Oko w oko z mistrzem: Rozmowy o macierzyństwie

Oko w oko z mistrzem: Rozmowy o macierzyństwie

Oktawia Nowacka: Wszystkie mamy bez wątpienia są super bohaterkami. Mimo że sama nie mam dzieci, ani nie myślałam jeszcze o macierzyństwie, fascynuje mnie temat mam-sportowców. Wiem, ile czasu i poświęcenia wymaga trening na najwyższym poziomie. Wielokrotnie wracam do domu tak wykończona, że nie mam siły już na nic. Jak zatem radzą sobie kobiety, które godzą trening z nieprzespanymi nocami i wychowywaniem swojej pociechy? Kiedy jest czas na regenerację i jakim cudem organizm wytrzymuje takie obciążenia? Postanowiłam to sprawdzić i porozmawiać z czterema kobietami, które zdecydowały się urodzić dziecko w czasie trwania kariery sportowej. W ich historiach znajdziecie wiele podobieństw, ale też sporo różnic w sposobie myślenia, podejmowanych decyzjach i podejściu do macierzyństwa. Poznajcie cztery mamy-bohaterki: Julię Michalską-Płotkowiak, Iwonę Bernardelli, Marikę Popowicz-Drapałę i Krystynę Lemańczyk-Dobrzelak.


Julia Michalska-Płotkowiak – wioślarka, brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich Londyn 2012 oraz mistrzyni świata z 2009 w dwójce podwójnej.

 

Oktawia: Zrobiłaś sobie przerwę macierzyńską niedługo po zdobyciu medalu olimpijskiego w Londynie. Taki był plan?

Julia: Zapowiedziałam przerwę w treningach już dwie godziny po zdobyciu medalu. Nie spodziewałam się jednak, że dwa miesiące później będę w ciąży. Myślałam, że temat zajścia w ciążę w moim przypadku będzie bardzo trudny. Moje ciało było zmęczone, a ja potrzebowałam resetu. Pewne rzeczy nie wychodziły na jaw z wielu względów. Nie mogłam pokazywać swoich słabych stron, bo byłam w osadzie. Mało kto wie, przez co przechodziłam w ostatnim roku zarówno fizycznie jak i psychicznie. Śmiałam się z mężem, że popróbujemy pierwszy raz, odpocznę od wszystkiego, skończę studia, a potem zobaczymy. Wtedy miałam jeszcze różne emocje co do tego czy wrócę do sportu. Okazało się, że w ciążę zaszłam niemal od razu, zaraz po naszym ślubie. W ciągu jednego roku zdobyłam medal olimpijski, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko i obroniłam się. Nie myślałam, że wszystko potoczy się tak szybko.

O: Kiedy dojrzałaś do decyzji o powrocie do łódki?

J: Tą decyzję podjęłam dosyć szybko, ale bardziej z pozycji kanapowca. Brakowało mi tego, ale nie chciałam za szybko wsiąść do łódki i przesuwałam ten moment. Trener był dla mnie bardzo wyrozumiały i do niczego mnie nie zmuszał. Ja sama chciałam się spełnić jako matka karmiąca i mieć pewność, że przekażę mojemu dziecku wszystko co najlepsze. Mieszkałam wtedy w Londynie i w pierwszym miesiącu po porodzie zwiedziłam z wózkiem całe miasto.

O: Czy w Londynie były lepsze warunki do wychowywania dziecka?

J: Bardzo dużo musiałam finansować z własnej kieszeni. Przez to, że tam mieszkałam, ciężko było coś załatwić, a za wszystko płaciłam w funtach. Pieniądze za medal dostawałam w złotówkach, więc wystarczało na pierwsze dwa tygodnie. Natomiast, kiedy oznajmiłam, że wracam do treningu miałam od razu wsparcie firm, z którymi współpracowałam wcześniej. Nie mogłam narzekać.

O: Jak było po powrocie?

J: Wróciłam do pływania, ale w jedynce. Nie chciałam już startować w dwójce. Po raz pierwszy na zgrupowanie wyjechałam dwa lata po zdobyciu medalu. Od przerwy macierzyńskiej trenowałam mniej, 5-7 razy w tygodniu. To niewiele w porównaniu z tym co robiłam kiedyś. Pod koniec października 2014 roku odbywały się kwalifikacje do kadry narodowej. Potraktowałam je jako moje pożegnanie ze sportem. Założyłam sobie, że muszę wygrać wszystkie wyścigi. Jeśli nie, to kończę. Okazało się, że wypadłam lepiej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Jak płynęłam swój ostatni wyścig zastanawiałam się czy na pewno chcę wygrać, czy nie łatwiej będzie przegrać. Ale nie potrafiłam. Pamiętam jak siedziałam z mężem i trenerem w hangarze i po prostu wyłam zastanawiając się co teraz. Co będzie z Zosią. Powinnam dotrzymać danego sobie słowa i teraz wrócić.

O: Czyli tak źle i tak niedobrze. Z jednej strony chciałaś wygrać, a z drugiej zakończyć karierę.

J: Dokładnie. Postanowiłam spróbować. Do marca 2015 roku trenowałam w Londynie. Dopiero po tym czasie wyjechałam na kolejny obóz. Z własnego wyboru ominęłam bardzo ważne wysokogórskie przygotowania. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że to zgrupowania, których nie można ominąć. Wiem też, że to wyjazdy, na które nie można zabrać dziecka, bo umiera się po każdym treningu. Jest bardzo ciężko. Uważam, że macierzyństwo można pogodzić ze sportem wyczynowym, ale trzeba mieć na to plan. Ustalić każdy szczegół i rozplanować każdy tydzień tak, aby odbyło się to jak najmniejszym kosztem dziecka i przy współpracy z psychologiem.

O: Jak dalej potoczył się ten sportowy sezon?

J: Nie zdobyłam kwalifikacji olimpijskiej i tak jak założyłam wcześniej, zakończyłam karierę. Wszyscy mówili mi żebym została i spróbowała zdobyć kwalifikację jeszcze przed igrzyskami, ale ja już nie chciałam. Postanowiłam, że kończę tu i teraz. Szef wyszkolenia kompletnie tego nie przyjął. Poprosił mnie, abym przemyślała sprawę i dał mi czas do listopada. Dopiero, kiedy zadzwoniłam jesienią, pogodził się z tym. Pożegnanie było bardzo miłe i sentymentalne.

O: Czy są jakieś decyzje, które byś zmieniła? A może poleciłabyś coś innym zawodniczkom?

J: Myślę, że warto byłoby zając się poważniej tematem ciąży w sporcie wyczynowym. Można by zorganizować jakiś zjazd i zrobić burzę mózgów. Zwołać zawodniczki, które przez takie sytuacje przechodziły i mogą podzielić się doświadczeniem. Sytuacji jest wiele. Niektóre robią to książkowo, kończą karierę, rodzą dziecko i układają szczęśliwe życie. Inne kobiety mają problem z zajściem w ciążę, a jeszcze inne planują wrócić do treningu. Kolejną ważną kwestią, którą znam z własnego doświadczenia, jest planowanie. Trzeba zrobić dwa plany. Taki, który zakłada powrót do sportu i taki na wypadek zakończenia kariery. Warto mieć przy sobie ludzi, którzy pomogą podjąć racjonalne decyzje i ocenić jakie są możliwości. Kto pomoże w wychowywaniu dziecka, czy będzie to rodzina, czy niania? Jakie są tego koszta? Czy będzie jakieś finansowe wsparcie? To wszystko jest bardzo ważne. Myślę, że medalistkom mistrzostw świata i igrzysk, przywrócenie do sportu i odpowiednie wsparcie się wręcz należy.

O: Czy w takim razie czułaś, że nie otrzymałaś odpowiedniego wsparcia?

 J: Dostałam dużo słownego i emocjonalnego wsparcia. Nie było jednak rozwiązania jak sobie ze mną poradzić, kiedy byłam z dzieckiem za granicą. Myślę, że związki powinny rozeznać się, kiedy zawodniczka planuje powrót i zastanowić się jak będzie wyglądać jej finansowanie. Gdyby z jakiegoś powodu jej powrót do sportu został uniemożliwiony, dobrze jakby te środki można było przeznaczyć na coś innego. Uważam, że akurat w moim przypadku tego nie było.

O: Gdyby było inaczej powalczyłabyś o kolejne igrzyska?

J: Może tak, ciężko powiedzieć. Na decyzję wpłynęło wiele czynników. W każdym razie jej nie żałuję. Zdecydowałam się zakończyć karierę. Wychowanie córki stało się dla mnie najważniejszym zadaniem. Mój powrót był możliwy, na co wskazywały wyniki. Nie byłam jednak wtedy gotowa na takie poświęcenie. Każdy podejmuje własne decyzje. Moja była właśnie taka.


Iwona Bernardelli – lekkoatletka specjalizująca się w biegach długodystansowych, wielokrotna mistrzyni polski, uczestniczka igrzysk olimpijskich w Londynie 2012 oraz Rio de Janeiro 2016.

Oktawia: Wiedziałaś, że po ciąży wrócisz do wyczynowego biegania?

Iwona: Nie myślałam o tym, że nie wrócę. Kiedyś faktycznie wyglądało to tak, że jak kobieta zachodziła w ciążę, to automatycznie kończyła karierę. Czasy się zmieniły. Nie zakładałam, żeby tak wcześnie zakończyć przygodę z bieganiem. Myślę, że mogę sporo zdziałać. W moim i mojego trenera odczuciu nie wykorzystałam całego potencjału. Przerwa nie stanowi wielkiego problemu. Można wrócić do biegania. Choć trzeba sobie jasno i wyraźnie powiedzieć, że to nie jest łatwe. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że trenowanie nie będzie już wyglądało tak jak wcześniej. Żyje się w innej bajce. Priorytetem jest dziecko. Jeśli jednak bardzo się chce, to wszystko można pogodzić. Mimo codziennych trudów, można znaleźć czas na trening, mając wokół ludzi, którzy pomagają i wspierają. To jest nieocenione.

O: Czyli macierzyństwo nie jest dla ciebie ograniczeniem.

I: Uważam, że bycie mamą, czyli praca na cały etat, nie powinno być ograniczeniem. Nie chodzi nawet o bieganie. Kobiety też pracują, mają mnóstwo innych zajęć i pasji. Wszystko można pogodzić, tylko trzeba to sobie poukładać. Jeśli kobieta jest szczęśliwa i ma czas dla siebie, to i dziecko jest szczęśliwe, a też wszyscy wokół. Trzeba coś zrobić też dla siebie. Zajmowanie się tylko dzieckiem 24 godziny na dobę jest męczące nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Nie chodzi o to, żeby kłaść się każdego dnia i myśleć, że nie ma się na nic czasu i siły. Nie można kłaść się do łóżka sfrustrowanym. Wtedy tylko się zapętla i można w pewnym momencie obudzić się z ręką w nocniku. Dla siebie też trzeba znaleźć czas. Choćby było to głupie pomalowanie paznokci. Chodzi o sprawienie sobie radości i poczucie, że też jestem ważna. Macierzyństwo wtedy jest wspaniałym przeżyciem.

O: Jak wyglądały początki bycia mamą?

I: Dla mnie osobiście pierwsze miesiące były najtrudniejsze. Z każdym dniem jednak poznawaliśmy siebie nawzajem i powoli udało się przywyknąć do nowego rytmu życia i odnaleźć w nowej sytuacji. Przyzwyczaiłam się już do tego, że muszę w nocy wstawać. Nawet najmniejsze jęknięcie, a ja już stoję na nogach. Mamy mają chyba taki dziwny lekki sen. Aczkolwiek już mojego męża Michała, kiedy wstaje do pracy, nie słyszę. Każdy dzień i chwila z małym dzieckiem to coś niesamowitego i wspaniałego. Móc widzieć jak rośnie i rozwija się. Gdybym miała cofnąć czas… to nic bym nie zmieniła. Mam zdrowego, cudownego synka i kochającego męża, czyli wszystko najważniejsze. Mimo codziennych trudności, z nikim nie zamieniłabym się. Życie się zmieniło, ale nabrało nowych, kolorowych barw.

O: Jak długo trwała twoja przerwa od treningów?

I: Zielone światło od lekarza i fizjoterapeuty dostałam dokładnie po sześciu tygodniach od porodu, czyli po zakończeniu okresu połogu. Zacząłem marszobiegami, pierwszy miał około 3,5 kilometra. Przez długi okres wychodziłam dwa dni z rzędu, a potem robiłam dzień przerwy. Nie było wielkich problemów z powrotem. Na pierwszych treningach miałam jednak odczucie, że nogi i brzuch nie są moje. Szczególnie chyba okolice tułowia – odnosiłam wrażenie, jakby mi wszystko latało tam w trakcie biegania. Ale nic nie bolało. Podczas tych pierwszych biegów nie do końca czułam swoje ciało. Szurałam nogami, ale było widać z dnia na dzień progres. W moim powrocie widziałam tylko ogromną radość. Bardzo cieszyłam się, że mogę wyjść na trening. Na początku biegałam bez zegarka, napinania i nakładania na siebie presji. Nie sprawdzałam ile i po ile biegam. Robiłam tyle ile chciałam i na ile miałam ochotę. Zwiększałam sobie powoli kilometraż. Dla mnie wyjście na trening to mój czas. Nie mogę się doczekać, aż przebiorę się w dresy i tą godzinę, półtorej pobędę sama ze sobą. Po bieganiu nie rozmyślam o treningach i powrocie. Cieszę się czasem z małym dzieckiem.

O: Zabierasz Mateuszka na zgrupowania?

I: Dostałam wsparcie ze związku w postaci obozów kadrowych. Jestem bardzo wdzięczna PZLA za miejsce w kadrze Polski, bo każda pomoc jest na wagę złota. Na pierwsze wspólne zgrupowanie wybraliśmy się w grudniu zeszłego roku do Wałcza. Mati skończył wtedy pięć miesięcy. To było wielkie wyzwanie, gdyż wybrałam się sama z synkiem. Oczywiście bez pomocy mojego trenera nie udałoby się to. Trener zabierał Mateuszka na spacer, gdy ja wychodziłam na trening. Na posiłki chodziliśmy na zmianę. Oczywiście pomagały też koleżanki z grupy treningowej. Zgrupowanie trwało prawie dwa tygodnie. Wspólnymi siłami daliśmy radę! Drugi obóz z Mateuszkiem był w Szklarskiej Porębie w styczniu 2019 roku. Pojechała z nami moja mama, która zajmowała się Matim, gdy ja byłam na treningach. Tam niestety rozchorowałam się, i nie wiem co by było bez nieocenionej pomocy babci. Po dwóch tygodniach przerwy pojechaliśmy na trzecie nasze wspólne zgrupowanie, tym razem do Spały. Tu mieliśmy to szczęście, że mogliśmy być z moim mężem. Przy wspólnej opiece pomagał nam też trener-dziadek Jakubowski.

O: To naprawdę godne podziwu. Domyślam się, że podróże z małym dzieckiem nie są łatwe.

I: Idąc za ciosem pod koniec lutego wylecieliśmy na obóz do Albuquerque w stanie New Mexico (USA). To było największe wyzwanie jak dotąd. Szczególnie pierwszy taki długi lot (prawie 20 godzin w podróży), aklimatyzacja, zmiana strefy czasowej – to wszystko potrafi zmęczyć dorosłego człowieka, nie mówiąc o siedmiomiesięcznym niemowlaku. Był to dla nas olbrzymi sprawdzian. W USA spędziliśmy pięć tygodni. Trenować mogłam raz dziennie, gdy trener miał czas na opiekę nad Mateuszkiem. Niezwykle pomocni byli Kuba Nowak, Ania Szyszka i Angelika Mach, z którymi mieszkaliśmy. Dzięki ich wsparciu mogłam np. wykąpać się po treningu, zjeść posiłek, czy choćby skorzystać z masażu. Pomocną ręką służyła również Dorota Gruca i jej mąż Lawrence, u których byłam już czwarty raz na obozie. Zawsze stwarzają nam najlepsze warunki do trenowania, a jednocześnie domową atmosferę, która jest bezcenna, gdy przebywa się tak długo w reżimie treningowym poza domem. Tym razem postarali się również, żeby Mateuszek czuł się jak u siebie w domu.

O: To bardzo odważny krok! Widzę, że radzicie sobie świetne. Czy były kryzysowe momenty?

I: Wiele było trudnych momentów, wiele razy zastanawiałam się na ile wystarczy mi sił. Cały ten czas (15 miesięcy) to wzloty i upadki, to najszczęśliwsze chwile i jednocześnie odbierające wiarę w to, co się robi. Macierzyństwo to istny rollercoaster, ale wychodzę z założenia, że to od nas zależy, czy będziemy cieszyć się jazdą, czy wręcz odwrotnie. Na pewno pięciotygodniowy pobyt w USA z ośmiomiesięcznym synkiem był dla mnie największą próbą sił. Pierwszy tydzień, kiedy to Mateuszek nie spał w nocy, bardzo trudno było mu przestawić się na czas amerykański, ja cierpiałam podwójnie. Byłam totalnie wykończona, niewyspana, a musiałam pogodzić opiekę 24 godziny na dobę z wyjściem na trening. Wiele osób pisało do mnie, że mnie podziwia za taki odważny wyczyn. Ale przetrwaliśmy! Choć z perspektywy czasu wydaje mi się, że to był szalony pomysł. I gdybym miała cofnąć czas i podjąć się drugi raz takiego wyzwania zastanowiłabym się z milion razy.

O: Ostatnio wstawiłaś na facebooka post informujący o twoich problemach zdrowotnych. Czy pojawiły się właśnie na tym zgrupowaniu?

I: Tak, w połowie pobytu w USA pojawił się ból w okolicach lewego stawu biodrowego. Po powrocie do Polski nadal nie mogłam trenować. Wyniki rezonansu były dla mnie druzgocące. Okazało się, że miałam złamanie w stawie krzyżowo-biodrowym. Nie mogłam w to uwierzyć. To był ten czas, kiedy po bardzo długiej przerwie związanej z kontuzją Achillesa, a później z ciążą i połogiem wróciłam do biegania. Tak bardzo cieszyłam się, że będę mogła walczyć o kolejne Igrzyska Olimpijskie. Mimo trudności godzenia trenowania z pełnym etatem mamy byłam bardzo podbudowana i pozytywnie nastawiona. Każdy trening przesuwał mnie do przodu, a ja czułam się coraz lepiej fizycznie i mentalnie. Bardzo chciałam wrócić do rywalizacji na zawodach. Wiosna miała być tylko okresem próbnym, a konkretne ściganie dopiero na jesieni. Wszystko to zostało przekreślone w jednej chwili. Wszystko przez hormony… Niestety kobiety w ciąży i kobiety karmiące piersią znajdują się w grupie ryzyka. Miałam ogromnego, nazwijmy to, pecha. Bardzo trudno było mi się pogodzić z tą sytuacją, w której, jak okazało się, jestem zmuszona do zmniejszenia jakiejkolwiek aktywności fizycznej do poziomu zero. Znalazłam się w beznadziejnych okolicznościach, ponieważ tego stawu nie można było w żaden sposób odizolować i odciążyć. Natomiast wiadomym było, że rehabilitacja potrwa kilka miesięcy. Nie byłam w stanie położyć się na tak długi czas do łóżka, tym bardziej przy malutkim synku, który potrzebował coraz więcej uwagi i zaangażowania. Ta wiadomość totalnie powaliła mnie na kolana. A droga do Tokio zrobiła się znacznie bardziej kręta i wyboista. Powiem szczerze, że gdyby nie to, że mam, już rocznego teraz, synka to załamałabym się. Dzięki niemu wzięłam się w garść, nie miałam czasu rozmyślać. Po pięciu miesiącach mogę już ćwiczyć, biegać na basenie i to bez bólu, co jest na ten moment najważniejsze. Wiem, że Tokio 2020 za niespełna rok i czeka mnie arcytrudne zadanie, aby o nie powalczyć. Nie wyobrażam sobie jednak nie spróbować! Zaczynam od zera, z nadzieją, że organizm szybko sobie przypomni co to znaczy szybko biegać. Na pewno zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby za rok powiedzieć z dumą do synka „mama biegała w Tokio”.

O: Czy jest coś co chciałabyś powiedzieć innym trenującym kobietom, które chciałyby urodzić dziecko?

I: Niestety kobiety nie mają takiej łatwej drogi, jak w przypadku mężczyzn. Kobieta-sportowiec, która chce urodzić dziecko, musi liczyć się ze zmianami jakie zajdą w jej ciele, z przerwą, która związana jest z ciążą i połogiem. Nigdy nie można wykluczyć niespodziewanej cesarki, która bądź co bądź jest zabiegiem operacyjnym i powrót do sportu w takiej sytuacji może być wydłużony. Każda kobieta inaczej przechodzi ciążę i poród. Każda z nas inaczej czuje się w okresie połogu. Komuś powrót może nie sprawiać trudności, a komuś innemu może to nie przyjść tak łatwo. Z drugiej strony, jeśli coś przychodzi za łatwo, też trzeba uważać, żeby nie nabawić się problemów w przyszłości. Każde dziecko też jest inne. Jedne śpi cały czas, a ktoś inny może mieć mega aktywne dziecko. Zawsze warto posłuchać cennych rad i wskazówek, ale najważniejsze to samemu ustalić sobie rytm działania i odnaleźć się w tej sytuacji na własny sposób. Z doświadczenia wiem, że nigdy nie będzie dobrego czasu na to, by zrezygnować z treningów na tak długi czas. Zatem jeśli jest ktoś pewny i z całego serca chce powiększyć rodzinę, niech nie kalkuluje i nie odkłada tej decyzji na później. Może i łatwo nie jest, bo życie nie będzie już wyglądało jak dotą, ale to nie znaczy, że nie będziecie szczęśliwsze! Mimo wszystko małe dziecko dodaje energii i motywacji do działania, a każdy uśmiech maleństwa powoduje, że zmęczenie gdzieś się rozmywa. Ze wsparciem najbliższych i dobrą organizacją można pokonać największe przeszkody. Tego wszystkim kobietom – sportowcom i sobie życzę!

Marika Popowicz-Drapała – lekkoatletka specjalizująca się w biegach sprinterskich, wielokrotna medalistka mistrzostw polski, uczestniczka igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 oraz w Rio de Janeiro 2016.

Oktawia: Kiedy podjęłaś decyzję o macierzyństwie?

Marika: Dojrzewałam bardzo długo do macierzyństwa. Miałam 29 lat, gdy zaszłam w ciążę. Wcześniej przez 16 lat byłam czynnym sportowcem. Praktycznie co roku zaliczałam imprezy mistrzowskie. Na koncie miałam już wtedy ponad 50 medali mistrzostw Polski i dwie kwalifikacje na igrzyska olimpijskie. Powrót do sportu po porodzie wydawał mi się tak naturalny jak oddychanie. Odzyskanie formy stało się dla mnie nowym wyzwaniem i celem. Lubię wyzwania i postanowiłam spróbować. Bardzo mocno w tej decyzji wspierała mnie rodzina. Tak naprawdę jeszcze wtedy nie wiedziałam na co się piszę.

O: Domyślam się, że wyobrażenia minęły się z rzeczywistością?

M: Macierzyństwo wywróciło mój świat do góry nogami, a słowo wsparcie nabrało nowego znaczenia. Oczywiście pierwsze skrzypce gra mąż. Podporządkował swoją pracę pod moje obowiązki sportowca. Dzielimy się opieką nad Ignasiem, dzięki czemu ja mogę ze spokojną głową trenować. Do tego nieoceniona jest rola babci. Babcia to po prostu wspaniała instytucja. Mamy to szczęście, że możemy liczyć na jej pomoc. Wyjeżdża z nami na obozy, opiekuje się Ignasiem, kiedy trenuję w Bydgoszczy dwa razy dziennie. Ma wspaniałą więź z wnukiem.

O: Czy poza rodziną otrzymywałaś wsparcie?

M: Od samego początku w mojej decyzji wspierał mnie mój trener Jacek Lewandowski, który musiał zmierzyć się z niecodzienną sytuacją, bo jednak organizm kobiety po porodzie diametralnie się zmienia. Polski Związek Lekkiej Atletyki wspierał mnie finansowo przez cały okres ciąży, a w sezonie przygotowawczym od razu włączył do szkolenia. Została ze mną również firma Reebok. Nie mogę jednak zapomnieć o Wojskowym Zespole Sportowym w Bydgoszczy, którego szef podpułkownik Robert Pona dał mi szansę powrotu w szeregi WZS. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mają takie szczęście. Wyznaję zasadę, że możemy sobie wybrać drogę, którą idziemy, ale nie ludzi, której na niej spotkamy. Dlatego cieszę się, że ludzie na mojej drodze okazali mi pomoc i wyciągnęli rękę.

O: Czy z takim wsparciem szybko udało ci się wrócić do biegania?

M: Standardowo po naturalnym porodzie połóg trwa sześć tygodni i po tym czasie można rozpocząć delikatne treningi. Nie nazywałabym jednak tego tak szumnie. W czasie połogu ćwiczyłam mięśnie dna miednicy i wykonywałam ćwiczenia aktywujące mięsień poprzeczny brzucha. Po kolejnych konsultacjach z fizjoterapeutką uroginekologiczną wróciłam do ćwiczeń rozciągającycych. Kolejnym etapem były delikatne treningi wzmacniające. Do biegania wróciłam dopiero we wrześniu. Normalne treningi rozpoczęłam w październiku, czyli pięć miesięcy po porodzie. Trzeba jednak pamiętać, że ciało zawodniczki, która została mamą zupełnie nie przypomina ciała sportowca. Ciąża i poród powodują mnóstwo zmian, które dotyczą układu kostno-mięśniowego. Do tego dochodzi działanie hormonów. To wszystko sprawia, że trening i powrót do formy musi być ostrożny. Warto dać sobie czas.

O: Jak wyglądało wasze pierwsze wspólne zgrupowanie?

M: Ignaś pojechał ze mną na swój pierwszy obóz już w listopadzie. To był istny armagedon. Auto zapakowane po dach i mnóstwo obaw jak sobie poradzimy. Test zdaliśmy wspólnie na piątkę i później było już dużo łatwiej. Pierwsze wyjazdy były o tyle trudne, że karmiłam Ignasia piersią, więc to był ciągły wyścig z czasem. Karmienie, trening, karmienie itd. Ale dziecko daje mega powera i kopa. Kiedyś na obozach moje życie toczyło się w słynnym rytmie eat – train – sleep – repeat. Nagle okazało się, że mogę nie spać nocami, spacerować godzinami na świeżym powietrzu, bawić się godzinę w jedną zabawę i do tego trenować dwa razy dziennie. Naprawdę dziecko przewartościowało mój świat.

O: Po raz kolejny udowodniłaś, że kobiety po porodzie dostają dodatkową moc, żeby sprostać zadaniom. Czy zawsze było łatwo, a może zdarzały się ciężkie momenty?

M: W wywiadzie, którego udzieliłam cztery miesiące po urodzeniu Ignacego, powiedziałam „po porodzie, w połogu bywały trudne dni, gdzie brakowało mi już sił, ale nie poddawałam się. Walczyłam po prostu tak jak na bieżni, a każdy uśmiech Ignasia dawał mi ukojenie. Jeśli czuję, że zaczynam jechać na „oparach”, działam błyskawicznie. Spacer na łonie natury, kawa czy chociażby krótka drzemka to mój sposób na podładowanie baterii. Poza tym „ładuję” się ludźmi. Sport jest niezwykle wymierny. Tutaj, gdy opadasz z sił, przegrywasz. Przez te 16 lat nauczyłam się funkcjonowania mimo zmęczenia, a czasami nawet bólu. Sport ukształtował mój charakter i widzę, jak dużą rolę odgrywa teraz w codziennym życiu” Te słowa nic nie straciły na znaczeniu. Najtrudniejsze momenty to oczywiście rozstania, które wiążą się z wyjazdami na zawody. Moje serce matki pęka na milion kawałków, ale wiem, że moje dziecko kiedyś będzie ze mnie dumne. Bardzo tego pragnę, żeby Ignaś kiedyś powiedział, że mama daje radę. Chcę mu pokazać, że w życiu warto mieć cele i do nich dążyć, a kochająca rodzina może być tylko trampoliną do sukcesu.

O: Czy jest coś co chciałbyś powiedzieć przyszłym sportowym mamom?

M: Kobiety w dzisiejszych czasach to supermanki. Łączą wspaniale role żony i matki. Robią karierę, odnoszą zawodowe sukcesy. Dokonują rzeczy niemożliwych, bo doba ma tylko 24 godziny. Też chciałam być taką supermanką, ale w pewnym momencie doszłam do ściany. Sportowcy są zazwyczaj perfekcjonistami. Starannie ułożone plany treningowe, wypełnione kalendarze, zaplanowana nawet odnowa biologiczna i regeneracja. Ale macierzyństwo nauczyło mnie odpuszczania, luzowania. Musiałam odpuścić trening, bo Ignaś tak ząbkował, że jedynym ratunkiem były ramiona mamy. Innym razem sterta prania straszyła przez długi czas, bo codziennie wymęczona zasypiałam o 20 razem z Ignacym przy jego łóżeczku. Macierzyństwo to nie sam lukier, ale czy jest coś cudowniejszego niż to, że marzenia stają się rzeczywistością? Że można je przytulić, wziąć na ręce? To mój złoty medal olimpijski, z tą różnicą, że nie leży w szafie, a budzi mnie codziennie swoim słodkim śmiechem i tupotem stóp. I mimo że kosztuje mnie mnóstwo pracy kocham obserwować jak rośnie w siłę.

KRYSTYNA LEMAŃCZYK

Krystyna Lemańczyk-Dobrzelak – wioślarka, młodzieżowa mistrzyni świata w czwórce podwójnej w latach 2015 i 2016 z Płowdiw oraz Rotterdamu.

Oktawia: Jesteś bardzo młoda, rodziłaś w wieku 22 lat. To dosyć nietypowe w sportowym świecie. Zazwyczaj kobiety zachodzą w ciążę po zakończeniu kariery, albo w przerwie po głównej imprezie. Ty  zdecydowałaś się na dziecko zanim twoja kariera na dobre się rozkręciła. Czy było to zamierzone działanie?

Krystyna: Chwilę wcześniej zdobyłam dwa medale młodzieżowych mistrzostw świata. Od jakiegoś czasu nachodziła mnie myśl, że chciałabym zostać mamą. Patryk jeszcze wtedy nie był moim mężem, ale wspólnie stwierdziliśmy, że jak pojawi się dziecko, będziemy się cieszyć. Były dwie opcje. Albo od razu, albo po igrzyskach.

O: To w sumie nawet fajne. Twoja córeczka zaraz będzie duża, ty możesz spokojnie kontynuować treningi, a Zosia będzie miała młodą mamę.

K: Początkowo myślałam, że nasze rozłąki spowodowane wyjazdami będą nieco łatwiejsze. Sądziłam, że tylko ja trochę pocierpię, a Zosia i tak nie będzie tego pamiętać. Chciałam, żeby była dumna z moich sukcesów i brała z nich przykład. Jednak kiedy nie ma mnie w domu trzy tygodnie i rozmawiamy przez telefon dosyć rzadko, jest mi niesamowicie ciężko. Cudowne natomiast jest, gdy Zosia dostrzega, że wychodzę na trening. Mówi wtedy: „O mama idzie na trening” i podaje mi często potrzebne rzeczy. Po powrocie jej uśmiech i buziak sprawiają, że zapominam o zmęczeniu.

O: Kiedy zabrałaś Zosię na pierwsze zgrupowanie?

K: Rodziłam w maju, a na swój pierwszy obóz po porodzie udałam się w lutym. Był to wyjazd zagraniczny i zostawiłam Zosię w domu. Zabrałam ją ze sobą na kolejne zgrupowanie w kwietniu. Miała wtedy niecały roczek. Jeździmy wspólnie po Polsce, ale za granicą ze mną jeszcze nie była. Najcięższe są długie obozy i zawody międzynarodowe. Ogromnie wtedy tęsknię. Wiem jednak, że jak podrośnie będzie ze mnie dumna.

O: Jak mamy znajdują w sobie tyle siły, żeby pomiędzy treningami opiekować się dzieckiem?

K: Kiedy jeżdżę na obozy zabieram ze sobą mamę albo męża. Na szczęście Zosia zawsze sypia po obiedzie, czyli wtedy, kiedy jestem po pierwszym głównym treningu i idziemy spać razem. Czasem jednak się zdarza, że po obiedzie leżę wykończona na łóżku, a moja mama bawi się z córeczką. Też bym chciała do nich dołączyć, ale nie mam już siły. Cieszę się natomiast, że chociaż przez chwilę na obozie mogę z nią być. To jest tak ogromna miłość, że mimo wszystkich treningów muszę znaleźć czas, żeby się nią zająć. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Dzięki niej mam odskocznię od ciężkiej pracy, relaksuję się i łapię luz.

O: To prawda, że kobiety po porodzie dostają podwójnej mocy?

K: Rok po ciąży był moim najmocniejszym okresem w sportowej karierze. Poprawiłam się aż o osiem sekund na ergometrze. To bardzo dużo. Ogólnie wydaje mi się, że czuję się fizycznie dużo lepiej.

O: Wniosek jest taki, że kobiety powinny rodzić dzieci i wracać do sportu.

K: Dokładnie. Kiedy zrobiłam życiówkę, mój trener klubowy śmiał się, że powinnam urodzić drugie dziecko i pobić rekord o kolejne osiem sekund.

O: Może gdyby było jakieś większe wsparcie dla mam, specjalne programy, dofinansowania, to więcej osób decydowałoby się na taki krok.

K: Myślę, że na pewno byłoby więcej takich mam. Nie ukrywam, że w tej chwili jest to trudne. Gdy wracałam do sportu po ciąży nie miałam żadnego stypendium. Musiałam się nagimnastykować, żeby pozyskać środki na życie. Na szczęście dzięki medalowi z młodzieżowych mistrzostw świata byłam w programie Team100 i dużo mi to pomogło. Związek też wyszedł mi naprzeciw. Na szczęście była przy mnie rodzina, bez której by się nie udało. Jestem bardzo wdzięczna za ich pomoc i opiekę nad Zosią, kiedy jestem na treningach.

O: Czy były trudne momenty?

K: Wiele. Bardzo cieszę się, że Zosia ma super kontakt ze swoimi dziadkami. Trudne jednak są dla mnie sytuacje, kiedy przyjeżdżam do domu na 1-2 dni, a ona woli spędzać czas z nimi, a nie ze mną. To cena rozłąki. Kiedy jesteśmy w mieszkaniu sam na sam jest cudowna i świetnie się bawimy. Nie mogę winić jej za to, że spędza więcej czasu z innymi członkami rodziny. Czasem, kiedy na treningu idzie gorzej, mam ochotę się poddać i wrócić do córeczki. Po prostu być z nią, żeby miała normalną mamę, a nie mamę przez telefon.

O: Myślę, że kiedyś to doceni i będzie ciebie podziwiała.

K: Mam taką nadzieję.

O: Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć innym kobietom uprawiającym wyczynowy sport, które myślą o dziecku?

K: Na pewno żeby się nie zastanawiały. Może jest ciężko, ale to jest na swój sposób cudowne. Nigdy nie będzie jakiegoś super odpowiedniego momentu. Myślę, że gdy dziecko wzrasta w otoczeniu sportu, to może czerpać same najlepsze rzeczy.

 

 

Po inspirujących rozmowach przychodzi mi na myśl jedno podsumowanie. Wyczynowy sport można pogodzić z macierzyństwem, ale nieocenione jest wsparcie rodziny i otoczenia, co podkreśla każda rozmówczyni. Gdyby powstał jakiś program wsparcia dla kobiet z dziećmi, być może byłoby więcej sportowych mam. Bez wątpienia drzemie w nich duży potencjał, o czym świadczą przeprowadzone rozmowy.

Może warto byłoby o tym pomyśleć?

 

Rozmawiała
OKTAWIA NOWACKA

Sportowy Dzień Matki w Katarze. To dopiero początek?

 

Fot. archiwum własne bohaterek.


Aktualności

Kalendarz imprez