słońca nie było za dużo, pogoda przez te dwa dni nie rozpieszczała, raczej nie dało się leżeć na plaży. Choć z drugiej strony gdyby ostro świeciło, to też nie można by zbyt długo na niej siedzieć. Bo to nie sprzyja regeneracji. Był za to czas, żeby zjeść coś dobrego, odpocząć i porządnie się wyspać.

Po długim zgrupowaniu i kilku rozegranych meczach taka przerwa pewnie dużo daje?

Dokładnie. Ten dzień czy dwa między spotkaniami czy zgrupowaniami to zawsze czas, który pomaga choć na chwilę oderwać się od siatkówki, spotkać z najbliższymi, rodziną, żeby po powrocie w pełni skoncentrować się na swoich zadaniach.

Na zgrupowaniu w Zakopanem spędziliście dużo czasu. Potem były mecze z Holandią i Memoriał Huberta Wagnera. Jak udało wam się utrzymać dobrą atmosferę? Bo to chyba niełatwe, gdy wciąż widzisz wokół te same twarze?

Mamy różne sposoby. Często wychodziliśmy choćby na kolację – choć w Zakopanem mieliśmy przywilej, bo był z nami kucharz, który gotował nam tak, że właściwie nie musieliśmy wychodzić – wieczorami grywaliśmy też w karty… Dużo było tych rzeczy. Pomagało też to, że w trakcie Ligi Narodów i całego dotychczasowego sezonu reprezentacyjnego była duża rotacja. Nie znalazłaby się osoba, która przez cały ten okres byłaby tylko na zgrupowaniach. Każdy miał chwilę na odpoczynek. Jedni więcej, drudzy mniej, ale każdemu udało się taką chwilę złapać. A to, jak powiedzieliśmy, pomaga.

Nie wiem, na ile do was to docierało, ale kiedy wrzuciliście do sieci fotki z „reprezentacyjnego” spływu Dunajcem, to nagle stało się to wręcz newsem numer jeden w sportowych mediach. Wszędzie widziałem informację o tym, że tam byliście, a niektórzy nawet narzekali, że nie trenujecie.

Mieliśmy swój plan. Bardzo ciężko przepracowaliśmy ten czas. Wpisano nam parodniowe cykle, po każdym takim dostawaliśmy dzień wolny. To jest normalne na zgrupowaniach, tym bardziej, że to konkretne trwało przecież trzy tygodnie. Wiadomo, że nie da się pracować przez taki czas po dwa razy dziennie bez przerw. Czas wolny był potrzebny. To wyjście na spływ było zaplanowane przez trenera. Takie „team activity” – wspólna wycieczka, żeby nie leżeć w łóżkach. Wyszło to zresztą całkiem fajnie, bo nie trzeba było wiosłować, a było sympatycznie.

Jeszcze o atmosferze – tacy ludzie jak Damian Wojtaszek, który jest podobno wielkim „śmieszkiem”, przydają się na zgrupowaniach?

Pewnie, że tak. Takie osoby są bardzo potrzebne, bo potrafią rozładować delikatne napięcia, które od czasu do czasu po prostu się pojawiają. To one odpowiadają częściowo za utrzymanie tego dobrego humoru. Damian jest taką osobą, która jednym żartem potrafi rozluźnić atmosferę i sprawić, że wszyscy są uśmiechnięci. W każdej drużynie sportowej są różne charaktery – niektórzy są bardziej zamknięci, inni więcej mówią. Są też tacy którzy potrafią dbać o atmosferę i to jest dla grupy bardzo ważne.

Masz jakiś przykład takiego żartu?

Trudno tak na zawołanie coś sobie przypomnieć. Tych żartów jest tak dużo, często wynikają z kontekstu… Trochę mnie tym pytaniem zaskoczyłeś, gdybym wiedział, że takie będzie, to pewnie przygotowałbym sobie jakąś odpowiedź. (śmiech)

Kiedy Vital Heynen poleciał na finały Ligi Narodów, a potem w pośpiechu wracał, pojawiały się w mediach głosy, że na zgrupowaniu niektóre rzeczy zaczęły się nieco „wymykać spod kontroli”. Dało się odczuć brak pierwszego trenera czy wszystko szło zgodnie z planem?

Cóż… nie śledzimy mediów, nie wiem, jakie podawano tam informacje. Wiadomo, że szuka się tych informacji kontrowersyjnych albo takich, w które ludzie po prostu będą chcieli kliknąć. Pracowaliśmy jednak zgodnie z planem. Wiedzieliśmy, że Vitala nie będzie i wiedzieliśmy, w jakie dni. Przedłużyło się to o jeden dzień, bo chłopaki zagrali kapitalne mecze i trener został na półfinał. Plan był jednak rozpisany, trenerzy asystenci i ci od przygotowania fizycznego realizowali go razem z nami. Cały sztab, nie licząc Vitala, był na miejscu i do naszej dyspozycji. Wykonaliśmy dobrą robotę, co mieliśmy zrobić, to zrobiliśmy. Wszystko było zaplanowane. No, może poza tym, że przed sezonem reprezentacyjnym trener pewnie nie planował awansu do Final Six Ligi Narodów…

Muszę przyznać, że bardzo dziwnie brzmi takie zdanie.

Awansować się udało, bo zagraliśmy dobre mecze. A i w turnieju finałowym chłopaki świetnie grali. Plany trzeba było przez to troszeczkę zmodyfikować, ale o wszystkim byliśmy poinformowani, podobnie jak sztab.

Już przed Memoriałem Huberta Wagnera Vital Heynen wybierał tę ostateczną czternastkę na turniej kwalifikacyjny do igrzysk. Czułeś się zagrożony tym, że może cię w niej nie być? Były nerwy?

Oczywiście, że tak. Generalnie z tej szesnastki, powołanej na sparingi w Opolu, bardzo trudno było wytypować dwójkę, która miała odpaść. Vital mówił nam, że ma problem, nie wie, co zrobić i potrzebuje czasu do namysłu. Koniec końców musiał dwóch zawodników odstrzelić. Wiadomo, że są tacy należący do absolutnego trzonu zespołu, którzy będą grać. Ale myślę, że duża część z nas nie wiedziała, czy w drużynie się znajdzie. Szczególnie na mojej pozycji, przyjmującego, był duży dylemat, bo było nas aż sześciu. Wiedzieliśmy, że przynajmniej jeden z nas będzie musiał opuścić drużynę. Cieszę się, że ostatecznie w niej jestem i będę mógł pomóc chłopakom w awansie do igrzysk. A pozostała dwójka [Jakub Kochanowski i Bartosz Bednorz – przyp. red.] i zawodnicy, którzy pokazali swoją klasę w innych turniejach, też są częścią tej drużyny. Mamy spory potencjał i ogrom zawodników, mogących rywalizować na najwyższym, światowym poziomie. Każdy z nich należy do grupy.

Mówiłeś o przyjęciu, swojej pozycji. Ale w Memoriale Huberta Wagnera zagrałeś też jako atakujący. Spodziewałeś się, że możesz tam wystąpić? Miesiąc temu uwierzyłbyś, że zagrasz w tej roli?

Może nie to, że nie dowierzałem… Już w Lidze Narodów, w fazie interkontynentalnej, Vital znajdował mi różne zadania. Często żartował, że byłem takim strażakiem, bo wchodziłem tam, gdzie akurat była potrzeba: przyjęcie, zagrywka, a pojawił się też pomysł, żeby spróbować mnie na ataku. Mi to absolutnie nie przeszkadza, w przeszłości grałem na tej pozycji, więc nie jest to dla mnie problem. Wręcz łatwiej mi atakować z prawej strony boiska. W Zakopanem Vital mówił mi o tym pomyśle, ćwiczyliśmy takie warianty. Jestem gotowy, żeby wejść i pomóc drużynie wszędzie, gdzie tylko trener będzie chciał mnie wystawić. Czy to będzie atak czy przyjęcie czy nawet inna pozycja. To nie ma znaczenia – znaczenie ma tylko nasz cel, czyli awans na igrzyska.

Podobno u Vitala Heynena nawet Damian Wojtaszek potrafi nieźle pograć w ataku. To zdarza się na rozgrzewkach?

Oczywiście. Wiadomo, że każdy z nas ma jakąś pozycję, ale w przeszłości grywaliśmy też na innych. Ci, którzy dziś występują jako libero – Paweł Zatorski i właśnie Damian Wojtaszek – w młodzieżowej siatkówce atakowali czy grali na przyjęciu. To że w trakcie dojrzewania nie urośli aż tak i zmienili pozycje, nie oznacza, że zawsze grali jako libero. Damiana i Pawła ciągnie do ataku. A tych, którzy atakują, często ciągnie do rozegrania. I tak dalej. Kochamy siatkówkę jako dyscyplinę, a że mamy stałą specjalizację, to czasem ciągnie nas do tego, żeby na boisku porobić inne rzeczy. Damian potrafi atakować. Na przedmeczowej rozgrzewce, jeśli ktoś się przypatrzy, to zawsze ze dwa czy trzy jego ataki powinien zobaczyć.

Czyli jakby Vital Heynen kiedyś stwierdził „a w sumie wystawię Wojtaszka w ataku”, to nie powinniśmy się dziwić?

(śmiech) Może nie aż tak, bo do tego raczej nie dojdzie, ale Damian na pewno grać tam potrafi.

Z perspektywy zawodnika chyba trudno wejść do głowy Vitala Heynena i przewidzieć jego decyzje?

Tak, Vital jest na tyle ciekawą, kreatywną osobą, że trudno go rozgryźć. Nie da się przewidzieć co ma w głowie. Jest naprawdę barwną postacią. Przy nim nigdy nie wiadomo, jaki będzie następny trening, rozgrzewka i co nowego nam zafunduje. Nie można się z nim nudzić. To ważne, bo dzięki temu zawsze jesteśmy ciekawi, co będziemy robić na następnym treningu, czy jak będzie reagował w trakcie meczu.

Słowa „rutyna” nie ma w słowniku Vitala Heynena?

Absolutnie. I to poczynając od naszych rozgrzewek, tak zwanych „stupid games” – gierek na początku treningu. To na pewno inne podejście, bo wiadomo, że w trakcie sezonu ligowego, gdy rozgrzewasz się przez kilka miesięcy w podobny sposób, pojawia się ta monotonia, rutyna, o której wspomniałeś. A z Vitalem przychodzisz na trening uśmiechnięty, wiedząc, że na początku będzie fajna zabawa. Oczywiście, to wszystko wstęp do pracy, którą musimy wykonać i włożyć w nią dużo zaangażowania, ale ten początek treningu często jest zabawą. To fajna odmiana.

To chyba tym ważniejsze, że ten sezon reprezentacyjny trwa bardzo długo? Nie jest tu jak w piłce nożnej, gdzie mamy jeden duży turniej w roku i opcjonalnie jakieś młodzieżowe mistrzostwa czy igrzyska olimpijskie. U was są, podliczmy: Liga Narodów, sparingi, turniej kwalifikacyjny do igrzysk i Puchar Świata. Można by to wręcz porównać do sezonu ligowego, bo to dobrych kilka miesięcy gry w kadrze.

Tak, w tym roku jest tyle imprez, że ten sezon jest bardzo wymagający. Ci, którzy występują we wszystkich tych turniejach, będą grać niemal bez przerwy. Jedyną taką będzie ta między turniejem kwalifikacyjnym do igrzysk a mistrzostwami Europy, która ma jakieś dwa tygodnie. Bez niej leci się ciągiem od maja do października, gdy zaczyna się kolejny sezon ligowy. Ten kalendarz wygląda, jak powiedziałeś, zupełnie inaczej niż w piłce nożnej. Tam, gdy nie ma imprez mistrzowskich, jest tego wolnego nieco więcej. Choć wiadomo, że kluby zaczynają wcześniej przygotowania, nie jest to październik. Przecież już ruszyła polska Ekstraklasa, zaraz startuje Premier League – wiadomo, że piłkarze nie mają tego wolnego jakoś dużo, ale kalendarz rozgrywek reprezentacyjnych jest inaczej skonstruowany.

Brakuje u nas takich przerw na mecze reprezentacyjne w trakcie sezonu, jakie mają piłkarze. Choć wiem, że zostały już podjęte działania, by to zmienić. Związek zawodników, jeśli tak to można nazwać, negocjuje z FIVB zmianę kalendarza. Przede wszystkim chodzi o zmniejszenie liczby turniejów i spotkań, by zyskały one na jakości. Bo w tej chwili najlepsi zawodnicy nie mają szans wystąpić we wszystkich rozgrywkach, drużyny często ich oszczędzają, przez co kibice nie zawsze mogą oglądać swoich idoli na boisku. Inna sprawa to zdrowie zawodników, mniejsza eksploatacja organizmu, czas na przerwę i odpoczynek, żeby w najważniejszych turniejach mogli się pokazać z jak najlepszej strony. Już w przyszłym roku ma być mniej grania – jedynie Liga Narodów i igrzyska. Więc mam nadzieję, że powoli będzie się to zmieniać na korzyść zawodników, a nie federacji, która może widzieć inne korzyści.

Przywołałeś te najważniejsze turnieje, przejdźmy więc do kwalifikacji olimpijskich, o których co chwila wspominamy. Vital Heynen niejednokrotnie podkreślał, że to w tym roku najważniejsze rozgrywki, które zostawiają w tyle nawet mistrzostwa Europy. Brzmi to trochę dziwnie, ale chyba nie sposób się nie zgodzić?

Oczywiście. Kwalifikacje olimpijskie zdecydowanie są numerem jeden w tym sezonie reprezentacyjnym. Dlaczego? Dlatego, że w siatkówce numerem jeden są właśnie igrzyska, a medal olimpijski jest tym najbardziej pożądanym. Jasne, mistrzostwa świata i Europy też są wielkimi imprezami i zdobycie tam medalu to dla każdego ogromny sukces. Ale igrzyska olimpijskie to coś więcej, spełnienie marzeń. Kiedy zaczyna się grać w siatkę, każdy chce zagrać właśnie tam. Wiadomo, w piłce nożnej – że znów to porównamy – igrzyska nie mają aż takiego znaczenia. W siatkówce to jednak najważniejsza impreza. W piątek chcemy tę walkę dobrze rozpocząć i wejść na drogę, która doprowadzi nas do medalu. Bo mamy wielkie ambicje. Oczywiście, to nie jest też tak, że na późniejsze mistrzostwa Europy pojedziemy dla samej obecności. Teraz skupiamy się wyłącznie na awansie do igrzysk, ale potem – czy się uda tam dostać czy też nie (choć wierzę, że będzie dobrze) – w pełni skoncentrujemy się właśnie na mistrzostwach.

Skoro wspomniałeś o tej piłce nożnej na igrzyskach, a wiem, że jesteś fanem futbolu – sprawdźmy to. Byłbyś w stanie wymienić ostatnich czterech mistrzów olimpijskich w tym sporcie? Tych z XXI wieku. Bo mistrzów świata czy Europy wymieni pewnie każdy, a zwycięzców z igrzysk?

W Rio wygrali gospodarze, to wiem. W Pekinie chyba Argentyna… a Londynu i Aten nie pamiętam.

Czyli faktycznie jest problem. Uzupełnię: w Londynie wygrał Meksyk, w Atenach Argentyna, która potem obroniła tytuł w Pekinie, o czym wspomniałeś. A wcześniej w ogóle było wesoło, bo mistrzami olimpijskimi zostawały Kamerun i Nigeria.

Tak, to świadczy o tym, że faktycznie większą wagę w piłce nożnej przywiązuje się do mistrzostw świata czy Europy. Igrzyska olimpijskie są też w futbolu turniejem młodzieżowym, grają tam ekipy do lat 23 plus trzech starszych gości, którzy mogą dołączyć do drużyny. A kwalifikuje się przecież choćby przez młodzieżowe mistrzostwa Europy.

Skoro wspominasz – oglądałeś mecze Polaków na tych mistrzostwach, ich walkę o igrzyska?

Tak. Akurat wtedy byliśmy we Włoszech na turnieju Ligi Narodów, a oni też grali w tym kraju. Może nie na żywo, ale włoska telewizja pokazywała mecze U-21. Po dwóch zwycięstwach byliśmy pełni nadziei, że chłopaki mogą się dostać na igrzyska, ale się nie udało. Tak się to wszystko ułożyło, niestety. Hiszpanie pokazali jednak naprawdę świetną piłkę. Mecze oglądaliśmy, kibicowaliśmy i byliśmy pod wrażeniem poziomu tych mistrzostw. Śledziliśmy je zresztą do samego finału.

Pytam o tę reprezentację piłkarską również dlatego, że oni do igrzysk mieli bardzo trudną drogę, której nie udało im się ostatecznie przejść. Ale i wy – patrząc na XXI wiek – macie chyba najtrudniejszą, jaką do tej pory musiała przejść nasza kadra. Nie ma możliwości dostania się przez Puchar Świata, turnieje kwalifikacyjne są mocno obsadzone, a nasza grupa należy do najtrudniejszych.

Oczywiście. W tym roku na igrzyska w Tokio jest trochę inny system kwalifikacji niż na te w Rio. To też dziwna sprawa, bo tak naprawdę na każde był inny system. Nie ma stałego rozwiązania dla naszej dyscypliny. W tym roku wygląda to tak a nie inaczej, trzeba po prostu grać. Patrząc na inne grupy, jakie dobrano tą „serpentyną” z rankingu światowego, to faktycznie, w teorii wiele jest słabszych. Nasza jest naprawdę mocna, bo mamy i Francuzów, i Słoweńców, którzy też w ostatnich latach pukali śmiało do europejskiej czołówki.

I trochę napsuli nam krwi.

Tak, dokładnie. Potencjałem ta grupa jest naprawdę mocna. Nie będzie łatwo, ale mamy choćby atut własnej hali. Nikogo się nie boimy. Mam nadzieję, że uda się wygrać. Natomiast te tegoroczne kwalifikacje są też dużo krótsze niż reprezentacja miała choćby cztery lata temu. Wtedy najpierw zagrali 11 spotkań w Pucharze Świata. Tam nie udało się awansować, więc grali w styczniowym turnieju kwalifikacyjnym, a potem jeszcze pojechali do Japonii i rozegrali kolejne mecze. Zakręciło się to w okolicy dwudziestu spotkań. My w tym roku możemy zapewnić sobie awans w trzech. System jest inny, zobaczymy, jak się sprawdzi. Mam nadzieję, że po tych trzech meczach będziemy już mogli bukować bilety do Tokio.

https://www.youtube.com/watch?v=UppnYHMrCDI

Vital Heynen wspominał może ten mecz sprzed czterech lat, gdy po tie-breaku pokonaliśmy Niemców, przedłużając nasze nadzieje na igrzyska, a odbierając im te, które oni żywili? Bo on też tam wtedy przecież był, tyle że jako trener reprezentacji Niemiec.

Podejrzewam, że ten mecz utkwił mu w pamięci, bo był po prostu szalenie dramatyczny. Myślę, że kibice do dziś go wspominają. Sam oglądając go, przeżywałem ogromne emocje, bo wiadomo było, że to spotkanie o być albo nie być na igrzyskach. Tie-break, gra na przewagi… to wszystko było szalenie emocjonujące. Vital też to pamięta, czasem nawet wspomina. To pokazuje, jak ważna jest gra o igrzyska, jak wielka to jest impreza i jak bardzo wszyscy marzą o tym, by tam zagrać i powalczyć o medale.

Wiadomo, że Francuzi są naszym najgroźniejszym rywalem, o Słowenii też nie można zapomnieć, ale co z tą Tunezją? Niby słaby rywal, na rozgrzewkę, ale różnie bywa z tymi pierwszymi meczami. Do tego nie za dobrze znamy tego przeciwnika – wielu kibiców pewnie nie wiedziałoby nawet, że grają tam w siatkę, gdyby nie to, że przyjadą do Gdańska. Co wy właściwie o nich wiecie?

Jeśli chodzi o afrykańską siatkówkę, to na pewno jedna z lepszych drużyn. Choć wiadomo, że nie ma na tym kontynencie zbyt wielu ekip. Na pewno nasz sztab skupia się nie tylko na Francuzach czy Słoweńcach, ale też Tunezji. Vital przestrzegał nas przed ich lekceważeniem, mieliśmy też odprawy taktyczne związane z tą drużyną. Bo Tunezja potrafi grać w siatkówkę. Na pewno przyjedzie tu bez żadnej presji, będzie chciała sprawić niespodziankę, urwać jakiegoś seta, może kilka, a może nawet cały mecz. Wiadomo, że my z kolei będziemy obciążeni presją faworyta i gry przed własną publicznością, a to będzie mecz, który wygrać musimy. Oni za to będą grać bez obciążeń, pewnie spróbują nieco się tą siatkówką pobawić. Zagrają przeciwko mistrzom świata, to powinno ich zmotywować, żeby pokazać się w tym meczu. Ale myślę, że nasza równa, dobra gra powinna wystarczyć do spokojnego zwycięstwa i zachowania sił na kolejne dwa mecze.

Po Memoriale Huberta Wagnera widzisz już ten luz w waszej grze czy jeszcze trzeba coś dopracować?

Zawsze jest coś do poprawy. Gdyby było idealnie, to coś byłoby nie tak. Przegraliśmy przecież z Brazylią, która zagrała świetne spotkanie. Wiemy, że jest parę małych rzeczy – bo to nie są kwestie, nad którymi moglibyśmy pracować tygodniami, a dzień czy dwa powinny wystarczyć – które powinniśmy poprawić. To takie drobnostki komunikacyjne, czasem techniczne. Vital zwracał uwagę na to, że jesteśmy na dobrej drodze, dobrze wyglądamy i apelował o odpoczynek, oszczędzanie sił. Myślę, że w tym najważniejszym momencie pokażemy najlepszą siatkówkę.

Wspomniałeś o tych rzeczach związanych z komunikacją, które trzeba poprawić. Więc muszę zapytać: jak to wygląda w przypadku Wilfredo Leona? Pięć spotkań, w których wystąpił, wystarczyło, żeby się zgrać?

Tak, wygląda to dużo lepiej niż na początku. Wilfredo mówi dobrze po polsku. Jedynie czasem nie wyłapie naszych szybkich zwrotów, choćby slangowych. To taka komunikacja boiskowa, która często ma postać szybko rzucanych słów, na które trzeba błyskawicznie reagować, żeby wszystko odpowiednio wykonać. Już teraz jest jednak dużo, dużo lepiej. On już to rozumie, wie, co znaczy dany gest czy słowo. Zdaje sobie sprawę z tego, czego od niego oczekujemy. Poza tym to świetny siatkarz, odnajduje się na boisku. Ważne jest to, żebyśmy jak najlepiej wyglądali jako drużyna, monolit. Jeśli wykrzeszemy najlepsze cechy z każdego zawodnika, to będziemy bardzo mocni.

Właśnie, monolit. To wróćmy jeszcze do Francji. Bo w jej przypadku zawsze podkreśla się rolę Earvina N’Gapetha, który potrafi być wręcz jednoosobową armią. Jak wy podchodzicie do tego meczu – skupiacie się na nim i obstawiacie, że jego zablokowanie może dać zwycięstwo, czy zwracacie w równym stopniu uwagę na całą drużynę?

Zdajemy sobie sprawę z tego, że N’Gapeth to największa gwiazda tej kadry i kapitalny zawodnik, ale będziemy mieć rozpracowany cały zespół. I nie mówię tu tylko o szóstce. Już w Zakopanem, poprzez Opole i Kraków, cały czas, krok po kroku trenerzy rzucają nam nieco informacji, z którymi mamy się zapoznawać. Będziemy przygotowani na każdy wariant gry Francuzów i każdego zawodnika, który przyjedzie do Gdańska. Ich taktykę będziemy mieli rozpracowaną na pewno, reszta będzie zależeć od naszej gry.

To jest aż tak długi proces? Mówisz, że już w Zakopanem podrzucali wam informacje. Wychodzi ponad miesiąc.

Myślę, że Vital chciał nas oswoić z tymi taktycznymi niuansami. Nie było tych informacji bardzo dużo, raczej dostawaliśmy takie małe dawki, które mieliśmy zapamiętać, wbić sobie do głowy. Żeby potem na boisku w ważnym momencie odpowiednio się poruszyć, ustawić w obronie czy skoczyć do bloku.

Turniej już za pasem, więc na koniec – jak wyglądają te ostatnie dni przygotowań?

Mamy zajęcia na siłowni, po południu na hali. Nie są to jednak treningi mocne „objętościowo”. Raczej krótsze zajęcia, dynamiczne, skupione na rozpracowaniu taktyki pod konkretnego rywala. Łapiemy w ten sposób świeżość, oswajamy się z halą. Choć wiadomo, że niektórzy – ci występujący w polskiej lidze – mieli okazję tu pograć w trakcie sezonu, ale czas spędzony w niej pomoże nam poznać oświetlenie, jakieś punkty odniesienia, tego typu rzeczy. Nie jest to okres ciężki, bo mamy zachować jak najwięcej sił na grę, żeby awansować na igrzyska. Trzymajcie kciuki.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez