Od walki o niepodległość, po walkę o medal olimpijski. Życie Adama Królikiewicza

Od walki o niepodległość, po walkę o medal olimpijski. Życie Adama Królikiewicza

Sam uważał się za słabego jeźdźca, a mimo to odnosił sukcesy na całym świecie. Wielkim sentymentem i uczuciem darzył swoje konie, często to im oddając zasługi. Brał udział w trzech wojnach – obu światowych i polsko-bolszewickiej – za co otrzymał wiele odznaczeń, z Virtuti Militari na czele. Zdobył pierwszy indywidualny medal w historii występów Polski na igrzyskach olimpijskich. Adam Królikiewicz to postać w naszej historii wybitna. Nie tylko tej sportowej.

 

(Zdjęcie główne: polska drużyna na zawody o Puchar Narodów w 1926 roku. Od lewej: Adam Królikiewicz, Michał Toczek i Kazimierz Szosland. Fot. Wikimedia)

 

Urodził się we Lwowie w niezbyt bogatej rodzinie mieszczańskiej. W trakcie swojego dzieciństwa ani razu nie dosiadał więc konia. Nie wiązał też z tymi zwierzętami swojej przyszłości, bo i skąd taki pomysł miałby przyjść mu do głowy? W gospodarstwie, które posiadali jego rodzice, nie było nawet odpowiedniego zwierzaka do nauki jazdy. Chodził więc do szkoły, choć – jak sam później przyznawał – niezbyt mu się to podobało. – Szkoła jak zmora zaciemniała mi radość chłopięcego życia. W pogodny, letni dzień trudno mi było w jej murach usiedzieć spokojnie. Do nauki, szczerze mówiąc, nie miałem sentymentu ani wielkiej ochoty. Na szczęście innego zdania byli moi rodzice – mówił. Jego ojciec planował bowiem, że Adam zostanie inżynierem.

Po zdaniu matury młody Królikiewicz wyjechał więc do Saksonii, gdzie uczęszczał do Wyższej Szkoły Technicznej. To tam, gdy kończył drugi semestr studiów, zaskoczył go wybuch I wojny światowej. W takiej sytuacji postanowił wrócić do rodzinnych stron. W nich zapisał się do Związku Strzeleckiego. Wraz z oddziałem wyruszył do Krakowa, żeby tam walczyć. Jednak i w wojsku początkowo nie wsiadał na konia.

Jak więc doszło do tego, że stał się jednym z najsłynniejszych polskich jeźdźców?

Na koń!

Odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie brzmi: absolutnym przypadkiem. Po prostu został zmobilizowany do pułku jazdy. Ot, cała historia. Nie protestował, mimo że nie wiedział nic o jeździe konnej. Po prostu, gdy przyszedł na to czas, wsiadł na konia i próbował się na nim utrzymać. W bitwie pod Kielcami – jego pierwszej – wierzchowca pod nim zabito. Uratowało go to, że w lesie znalazł innego, wskoczył na niego i jakimś cudem zdołał dołączyć do swojego oddziału.

– Jak Zagłobie spadła na głowę «zdobyczna» chorągiew, tak mnie opatrzność obdarzyła koniem – wybawcą. […] Drżąc z radości, a jednocześnie z emocji i strachu przed pierwszą jazdą, […] dzięki poczciwości konia, który pozwolił mi wdrapać się na swój grzbiet – znalazłem się w kulbace […]. Mój rumak, widząc wolną przed sobą przestrzeń, obudził się, nabrał wigoru, zaczął mną trząść, wreszcie zdradliwie kołysząc biegł już galopem do szosy. Raz po raz traciłem równowagę. […] Moja pierwsza jazda zakończyła się nad wyraz szczęśliwie na chęcińskim rynku, na którego twardy bruk z kocich marmurowych łbów zwaliłem się jak worek u stóp zgrupowanych tam, zdumionych moim wyczynem kolegów – pisał po latach.

Mimo że jego pierwsze doświadczenia z jazdą zniechęciłyby wielu, on sam postanowił zostać w kawalerii. Uczył się szybko, niedługo jeździł już całkiem znośnie. „Znośnie”, bo sam nigdy – nawet gdy zaczął odnosić sukcesy na ogólnoświatowych zawodach – nie uważał się za wielkiego jeźdźca i zasługi oddawał zwierzakom, których dosiadał. Innego zdania musieli być jednak jego wojskowi przełożeni. Królikiewicz trafił bowiem do „beliniaków”, 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich, uznawanego za elitarny.

Mundur ułański wkrótce zmienił jednak na szwoleżerski. Nie była to wielka zmiana, a dla laika – niemal niezauważalna. Zawsze jednak podkreślał ją w swych biografiach, więc i my o tym nie zapomnijmy. W toku walk młody żołnierz został odznaczony orderem Virtuti Militari (V klasy) za udział w bitwie pod Kunicami. Do tego dwukrotnie otrzymywał Krzyż Walecznych. Z wojska jednak ostatecznie zdezerterował. Nie przyniosło mu to jednak ujmy, bo zrobił to po słynnym kryzysie przysięgowym, gdy tak samo postąpiło wielu jego kamratów, na czele z Józefem Piłsudskim (którego Królikiewicz stanie się wkrótce ulubieńcem).

Na wojnie dosłużył się stopnia podporucznika. Już z taką rangą uczestniczył w walkach o rodzinny Lwów. Jeszcze w trakcie wojny ukończył też kawalerską szkołę oficerską. Z końmi łączyło go więc coraz więcej, a i on sam podnosił swoje kwalifikacje. Po odzyskaniu przez kraj niepodległości postanowił pozostać w armii (brał też udział w wojnie polsko-bolszewickiej) i w szybkim tempie zaliczał kolejne awanse, ostatecznie zatrzymując się na stopniu majora. Ten otrzymał jednak dopiero w 1933 roku, a nas w tym momencie interesują lata wcześniejsze.

Bo wypadałoby sobie odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że wojskowy, słaby jeździec, stał się znakomitym sportowcem i medalistą olimpijskim?

Skoki (wcale nie narciarskie)

W latach 1919-20 uczył się w szkole oficerskiej w Starej Wsi. Ale nikt nie zakładał, że może chcieć uprawiać jeździectwo sportowe. Nie dlatego, że byłaby to jakaś niezwykła droga, wręcz przeciwnie – wówczas większość najlepszych zawodników na świecie brała się właśnie z armii. W Polsce zjawisko to było o tyle nasilone, że nasze ułańskie tradycje były bardzo bogate. Królikiewicz po prostu – powtórzymy to po raz kolejny – nie był najlepszym jeźdźcem, na jakiego można było trafić. Już na koniec kursu wszystkich czekała jednak niespodzianka. Typowany na outsidera, zajął bowiem czwarte miejsce w wewnętrznym konkursie. W książce „Jaś, Picador i ja”, tak to wspominał:

– Była to w moim życiu pierwsza tego rodzaju zorganizowana i sędziowana przez fachowców impreza sportowa. Startowałem w niej w towarzystwie groźnych współzawodników – dobrze zapowiadających się jeźdźców oraz koni dużo lepszych od mego poczciwego Jaśka. Niespodziewany dla mnie, a myślę, że również dla moich kolegów, wynik – czwartą nagrodę – zawdzięczam głównie Jaśkowi, który zwrócił mi uwagę na swe nowe, ukryte zdolności sportowe w skokach przez przeszkody. Tym bardziej było to zaskoczeniem, że podczas całego kursu instruktorzy nie rokowali mi absolutnie żadnych nadziei na jakiekolwiek osiągnięcia jeździeckie. Jeżeli czymkolwiek zwracałem ich uwagę, to chyba tylko rekordową ilością upadków.

Czwarte miejsce sprawiło, że odnalazł w sobie pokłady dodatkowej ambicji, która kazała mu nadal próbować. Skoków przez przeszkody uczył się na własną rękę i w sposób niecodzienny. Mając takie możliwości, podglądał starszych kolegów, przygotowujących się do występu w igrzyskach olimpijskich w roku 1920 (na których polskiej reprezentacji ostatecznie zabrakło). Potem brał Jaśka, swojego konia, i próbował robić z nim dokładnie to samo. Jak przyznawał, popełniał mnóstwo błędów, nie wiedział prawie nic o obchodzeniu się z koniem w trakcie zawodów i często wręcz zamęczał swojego wierzchowca. Ale ten mu to wybaczał i dalej z nim pracował, jakby na przekór kolegom Królikiewicza, którzy w możliwość osiągnięcia przez niego sukcesu po prostu nie wierzyli. Z jednym wyjątkiem – kibicem niedoświadczonego jeźdźca okazał się szef dowodzonego przez niego szwadronu.

W końcu Królikiewicz uznał, że dość tych treningów i pora spróbować się w faktycznych zawodach. Pojechał więc na takie, wystartował i… wygrał (według niektórych źródeł zajął drugie miejsce, trzymamy się tu jednak tego, co sam zainteresowany pisał w swoich wspomnieniach). Na trybunach brawo bił mu Naczelny Wódz, a wszyscy fani przecierali oczy ze zdumienia. Przecież to był absolutny debiutant, człowiek, którego nikt nie znał. Najlepszy dowód? Totalizator za 10 postawionych na niego marek, wypłacał aż 431. Bukmacher mógł być jednak zadowolony, bo na duet Adama i Jaśka wykupiono tylko dwa kupony. Jeden nabył sam Królikiewicz. Drugi? Wspomniany wachmistrz. – Łatwo sobie wyobrazić, jak serce biło mi z radości i dumy, gdy przy dźwiękach hymnu narodowego odbierałem cenną nagrodę – pamiątkowy puchar, a Jasiek zaszczytną wstęgę zwycięstwa – pisał autor niespodziewanego sukcesu.

Na tym jednak nie poprzestał. W kolejnych latach wspinał się na coraz wyższy poziom, aż wreszcie postanowiono włączyć go do składu kadry narodowej. Królikiewicz szybko odwdzięczył się wynikami. Wygrywał – na Jaśku i Picadorze, drugim ze swych najsłynniejszych koni – na najważniejszych imprezach jeździeckich na całym świecie. W latach 1920-1926 wziął udział w 94 konkursach jeździeckich i zdobył w nim aż 81 nagród i wyróżnień, najwięcej ze wszystkich zawodników. Zresztą Polska miała wtedy naprawdę wspaniałą reprezentację, której członkowie byli wręcz gwiazdami, choć początkowo nieco lekceważono ten nowy, powracający do istnienia po wielu latach nieobecności na mapach, kraj.

Momentem przełomowym dla polskiego jeździectwa stały się tu więc nie zwycięstwa w Nicei, Rzymie czy Nowym Jorku. I nie zdobywany Puchar Narodów czy kolejne wygrywane zawody w skokach przez przeszkody na różnych, typowo jeździeckich imprezach (we wspomnianej Nicei na Picadorze Królikiewicz wygrywał tyle razy, że w końcu… nie mógł więcej na nim startować, takie mieli tam zasady). Nie liczyły się też rekordy świata. Ważny był medal igrzysk olimpijskich. Pierwszy, jaki kiedykolwiek zdobyliśmy w konkurencji indywidualnej. A drugi w historii – szybsza była tylko srebrna ekipa kolarzy.

Królikiewicz zdobył brąz w indywidualnym konkursie skoków. Startował jako ostatni. Wcześniej jego kolegom się nie powiodło, nie udało się też w konkurencjach drużynowych. Jeśli mieliśmy w Paryżu zdobyć drugi medal, to tylko za sprawą jego i Picadora, którego dosiadał. Królikiewicz poszedł va banque, od początku narzucił wysokie tempo, z którym jego wierzchowiec jednak świetnie sobie radził. Osiem pierwszych przeszkód pokonali bezbłędnie, dopiero na dziewiątej zaliczyli zrzutkę. Wraz z nią – cztery punkty karne. To jednak nie oznaczało jeszcze porażki.

Prowadził wówczas Szwajcar, Alphonse Gemuseus, który na koncie miał sześć karnych oczek. Gdyby Królikiewicz dojechał na czysto, wyprzedziłby go. Ale na dwunastej przeszkodzie znów zrzutka, spowodowana delikatnym poślizgiem konia. Trudno, pozostała walka o srebro, to wciąż było w zasięgu… ale tylko do następnej przeszkody. Tam doszły kolejne dwa punkty karne. Łącznie dziesięć, nie było już szans na drugie miejsce, trzeba było walczyć o brązowy medal i, o czym Królikiewicz wie, nie mógł już popełnić błędu, prowadził bowiem o zaledwie pół punktu. Przed nim pozostały jednak tylko trzy przeszkody. Ale presja ogromna. Pokonał ją, podobnie jak przeszkody. Jego Picador przeskoczył czysto nad wszystkimi. Obaj zdobyli brąz.

Mogli świętować, choć z lekkim smutkiem. Polscy jeźdźcy zgodnie bowiem twierdzili, że tak naprawdę na igrzyskach poszło im kiepsko, liczyli na więcej. Mieli do tego prawo – przed konkursem w Paryżu znakomicie spisywali się na zawodach dookoła świata. We Francji jednak im nie wyszło. Najważniejszy jednak cel – zapisanie Polski na kartach historii igrzysk – został przez nich osiągnięty. Jak relacjonował to jeden ze sprawozdawców: – Rezultaty osiągnięte przez polskich kawalerzystów zadziwiły świat sportowy, bo cóż to za rzadki gość zatrzepotał na olimpijskim maszcie zwycięzców? Często widziano tam barwy amerykańskie, fińskie, angielskie, francuskie, włoskie. Cu to robi chorągiew biało-czerwona? To rotmistrz Królikiewicz nasze barwy narodowe umieścił na olimpijskim maszcie w Paryżu.

Królikiewicz miał jednak w sercu pewną zadrę związaną z tamtym startem. Jeszcze wiele lat później twierdził bowiem, że jego koń (podkreślmy – nie on, a jego koń) powinien mieć srebrny medal. – Przynosząc mi tytuł drugiego wicemistrza i brązowy medal w skokach na Olimpiadzie w Paryżu, Picador zakwalifikował się tym samym na trzeciego konia świata, a powinien być drugim. Przez niewybaczalne przeoczenie olimpijskiego jury Polska straciła wtedy srebrny medal… Świetnemu jeźdźcowi włoskiemu kapitanowi Lequio została podczas przebiegu na stadionie Colombes udzielona pomoc przez fotografia, który w pewnym momencie podtrzymał spadającego z konia Włocha, wsadzając go z powrotem w siodło. Według ówczesnych i obecnych przepisów udzielenie tego rodzaju pomocy wyłącza jeźdźca bezapelacyjnie z konkursu – pisał w swych wspomnieniach.

Niestety, tego nigdy już nie zweryfikowano. I Królikiewicz pozostał brązowym medalistą. Pocieszenie znajdował jednak w kolejnych konkursach, bo i po igrzyskach brylował na całym świecie, podobnie jak i reszta Polaków. Po zakończeniu kariery sportowej został nauczycielem, napisał też wiele prac o obchodzeniu się z koniem. Uczył się, a potem też wykładał również w słynnych włoskich i francuskich szkołach, gdzie wysłało go Ministerstwo Spraw Wojskowych. Włosi zresztą tytułowali go mianem „jeźdźca doskonałego”. W Polsce takiego tytułu nie miał, ale jego klasę również doceniano – przez wiele lat był komendantem Szkoły Jazdy Konnej w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu.

Jasiek i Picador

– Czy my – zawodnicy i miłośnicy sportu konnego oraz sprawozdawcy – nie za wiele, jeżeli nie wszystko przypisujemy wyłącznie jeźdźcowi? Myśl ta nurtuje mnie nie od dzisiaj, lecz od pierwszych już moich sukcesów, a tym bardziej nasuwa się teraz, gdy wspominam nasze najbardziej zasłużone konie, do których po Jaśku należy jeden z czołowych koni świata – olimpijczyk Picador – pisał Królikiewicz we swych wspomnieniach. A skoro on sam tak je doceniał, nie wypada nie wspomnieć o dwóch jego najsłynniejszych wierzchowcach – właśnie Jaśku i Picadorze.

Oba przesłużyły swoje w wojsku. Zacznijmy od tego, który trafił do niego jako pierwszy – był to Jaś. – Koń ten miał już wtedy bogatą przeszłość. Widać było, że z niejednego pieca chleb jadł, niejeden w swym życiu ogryzł żłób. Niewątpliwie znał się też na rozmaitych rodzajach broni, w niejednym służył pułku, niejeden kraj przemierzył swymi sprężystymi, pracowitymi nogami, a na swym grzbiecie niejednego nosił jeźdźca. Ślady swej poprzedniej służby w ułanach, huzarach węgierskich, a nawet w artylerii konnej miał wypalone na udzie i na szyi. Choć niedużego wzrostu był bardzo szybki, wytrwały i dzielny. Dał się łatwo prowadzić. Odznaczał się lekkim, bardzo przyjemnym ruchem. Jednym słowem, okazał się doskonałym frontowym koniem.

Widzicie, jak pisał o nim Królikiewicz. On tego konia po prostu kochał. Niewiele wiedział jednak o jego przeszłości. Jedynie tyle, że wzięto go do wojska polskiego w trakcie I wojny światowej od gospodarza, u którego wcześniej zostawili go żołnierze austriaccy. Był bowiem chory i chcieli go wymienić na zdrowego wierzchowca. Do czasu, gdy w to samo miejsce przybyli Polacy, zdołał jednak wyzdrowieć. Trafił więc ponownie do wojska, a w nim – do Królikiewicza. Z tym został też po wojnie i razem trenowali skoki.

Krwi był anglo-arabskiej, a więc rasowy, choć niski. Skakał jednak wspaniale. Doskonale się też prowadził, właśnie przez wojskowe wyszkolenie. Szybko wyrobił sobie markę na świecie, choć wiele sukcesów odnosił już jako koń wiekowy. Ostatnie mniej więcej w wieku osiemnastu lat – na ludzkie to gdzieś środek ósmej dekady życia. O tym, skąd ten Jaś się właściwie wziął, Królikiewicz dowiedział się w 1922 roku, gdy w Piotrkowie natknął się na człowieka, który badawczo przyglądał się jego wierzchowcowi.

– Po pewnej chwili ów pan podszedł do mnie i wskazując na Jaśka powiedział: „To przecież jest Mantel”. Chcąc go wyprowadzić z błędu wyjaśniłem, że koń mój nazywa się Jasiek, a nie Mantel. Na co usłyszałem odpowiedź: „Może pan porucznik nazywać go Jaśkiem, lecz ja tego konia doskonale znam i nie mylę się na pewno. W roku 1909 jako oficer 1. pułku austriackich ułanów, w których służyłem, przyjmowałem tego konia do służby. […] To na pewno Mantel”.

To stąd Królikiewicz się dowiedział, ile jego koń ma lat. Bo po weryfikacji okazało się, że nieznajomy rzeczywiście miał rację. Koń ten zwał się kiedyś Mantlem. Ale dla naszego bohatera pozostał Jasiem. I jako Jaś odnosił kolejne sukcesy. Choćby w Nicei, gdzie – o mały włos – nie skończyłoby się porażką… z winy jeźdźca. Królikiewicz źle bowiem pojechał i tylko jęk publiczności sprawił, że w ostatniej chwili skręcił w stronę dobrej przeszkody. Gdyby przeskoczył przez złą, do której już się szykował, zostałby zdyskwalifikowany.

Jasiek służył mu wiernie, aż w końcu przeszedł na emeryturę. Na terenie całego pułku, którym zarządzał Królikiewicz, poruszał się najzupełniej swobodnie. Widokiem codziennym był przechadzający się stary koń, cieszący się urokami życia. Potrafił zakradać się do kuchni (a nawet w inne miejsca, również po schodach!) i wyjadać jedzenie, od rekrutów dostawał chleb, a ci opowiadali sobie o nim historie. Był ulubieńcem, maskotką i legendą w jednej, końskiej postaci. Czego by nie przeskrobał – puszczano mu to płazem.

Bardzo lubił się kąpać. Codziennie znajdował sobie staw czy kałużę i w nich się taplał. Na noc wracał do stajni, udekorowanej trofeami zdobytymi w trakcie bogatej kariery. W tej zresztą często odwiedzali go goście, chcący przyjrzeć się słynnemu wierzchowcowi. Aż wreszcie – już jako starszy, posiwiały, pochylony do ziemi koń – nie wrócił. Szukano go długo, aż wreszcie znaleziono. Wycieńczonego, leżącego w kałuży. Jego miłość do kąpieli, przyśpieszyła odejście ze świata. Dostał zapalenia płuc, nie udało się go uratować. O jego śmierci informowano nawet w gazetach.

Królikiewicz przebywał wówczas we Włoszech, wieści przekazała mu żona. Początkowo chciał wypreparować całego konia, ale nie miał na to środków. Ostatecznie poprosił więc, by zrobiono to z samym łbem, który trzymał potem w gabinecie, na pamiątkę wspólnych chwil i wielkich triumfów. Niestety, podobnie jak wiele innych, zgromadzonych przez lata, cennych wspomnień przeszłości, również głowa Jasia spłonęła w trakcie niemieckiego bombardowania.

W przeciwieństwie do Jaśka, drugi z jego wierzchowców, Picador, był koniem nierasowym i niesamowicie upartym. W trakcie wojny używano go do ciągania wozu i wielu sądziło, że tylko do tego się nadawał. Królikiewicz widział w nim jednak wyzwanie, którego postanowił się podjąć – chciał nauczyć go skakania przez przeszkody. Skąd w ogóle wziął się w jego głowie taki pomysł?

– [Próbował na nim jechać] Jan Żmuda, dobry jeździec, podoficer z byłej austriackiej kawalerii. Próba jazdy nie udawała się. Koń zupełnie surowy i narowisty szalał pod jeźdźcem, niosąc łeb zadarty ku górze. Wachmistrz walczył z koniem, gdy ten nagle poniósł go wyciągniętym galopem w stronę stajni, przed którą na długiej przestrzeni wbudowane były dwie groźne przeszkody – żelazne bariery do wiązania koni podczas czyszczenia. Mimo widocznego sprzeciwu, jeźdźcowi zapartemu w strzemionach – nie udało się opanować oszalałego zwierzęcia, które nieprzytomnie rwało ku otwartym drzwiom stajni. Spotkawszy na swej drodze dwie żelazne bariery wysokości około 110 centymetrów, koń dwoma dzikimi susami przeskoczył je i wpadł do stajni.

Zachwycony takim pokazem, Królikiewicz natychmiast sprowadził wierzchowca do siebie. Ale potem niejednokrotnie żałował, nie potrafił bowiem nad nim zapanować… aż tu nagle pewnego dnia Picador po prostu postanowił dać się prowadzić. I on, ten nierasowy, brzydki wierzchowiec, z ogonem obciętym tuż przy zadzie, okazał się jednym z najznakomitszych koni świata. O medalu olimpijskim już wspominaliśmy, o jego wyczynach w Nicei również. Zwycięstw duet Królikiewicz-Picador odniósł oczywiście dużo więcej. Ale wspomnieć warto też o tym, co zdaniem jeźdźca wyróżniało tego wierzchowca.

– Picador odznaczał się fenomenalną pamięcią i wielkim do mnie przywiązaniem. Chodził za mną jak pies. Kiedyś w Warszawie wracałem z jazdy terenowej od strony Siekierek i Wilanowa. Długą kocimi łbami brukowaną ulicę Czerniakowską przebywałem zwykle pieszo, zazwyczaj nie prowadząc Picadora. Puszczałem go wolno, szedł za mną sam spokojnie, nie odstając na krok, nie zwracając na nic uwagi. Spotkawszy znajomego, zagadałem się dłuższą chwilę, zapominając całkowicie o istnieniu konia. Nagle z lękiem obejrzałem się. Na ruchliwej ulicy, w oddaleniu kilku kroków stał mój poczciwy Picador.

Z Picadorem Królikiewicz rozstał się z bólem serca – sprzedał go pewnej włoskiej hrabinie za sto tysięcy lirów. To była decyzja sportowa, środki zainwestował w kolejnego, młodszego wierzchowca, na którym nadal mógł odnosić sukcesy. Poprosił jednak, by – w razie, gdyby konia chciała odsprzedać – poinformowała go o tym. I faktycznie, okazało się, że Picadora sprzedała, gdy zbankrutowała, jednak Królikiewicz dowiedział się o tym już po fakcie. Ślad swojego wierzchowca jednak wytropił – kupił go handlarz koni, który po czasie… go zjadł. Uznał bowiem, że nie może utrzymywać wierzchowca, który na nic już mu się nie przyda.

Taki był smutny koniec wielkiego rumaka.

Na koniu do końca

Królikiewicz, już jako major, brał udział w kampanii wrześniowej w trakcie II wojny światowej. Potem, wraz z żoną i córką, planował ucieczkę. Kilkukrotnie był bliski śmierci, w dużej mierze dlatego, że za nic nie chciał zdjąć polskiego munduru, mówił, że zostanie w nim do samego końca. Raz uratował się tylko dlatego, że jego żona kazała Sowietom rozstrzelać nie tylko jego, ale całą rodzinę. Ci, zaskoczeni takim obrotem spraw, puścili ich wolno. Innym razem jego kierowca rzucił mu koc, którym ten się zakrył w samochodzie, gdy – ze stojących w korku pojazdów – wyciągano innych oficerów.

W trakcie wojny siedział w niemieckim więzieniu, jego córka zresztą też. Wypuścili ją, bo… a zresztą, niech opowie wam o tym Krystyna Królikiewicz, sama zainteresowana, która opisywała tę sytuację w wywiadzie dla strony 1944.pl. – Idąc bardzo długim korytarzem, mój ojciec zauważył, że naprzeciw niego idzie bardzo przystojny, wysoki oficer SS, czarny mundur. W momencie kiedy minęli się, mój ojciec szedł dalej, nagle usłyszał gromki głos: Herr Major! Ojciec zdrętwiał. Musiał już publicznie się przyznać, kim jest, nie mógł się wyprzeć. Podbiegł do niego ten oficer: „Panie majorze, jestem szczęśliwy, że mogę pana poznać osobiście, pamiętam pana jako szefa ekipy polskiej w Berlinie, byłem wtedy początkującym jeźdźcem”. Von Felend się nazywał, z arystokratycznej rodziny pochodził. „Ale głównie pamiętam pana, jako zwycięzcę licznych nagród w Europie i w Ameryce, zawsze podziwiałem pana wyczyny jeździeckie”. Zaprosił ojca do siebie, do gabinetu. Ojciec mu wtedy powiedział: „Jeżeli pan sobie mnie przypomina w sferze sportowej [jako] kogoś, na kogo pan zwrócił uwagę, chcę się panu zwierzyć, że córka moja jest aresztowana, jest na Montelupich. Może pan mógłby mi pomóc?”. – Jak się potem okazało – mógł. I to mimo że Królikiewicz odrzucił jego propozycję zostania trenerem niemieckich zawodników.

Przez kilka miesięcy po wybuchu wojny Królikiewicz musiał się zresztą ukrywać, jego rodzinny Lwów znalazł się przecież w strefie radzieckiej, a on był majorem wojska polskiego. Dopiero później przeprowadził się wraz z rodziną do Krakowa. Tam wreszcie udało mu się znaleźć zatrudnienie – pracował przy ubezpieczeniu zwierząt. Tak dotrwał do końca wojny, choć nie bez przygód. Raz, już pod jej koniec, pobił się z radzieckim żołnierzem, który chciał zgwałcić jego córkę. Ten wyciągnął pistolet, ale Królikiewicz zdołał go unieszkodliwić i zaprowadzić do dowódcy. Co tam się stało – nie wiemy. Jednak Polaka w żaden sposób za to nie ukarano.

Po wojnie przez dłuższy czas ukrywał swoją wojskową przeszłość. Dopiero, gdy nadeszła postalinowska odwilż, wrócił do pracy. Znów uczył, znów pisał, wydawał kolejne artykuły, książki i prace naukowe. Odnalazł się też w nowej branży – filmowej. Był konsultantem scen jeździeckich przy kilku filmach, w dwóch zresztą sam wystąpił. Niestety, drugi z tych występów, na planie „Popiołów” Andrzeja Wajdy, zakończył się dla niego tragicznie. Wspominał to, w swojej autobiografii, Daniel Olbrychski:

– Królikiewicz koniecznie chciał poprowadzić szarżę. Było to zadanie prawie tak samo trudne jak tamta prawdziwa szarża w Hiszpanii. (…) Filmowa Somosierra może nie była tak trudna do sforsowania, niebezpieczeństwo tkwiło raczej w skali przedsięwzięcia. Ludzie mieli jechać na dziesiątkach ogierów, niewyjeżdżonych, poirytowanych, w pełni sił reprodukcyjnych. (…)

Major Królikiewicz był w ekipie chyba konsultantem, ale widocznie jego serce kawalerzysty i oficera nie wytrzymało, bo kazał sobie osiodłać ogiera i stanął na czele oddziału. Na nic zdały się prośby jeźdźców i samego Wajdy. Reżyser mówił, że opinie majora są potrzebne ekipie. Sfotografowanie go w tłumie galopujących koni i ludzi nic nie da…

Próba. W pewnym momencie konie z twardej ziemi wpadły w galopie na bardziej miękkie podłoże, przygotowane już do kopania wilczych dołów. Ziemia nie była na tyle miękka, żeby koń się przewrócił, ale wystarczyło, że się potknął. Tak właśnie stało się z ogierem Królikiewicza. Siedziałem z ekipą w samochodzie i widziałem, jak major wylatuje z siodła. Gdyby koń się przewrócił, upadek człowieka nie byłby tak niebezpieczny – spadłby wówczas z mniejszej wysokości. A tak Królikiewicz połamał sobie w wielu miejscach kręgosłup.

W szpitalu codziennie zajmowała się nim żona. Przez blisko półtora roku wstawała o piątej rano i jechała PKS-em do sparaliżowanego męża, żeby go pielęgnować. Major zresztą starał się podchodzić do swej sytuacji z uśmiechem. Wszystkim powtarzał, że „tylu kawalerzystów zmarło na grypę, a ja przynajmniej z szablą w ręku”. – Parokrotnie odwiedzałem majora Królikiewicza w szpitalu, kiedy przebywał w klinice rehabilitacyjnej w Konstancinie pod Warszawą. Zdawał sobie sprawę, że kontuzja jest bardzo poważna. Mówił, że chciałby wyleczyć się na tyle, by móc poruszać się o własnych siłach. Ale dodał raz także, że niczego nie żałuje, że nawet zadowolony jest, że ostatni raz siedział na koniu w swoim szwoleżerskim mundurze – pisał po latach legendarny dziennikarz sportowy Bohdan Tomaszewski.

Odszedł w wieku 72 lat. Pochowany został w Krakowie, z którym związał się w trakcie wojny. – To była mocna i ciekawa postać. W pewnym momencie zastępował mi ojca. Był surowy w wychowaniu, ale miał też wrażliwą, romantyczną duszę. Nieraz widziałem, jak podczas swoich opowieści uronił łzę. Zwłaszcza gdy opowiadał o swoich ukochanych koniach – mówił Cezary Harasimowicz, wnuk Królikiewicza, „Dziennikowi Polskiemu”. Takim zapamiętali go też jego podopieczni. Jako surowego, zdyscyplinowanego mężczyznę, ale równocześnie pełnego ciepła, przyjaznego i kochającego konie.

Wielu do dziś powtarza, że polskie jeździectwo zawdzięcza mu więcej niż komukolwiek innemu.

 

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix, wikimedia


Aktualności

Kalendarz imprez