Oktawia Nowacka: Wypalenie

Oktawia Nowacka: Wypalenie

Wypalenie zawodowe dotyka wielu ludzi, także sportowców. Kiedyś ten temat był mi znany tylko z artykułów i wywiadów z innymi zawodnikami. Dziwiło mnie, jak często problem ten dotyczył osób z wybitnymi sportowymi osiągnięciami. Dopóki nie przeżyłam go na własnej skórze, nie byłam sobie w stanie wyobrazić jak to naprawdę jest.

Wydaje mi się, że każdy przechodzi kryzys w trochę inny sposób. W końcu bardzo się od siebie różnimy. Zadziwiające jednak jest to, że często najtrudniejsze momenty pojawiają się w chwilach, kiedy osiągnęliśmy już bardzo wiele. Powodów może być kilka: poczucie braku celu, zmęczenie psychiczne, fizyczne. Wiele problemów ma głębokie korzenie w podświadomości i nastawieniu do danej sytuacji. Ignorowanie symptomów jakie daje nam nasze ciało, również może zakończyć się źle. Jesteśmy integralną całością. Jeśli posypie się jedna część, ciężko będzie nam odzyskać równowagę w życiu.

Kiedy byłam młodą zawodniczką miałam przed sobą jasno określony cel – medal na igrzyskach olimpijskich. Może dla niektórych wydawał się zbyt wybujały, ale w głębi serca wiedziałam, że tak kiedyś się stanie. Wszystkie przeszkody pojawiające się na mojej drodze w postaci kontuzji, przeskakiwałam dosyć sprawnie, choć nie uważam, że było to łatwe. Parłam w wyznaczonym kierunku, co jakiś czas wywracając się, otrzepując i biegnąc dalej. Dwie operacje kolan, przez które przeszłam, dziś wydają mi się zaledwie krótkim wycinkiem rzeczywistości. Aż trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś załamywałam się z ich powodu. Mimo wielu mniejszych kryzysów nie traciłam zapału do pracy i po każdej kontuzji wracałam z wielką ochotą.

Kwalifikację olimpijską zdobyłam już rok przed igrzyskami w Rio 2016. Dawało mi to możliwość spokojnego przygotowywania się do mojej wymarzonej imprezy. Nie przewidziałam jednak, że na pół roku przed startem doznam kontuzji rozcięgien podeszwowych. Kiedy w styczniu 2016 roku po jednym z treningów moje stopy odmówiły posłuszeństwa, byłam przerażona. Nie chciałam opuszczać ani jednego dnia treningów. W końcu miałam jechać po olimpijski medal! Ból dokuczał coraz bardziej. Czułam go przy chodzeniu, nie mogłam postawić bosej nogi na podłogę. O bieganiu i szermierce nie wspomnę. Minęły trzy pierwsze tygodnie różnych zabiegów i działań, które spełzały na niczym. Pojawiał się coraz większy stres. Zrezygnowaliśmy ze zgrupowań. Czas spędzałam na miejscu, głównie z fizjoterapeutą i moją ekipą wsparcia. Wprowadziliśmy treningi zastępcze, które choć w niewielkim stopniu mogłyby zminimalizować braki. Pierwsze biegowe kroki zaczęłam stawiać pod koniec maja. W przeciągu tych czterech miesięcy zdążyłam przejść przez wszystkie stany samopoczucia. Od załamania zaczynając, przez totalne zobojętnienie, niechęć i… nadzieję. W maju powiedziałam sobie, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, jadę na igrzyska dać z siebie wszystko. Powoli, bardzo powoli zaczęłam wracać do treningów. W czerwcu poznałam mojego trenera mentalnego, z którym pracuję do dziś. Razem zdziałaliśmy cuda.

Jechałam do Rio bez żadnych oczekiwań, z radością i zapałem. Bawiłam się startem i cieszyłam z tej możliwości. Stan flow, którego doznałam poprowadził mnie przez cały dzień zmagań. Zdobyłam olimpijski medal. Spełniłam swoje marzenie.

Po igrzyskach wszystko działo się bardzo szybko. Byłam szczęśliwa, ale też bardzo zmęczona. Czekało mnie sporo spotkań i sportowych wydarzeń. W październiku udałam się na wakacje. Kiedy w listopadzie pojawiłam się na treningu mój zapał nieco osłabł. Czułam, że jeszcze nie odpoczęłam. Czas po igrzyskach płynął tak szybko, że nie odczułam żadnej przerwy w treningach. Niedoleczone stopy wciąż dawały o sobie znać. Kolejny sezon był bardzo trudny. Trenowałam w kratkę z powodu bólu rozcięgien. Ciągle przekładaliśmy starty. Po mistrzostwach świata, gdy ból wciąż się odzywał, zmęczona tą sytuacją, zdecydowałam się zrobić rok przerwy od szkolenia centralnego. Poświęciłam go na doleczenie kontuzji i powrót do równowagi. To była jedyna słuszna decyzja.

Ciężko opisać ten nostalgiczny stan, który mnie dopadł. Chciałam trenować tak jak wcześniej, ale się nie dało. Przed treningiem siedziałam 30 minut na murku basenowym i nie mogłam wejść do wody. Kiedy pływałam pod moimi okularkami było pełno łez. Przed wyjściem na trening biegowy wściekałam się na cały świat. Nie potrafiłam wyobrazić sobie nawet ciężkiego treningu, a co dopiero go zrealizować. Nie rozumiałam, po co to robię. Straciłam pasję i zapał. Moje nastroje wciąż były w kratkę. Poza treningami byłam sobą – uśmiechnięta i zadowolona. Spędzałam mnóstwo czasu na świeżym powietrzu i dawało mi to niesamowite ukojenie. Spacerowałam z psem, czytałam książki, urządzałam mieszkanie – byłam wtedy szczęśliwa. Zdałam sobie sprawę, jak duży koszt psychiczny poniosłam, przygotowując się do igrzysk. Minął rok, a ja nadal czułam się psychicznie zmęczona. Moje ciało i moja głowa szukały relaksu. Nie wiedziałam, czy rezygnować, czy trenować dalej – czego tak naprawdę chcę. Każdy trening był olbrzymim wyzwaniem. Były tygodnie, w czasie których codziennie płakałam. Ciągły stres przerodził się w nieprzyjemną traumę, którą odczułam na jeździe konnej. Bałam się wsiąść na konia i przekłusować przez leżący drążek, nie mówiąc o skakaniu. Byłam pewna, że już nigdy tego nie dokonam. Obciążenie psychiczne i codzienny stres wysysały sporo mojej energii. Z dzisiejszej perspektywy to, co się działo, jest czystą abstrakcją.

W końcu przestałam walczyć. Wsłuchałam się w swoje ciało i pozwoliłam mu wybierać. Zrozumiałam, że na siłę zmuszałam się do czegoś, czego nie chciałam i na co nie byłam gotowa. Nie traktowałam końca kariery sportowej jako coś strasznego. Wręcz przeciwnie. Mam inne pasje, które pochłaniają mnie do reszty. Nie byłam tylko pewna, czy to na pewno ten czas. Przez dwa lata stałam w rozkroku pomiędzy jedną, a drugą decyzją i wiedziałam, że nie potrafię wybrać. A skoro nie umiałam wybrać, zaczęłam działać. Krok po kroku, każdego dnia. Zaprzyjaźniałam się od nowa z wysiłkiem i każdą dyscypliną. Odnajdywałam radość, chęci i ruszyłam do przodu. Coś, co rok temu wydawało się niemożliwe, dziś stało się rzeczywistością.

Nie zakładam, co będzie dalej. Zawsze zrobię to, co podpowie mi moje ciało i moja intuicja. Własny problem musiałam rozwiązać wewnątrz siebie, sama. Tylko ja znałam prawdziwe motywy mojego zachowania, schowane w czeluściach podświadomości i zostawiam je tylko dla siebie. Psycholog sportowy również potrafi pomóc je odnaleźć. Najważniejsze, aby w czasie kryzysu świadomie do niego podejść. Może łatwo mi mówić, bo nie mam depresyjnej osobowości. Wszędzie widzę rozwiązanie i radość z życia. Ale jestem przekonana, że każdy, kto zrozumie siebie i zechce usłyszeć własny głos, przejdzie przez najtrudniejsze momenty i podejmie słuszną decyzję.

OKTAWIA NOWACKA

Oktawia należy do Grupy Sportowej ORLEN

fot. Krzysztof Kuruc, Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez