Odrodzenie Kasprzyka. Igrzyska w Tokio i złoci chłopcy Stamma

Odrodzenie Kasprzyka. Igrzyska w Tokio i złoci chłopcy Stamma

Po każdych igrzyskach Feliks Stamm musiał mierzyć się z licznymi dylematami. Jego ulubieńcy często chadzali własnymi ścieżkami i trudno było za nimi nadążyć. Mimo to początek lat sześćdziesiątych to okres, który w polskim pięściarstwie obfitował w międzynarodowe sukcesy. Puenta przyszła w dalekiej Japonii, gdzie podopieczni “Papy” spisali się najlepiej w dotychczasowej historii.

W Rzymie było pięknie, choć przecież nie idealnie. Kazimierz Paździor – jedyny złoty medalista tamtej imprezy – nie dał się namówić na zmianę decyzji. W wieku 26 lat nieoczekiwanie zakończył karierę, ale podkreślał, że czuje się pięściarzem spełnionym. Nic dziwnego – ogłaszając decyzję zdążył już wygrać wszystko co było do wygrania na ringach olimpijskich. Złote medale mistrzostw Polski (1958, 1960) poparł sukcesami na arenie międzynarodowej. Najwyższy stopień podium igrzysk po wygranej z gospodarzem najlepiej to akcentował.

Paździor zdobył zresztą złoto mistrzostw Europy… zanim udowodnił swoją wyższość nad krajowymi rywalami. I to chyba najlepiej mówi o tym, jak funkcjonowała trenerska machina Stamma. Trener słynął z indywidualnego podejścia do zawodników. Pomysły bywały kontrowersyjne – w drugiej połowie lat sześćdziesiątych “Papa” podczas sparingów chętnie zestawiał walczącego w wadze muszej (a potem papierowej) Huberta Skrzypczaka nie tylko z dużo większym Jerzym Kulejem, ale nawet ze startującym w wadze ciężkiej Lucjanem Trelą.

Po igrzyskach w Rzymie zmieniło się sporo, a pierwszym bojowym testem były mistrzostwa Europy, które rozegrano w Belgradzie w czerwcu 1961 roku. Największą gwiazdą tej imprezy w polskiej ekipie był Tadeusz Walasek – ten sam, którego skrzywdzono podczas olimpijskiego finału w Italii. Nazywano go “Dżentelmenem Ringu”. Nie lubił dobijać zmęczonych i zranionych rywali, a klasę potrafił zachować nawet w obliczu bulwersującej porażki, co pokazał zresztą we Włoszech.

Nie tylko ten fakt łączył go ze Zbigniewem Pietrzykowskim, który również wywalczył w Rzymie olimpijskie srebro. To właśnie z utytułowanym rywalem Walasek przegrał w pierwszym finale mistrzostw Polski. Potem “Ziggy” poszedł do wyższej kategorii, a znakomity technicznie Walasek dominował na krajowej scenie od 1958 do 1964 roku.

Belgradzki eksperyment

Na arenie międzynarodowej miał jednak sporego pecha. Finałowy przekręt w Rzymie był zaledwie częścią większego obrazu. W dwóch poprzednich startach na mistrzostwach Europy też nie dopisało mu szczęście. W pierwszym trafił na znakomitego Nino Benvenutiego, a w 1959 roku minimalnie (2:3) uległ znakomitemu Giennadijowi Szatkowowi. Pięściarz z ZSRR był jednym z najlepszych w tamtym okresie i miał już na koncie złoto ME oraz triumf na igrzyskach.

Jednak w Belgradzie prawie wszystko poszło po myśli Walaska. W półfinale rozbroił znakomitego Dragosława Jakovljevicia – dwukrotnego medalistę mistrzostw Europy i faworyta gospodarzy. W 1957 roku ten zawodnik nieoczekiwanie pokonał Szatkowa, by w finale ME uznać wyższość Pietrzykowskiego, który odczuł jednak siłę pięści reprezentanta Jugosławii.

Tym razem “Dżentelmen Ringu” po prostu rozbroił gospodarza – do tego stopnia, że nie protestowała nawet fanatyczna miejscowa publiczność. Potem w finale nie miał problemów z Jewgienijem Fieofanowem – tym samym, którego pokonał w półfinale rok wcześniej na igrzyskach. Starcie w Belgradzie zostało przerwane w trzeciej rundzie z powodu rozciętego łuku brwiowego rywala.

Wygrałem przez techniczny nokaut, przez niezdolność przeciwnika do toczenia dalszej walki. Trener Stamm dla uspokojenia wyciągnął karty punktowe i pokazał mi je. W oczach sędziów prowadziłem tę walkę. Dwaj ocenili przebieg dwóch rund jako remisowy, trzech dało mnie przewagę jednym punktem. Wszystko wskazywało, że wygrałbym ten pojedynek. Zwycięstwo zostało przy mnie, ale szkoda, że stało się to w taki sposób – opowiadał Polak.

W Belgradzie na najwyższym stopniu podium stanął tylko Walasek. Skład był jednak mocno eksperymentalny. Obok nieugiętego Kazimierza Paździora zabrakło także Zbigniewa Pietrzykowskiego i Leszka Drogosza. Trzon kadry stanowili młodzi i niedoświadczeni zawodnicy, którzy zostali rzuceni na głęboką wodę.

“To perspektywiczne (ze względu na Tokio) posunięcie przyniosłoby zapewne lepsze rezultaty, gdyby nasi debiutanci stoczyli przed mistrzostwami Europy szereg pojedynków z zagranicznymi rywalami. Tego jednak nie było i w efekcie mało rutynowani Polacy nie wytrzymali nerwowego napięcia, gubili się w akcjach. Dlatego też – jak oświadczył kapitan związkowy PZB, Stanisław Cendrowski – częste międzynarodowe starty dla mało doświadczonych polskich bokserów są potrzebą chwili” – odnotowano w mediach kontrolowanych przez reżim.

Świat zza krat

Niektórzy z młodszego pokolenia “pływali” świetnie – jak 20-letni Piotr Gutman, który do domu wrócił ze srebrem. W finale kategorii koguciej nieznacznie uległ Siergiejowi Siwce. Impreza w ogóle została zdominowana przez reprezentantów ZSRR, którzy zdobyli aż 5 złotych medali. Polacy do jednego złota i srebra dorzucili trzy brązowe medale. Jeden z takich krążków przywiózł Marian Kasprzyk, który na kolejny międzynarodowy start miał czekać aż trzy lata.

Dlaczego? Pięściarz znalazł się w centrum głośnego skandalu. Pierwszą bójkę z milicjantem zaliczył już podczas zabawy sylwestrowej w 1961 roku, ale wtedy sprawę udało się jeszcze załagodzić. Podobno w dużej mierze dzięki zakulisowym zabiegom trenera Stamma. Kilka tygodni po powrocie z Belgradu wszystko skomplikowało się dużo bardziej…

To było tak, że wchodziłem do restauracji, a on wychodził. Był wypity i mnie popchnął. Ja na to: przepraszam. A on: co ty, gówniarzu! Ja odchodzę, on za mną i uderzył mnie w twarz. Rozciął mi wargę. Drugi raz już nie trafił. Stało się tak, jak się stało. Ich było trzech. Jeden leży, drugi leży… (…) Nie było szans, żeby się potem jakoś dogadać. Oni nie chcieli, żebym ja z nim rozmawiał, żebyśmy poszli na ugodę. Skończyło się tak, że jego wyrzucili z pracy, a mi dali 8,5 miesiąca wyrokuwspominał pięściarz w rozmowie z naszym portalem.

Jeden z najlepszych polskich zawodników momentalnie stał się “persona non grata” w krajowym sporcie. Nie tylko odsiedział wyrok, ale po wyjściu na wolność został zawieszony w prawach sportowca… w każdej dyscyplinie! To sprawiło, że przez moment realizował się nawet jako ślusarz. Cały czas tliła się jednak nadzieja, że karencja dobiegnie końca, ale Kasprzyk został zrehabilitowany dopiero na ostatniej prostej przed igrzyskami w Tokio.

Zanim doszło do najważniejszej imprezy czterolecia, biało-czerwoni sprawdzili się jeszcze podczas kolejnych mistrzostw Europy. Zawody zorganizowane w Moskwie były kolejnym popisem Sowietów, którzy tym razem dla odmiany zgarnęli aż 6 z 10 złotych medali. Polacy potrafili się jednak postawić gospodarzom i w 1963 roku dwukrotnie wygrywali z nimi w finałach.

Tej sztuki dokonali Zbigniew Pietrzykowski i Jerzy Kulej. Pierwszy schodził powoli z wielkiej sceny i skompletował historyczne osiągnięcie – to było jego czwarte złoto mistrzostw Europy. Do dziś nikomu nie udało się przebić tego wyniku – wyrównał go kilkadziesiąt lat później Bułgar Iwajło Marinow. Kulej z kolei po raz pierwszy zdobył medal dużej międzynarodowej imprezy i wydawało się, że jego najlepsze lata dopiero nadchodzą.

Obu tych zawodników nie mogło zabraknąć w olimpijskiej kadrze. Pietrzykowski miał nadzieję, że w trzecim olimpijskim starcie wreszcie uda mu się sięgnąć po wymarzone złoto. W dwóch poprzednich startach na jego drodze stawali giganci – wybitny Laszlo Papp i Cassius Clay, który w kolejnych latach zaczął podbijać zawodowe ringi już jako Muhammad Ali.

Stamm wyciąga rękę

Za to dla Kuleja była to pierwsza olimpijska nominacja – cztery lata wcześniej po serii bratobójczych pojedynków trener Stamm wskazał na Mariana Kasprzyka. Tym razem mogło się wydawać, że banita nie ma szans na miejsce w kadrze. Pięściarz nie toczył walk – czasem tylko trenował we własnym zakresie. Nieoczekiwanie w pewnym momencie przyszło jednak powołanie do kadry.

Na dzień dobry Stamm kazał mi walczyć z mistrzem Polski, chłopakiem z Gdańska. Raz mnie uderzył po komendzie, drugi raz. Mówię: Józek, co się wygłupiasz?! A on dalej to samo. No to mu raz, drugi i Józka nie ma, jest na urlopie. (…) Potem następny, z Łodzi, mocny zawodnik. Poleciał na mnie jak głupi. Byłem szybszy, poszła kontra i po gościu. Gdyby oni do mnie nie podskoczyli, może by było inaczej. Wyszło tak, że wróciłem i znokautowałem dwóch najlepszych. No to mówią: trzeba Mariana odwiesić w tej sytuacji – wspominał pięściarz.

W drodze do Tokio pozostała ostatnia przeszkoda, ale naprawdę konkretna. O czwarte igrzyska postanowił powalczyć Leszek Drogosz – brązowy medalista z Rzymu i trzykrotny mistrz Europy. I tym razem Kasprzyk pozytywnie zaliczył ostateczną weryfikację, a w Japonii był jedną z gwiazd reprezentacji Polski. Podopieczni Stamma wrócili do kraju z siedmioma medalami, ale aż trzy razy stawali na najwyższym stopniu podium. Złote żniwa Polaków rozegrały się w kategorii lekkiej (do 60 kg), lekkopółśredniej do (63,5 kg) i półśredniej (67 kg).

W pierwszej z nich błysnął Józef Grudzień, który musiał wejść w naprawdę duże buty, zastępując Kazimierza Paździora. Ostatnia prosta przed igrzyskami też nie była dla niego łatwa, a zawodnik stracił wiele miesięcy na leczenie kontuzji prawej ręki. W Tokio był jednak poza zasięgiem i właściwie w żadnej walce nie miał większych problemów. Walcząc o finał odprawił 4:1 Amerykanina Ronalda Harrisa, a w starciu o złoto po wyrównanym pojedynku ograł Wiliktona Barannikowa z ZSRR.

Olimpijski potencjał potwierdził w Tokio także Kulej. Łatwo nie było – już w drugiej walce na Polaka czekał Richard McTaggart – dwukrotny medalista olimpijski, który w 1956 roku odebrał trofeum Vala Barkera dla najlepszego zawodnika igrzysk. Kulej wygrał 4:1, a potem złapał wiatr w żagle i w decydującej rozgrywce pokonał innego znakomitego przedstawiciela radzieckiej szkoły – Jewgienija Frołowa.

Po złoto ze złamaniem

W Japonii odkupienie znalazł również Kasprzyk. Pierwszą walkę – z mistrzem Ameryki Południowej – wygrał minimalnie 3:2. Jak sam przyznał, do ringu wyszedł wyjątkowo spięty. – Trener Stamm po walce mówi: Marian, gdybyś boksował normalnie, to takiego dziada byś przed czasem skończył! – wspominał. Potem było lepiej, choć szczęście dopisało Polakowi również w półfinale, gdzie 3:2 pokonał twardego Silvano Bertiniego. Finał miał swoją dramaturgię ze względu na kontuzję Kasprzyka. Tak wspominał to trener Stamm:

“Wziąłem na siebie odpowiedzialność za Mariana Kasprzyka, któremu różne perypetie życiowe omal nie zagrodziły drogi do udziału w igrzyskach olimpijskich w Tokio. Postawiłem na niego jako na człowieka i jako na sportowca. Nie zawiódł mnie w obydwu wypadkach. Wykazał dużo hartu. Podczas walki finałowej z doskonałym pięściarzem radzieckim Tamulisem, w której złamał palec, zapytałem go w przerwie pomiędzy pierwszą i drugą rundą:

– Marian, możesz walczyć?

– Mogę i chcę. Mam przecież szansę, panie Stamm?

– Masz – odpowiedziałem.

Wygrał i zdobył złoty medal. Przyznam się, że żaden z medali zdobytych przez naszych pięściarzy nie dał mi tyle satysfakcji. Nie chodziło już o samo zwycięstwo sportowe. Byłem świadkiem spełnienia tego, na co liczyłem – odrodzenia się człowieka” – wspominał trener.

Dorobek medalowy Polaków był jednak większy. Srebro dorzucił Artur Olech, który startował w najniższej kategorii – muszej. W półfinale miał trochę szczęścia, bo rywal z ZSRR oddał walkowera z powodu kontuzji oka. Z podobnym urazem zmagał się finałowy przeciwnik. Fernando Atzori wygrał jednak pojedynek 4:1, a potem przeszedł na zawodowstwo, gdzie sięgnął po tytuł mistrza Europy.

Jak do nich dotrzeć?

Trójka reprezentantów Polski stawała też w Tokio na najniższym stopniu podium. Tadeusz Walasek znów nie wrócił ze złotem, ale tym razem spotkał naprawdę wybitnego przeciwnika. Jego rywalizacja z Walerym Popienczenką rozpoczęła się dużo wcześniej i miała różne momenty. W 1963 roku w Łodzi po porywającym finiszu wygrał Polak, ale kilka miesięcy później w Moskwie lepszy był już rywal.

W olimpijskim półfinale po dwóch wyrównanych rundach w trzeciej Walasek postanowił pójść na całość, bo bał się, że “ładnie przegra”. Popienczenko potwierdził kunszt i skarcił przeciwnika, ostatecznie wygrywając przed czasem. Reprezentant ZSRR rozstrzygnął w ten sposób także finał, a potem otrzymał trofeum dla najlepszego zawodnika igrzysk.

Brąz w Japonii wywalczył też Zbigniew Pietrzykowski. Tym razem najpoważniejszym przeciwnikiem okazał się chyba czas. Polak sprawnie przedarł się do półfinału, a tam dość nieoczekiwanie lepszy okazał się Aleksiej Kisielow. Rywal przeważnie boksował w niższej wadze, a do tego długo był niespełniony na poziomie krajowym. W drugiej rundzie Pietrzykowski zdołał go zranić, ale nie poszedł za ciosem i później tego żałował.

Na trzecim stopniu podium skończył też Józef Grzesiak – jeden z pięściarzy młodego pokolenia, którzy dopiero co podbili krajową scenę. Takiego szczęścia nie miał Piotr Gutman, który przygodę z igrzyskami zakończył na ćwierćfinale. Mimo to skala sukcesu była imponująca, a w tym wszystkim trudno było zapomnieć o architekcie…

POLSKI BOKS NA IGRZYSKACH W TOKIO:

  • Artur Olech (srebro) – waga musza
  • Brunon Bendig (porażka w drugiej rundzie) – waga kogucia
  • Piotr Gutman (porażka w ćwierćfinale) – waga piórkowa
  • Józef Grudzień (złoty medal) – waga lekka
  • Jerzy Kulej (złoty medal) – waga lekkopółśrednia
  • Marian Kasprzyk (złoty medal) – waga półśrednia
  • Józef Grzesiak (brązowy medal) – waga junior średnia
  • Tadeusz Walasek (brązowy medal) – waga średnia
  • Zbigniew Pietrzykowski (brązowy medal) – waga półciężka
  • Władysław Jędrzejewski (porażka w pierwszej rundzie) – waga ciężka

Wszystkie olimpijskie finały rozegrano tego samego dnia – 23 października 1964 roku. Stamm wyprowadzał zawodników do walki o złoto w trzech kolejnych kategoriach, jednego po drugim. Dodatkowo rywalizował z radziecką szkołą, a w półfinałach wyższość pięściarzy ZSRR musiało uznać trzech jego podopiecznych.

Każdy z trzech finalistów wymagał innego podejścia. Kulej był pełen obaw i przeżywał jedną z wcześniejszych porażek z Frołowem, który potrafił unikać jego ataków. „Papa” miał jednak plan – zmienił nastawienie podopiecznego i doradził mu ostrożniejszy boks, który wytrącił przeciwnika z rytmu. Przesądny Grudzień nie mógł spać i… prał szczęśliwą koszulkę, w której do tej pory wygrywał. Inaczej do sprawy podchodził Kasprzyk, który przed najtrudniejszym wyzwaniem w karierze po prostu długo spał.

Jeszcze bardziej dawały do myślenia lakoniczne reakcje trenera Stamma już po wszystkim. Co miał do powiedzenia po największym sukcesie polskiego boksu w historii? – Pracowaliśmy dość solidnie i teraz są wyniki – powiedział na gorąco. Gazety odnotowały także inną wypowiedź, ale podobną w swojej wymowie. – Drużyna była dobrze przygotowana. Chłopcy walczyli z zębem – opowiadał. I to chyba kolejny aspekt geniuszu “Papy” Stamma, który doskonale czuł się w cieniu i pozwalał, by po sukcesach w centrum wydarzeń znaleźli się jego zawodnicy.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

CZYTAJ TEŻ:

O włos od medalu… Jaki był polski boks przed wojną?
Wojna, alkohol i złamane kariery. Bokserska potęga rodziła się w bólach
Igrzyska w Melbourne. Największa trenerska porażka Stamma?
Bokserskie odkupienie. Jak Polacy Rzym podbijali


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez