Oko w oko z mistrzem: spotkanie z Marysią Andrejczyk

Oko w oko z mistrzem: spotkanie z Marysią Andrejczyk

Marysię poznałam na Igrzyskach Olimpijskich w Rio w 2016r. Potem nasze drogi krzyżowały się jeszcze kilka razy na różnych eventach Orlenu, ale najwięcej razy minęłyśmy się chyba w Spale. Tak też było tym razem. W trakcie mojego treningu strzeleckiego Marysia ćwiczyła na siłowni. Dostrzegła mnie z daleka i podbiegła się przywitać – jak zwykle uśmiechnięta i piękna pomimo potu na jej ciele, wyciśniętego przez sztangi. Właśnie wtedy wpadłam na pomysł, żeby z Marysia przeprowadzić mój pierwszy wywiad.

 

Nie odmówiła. Następnego dnia spotkałyśmy się w pokoju hotelowym i zatopiłyśmy w rozmowie.

Zanim zapytałam o obecną formę i plany Marysi chciałam się na chwilkę cofnąć do minionych igrzysk. Wydaje mi się, że w natłoku pytań w stylu “Jak się czułaś, gdy zabrakło ci dwóch centymetrów do medalu olimpijskiego” pominięto inne, bardziej istotne kwestie. Z punktu widzenia wyczynowego sportowca nie musiałam pytać jak się czuła, bo doskonale potrafiłam to sobie wyobrazić. Bardziej interesowało mnie, jak sobie poradziła z sytuacją, w której jej wielki sukces niejednokrotnie został odebrany jako porażka, nawet przez nią samą. Wiele osób spotyka się z podobnymi sytuacjami, jednak największa różnica polega w odbiorze tych sytuacji i działaniach jakie wobec nich podejmujemy. 

 

OKTAWIA: Czy Ty też zauważyłaś między nami kilka podobieństw? Pierwsze, które nasuwa mi się na myśl to to, że obie jedziemy na igrzyska i nikt na nas nie stawia. Owszem, osoby z naszego otoczenia, zainteresowane naszymi wynikami widzą w nas jakiś potencjał, ale nikt nie spodziewa się, że sięgniemy po nasz największy sportowy sukces. Byłaś takim trochę objawieniem minionych Igrzysk.

MARYSIA: Myślę, że obie byłyśmy takimi objawieniami. To, co się stało w czasie eliminacji, dla mnie samej było wielkim szokiem! 67 m rzucone przez dwudziestolatkę, to już naprawdę porządny wynik. Byłam nawet trochę przestraszona, że to za wcześnie, że jeszcze nie ten etap przygotowań. Przez moment zastanawiałam się nawet co dalej będzie, czy to oznacza, że w przyszłym roku rzucę 70 m? A tu nagle, trzy miesiące po igrzyskach, operacja. Cały mój sportowy świat wywrócił się do góry nogami. Kolejne dwa i pół roku były bardzo ciężkie.

O: Zanim przejdziemy do kontuzji powiedz mi jeszcze troszkę o swoich odczuciach związanych z samym startem w Rio. Dla mnie występ na igrzyskach był czymś wyjątkowym. Od samego początku czułam wielką radość z samej możliwości startu. Po prostu cieszyłam się, że tam jestem i postanowiłam dać z siebie wszystko, bez względu na to, w jakiej sytuacji się znajdę. Okazało się, że był to najlepszy start życia pod względem samopoczucia. Jak było w twoim przypadku, kiedy tak super poszły Ci eliminacje i czekałaś na finał. Jak się czułaś?

M: Powiem ci, że identycznie jeśli chodzi o sam fun. Po prostu bardzo się cieszyłam z samego faktu, że lecę na Igrzyska. Chodziłam po  lotnisku cała uradowana i ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. Tak naprawdę była to dopiero moja trzecia impreza seniorska w życiu, a dwie wcześniejsze – mistrzostwa świata w Pekinie i mistrzostwa Europy w Amsterdamie – brzydko mówiąc, zawaliłam.

W tym momencie moje wspomnienia na sekundę się zatrzymały i znalazłam kolejne podobieństwo. Przypomniał mi się 2017 r., czyli kolejny sezon po zdobyciu przeze mnie medalu olimpijskiego. Byłam zmęczona i borykałam się z kontuzją, która cały czas powracała. Nie ukończyłam żadnego indywidualnego startu z powodu jazdy konnej. Trzy najważniejsze starty sezonu zakończone „zerówką” na koniach. Urosła duża blokada psychiczna. To był bardzo trudny rok, po którym postanowiłam wycofać się na jakiś czas. Przerwa i powrót do zdrowia bardzo dobrze mi zrobiły. Doskonale wiedziałam, co znaczy przełamać złą passę.

Marysia natomiast kontynuowała.

 

M: Wcześniejsze nieudane starty bardzo mnie zmobilizowały. Pomyślałam sobie, że nie po to jadę teraz na drugi koniec świata, żeby nie pokazać na co mnie stać. Nastawienie psychiczne dużo mi pomogło, bardzo chciałam walczyć. Myślę, że było widać to już w eliminacjach. Z trenerem zawsze nastawiam się na pierwsze rzuty. Mamy taką taktykę, żeby od razu mocno zacząć, dlatego chciałam jak najszybciej rzucić minimum do finału. A odległości 67 m się nie spodziewałam. To był dla mnie wielki szok. Pomyślałam, że chyba źle zmierzyli. Jednak finał był już zupełnie inną historią. Pojawiły się oczekiwania i czułam ogromną presję. Największą z możliwych presji narzuciłam sobie sama, jednak czułam ją też od strony mediów. Kibice również liczyli na bardzo dużo. Od rodziny i trenera natomiast czułam ogromne wsparcie. Mimo wszystko w finale zabrakło obycia z największymi imprezami, a było za dużo młodzieńczego szaleństwa.

O: Myślę, że mimo wszystko ciężko tu mówić o spaleniu psychicznym. Zabrakło ci zaledwie 2 cm do medalu olimpijskiego, więc nie można powiedzieć, że coś tam poszło nie tak.

M: Tak, to prawda. Był to mój drugi wynik w karierze. Gdyby nie eliminacje, byłaby to moja życiówka, więc faktycznie nie można tutaj mówić, że coś zawiodło. Po prostu ta forma z eliminacji pokazała mi, że mogę dalej, mogę więcej. Dlatego po wszystkich komplikacjach zdrowotnych, które później nastąpiły stwierdziłam, że nie mogę tego tak zostawić, nie mogę się poddać. Wiara w moje własne możliwości pchała mnie do przodu cały czas i pcha nadal.

O: No właśnie, bo jesteś nadal bardzo młoda i cała kariera sportowa jeszcze przed tobą.

M: Obie jesteśmy młode. (śmiech)

O: Śmieję się, bo kiedy startowałam na igrzyskach wszyscy określali mnie mianem młodej zawodniczki. Minęły trzy lata i już nikt nie chce tak powiedzieć. Oczywiście sobie żartuję, ale tobie to jeszcze nie grozi.Ale wróćmy do tematu. Chciałabym porozmawiać o tym, co działo się z tobą po igrzyskach. Z mojego punktu widzenia wydaje się, że najtrudniejsze z czym musiałaś się zmierzyć miało miejsce właśnie po występie w Rio. Raz, że wskoczyłaś nagle na sam szczyt, gdzie otarłaś się o olimpijski medal. Potem kontuzja, operacja i długi powrót. Wiem jak to jest, bo przeszłam przez masę kontuzji, ale cudem zawsze łapałam w sobie resztki motywacji, żeby z tego dołka się podnieść, a miałam niekiedy naprawę głębokie doły… Jak było u Ciebie, kiedy wracałaś po kontuzji? Które momenty był najtrudniejsze? O tym mało się mówi, a myślę, że warto przypominać szczególnie młodym sportowcom. Bardzo często młodzi ludzie poddają się po pierwszych porażkach. My pokazujemy to, że porażka jest częścią sukcesu. Po tobie widać, że wracasz i poradziłaś sobie z najtrudniejszymi momentami. Opowiedz o tym.

M: Po Igrzyskach oczekiwania diametralnie wzrosły- zarówno moje jaki i z zewnątrz. Trochę mnie to cieszyło, że inni wierzyli, że stać mnie na więcej. Jednak po nieudanym starcie w Lozannie, gdzie został na mnie wylany kubeł zimnej wody, bo rzuciłam tylko 53 m, poczułam, że z moim barkiem jest coś nie tak. Byłam przekonana, że to jakieś naciągnięcie i z trenerem zakończyliśmy sezon. W październiku rozpoczęłam nowe przygotowania, przeniosłam się na studia do Białegostoku z dala od rodziny i trenera. Przez cały rok trenowałam sama, mając treningi rozpisane na kartce. Nie było to dobrym pomysłem, bo przecież oszczep jest konkurencją techniczną i trener musi być przy zawodniku cały czas (na szczęście udało nam się to wyprostować). Problemy z barkiem coraz bardziej dokuczały. Pojechałam na rezonans i kiedy doktor powiedział mi, że obrąbek stawowy w barku jest doszczętnie rozwalony i trzeba go zoperować, najzwyczajniej w świecie się rozbeczałam. Pięć dni później jechałam już do Poznania na zabieg i byłam nastawiona bardzo bojowo, nie wiedziałam tylko jak to będzie dalej.

O: I jak było dalej?

M: Pierwsze dwa, trzy miesiące po operacji minęły bardzo fajnie. Byłam umotywowana do pracy, ćwiczyłam i wciąż chciałam więcej. Bardzo szybko odzyskałam swobodny zakres w stawie barkowym, jednak do pełnego zakresu sprzed kontuzji wróciłam dopiero niedawno, po prawie dwóch latach. Przeszłam bardzo ciężką drogę przez łzy, kłótnie, walkę z całym światem i samą sobą. Pierwszy start zaliczyłam po 22 miesiącach męki i nie powiem, że po starcie ta męka się skończyła, bo rzuciłam tylko 52 m. Inni mogli stwierdzić, że Andrejczyk się skończyła, ale tak naprawdę tylko najbliżsi wiedzą przez co musiałam przejść. Tak, miałam stany depresyjne, a najciężej mi było w ostatnich kilku miesiącach przed startem, bo bardzo mi tego brakowało. Tęskniłam za rywalizacją, ale z drugiej strony bardzo bałam się do niej wrócić. Miałam obawy, czy mój bark jest już na to gotowy. Zawsze dużą pewność siebie zyskiwałam poprzez dobrą dyspozycję, gdy widziałam, że na treningach mój oszczep lata. Kiedy po półtora roku bardzo ciężkiej pracy nie widziałam żadnych efektów, po prostu byłam załamana. Razem z trenerem próbowaliśmy wszystkiego i nic nie działało. Zastanawiałam się, czy dobrze robię decydując się na start, ale widzę, że była to bardzo dobra decyzja. Pomimo moich wszystkich uprzedzeń, mojej dumy i całkiem dużego ego, zrobiłam to. Wystartowałam, co tu ukrywać, słabo. Juniorki z Polski mogły mnie spokojnie pobić, ale wtedy liczyło się dla mnie to, że mogę już rzucać.

O: Jeśli mogę Ci przerwać… Uważam, że to jest właśnie niesamowita odwaga. Wiedząc, że nie jest się w formie, mimo wszystko podjąć wyzwanie i wystartować. To nie jest łatwe, kiedy jesteś jedną z najlepszych zawodniczek na świecie i przegrywasz z dużo młodszymi zawodniczkami. Potrzeba dużo pokory i wytrwałości. Zdaję sobie z tego sprawę, bo sama miałam dwuletnią przerwę i chyba to jest kolejne podobieństwo, które odnalazłam między nami. 

M: Dziękuję, bardzo mi miło, że tak sądzisz 🙂

O: Po prostu wtrącam moje spostrzeżenia. Myślę, że każdy sportowiec wie, że to nie jest łatwe.

M: Tak, to prawda. W każdym razie małymi krokami szłam do przodu z zawodów na zawody. Nie były to spektakularne wyniki, ale ze startu na start poprawiałam się o 1,2 m. Zaliczyłam też swój najgorszy start w karierze na mistrzostwach Polski zajmując piąte miejsce. Dziewczyny dały mi porządne lanie, ale właśnie po tym laniu ja się przebudziłam. Wróciłam z takiego amoku, można powiedzieć letargu i coś we mnie pękło. Stwierdziłam, że tak nie może być! Ja muszę się w końcu wziąć w garść, bo ja nie chcę tak skończyć. Kiedy dostrzegłam, że już nawet w oczach trenera nie ma już takiego zapału do pracy jak kiedyś, nagle we mnie przebudził się ogień. Nie tylko treningi ruszyły do przodu, ale też nauka. W dołkach i stanach depresyjnych nawet studia mi nie szły. Ciężko mi było przyswoić nową wiedzę. Teraz treningi i nauka idą świetnie, po prostu chce się żyć. Jestem zupełnie nową, ale tą samą osobą, co kiedyś. Jestem bardzo dumna z tej przemiany, która we mnie zaszła i jestem niesamowicie wdzięczna za te dwa ciężkie lata, bo wiem, że bez tego niczego bym teraz nie doceniała. Jestem wdzięczna za każdy dobry rzut, a przede wszystkim każdy rzut bez bólu, bo jeszcze w zeszłym roku rzucałam na silnych lekach przeciwbólowych. Nie było to zbyt dobre rozwiązanie, ale innej opcji nie było. Miało to niestety potem swoje powikłania, ponieważ po każdym starcie z nerwów wymiotowałam i pękała mi głowa. A to były naprawdę małe starty… rywalizowałam z młodymi oszczepniczkami i się tym stresowałam. To co się działo w mojej głowie to Armagedon, naprawdę.

O: Wiem o czym mówisz, bo w tym roku również zaliczyłam swój pierwszy start po długiej przerwie na ogólnopolskich zawodach klasyfikacyjnych i się stresowałam!

M: To pokazuje, że cały czas nam zależy. Nie ważne jaki ten stres by nie był, to ważne, że jest, bo można zamienić go na coś bardzo fajnego w czasie zawodów.

O: Bardzo mi się podobało, to co powiedziałaś o wdzięczności. Sama ostatnio spuentowałam swoją historię słowami “dziękuję za każdą porażkę w moim życiu”, bo z każdej wyniosłam cenną wiedzę. Ty też wydajesz się osobą dużo bardziej dojrzałą niż trzy lata temu. Podchodzisz w inny sposób do pewnych rzeczy. Czego najbardziej nauczyła Cię ta kontuzja? 

M: Na pewno nabrałam dystansu i cierpliwości, bo mimo że nadal bardzo mi zależy, to wiem, że niektórych rzeczy nie przeskoczę i potrzeba małych kroków, by dojść do celu. Nauczyłam się też ludzi. Trochę się zawiodłam na tych, którzy po igrzyskach niemalże nosili mnie na rękach, a po kontuzji zalali falą krytyki, ale dzięki temu uodporniłam się na opinię innych. Wiem, że nie dotknie mnie tak jak kiedyś. Te trzy lata były bardzo owocne w naukę.

O: Współpracowałaś z psychologiem? 

M: Nie poradziłabym sobie sama. Mój pierwszy kontakt z psychologiem był właśnie w czasie kontuzji. Pomoc jaką otrzymałam okazała się niezwykle ważna, chociaż na efekty musiałam poczekać, podobnie jak w treningu sportowym. Teraz wiem, że mogę realizować to, co sobie zaplanowałam krok po kroku.

O: A czy kolejne kroki prowadzą do Tokio?

M: Oczywiście, że tak i mam nadzieję, że się tam spotkamy!

O: Też mam taką nadzieję. Jesteś zdolna, ambitna i utalentowana. Trzymam za ciebie mocno kciuki i wierzę, że wiele dobrego jeszcze przed Tobą. 

M: Dziękuję.

 

Na tym nasze spotkanie jeszcze się nie skończyło, bo nagle role się odwróciły i to Marysia zaczęła zadawać pytania. Poruszyłyśmy bardzo ciekawe tematy, o których na pewno jeszcze napiszę. Natomiast sama rozmowa z Marysią utwierdziła mnie w przekonaniu, że każdy sportowiec boryka się z własnymi problemami, o których nic nie wiemy, a niekiedy tak łatwo nam je oceniać. Cała filozofia zwycięstwa polega na tym, aby przetrwać najtrudniejsze chwile i wyciągać wnioski. Każda przeszkoda na naszej drodze to cenna nauka. Nauka, która kształtuje mistrza. 

 


Aktualności

Kalendarz imprez