Od płaczu do wygranej – Świątek w III rundzie US Open. A Hurkacz poza turniejem…

Od płaczu do wygranej – Świątek w III rundzie US Open. A Hurkacz poza turniejem…

Wiemy, że sformułowanie “z piekła do nieba” to już wyświechtane hasło. Trudno jednak pomyśleć o innym po tym, co stało się w meczu Igi Świątek. Polka zdawała się zmierzać ku porażce, w trakcie jednej z przerw między gemami płakała nawet przy własnym krzesełku, ale ostatecznie wygrała mecz, trzeciego seta rozgrywając na najwyższym możliwym poziomie. Tym samym awansowała do III rundy wielkoszlemowego US Open. 

W pierwszej rundzie US Open Iga bez większych problemów ograła Amerykankę Jamie Loeb, która nie dostała ani jednej szansy na przełamanie, a Polka z tych, które otrzymała, skorzystała bardzo chętnie. I wygrała 6:3, 6:4. Dziś też grała z przeciwniczką notowaną niżej w rankingu, na 74. miejscu. Obie zresztą spotkały się już w tym sezonie i to też w wielkim szlemie – na Australian Open Iga potrzebowała dwóch setów, by awansować do IV rundy.

Tym razem stawką pojedynku była III runda turnieju. I, jak się okazało, nie była to jedyna różnica pomiędzy tymi dwoma spotkaniami. Inną było to, że tym razem mecz wyglądał zupełnie inaczej. To Francuzka dużo lepiej weszła w spotkanie, choć jeszcze przed meczem wydawało się, że Iga jest pozytywnie naładowana energią. Na korcie nie było jednak tego widać – szybko przegrała pierwszego gema, w drugim oddała serwis. Straty jednak odrobiła, ale niewiele to dało.

Jeszcze przy stanie 3:3 miała dwie szanse na przełamanie. Nie wykorzystała ich, a chwilę później sama oddała – zresztą w dość kiepskim stylu – gema serwisowego. W takiej sytuacji Ferro nie zamierzała przegrać partii i w kolejnym gemie seta zamknęła. Statystycznie rzecz biorąc nie był on zły z perspektywy Igi, ale gołym okiem było widać, że Polka w wielu momentach po prostu nie była w stanie zamknąć wymian z bardzo dobrze broniącą się rywalką, a do tego niezbyt dobrze funkcjonował też jej serwis.

Początek drugiego seta tylko to potwierdził. Iga przegrała pierwsze dwa gemy, ale szczególnie zmartwiło nas to, co stało się pomiędzy nimi – Polka w przerwie przykucnęła przy swoim krzesełku i zaczęła płakać, ręcznikiem ocierając oczy. To zresztą nie pierwszy raz, gdy na korcie ma problem z utrzymaniem emocji na wodzy, a zwykle, gdy działy się takie rzeczy, ostatecznie mecz kończył się jej porażką. Dlatego trudno było wówczas uwierzyć w nagłą odmianę losu.

Iga jednak pokazała, że potrafi powalczyć, gdy sytuacja tego wymaga. Od stanu 0:2 wygrała cztery kolejne gemy i wyszła na prowadzenie z przełamaniem, ale tak dobrej dyspozycji nie potrafiła utrzymać na dłuższym dystansie. Ferro więc wyrównała stan rywalizacji i ostatecznie obie doszły do tie-breaka. Kluczowe wydawało się w tamtym momencie to, by Świątek odważyła się grać odważniej. Bo w poprzednich gemach niemal każde zagranie z forehandu zwalniała, odgrywała bezpiecznie, byle tylko przebić.

Gdy przyszło jednak do najważniejszych punktów – faktycznie grę przyspieszyła. I to dało jej zwycięstwo w tie-breaku, w którym po raz pierwszy od początku meczu gołym okiem dało się dostrzec, która z zawodniczek notowana jest w czołowej “10” rankingu. A potem to już poszło. W trzecim secie Ferro nie miała już zupełnie nic do powiedzenia, a Iga, nakręcona sukcesem z drugiej partii, wygrywała każdego kolejnego gema. I skończyło się 6:0 dla niej.

Teraz przed Świątek mecz z rywalką, która do tej pory nie zawsze jej odpowiadała, czyli Anett Kontaveit. Ich ostatnie starcie – na Roland Garros – wygrała w dwóch setach. Zresztą też w trzeciej rundzie. Jeśli wygra to spotkanie, poprawi swój wynik z ubiegłorocznego US Open, gdzie w trzecim meczu lepsza od niej okazała się Wiktoria Azarenka. Teraz szanse na awans do dalszej fazy wydają się być spore.

O ile, oczywiście, Iga utrzyma nerwy na wodzy. Po takim meczu wypada jednak wierzyć, że jej się to uda.

Iga Świątek – Fiona Ferro 3:6, 7:6 (7:3), 6:0

Hubert nie poszedł za ciosem

Niestety, wygląda na to, że półfinał Wimbledonu był wyjątkiem w wielkoszlemowej karierze Huberta Hurkacza. Na ten moment bowiem Polak w turniejach tej rangi zwykle odpada maksymalnie w drugiej rundzie. I tak też było na US Open. Hubert w starciu drugiej rundy – z 37-letnim Andreasem Seppim, który w pierwszym meczu grał w dodatku pięć setów – rozegrał jednego dobrego seta. Pierwszego. A potem już oddał Włochowi inicjatywę.

To było spotkanie, w którym Hurkacz powtórzył wszystkie swoje grzechy z Australian Open czy Roland Garros. Grał pasywnie, plątał się w długie wymiany, wybierał złe rozwiązania, dawał się spychać do defensywy, nie potrafił wykorzystać przewagi sytuacyjnej w akcji… Można by tak wyliczać i wyliczać. Przede wszystkim jednak – gdy dostał szansę na powrót do meczu, zupełnie nie potrafił z niej skorzystać. Najpierw nie wykorzystał trzech piłek setowych z rzędu przy serwisie Włocha, a potem – w tie-breaku czwartego seta – gdy Seppi podarował mu podwójnym błędem kolejnego setbola, po własnym serwisie i kilku uderzeniach, wyrzucił piłkę w aut w zupełnie niegroźnej sytuacji.

Niestety, ale tak wygrać się nie da. A tego meczu tym bardziej szkoda, że w kolejnej rundzie czekał już 144. w rankingu światowym Oscar Otte. Na papierze IV runda stała przed Hurkaczem otworem. Ale papier przyjmie wszystko. A na korcie wygrać, grając tak jak to robił Hubert dziś, po prostu się nie da.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez