O dwóch takich, co zdobywali złoto, czyli jak bracia Harting pokrzyżowali plany Małachowskiego

O dwóch takich, co zdobywali złoto, czyli jak bracia Harting pokrzyżowali plany Małachowskiego

Piotr Małachowski to zdecydowanie najlepszy dyskobol, jaki kiedykolwiek urodził się nad Wisłą. Żaden z naszych rodaków nie rzucał okrągłym przedmiotem tak daleko, jak zawodnik Grupy Sportowej ORLEN – wszak dzierży on szósty najlepszy rezultat w historii dyscypliny. Jednak dziś przyjrzymy się bliżej jednym z jego najsłynniejszych rywali – Robertowi i Christophowi Hartingom. Bo chociaż są braćmi i każdy z nich został mistrzem olimpijskim, to ich kariery prezentują się zgoła odmiennie.

Zmiana warty

Robert przez lata zdominował konkurs rzutu dyskiem. W Niemczech był prawdziwą gwiazdą – od 2012 roku trzy razy z rzędu został sportowcem roku. A za konkurentów do takiego tytułu miał nie byle jakich zawodników – pokonał między innymi Sebastiana Vettela, który w tym samym czasie seryjnie zdobywał mistrzostwa Formuły 1.

Dyskobol  w 2012 roku, po wygraniu igrzysk olimpijskich oraz mistrzostwa Europy, został uznany przez European Athletics piątym najlepszym lekkoatletą na Starym Kontynencie. Wyprzedził między innymi naszego Tomasza Majewskiego, który zajął szóstą lokatę. Zatem mówimy o człowieku, który przez kilka sezonów był w absolutnym topie lekkoatletów bez podziału na konkurencje.

Oczywiście, ten tekst by nie powstał, gdyby nie postać Piotra Małachowskiego. Polak – jako jeden z nielicznych – potrafił nawiązać walkę z Hartingiem. A ponieważ obydwóch dyskoboli dzieli zaledwie jeden rocznik, ich wzajemne zmagania toczyły się praktycznie przez całą karierę Roberta, którą ten zakończył w 2018 roku. Oddajmy zatem głos zawodnikowi Grupy Sportowej ORLEN:

– Moja rywalizacja z Robertem Hartingiem zaczęła się od młodzieżowych mistrzostw Europy w Erfurcie w 2005 roku, gdzie ja rzuciłem 63,99, a on 64,50. Obaj poprawiliśmy rekord mistrzostw, ale on oczywiście wygrał. To była era czterech dyskoboli – ja, Harting, Gerd Kanter i Virgilijus Alekna. Chociaż ten ostatni, z racji wieku, miał już obniżkę formy. My z Robertem dopiero wchodziliśmy do tej rywalizacji.

I cóż, obaj szybko odnaleźli się w starciach z weteranami. Można wręcz powiedzieć, że już od samego początku jak nie jeden, to drugi doskakiwał poziomem do czołówki, nawet przywożąc medale z ważnych imprez. Harting zdobył wicemistrzostwo świata w Osace, z kolei rok później Małachowski odpowiedział srebrem olimpijskim w Pekinie.  To był znak, że nowe pokolenie przejmuje stery.

Oczywiście, Piotr nie raz wygrywał z Niemcem na wielu mityngach. Jednak gdybyśmy mieli porównywać rywalizację obu dyskoboli do jakiejkolwiek innej w świecie sportu, to najbliżej jest jej do pojedynków Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen – nasza zawodniczka była świetna, ale Norweżka była absolutnie genialna. Bo powiedzmy sobie szczerze – kiedy miały miejsce imprezy rangi mistrzowskiej, zwykle to Harting wychodził z tych starć zwycięsko. I sam Małachowski nie ma żadnych problemów, aby otwarcie o tym mówić.

Piotr Małachowski, fot. Newspix

– Walka z nim była bardzo trudna. De facto on wygrywał ze mną więcej razy, aniżeli ja z nim. Ale pamiętam zawody w Hengelo. W pierwszych dwóch rzutach Robert osiągał 69 metrów. Nagle w czwartej kolejce posłałem dysk poza 67. metr. On przez cały konkurs był spokojny, a nagle zaczął się rozgrzewać, biegać i tak dalej. Zależało mu na tym, bo gonił rekord zwycięstw, ustanowiony przez Virgilijusa Aleknę. W piątej próbie rzuciłem rekord Polski – 71,84. Wtedy mu się nie udało, pamiętam że był na mnie bardzo zły – uśmiecha się Piotr.

Zresztą, Niemiec mógł imponować samą posturą. Mierzy ponad dwa metry wzrostu, ale w trakcie kariery posiadał atletyczną budowę ciała, dzięki czemu był bardzo dynamiczny w kole. Ponadto, nasz mistrz zwraca uwagę na aspekt mentalny Hartinga. Rywalizacja nakręcała go do tego stopnia, że przez większą cześć kariery trudno było się z nim porozumieć. Bynajmniej nie chodzi o to, że był konfliktowym człowiekiem – co to, to nie. Natomiast był tak zaprogramowany na sukces, że wielokrotnie po zawodach myślami nie wychodził z koła. Zawsze skupiał się tylko na turnieju. Nawet jeżeli zawody nie szły po jego myśli, ten gość się po prostu nie poddawał. Nie ma przypadku w tym, że wiele konkursów wygrał w piątych czy szóstych próbach.

Harting zabiera złoto po raz pierwszy

Tak było na mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku. Te zawody możemy uznać za symboliczną zmianę warty w rzucie dyskiem. Litwin Alekna zajął w nich czwarte miejsce. Trzeci był Gerd Kanter, mistrz olimpijski z Pekinu. Ale obaj nie dorzucili dysku do 67 metra. Pojedynek o złoto był teatrem dwóch aktorów – Piotra Małachowskiego i Roberta Hartinga. Polak już w pierwszej próbie posłał dysk na odległość 68,77 i ustanowił rekord kraju. Premierowy rzut Niemca był słabszy, ale również bardzo dobry – 68,25. W piątej serii, Małachowski – który kończył ją jako lider – wyśrubował wynik do 69,15. I wtedy starszy z braci Hartingów odpalił pocisk, posyłając dysk na 69,43! Piotr nie zdołał pobić tego wyniku. W ten sposób – patrząc na sprawę z naszej perspektywy – Niemiec zgarnął mu złoto sprzed nosa.

Decydujące rzuty od 14:40, ale polecamy obejrzeć cały konkurs.

– Był zawodnikiem, który walczył do końca. Jak przyjeżdżał na zawody, to zawsze był bardzo dobrze przygotowany. Udało mu się to na mistrzostwach świata w Berlinie. To w ogóle były świetne zawody, jedne lepszych w całej mojej karierze. Konkurs został okrzyknięty najlepszym na mistrzostwach. Fajne wspomnienia, cieszę się, że pomiędzy nami była taka rywalizacja. Byliśmy zapraszani na wiele mityngów i rzut dyskiem był w tamtym czasie bardzo popularny – wspomina Małachowski, ale dodaje też, że po latach Hartling nieco zmienił swoje oblicze – – Rywalizowaliśmy na zawodach, ale po konkursie wszystko było w porządku. Wracaliśmy do normalnego życia. W ostatnich latach jego kariery mieliśmy więcej czasu na rozmowy. Wtedy już podchodził do sportu bardziej na luzie i kontakt z nim był dużo lepszy.

Powodem takiej zmiany mentalności zapewne była kontuzja, której doznał pod koniec 2014 roku. Tuż po zakończeniu sezonu Niemiec pozrywał więzadła w lewym kolanie. Wstępne diagnozy mówiły o sześciu miesiącach przerwy, ale były to pobożne życzenia. Robert wypadł na cały następny sezon. Absencję swojego wielkiego rywala skrzętnie wykorzystał Piotr Małachowski, który w 2015 roku wywalczył w Pekinie tytuł mistrza świata. Jak się później okazało, Harting po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem. Dość powiedzieć, że do zakończenia kariery w 2018 roku zaledwie jeden raz rzucił w zawodach ponad 68 metrów. Przy takim obrocie spraw, faworytem do złotego medalu w Rio de Janeiro stał się właśnie Małachowski.

Z tym, że Robert miał jeszcze brata…

W cieniu wielkiego brata

Christoph przez większość kariery był niedoceniany. Gdybyśmy mieli przed igrzyskami w Rio zapytać kibiców o rodzeństwo Hartingów, wcale nie zdziwiłaby nas odpowiedź „Robert, i ten drugi.” Chociaż kilkukrotnie w swojej karierze potrafił zaskoczyć dalekimi rzutami, to jednak brakowało mu zacięcia i podejścia, jakie do rzutu dyskiem prezentował Robert.

Oczywiście, w trakcie kariery zdarzało mu się wygrywać niektóre konkursy. Jednak przy tak klasowych rywalach, o szansach medalowych na imprezach rangi mistrzowskiej mógł jedynie pomarzyć. Ale w 2015 roku sytuacja Hartinga uległa zmianie. Wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze, dyscyplinie następowała kolejna wymiana pokoleń. Zwykle w rzucie dyskiem zawodnicy osiągają najlepsze wyniki w przedziale wiekowym od dwudziestego piątego do trzydziestego roku życia. Zatem Virgilijus Alekna od kilku lat nie liczył się w stawce. Gerd Kanter był cały czas groźny, jednak daleko było mu do sukcesów, jakie osiągał na przykład w 2008 roku. Robert Harting przechodził poważną kontuzję, której nabawił się kiedy kończył trzydziestkę. Pod tym względem świetnie prezentował się – i dalej to robi – jedynie Piotr Małachowski. Jednak to wyjątek potwierdzający regułę.

Urodzony w 1990 roku Christoph właśnie wchodził w najlepszy wiek dla dyskobola. Zatem jego wyniki wystrzeliły w górę –  w 2015 roku poprawił swój życiowy rekord o blisko trzy metry. Ponadto, uraz Roberta podziałał na niego mobilizująco. W końcu mógł przestać być bratem mistrza – mógł sam być mistrzem. I takim został. Na nieszczęście dla naszego rodaka, który przecież na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro jechał jako złoty medalista mistrzostw świata i Europy.

Harting zabiera złoto po raz drugi

I ponownie przeżył powtórkę z Berlina. W pierwszej próbie rzucił 67,32, wyraźnie odstawiając resztę konkurencji. W trzeciej serii poprawił swój wynik, posyłając dysk o dwadzieścia trzy centymetry dalej. Wydawało się, że złoty medal jest pewny – żaden z rywali nie mógł przekroczyć sześćdziesiątego siódmego metra. A co z Hartingiem? Ten radził sobie bardzo dobrze. Do piątej serii zajmował drugą pozycję, ale z wyraźnie słabszym wynikiem od Polaka – 66,34. Jednak wciąż, jak na zawodnika który nigdy nie stał na podium mistrzostw świata czy kontynentu, miał powody do zadowolenia. Aż przyszła ostatnia kolejka, w której Christoph posłał dysk na odległość 68,37. Małachowski, mający dosłownie kilka minut na skupienie się by wykonać złotą próbę, po prostu nie mógł się sprężyć na tyle, aby pokonać Niemca. Rzut na odległość 65,38 niczego nie zmienił w końcowej klasyfikacji.

Niemiec ustanowił swój rekord życiowy. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie zdołał osiągnąć takiego wyniku. Ale błędem byłoby stwierdzenie, że Harting miał szczęście. Oczywiście, warunki pogodowe – czyli wiatr, który w rzucie dyskiem potrafi odegrać istotną rolę – wyraźnie mu sprzyjały. Ale w ostatniej kolejce aż czterech zawodników ustanowiło swoje najlepsze rezultaty na zawodach. Więc bynajmniej nie było tak, że wyłącznie Niemiec wykorzystał sprzyjającą pogodę. Poza tym, sprowadzanie takiego rzutu wyłącznie do szczęśliwego powiewu wiatru, byłoby sporym brakiem szacunku do niemieckiego zawodnika. On w tamtym okresie był po prostu dobry. A że miał życiową formę akurat na najważniejszych zawodach czterolecia? To brzmi bardziej jak atut, niż zarzut w stronę Niemca. Przecież każdy sportowiec marzy o tym, żeby być jak najlepiej przygotowanym właśnie na igrzyskach.

Rozprawmy się z jeszcze jednym, częstym podejściem wśród kibiców, czyli najlepszymi rzutami w ostatnich kolejkach, które przez wielu są uznawane za mieszankę szczęścia i przypadku. To kolejny argument przemawiający za Hartingiem. Przecież wszyscy zawodnicy wiedzą, że będą mieli sześć szans na osiągnięcie dobrego wyniku. A że Niemiec osiągnął go w swojej ostatniej próbie? To trochę tak, jakby w piłce nożnej deprecjonować bramki strzelone w doliczonym czasie gry, albo w koszykówce nie doceniać zwycięskich punktów, zdobytych w ostatnich sekundach. Przecież właśnie takie zdarzenia są najbardziej emocjonujące. Tym bardziej, że Harting – wzorem starszego brata – nie raz udowadniał, że właśnie ostatnie próby są jego ogromnym atutem.

Małachowski: – Christoph nigdy nie był faworytem wielkich imprez. A już na pewno nie igrzysk olimpijskich. Ale wiele osób mówi, że Harting zaskoczył, że nie powinien rzucić w Rio tak daleko. Właśnie nie – gdyby ktoś prześledził jego wszystkie konkursy, to zauważyłby że on często w ostatnich kolejkach rzucał bardzo daleko. Udało mu się to również na igrzyskach. Ale kilka konkursów przed Rio również skończył z bardzo dobrymi wynikami. Nie zapomnę, jak startowaliśmy na zawodach w Dessau. Konkurs się opóźnił o godzinę, było zimno – naprawdę słabo to wyglądało. A on jeszcze w ostatniej próbie rzucił 68 metrów. Wiedziałem, że jest to mocny zawodnik. Chociaż nie wierzyłem, że rzuci tak daleko na igrzyskach.

Ekscentryczny mistrz

Być może brak liczniejszych sukcesów był spowodowany charakterem młodszego z braci Hartingów. Jego oryginalne podejście do życia było widać w trakcie ceremonii wręczania medali olimpijskich. Przed wejściem na podium zaczął robić jednoosobową falę, po czym wskoczył na pudło i teatralnie ukłonił się przed zgromadzoną publicznością. Takie zachowanie było jeszcze do zaakceptowania – ot, zawodnik cieszy się z sukcesu, to jego chwila. Ale Christoph w trakcie odgrywania hymnu państwowego zaczął delikatnie tańczyć i pogwizdywać sobie pod nosem. Takie zachowanie spotkało się z oburzeniem zarówno niemieckich mediów, jak i delegatów oraz innych sportowców reprezentujących ten kraj na igrzyskach.

Piotra Małachowskiego tak wspomina młodszego z braci Hartingów: – Dla mnie – nieobliczalny facet. Robert to całkowicie inna osoba, bardziej poukładana życiowo. Chrostoph to był zwariowany typ. Nigdy nie wiadomo było co może zrobić, jak się będzie zachowywać. Czasami przychodził i normalnie ze wszystkimi rozmawiał, a innym razem był totalnie zamknięty w sobie i nic nie mówił.

Po igrzyskach mistrz olimpijski buńczucznie zapowiadał atak na rekord świata, ale do tej pory jest bardzo daleko od zrealizowania tego planu. Christoph wyraźnie zachłysnął się sukcesem i już rok po igrzyskach jego wyniki dramatycznie się obniżyły. W 2017 roku nie rzucił nawet 65 metrów. Za to zdobył inne „osiągnięcie” – stracił prawo jazdy, kiedy spowodował stłuczkę prowadząc po pijaku. W dodatku podczas kontroli zaczął awanturować się z policją. Jednak rok później jego rezultaty ponownie się poprawiły. Czy ma szansę ponownie zaskoczyć wszystkich i włączyć się do walki o medale w Tokio?

– Christoph już tak daleko nie rzuca. Wiele osób skreśla go przed startem. Ale ja jestem pewien, że będzie dobrze przygotowany i na igrzyskach może zajść bardzo daleko – komentuje zawodnik Grupy Sportowej ORLEN, Piotr Małachowski. A my liczymy, że akurat w tym przewidywaniu nasz mistrz się pomyli, i to on trzeci raz w karierze zagości na olimpijskim podium. Najlepiej, na jego najwyższym stopniu.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez