Od złota igrzysk do walki o tytuł. Pete’a Rademachera droga na skróty

Od złota igrzysk do walki o tytuł. Pete’a Rademachera droga na skróty

Boks olimpijski i zawodowy to dwa różne światy. Nawet najwybitniejsi olimpijczycy potrzebują czasu, by przystosować się do nowych realiów. Pete Rademacher jednak, jako jedyny w historii, po złocie igrzysk zadebiutował na zawodowych ringach walką o mistrzostwo świata. Przyspieszony kurs dojrzewania nie zakończył się dobrze, choć sensacja przez moment wisiała w powietrzu. 4 czerwca 2020 roku legendarny pięściarz zmarł w wieku 91 lat. Wszystko wskazuje na to, że do jego wyjątkowego osiągnięcia nikt już nigdy się nie zbliży.

Druga połowa lat pięćdziesiątych stała w wadze ciężkiej pod znakiem długo wyczekiwanej zmiany warty. W 1955 roku po raz ostatni pojawił się w ringu Rocky Marciano (49-0, 43 KO). Można było odnieść wrażenie, że żelazna szczęka niepokonanego króla nokautu powoli zaczyna się kruszyć. W ostatniej walce wylądował na deskach po ciosie Archiego Moore’a (149-19-8), który wywodził się przecież z kategorii półciężkiej. Dostał szansę w królewskiej kategorii, bo na horyzoncie nie było już specjalnie atrakcyjnych sportowo wyzwań dla Marciano.

Rocky miał dopiero 32 lata i coraz gorzej znosił katorżnicze treningi. Dodatkowo kłócił się z menedżerem i musiał sobie radzić z naciskami małżonki, która nie chciała już oglądać go w ringu. To wszystko sprawiło, że po kilku miesiącach wahania w kwietniu 1956 roku w końcu ogłosił zakończenie kariery. Oferty stoczenia jubileuszowej 50. walki pojawiały się jeszcze przez wiele lat, ale Marciano potrafił się odnaleźć w życiu po boksie. Często pojawiał się w telewizji, gdzie prowadził cotygodniowy magazyn pięściarski, a oprócz tego z powodzeniem realizował się jako sędzia i przedsiębiorca. 

Pięściarskie życie nie znosi próżni, dlatego do walki o wakujący tytuł mistrza wyznaczono dwóch najwyżej notowanych pretendentów. Różniło ich wszystko – Floyd Patterson (30-1) był wschodzącą gwiazdą boksu, która dojrzewała pod czujnym okiem Cusa d’Amato. Archie Moore (160-20-8) po porażce z Marciano wrócił serią zwycięstw i odzyskał tytuł mistrza świata kategorii półciężkiej. Bez względu na wynik był to pojedynek o randze historycznej. Moore debiutował na zawodowych ringach w 1935 roku – w tym samym roku Patterson dopiero przyszedł na świata!

Pete Rademacher

Pete Rademacher. Fot. Wikimedia

Dzięki wygranej młokos zapisałby się w historii jako najmłodszy mistrz wagi ciężkiej, z kolei weteran zostałby czempionem zdecydowanie najstarszym. Wygrał Floyd, a jego rekord przetrwał wiele dekad. Pobił go dopiero w 1986 roku ostatni wychowanek d’Amato – Mike Tyson. Patterson trafił jednak na specyficzny okres w królewskiej kategorii. Na szczycie nie było już legend pokroju Joego Louisa, Ezzarda Charlesa czy wspomnianego Marciano. Realia epoki dość nieoczekiwanie uchyliły jednak drzwi dla kogoś kompletnie spoza systemu.

Kariera po amerykańsku

I tu na scenę wkracza Pete Rademacher, który przez lata realizował się z sukcesami na ringach amatorskich. W sumie zaliczył tam 72 wygrane przy zaledwie siedmiu porażkach. Do boksu trafił jednak przez przypadek – jako nastolatek zmagał się z gorączką reumatyczną. Od lekarza usłyszał, że ma wzmocnić organizm, więc zaczął boksować. Był jednak wszechstronnie uzdolnionym atletą – w szkole z powodzeniem radził sobie także jako futbolista.

W 1953 roku Pete został amatorskim mistrzem kraju, a trzy lata później reprezentował Stany Zjednoczone w najcięższej kategorii (+81 kg) podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne. Przez turniej przeszedł jak burza – zaliczył trzy szybkie nokauty. W walce o złoto po jego ciosach ceniony Lew Muchin już w pierwszej rundzie trzy razy lądował na deskach. Po efektownej wygranej nad reprezentantem ZSRR Rademacher został chorążym reprezentacji podczas ceremonii zamknięcia igrzysk. Był gwiazdą i mógł czuć, że ma u stóp cały świat.

W grudniu 1956 roku pięściarz wracał do kraju z jasno zarysowanym planem. Miał już 28 lat, ale dzięki zaawansowanym zakolom wyglądał na dużo więcej. Zbudowanie od podstaw kariery zawodowej mogło zająć przynajmniej 3-4 lata, a on tyle nie miał. Trzeba było kuć żelazo póki gorące, a idealny moment był tuż po igrzyskach – gdy wszyscy mieli świeżo w głowach wyczyn Rademachera, a Patterson nie miał godnych partnerów do tańca.

Wiedziałem jak wygląda sytuacja na szczycie. Byłem przekonany, że jeśli uda mi się wywalczyć złoto igrzysk to mogę wywalczyć szansę walki o tytuł. Utwierdziłem się w tym przekonaniu po rozmowie z Cusem d’Amato. Usłyszałem, że jak załatwię 250 tysięcy dolarów dla Floyda to nie będzie problemu. Zadzwoniłem do paru bogatych znajomych biznesmenów z mojego miasta i udało się zebrać te pieniądze. Dopięliśmy wszystkie szczegóły w dwa dni, a ja z miejsca zabrałem się za poważne treningi – wspominał po latach mistrz olimpijski.

Zebranie takiej kwoty nie było wcale taką łatwą sprawą. Rademacherowi pomógł doradca, który zebrał grupę 22 przedsiębiorców. Każdy wyłożył kwotę od 5 do 25 tysięcy dolarów i dopiero w taki sposób udało się spiąć tę inwestycję. Cus d’Amato nie miał oporów – uważał, że pomysł za “fantastyczny”. Nic dziwnego – w końcu zagwarantował podopiecznemu ogromne pieniądze za stosunkowo bezpieczny występ z absolutnym debiutantem.

Walka miała się odbyć w sierpniu 1957 roku – zaledwie 9 miesięcy po olimpijskim triumfie Rademachera. Nie brakowało opinii, że ten pomysł to jeden wielki żart. Dziś coś takiego byłoby nie do pomyślenia, ale w latach pięćdziesiątych nie było jeszcze wielu federacji z niejasno określonymi przepisami. W każdej kategorii był jeden mistrz, który w określonych warunkach mógł decydować o walkach.

Nikt nie gryzł się jednak w język. Nieopierzonego pretendenta media nazywały nawet “potencjalnymi zwłokami”. Kilka dni przed walką Joe Louis kręcił nosem i mówił o “najgorzej zestawionym mistrzowskim pojedynku w historii”. Mniej więcej wtedy bukmacherzy przestali przyjmować zakłady – Patterson był ogromnym faworytem, a na jego rywala zwyczajnie nikt nie chciał stawiać. 

– Po prostu trudno uwierzyć, że mistrz pokroju Pattersona – lub jakikolwiek inny czempion wagi ciężkiej w historii – mógłby zostać pokonany przez amatora. Floyd poprawia się z walki na walkę i w wieku 22 lat jest jeszcze przed swoim szczytem. Już jednak wygląda na kogoś, kto może zostać legendą. (…) W tej walce nie chodzi jednak o to, czy Rademacher może wygrać. Rzecz w tym, że nawet jeśli przegra, to i tak doprowadzi do niemożliwego, bo w takich kategoriach trzeba interpretować zakontraktowanie tej walki – komentował kilkanaście godzin przed pierwszym gongiem Martin Kane w “Sports Illustrated”.

Mistrz ląduje na deskach, ale…

Kibice nie do końca dali się przekonać ekspertom. Na stadionie w Seattle zjawiło się blisko 17 tysięcy widzów. Przyciągnęły ich nie tylko tanie bilety (najdroższe kosztowały 20 dolarów), ale też obietnica braku transmisji w radiu i telewizji. Z tym drugim aspektem do końca się nie udało – przynajmniej dwie stacje radiowe prowadziły relację runda po rundzie. Przez moment trzeba było regulować odbiorniki, bo działy się cuda.

Ring zatrząsł się już w pierwszych minutach. Pretendent rozpoczął od ostrego ataku i już w drugiej rundzie powalił Pattersona na deski dwoma prawymi sierpowymi. Mistrz padł jak długi i wydawał się zraniony. Jeden z fanów obecnych na stadionie do tego stopnia rozemocjonował się perspektywą wiszącej w powietrzu sensacji, że nie wytrzymało jego serce – zmarł na zawał jeszcze przed końcem walki.

Powalenie Floyda na deski było moim największym błędem w tej walce. Kiedy wstał, z jego oblicza biła wściekłość. Na początku byłem podekscytowany i wydawało mi się, że już nie wróci do walki. To się nie potwierdziło, a u mnie potem wyszła amatorska kondycja. Gdybym zaliczył wcześniej jedną albo dwie dziesięciorundowe walki, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej – opowiadał po latach nieoczekiwany pretendent.

Patterson w kolejnych minutach po nokdaunie pokazał mistrzowską klasę. Przetrwał kryzys, a już w trzeciej rundzie sam rzucił Rademachera na deski. Z każdą kolejną minutą przewaga faworyta rosła. Dzielny rywal był liczony jeszcze sześć razy aż wreszcie zlitował się nad nim sędzia. Walka zakończyła się w szóstej rundzie. – Pete to najdzielniejszy fighter jakiego widziałem w życiu – ocenił po wszystkim Tommy Loughran, który tym razem wcielił się w rolę arbitra ringowego, ale wcześniej sam był wybitnym mistrzem i w ringu widział prawie wszystko.

Po walce wszystko się zmieniło. Dziennikarze już nie szydzili z Rademachera i doceniali jego hart ducha. Pokonany pogratulował mistrzowi i znów wszystkich zszokował – tym razem zapowiedzią… zakończenia kariery. Potem rozwinął tę myśl i zdradził, że od początku miał taki plan – chciał wejść i wyjść z boksu zawodowego jednego wieczora bez względu na wynik. Nie ma się co oszukiwać – raczej blefował. Jako nowy czempion miałby na horyzoncie szereg walk gwarantujących ogromne pieniądze, którym pewnie nie dałby rady się oprzeć.

Mimo wszystko nie zdołał wytrwać w postanowieniu nawet po porażce. Niespełna rok po debiucie zmierzył się z Zorą Folleyem (40-2-2) – jednym z wysoko notowanych pretendentów. Tym razem mniej więcej wiedział na co się pisze – obaj znali się w końcu z czasów amatorskich. Walczyli dwukrotnie i każdy wygrywał po razie. W zawodowym ringu kibice obejrzeli wyjątkowo jednostronny pojedynek, w którym Rademacher cztery razy lądował na deskach zanim arbiter w czwartej rundzie powiedział dość.

Mistrz olimpijski dopiero mając bilans 0-2 zaczął budować karierę w bardziej tradycyjny sposób. W pewnym momencie pokonał nawet nieopierzonego George’a Chuvalo (17-3-1), który w kolejnych latach dał się poznać jako jeden z najtwardszych pięściarzy w historii wagi ciężkiej. Rademacher nigdy nie stał się jednak pretendentem z krwi i kości, a jedną z ostatnich porażek zaliczył w 1961 roku… z 45-letnim już Archiem Moorem (182-22-9). Weteran posyłał go na deski aż osiem razy.

Po zakończeniu kariery Pete realizował się jako organizator gal i promotor. Złośliwi dogryzali, że w sumie zawsze wychodziło mu to lepiej niż sama walka, ale to nie do końca prawda. Rademacher po prostu trafił na wyjątkowy moment i znalazł w sobie wystarczająco dużo samozaparcia, by dokonać czegoś niezwykłego. Nigdy potem żaden pięściarz w debiucie nie boksował o mistrzowski tytuł i trudno sobie wyobrazić, by miało się to zmienić.

Najbliżej był Wasyl Łomaczenko (14-1, 10 KO). Dwukrotny złoty medalista olimpijski w zawodowym debiucie też walczył o tytuł, ale dużo mniej znaczący. Pas WBO International to tylko przepustka do rankingu, która pozwala uzyskać prawa pretendenta. Ukrainiec i tak podążył przyspieszoną ścieżką – o pełnoprawny tytuł mistrzowski walczył już w drugiej walce, ale również przegrał. Nie przeszkodziło mu to w zostaniu jedną z największych gwiazd współczesnego boksu.

Wydawało się, że Pete Rademacher wszystko w karierze rozegrał książkowo. Wszedł do zawodowej gry na własnych zasadach i tak też ją opuścił. Często lądował na deskach, ale nigdy nie został ciężko znokautowany. Długo zachowywał ostrość umysłu i dożył sędziwego wieku, chwaląc się w każdych okolicznościach olimpijskim złotem. W ostatnich latach zmagał się jednak z demencją. Rodzina poinformowała już, że po śmierci pięściarza naukowcy wezmą pod lupę jego mózg, co może pomóc w lepszym zrozumieniu chronicznej encefalopatii pourazowej (CTE) – choroby znanej czasami jako „demencja boksera”.

KACPER BARTOSIAK

Fot. YouTube


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Bartek
Bartek
7 miesięcy temu

Dobra robota!

Aktualności

Kalendarz imprez