Od zardzewiałego roweru do wielkich triumfów. Historia Richarda Carapaza

Od zardzewiałego roweru do wielkich triumfów. Historia Richarda Carapaza

Nieco ponad rok temu niespodziewanie wygrał Giro d’Italia, stając się pierwszym Ekwadorczykiem w historii kolarstwa, któremu udała się taka sztuka. Z miejsca pokochał go cały kraj. Ale droga Richarda Carapaza do sukcesu była jeszcze trudniejsza niż najeżona podjazdami trasa Giro. Dla swoich rodaków jest pionierem, człowiekiem, który dokonał niemożliwego. Sam liczy, że pójdą za nim inni. Tym bardziej, że do włoskiego sukcesu chce dołożyć kolejne, gdy tylko kolarstwo wróci do życia. W tym olimpijski.

Giro

Raczej nikt nie wymieniał go w gronie faworytów. I to mimo tego, że – do czego jeszcze przejdziemy – rok wcześniej na trasie włoskiego touru zaprezentował się naprawdę świetnie, kończąc jazdę na czwartym miejscu. Powoli wyrabiał sobie też markę w peletonie. Jednak jeśli w drużynie masz Mikela Landę, to on postrzegany jest jako faworyt do zwycięstwa i, w teorii, to na niego powinien pracować zespół. Równocześnie jednak wiesz sam, że po górach potrafisz jeździć świetnie, wysokość nie sprawia ci żadnych problemów i włoska trasa po prostu ci pasuje. Wiesz też, że radzisz sobie coraz lepiej w jeździe indywidualnej na czas, co będzie kluczowe w zbliżającym się wyścigu. Innymi słowy: wiesz, na co cię stać.

Richard Carapaz faktycznie to wszystko wiedział. Jeszcze przed startem Giro d’Italia 2019 mówił dziennikarzom o swojej formie i czekającym go wyzwaniu. – Jak do tej pory sezon przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Wielkim celem jest Giro, do którego się przygotowujemy. W Kolumbii i Argentynie jechaliśmy świetnie. W San Juan pomogłem liderowi odnieść zwycięstwo, w Kolumbii mogłem jechać na własne konto i błyszczałem w górach. Potem przenieśliśmy się do Europy, chwilę poświęciłem na przestawienie się na tutejsze warunki i w Asturii [obronił tam tytuł – przyp. red.] znów było świetnie.

– Od października sprawdzam profil trasy Giro i jej detale. Kiedy ustalasz sobie taki wyścig jako cel, jesteś zainteresowany wszystkimi możliwymi szczegółami. Najbardziej martwią mnie trzy etapy jazdy na czas. Pracowałem nad nimi, wiedząc, że to mój słaby punkt. Będę musiał zrobić wszystko jak najlepiej, bo od nich zależeć będzie, co będę w stanie osiągnąć w klasyfikacji generalnej. Jeśli stracę tam tylko minutę lub dwie zamiast trzech, to będzie to dla mnie spora zaliczka. Już na początkowych etapach niektórzy mogą wiele stracić. […] Ale w tym wyścigu są też góry i to w najważniejszym, ostatnim tygodniu. Długie, trudne podjazdy. Ostatnie cztery dni będą brutalne.

Początek Giro dla Carapaza był jednak naprawdę beznadziejny. Richard sporo stracił już na pierwszych trzech etapach, miał swoje problemy. – W moim kraju powtarzają, że „Ekwadorczycy nie wygrywają”. Więc gdy zacząłem od porażek, nikt się nie dziwił. Straciłem 47 sekund w trakcie jazdy na czas, potem 46 przez problemy mechaniczne i kraksę na drugim etapie. Nie martwiłem się jednak przesadnie stratą z czasówki – nie jestem specjalistą, pojechałem ją dobrze. Potwierdziło mi to, że mam w nogach moc, by walczyć o podium. Ale po problemach z drugiego etapu czułem, że Giro wyślizguje mi się z rąk. Kiedy dotarłem do hotelu, zadzwoniłem do Tani, mojej żony. Ona mnie naprostowała. Przypomniała mi Giro Froome’a sprzed roku [przez 80 km jechał samotnie i wygrał etap wyprzedzając o trzy minuty… Carapaza. Dzięki temu wygrał też Giro – przyp. red.]. Następnego dnia wyścig zaczął się dla mnie od zera. Pierwsze trzy etapy nigdy się nie wydarzyły.

Czwartego dnia Richard zaatakował po raz pierwszy. Wszystko przebiegało wtedy chaotycznie, kilka kilometrów przed metą spora kraksa podzieliła peleton. Carapaz jechał z przodu, uniknął upadku. Potem wystartował 600 metrów przed metą, chcąc zgubić Caleba Ewana. Wiedział, że nie zrobi tego w sprincie na ostatnich metrach, więc taki atak to jego jedyna szansa. Pomysł wypalił, Ekwadorczyk zgarnął dla siebie etap. To dodało mu wiary, uskrzydliło. Tym bardziej, że sporo czasu stracił Mikel Landa, co oznaczało, że Richard może zostać liderem ekipy.

Carapaz jednak dalej był niewidoczny dla wszystkich. Ot, jego wygrana się zdarzyła, bo zawsze ktoś wygrać etap musi. Po prostu. Skupiano się raczej na trójce Landa, Vincenzo Nibali i Primoz Roglic. To oni mieli walczyć o zwycięstwo w generalce. Ale Richard wiedział swoje. – Pamiętam, że po jednym z pierwszych etapów do hotelu przyszedł gość z Canyona. Rozmawiał z jednym z naszych mechaników, a moim przyjacielem, Tomasem Amezagą. Kiedy przechodziłem obok, powiedziałem Tomasowi: „Powiedz mu, żeby przygotował różowy rower, bo będzie mi potrzebny”. To był dowcip i obaj się śmiali, ale ja wiedziałem, że to możliwe.

Richard Carapaz na trasie Giro. Fot. Newspix

Richard Carapaz – jeszcze bez różowej koszulki – na trasie Giro. Fot. Newspix

Następnego dnia to potwierdził. To był czternasty etap, historyczny dla Carapaza i Ekwadoru. 28 kilometrów przed metą Richard zaatakował. Chciał sprawdzić, kto za nim pojedzie. Na szczycie podjazdu, gdzie zaczął ucieczkę, miał 30 sekund przewagi. Reszta trasy – poza zjazdem – była wręcz skrojona pod niego. Rywale skupili się na sobie, nie myśleli, że ten gość jest w stanie uzyskać znaczną przewagę. A jednak. Richard pojechał znakomicie, a oni… wręcz zwolnili, grając między sobą w kolarskie szachy. Ostateczny wynik? Carapaz wygrał etap i wyszedł na prowadzenie w generalce, siedem sekund przed Rogliciem. – Sam nie mogę w to uwierzyć. To jak sen, ale pracowałem na jego spełnienie naprawdę długo. Ten wysiłek przynosi dziś rezultat – mówił Richard.

Na kolejnym etapie Roglic wpadł w barierkę i miał wpadkę związaną z wymianą roweru. Carapaz nie musiał się nawet starać, a i tak zyskiwał sekundy. Nad Słoweńcem miał już ich 47 przewagi. Potem przyszedł etap w Anterselvie, piekielnie trudny, który Ekwadorczyk pojechał wspaniale, powiększając różnicę między nim a resztą stawki. Następnie – na 20. etapie – wraz z Landą zabrali się z atakującym Miguelem Angelem Lopezem z Astany. Jechali świetnie i choć rywale na moment ich dogonili, to ostatecznie obaj kolarze z Movistaru i tak im odjechali. Landa wskoczył wtedy na podium klasyfikacji generalnej. Zresztą, co warto dodać, jego postawa była kluczem w historycznym zwycięstwie Carapaza. To on miał być w tym wyścigu liderem ekipy. Gdy jednak okazało się, że Richard jedzie lepiej, wcielił się w jego pomocnika i wywiązał z tej roli znakomicie.

Nie mógł jednak pomóc Carapazowi na ostatnim etapie – w trakcie jazdy indywidualnej na czas. – Dziś na ostatnim podjeździe było nas już niewielu, Landa ruszył by zobaczyć co jesteśmy w stanie ugrać, czy mam szansę zgarnąć etap, a może zapewnić mu miejsce na podium. Ja myślę już o jutrzejszej czasówce i swojej przewadze. Nie sądzę, że stracę dużo, ale podczas wyścigu zdarzyć się może wszystko – mówił lider po przedostatnim etapie. Następnego dnia miał pojechać po zwycięstwo.

Wiadomo było, że Nibali – w tamtym momencie jego najgroźniejszy rywal – jeździ czasówki dużo lepiej od niego. Wiadomo było, że Carapaz pojedzie jako ostatni. I że to tylko, ale równocześnie aż – 17 kilometrów. Nie powinien stracić zbyt dużo. Wszystko wskazywało na to, że będzie cieszyć się z historycznego sukcesu. I tak też się stało.

W moim kraju mamy kulturę przegrywania. Ludzie mają wątpliwości, nie są w stanie podejmować decyzji. Kiedy nosiłem różową koszulkę lidera, wszyscy myśleli, że wezmę udział w kraksie albo coś się stanie, bo dla Ekwadorczyka wygranie Giro było niemożliwe. […] Wcześniej zawsze pracowałem na rzecz lidera. Nigdy sam nim nie byłem, ani nie dzieliłem tego statusu z kimś takim jak Mikel. Przygotowałem się jednak na to, że w końcu będę jeździć na swoje konto. […] W domu ludzie typowali przeciwko mnie. Udowodniłem im, że byli w błędzie. Ekwadorczycy potrafią wygrywać. Jestem żywym dowodem. Jestem zwycięzcą Giro.

Na mecie towarzyszyła mu rodzina. Przyjechali z Ekwadoru z nadzieją, że będą świętować. Nie zawiedli się. W jego rodzinnej miejscowości wyścig pokazywano na telebimie. Sąsiedzi, znajomi i inni mieszkańcy też przeżywali „największy sukces w jego życiu”, jak określił to Richard. O tym zwycięstwie pisały wszystkie ekwadorskie gazety. Wszędzie była jego twarz. Carapaz z miejsca stał się legendą. Gdy wrócił do kraju, witały go tłumy, a on apelował, by wsiadać na rowery. I żeby uważać, gdy już się na nie wsiądzie, by uniknąć wypadków.

Wiedział, co mówi. Po drodze do wielkości sam ich trochę zaliczył.

Zardzewiały rower

Urodził się w Tulcan w 1993 roku. Prowincja Carchi, skąd pochodzi, znany jest jako ekwadorska stolica kolarstwa. Leży blisko Kolumbii, w wysokich górach, ponad 3000 metrów nad poziomem morza. Do jazdy po wzniesieniach Richard był więc naturalnie przygotowany. Zresztą żaden inny zwycięzca Wielkiego Touru nie urodził się wyżej. Jako dzieciak Carapaz był raczej cichy, nie spodziewano się, że będzie odnosił tak wielkie sukcesy.

Pamiętam, że byłem introwertycznym chłopcem, który lubił chodzić po pobliskich polach. Moje dzieciństwo było jednym z najlepszych okresów w moim życiu. Pamiętam, że byłem szczęśliwy. Nigdy nie czułem, by w moim domu czegoś brakowało. Moi rodzice zawsze byli tam, żeby nas wesprzeć. Cieszyliśmy się każdą chwilą. Myślę, że to było ważnym czynnikiem. Jeśli cieszysz się dzieciństwem, to jako dorosły możesz dać z siebie wszystko – mówił Richard.

Na początku raczej nie marzył o jeździe na rowerze. Są różne wersje tego, co się potem stało. Jedna mówi, że rower do domu przyniósł jego tata. Stary BMX bez siodełka, hamulców i pedałów. Potem naprawiony, dziś pozostawiony jako ważna rodzinna pamiątka. Inna mówi, że zaczęło się od równie starego sprzętu, ale znalezionego przez samego Richarda gdzieś na śmietniku. Rower był zardzewiały i nie miał siodełka oraz opon. Carapaz na to nie zważał, zakochał się w nim. Ojca spytał, czy może go zachować. Otrzymał zgodę, a potem sam go naprawiał. Jeździł na nim do szkoły.

Mój rower był specjalny, bo nikt inny takiego nie miał. Wszyscy moi znajomi mieli rowery z oponami, w moim ich brakowało – wspominał. Polubił wtedy kolarstwo. Ale długo jeździł tylko, bo lubił. Albo bo musiał – do wspomnianej szkoły lub pracy. Bo pracował już jako dzieciak. Czy to na rodzinnym polu, czy u obcych. Dobrze pamięta dojenie krów – jego matka zachorowała na raka, gdy był nastolatkiem, musiał się nimi w tym czasie opiekować i sprzedawać mleko. Pamięta też pracę na polach, której często się podejmował.

Pamięta również, jak miał 13 lat i w jego szkole zjawił się Juan Carlos Rosero, jeden z najlepszych kolarzy w historii Ekwadoru. Mówił, że warto trenować ten sport i zachęcał do tego uczniów. Carapaz porozmawiał z nim chwilę, powiedział, że chciałby zostać kolarzem, w zamian dostał pierwsze rady. Potem wrócił do domu i pracował, jak co dzień, na farmie. Ale kolarskie ziarno zostało zasiane – Richard myślał o sporcie coraz więcej. Wkrótce dzień dzielił między szkołę, pracę i pierwsze, nieco nieporadne treningi.

Te kończyły się różnie. Raz jechał na rowerze wraz z bratem (Cristian, siedział na kierownicy) i siostrą (Marcela, siedzącą za Richardem). Zjeżdżali ulicą, ale zepsuły się hamulce. Marcela próbowała zahamować nogami, to sprawiło jednak tylko, że rower się wywrócił i wszyscy polecieli na asfalt. Nic poważnego jednak im się nie stało, a po latach Richard mówił, że „to tylko kolejny wypadek”. Zwracamy uwagę na słowo “kolejny”. Dużo poważniejszy przytrafił mu się w 2013 roku, gdy stał na progu zawodowej kariery. Kierująca samochodem zignorowała wtedy znak stopu i wjechała prosto w Carapaza. Skończyło się stłuczeniami i rozcięciami na nogach.

O tych jednak szybko zapomniał. I dalej jeździł. Jak już wiecie – opłaciło się. Dziś znają go już nie tylko jego sąsiedzi, którzy widzieli dzieciaka, a potem nastolatka szalejącego na rowerze. Zna go cała ojczyzna, a nawet ludzie poza nią.

Ekwador

W Giro d’Italia 2019 jechało trzech ekwadorskich kolarzy. To i tak dużo. Ekwadorczycy, jeśli już są zwariowani na punkcie jakiegoś sportu, to jest nim piłka nożna. Choć i tam nie są potęgą (pomijamy rok 2006 i mecz z Polską), raczej uchodzą za typowego średniaka – na mundialu zagrali trzykrotnie, w Copa America nigdy nie byli na podium. – Pomoc [jako sportowiec] otrzymujesz tylko wtedy, gdy zaczynasz grać w piłkę. Na szczęście dostałem szansę jazdy w innych krajach, gdzie mogłem rozwijać swój talent. Nigdy się nie poddałem, to był klucz – mówił Carapaz.

Największe sportowe sukcesy Ekwadoru można policzyć na palcach jednej ręki. W 1990 roku Andres Gomez nieco niespodziewanie wygrał tenisowy Roland Garros, po finale z Andre Agassim. Wcześniej zdobył też dwa inne tytuły, ale w deblu. Sześć lat później na igrzyskach olimpijskich pokazał się Jefferson Perez, utalentowany chodziarz, który zdobył pierwszy medal, od razu złoty, dla swojego kraju. Dwanaście lat później dołożył do tego srebro. I to cały medalowy dorobek ojczyzny Richarda Carapaza na igrzyskach. Nic dziwnego, że on sam marzy o medalu olimpijskim.

Wielkim sportowym idolem Ekwadorczyków stał się w pewnym momencie Antonio Valencia, grający m.in. w Manchesterze United. Takimi byli też przez chwilę piłkarze LDU Quito, którzy w 2008 roku wygrali Copa Libertadores – południowoamerykański odpowiednik Ligi Mistrzów. I to tak naprawdę tyle. Owszem, sukcesów było, oczywiście, więcej. Ale żaden z nich nie na tyle duży, by go tu wymienić. Do tego towarzystwa doskoczył więc Richard Carapaz, gdy wygrał Giro. Wielu wierzy, że za nim pójdą kolejni.

Myślę, że kolarstwo w Ekwadorze staje się coraz mocniejsze. Pojawiło się więcej fanów, nawet szkoły kolarskie, dzieciaki na rowerach – to wszystko się poprawiło. Oczywiście, trzeba pamiętać, że zbudowanie podstaw musi potrwać, wciąż pozostaje sporo do zrobienia. Musimy walczyć o ten postęp i kontynuować rozwój. Ludzie w moim kraju naprawdę mnie wspierali w ostatnich latach. To wiele dla mnie znaczy – mówił Richard.

Richard Carapaz na mecie Giro. Fot. Newspix

Richard Carapaz na mecie Giro. Fot. Newspix

Już gdy dojechał czwarty w Giro d’Italia 2018, w Ekwadorze zrobiono z tego ogromną sprawę. Wygrał wtedy pierwszy etap Wielkiego Touru w historii tamtejszego kolarstwa. Gratulował mu go sam prezydent, który podobno oglądał jego jazdę na żywo. Gdy wrócił wtedy do kraju, nagle znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości – wcześniej nie był przesadnie znany, nagle stał się gwiazdą. Tym większą, że ostatnie dwa dni tamtego wyścigu ESPN puścił w ojczyźnie Richarda w otwartym paśmie.

Ludzie skandowali „dziękujemy, bohaterze”. Dziesiątki kolarzy i fanów szło przez ulice Quito, stolicy kraju, gdzie zjawił się po tamtym wyścigu Carapaz. Został nawet mianowany „Turystycznym Ambasadorem Ekwadoru” przez Ministra Turystyki. – Nagrody są dla ludzi, którzy działają na rzecz kraju i wysoko zanoszą jego imię. Richard Carapaz zrobił to w ciągu 21 dni trwania Giro – mówił minister. Carapaz twierdził za to, że zupełnie się tego nie spodziewał, ale był wzruszony. Pewnie jeszcze bardziej, gdy usłyszał, że napisano o nim nawet piosenkę.

Oficjalnie ogłoszono też wtedy, że – by pomóc rozwojowi kolarstwa, nawet tego rekreacyjnego – zniesiony zostanie… podatek na sprowadzanie do kraju rowerów. Wiele z nich było wcześniej szmuglowanych przez granicę, żeby uniknąć ceł. Teraz ten proces miał stać się w całości legalny, właśnie poprzez zniesienie opłat. Kolarstwo miało stać się odgórnie wspierane, rząd chciał mu dopomóc. Eusebio Unzue z Movistaru twierdził wtedy, że za niedługo więcej będzie Ekwadorczyków w ścisłej czołówce światowego peletonu.

Nie mam co do tego wątpliwości. Szybko pojawią się kolejni tacy zawodnicy. Kolumbia ma bogatą rowerową historię, Ekwador nie za bardzo. Richard stanie się przez to ważną postacią w swoim kraju, co popchnie do przodu całe tamtejsze kolarstwo. To naród, gdzie wiele osób mieszka na wysokościach powyżej 2000 czy nawet 3000 metrów. Takie środowisko to naturalna pomoc w uprawianiu tego sportu, przewaga dla nich. Zobaczymy, ile czasu zajmie im zdobycie większej reprezentacji w peletonie.

Przypomnijmy, że to wszystko działo się przed wygraną Richarda Carapaza w ubiegłorocznym Giro. A po niej nad tym, czy Ekwador zostanie nową potęgą, zastanawiali się już wszyscy. Jedno jest pewne już teraz: kolejni kolarze z tego kraju powinni mieć na drodze do sukcesów dużo mniej przeszkód niż sam Richard. Bo to on skutecznie przetarł im szlaki, tak jak jemu przecierał m.in. Juan Carlos Rosero.

Droga do… INEOS

Jeździć na poważnie zaczął, gdy miał 15 lat. Wtedy znalazł pierwszy, jeszcze amatorski klub. Trenował z Juanem Carlosem Rosero (który wcześniej ponownie zawitał do jego szkoły i zaprosił dzieci do własnej ekipy) oraz Paulo Caicedo, byłymi już gwiazdami ekwadorskiego kolarstwa. Powoli wyrabiał sobie renomę i osiągał małe, a z czasem i coraz większe sukcesy. Miał dwadzieścia lat, gdy jego nazwisko zaczynało się regularnie pojawiać w rubryce „zwycięzca” na kolejnych wyścigach.

Najpierw – na Vuelta a Guatemala – był najlepszym młodym kolarzem. Potem zgarnął tytuł do lat 23 na igrzyskach panamerykańskich. Jeszcze później przyszła osobista tragedia – zmarł Juan Carlos, który wprowadzał go w świat zawodowego kolarstwa. – Myślałem, że to żart. Półtora godziny wcześniej się z nim pożegnałem. Szybko pobiegłem do szpitala, mając nadzieję, że to pomyłka i po prostu zasłabł po porannym treningu, ale nie – to była prawda. W tamtym momencie nauczyłem się, że nic w życiu nie jest pewne. W mgnieniu oka wszystko może się zmienić – wspominał Richard, który do dziś żałuje, że w domowym albumie nie ma zdjęcia z trenerem i przyjacielem w jednej osobie.

W tamtym okresie nadal jeździł bardzo dobrze. Ale zaczęły go nachodzić coraz poważniejsze wątpliwości. Na początku 2014 roku nie miał profesjonalnego klubu, sporo musiał do kolarstwa dokładać. Coraz więcej, jeśli chciał wskoczyć na wyższy poziom. – Szukam klubu, który zaopiekowałby się mną i dał mi gwarancję tego, że mogę jeździć w Europie – mówił. Już wcześniej miał okazję sprawdzić się w kilku małych europejskich wyścigach. Szło mu nieźle, więc wiedział, że szanse na angaż ma. Ale propozycje nie nadchodziły. Do Ekwadoru z Europy nie zaglądano zbyt często.

Uratowała go propozycja od sąsiadów. Luis Alfonso Cely, były kolarz, zresztą z kilkoma sukcesami na koncie, zaprosił go do swojej drużyny. – Poznałem Richarda w 2013 roku na Vuelta a Guatemala. Zapełniliśmy wtedy podium, a on był dziewiąty i najlepszy spośród młodzieżowców – wspominał Cely. Kiedy więc dowiedział się, że Carapaz nie wie, co ze sobą począć, od razu wyciągnął do niego rękę. Zresztą do Kolumbii Richard miał blisko, więc dłoń kolegi po fachu schwycił i zaczął jeździć zagranicą. W 2014 roku nie osiągał jeszcze wielkich rezultatów, zresztą jeździł stosunkowo mało. Ale już kolejny sezon był przełomowy.

Świetnie zaprezentował się wtedy na trasie Vuelta de la Juventud, zostając pierwszym obcokrajowcem, który wygrał ten wyścig. Uwagę zwrócili na niego przez to Hiszpanie. Trafił do ekipy Lizarte na półroczne testy. Siostra Carapaza pamięta, że ten nie miał otrzymać za nie wynagrodzenia. – Istniało ryzyko, ale Richard nie miał wątpliwości. Od razu powiedział: „Jadę”. – Opłaciło się. W kolejnym roku stał się już profesjonalistą. I to w Europie. Ściągnął go do siebie Movistar, który często korzysta z talentów testowanych wcześniej w Lizarte.

Pierwszy pełny sezon w World Tourze zaliczył w 2017 roku. Już wtedy w kilku wyścigach zaprezentował się z dobrej strony. Ze złej z kolei na igrzyskach boliwaryjskich, gdzie – wraz z kilkoma kolegami po fachu – został wydalony z imprezy, bo… zapił. Wszyscy przeprosili i sprawa ostatecznie rozeszła się po kościach. Zresztą do dziś krąży kilka wersji o tym, jak to naprawdę było – jedna mówi, że zawodnicy zabalowali wbrew nakazom przełożonych, druga, że po prostu siedzieli w barze, bo, mimo wcześniejszych ustaleń, nikt nie przyjechał o właściwej porze, by ich odebrać, więc postanowili tam wejść, by poczekać w środku i spokojnie sobie posiedzieć. A że przy okazji wypili po kilka piwek…

Richard Carapaz w 2018 roku. Fot. Newspix

Richard Carapaz w 2018 roku. Fot. Newspix

Ten incydent nie zahamował jednak jego kariery, wręcz przeciwnie. W Movistarze coraz wyżej ceniono sobie usługi Carapaza, wciąż bardzo młodego jak na kolarza. Jako swoje marzenie Richard już wtedy wymieniał wygraną w Giro d’Italia. I pewnie wielu uśmiechało się z politowaniem. Ale potem przyszedł 2018 rok i spore sukcesy. We włoskim tourze był czwarty, w mniejszych wyścigach zdarzało mu się już wygrywać. Nauczył się też wszystkiego, co początkowo sprawiało mu problemy.

W Europie jeździ się inaczej, w inny sposób rozgrywane są całe wyścigi. Musiałem się do tego przyzwyczaić. Umiejscowienie w peletonie, unikanie nadmiernego wysiłku staje się bardzo istotne. Trudno było mi się tego nauczyć. Przez pierwsze trzy miesiące sporo się dowiedziałem. Byłem jak gąbka, wchłaniałem wszystkie informacje, jakie tylko mogłem. Potem zaliczyłem debiut, który był przez to łatwiejszy. W Ameryce Południowej jeździ się znacznie „luźniej”, mniej taktycznie. W Europie wszystko bazuje na sile zespołu i jednym kolarzu, który jest liderem i ma wygrywać – mówił.

W końcu w karierze Richarda przyszły sukcesy, a wśród nich ten największy – wygrane Giro. Potem miał jechać jeszcze hiszpańską Vueltę, ale treningowy upadek sprawił, że zdecydował się wycofać. Do końca sezonu nie osiągnął już nic wielkiego, a po nim… zmienił drużynę. Wybrał Team INEOS, największą grupę kolarską z gwiazdami pokroju Chrisa Froome’a, Gerainta Thomasa czy Egana Bernala. Dla wielu był to ruch nielogiczny. On twierdził inaczej.

– Uważam, że transfer do INEOS to dobry pomysł, jeśli chodzi o kontynuowanie kariery. Znam wielu zawodników z tej drużyny, wierzę, że sporo razem osiągniemy. Mam nadzieję, że sukcesy wciąż są przede mną – mówił. Ale wiadomo, że skusiło go też coś innego – pieniądze. W INEOS dostaje po prostu znacznie więcej niż miałby w Movistarze, w którym… wszyscy byli piekielnie zdenerwowani odejściem Carapaza. Na tyle, że oskarżono go nawet o nielojalność.

Od zespołu nie dostałem tego rodzaju zaufania, które potrzebowałem. Nie byłem nielojalny. Dałem drużynie więcej, niż chcieli. Jako kolarz dałem z siebie wszystko. Skoro tego nie docenili, to ludzie są w stanie sami wyciągnąć z tego wnioski. Trudno było mi żyć w tych warunkach. To jak mieć nóż nad głową bez wiedzy, kiedy spadnie. Były takie sytuacje, gdy na wyścigach byliśmy ja i Mikel Landa [który też zresztą odszedł z Movistaru – przyp. red.] i nie wiedzieliśmy, kto ma komu pomagać – mówił Carapaz.

W INEOS obiecano mu szanse i jasną sytuację – dostaniesz kilka wyścigów, na których będziesz liderem, w innych pomożesz kolegom. Carapaz na to przystał. Tym bardziej, że wiedział, jakie idą za tym wszystkim warunki i możliwości. Stąd to przejście. Co by nie mówić, Ekwadorczyk sam sobie na nie zapracował. Oczywiście, nie byłoby go tu bez ludzi, którzy po niego sięgnęli i mu zaufali, ale – powiedzmy sobie wprost – odpłacił im się.

Na przestrzeni całej swej kariery jeździł najlepiej, jak mógł. Dawał z siebie wszystko. Dlatego osiągnął sukces. I pewnie osiągnie kolejne w najbliższych sezonach. Właśnie, a skoro o tym mowa…

Co dalej?

No właśnie, co dalej? To pytanie rozbrzmiewa zawsze, gdy mowa o Richardzie Carapazie. Po przejściu do INEOS miał stać się na stałe jednym z czołowych kolarzy peletonu, choć rywalizującym o miano lidera ekipy z równie utalentowanymi zawodnikami. Na razie nie miał okazji, by potwierdzić swój status, bo kolarstwo – jak i cały sport – storpedowała pandemia. Mimo tego jego główny cel pozostaje bez zmian – chce obronić tytuł na Giro.

Chcę być we Włoszech w jak najlepszej formie, żeby spróbować znów wygrać i powtórzyć swój sukces. Po wygranej przeżywałem szalony czas. Ludzie w Ekwadorze identyfikowali się ze mną, czuli, jakby uczestniczyli w moim sukcesie, byli ze mnie dumni. Wiele się zmieniło, stałem się sławny. Nie jest łatwo sobie z tym poradzić, ale próbuję dostrzegać korzyści. Kraj się zmienia, mamy młode talenty, które śnią o sukcesie – mówił.

On sam też o nim śni. Że wygrać we Włoszech potrafi – już udowodnił. Ale ma też drugi cel. Na jego zrealizowanie będzie musiał poczekać nieco dłużej. – Chcę zostać mistrzem olimpijskim. To moje marzenie. Oczywiście, chcę też wygrywać kolejne wyścigi, ale mistrzostwo olimpijskie to najważniejsza rzecz – mówił. Pierwszą szansę na spełnienie tego snu otrzyma – o ile po drodze nie wydarzy się nic nieprzewidzianego – w Tokio. Jak duże będą jego szanse?

– Carapaz jako jeden z czołowych górali peletonu na tak trudnej trasie musi być brany pod uwagę jako kandydat do medalu. Ponieważ jednak zmagania nie kończą się podjazdem, a płaskim dojazdem do finiszu, jego szanse nieco maleją. Samotny odjazd będzie bardzo trudny, a w nawet niewielkiej grupce ma małe szanse na to, by wygrać sprint na metę – mówi Tomasz Czernich, redaktor naczelny portalu kolarsko.pl.

Jeśli pamiętacie trasę z Rio de Janeiro i zmagania Rafała Majki na ostatnich kilometrach – to mniej więcej to. Inna sprawa, oczywiście, że Majka długo jechał wtedy w trzyosobowej grupce, ale Vincenzo Nibali i Sergio Henao się przewrócili, przez co został sam. No i wyminęli go kolarze, którzy lepiej radzą sobie na płaskim. Dlatego dla Carapaza na trasie w Tokio kluczowe będzie to jak dojedzie do ostatnich metrów i z kim. Jeśli ma mieć szanse na zwycięstwo, musiałby albo wyliczyć sobie co do sekundy i metra moment na oderwanie się od rywali, albo dojechać w grupce kilku zawodników, z których byłby najszybszy na finiszu. Sęk w tym, że musieliby to być bardzo wolni kolarze, bo i sam Carapaz sprinterem po prostu nie jest.

Jeszcze jedna ważna rzecz – siła reprezentacji, pracującej na lidera. Kolarstwo w Ekwadorze, owszem, rozwija się i już teraz jest tam, obok Richarda, kilku niezłych zawodników. Sęk w tym, że porównując ich możliwości do Francuzów, Hiszpanów, Belgów czy nawet sąsiadów z Kolumbii, Ekwador wypada blado. Pisząc wprost: Carapaz będzie mieć po prostu gorszych pomocników na trasie. Co nie oznacza, oczywiście, że w tym konkretnym wyścigu nie spiszą się na – dosłownie – medal.

To w końcu igrzyska – wszystko jest możliwe. Nawet dołożenie trzeciego w historii Ekwadoru medalu olimpijskiego. W sporcie, który raczej Ekwadorczyków nigdy nie kręcił. Bo jeśli ktoś ma to zrobić – to zdecydowanie jest tym kimś właśnie Richard Carapaz.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez