Nowy nadzór, stare problemy. Co czeka polski boks?

Nowy nadzór, stare problemy. Co czeka polski boks?

Pandemia koronawirusa wywarła ogromny wpływ nie tylko na światowy boks. Rykoszetem oberwali także Krzysztof Głowacki (31-2, 19 KO) i Kamil Szeremeta (21-0, 5 KO) – pretendenci oczekujący od wielu miesięcy na wielkie mistrzowskie walki. Na krajowym podwórku dzieje się coraz więcej, ale niestety głównie poza ringiem. Duża w tym zasługa Polskiej Unii Boksu (PUB) – nowego podmiotu, który chce przejąć kontrolę organizacyjną nad krajowym boksem zawodowym.

Kontrowersje piętrzą się z tygodnia na tydzień, ale na samym początku był pomysł. Mało kto zdaje sobie sprawę, ale sytuacja prawna polskiego boksu należała w ostatnich latach do mocno nieoczywistych. O ile pięściarstwo olimpijskie nadal znajduje się pod nadzorem Polskiego Związku Bokserskiego (PZB), tak zawodowa odmiana od 2013 roku nie jest już pilnowana przez żadną państwową organizację.

Jak do tego doszło? Krzysztof Kraśnicki – długoletni nadzorca boksu zawodowego w PZB – obawiał się zmiany przepisów. Taki ruch zapowiedziało Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu Amatorskiego (AIBA). Z proponowanych zapisów wynikało, że pięściarstwo amatorskie i profesjonalne nie może funkcjonować pod jedną banderą. Działacz założył więc prywatną firmę. Z czasem stała się znana jako Polski Wydział Boksu Zawodowego (PWBZ). W praktyce była jednoosobową działalnością gospodarczą, ale zyskała przychylność międzynarodowych organizacji.

W kraju długo nie było wątpliwości. Promotorzy mogli kłócić się między sobą, ale gdy przychodziło co do czego, to właściwie wszystkie gale nadzorowała nowa firma pana Kraśnickiego. Poważne pęknięcia pojawiły się jesienią 2019 roku. Wtedy gale grupy KnockOut Promotions zaczęli regularnie sankcjonować zapraszani Austriacy. Skąd ten wybór? Andrzej Wasilewski – szef KP – przekonywał, że zdecydowały kwestie przejrzystości i bezpieczeństwa.

Spór prawny w tle

Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad pewnym zbiegiem okoliczności. Austriacy pojawili się na scenie akurat wtedy, gdy PWBZ wydał niekorzystną dla KP decyzję w sprawie kontraktu Adama Balskiego (15-0, 9 KO). Zawodnik twierdził, że wypowiedział umowę poprzedniemu pracodawcy i bez przeszkód może dołączyć do nowej grupy. Druga strona miała jednak inne zdanie.

Werdykt PWBZ był jednak bardziej umyciem rąk niż konkretnym zabraniem stanowiska. Wszystkie strony wezwano do porozumienia. Zaznaczono jednocześnie, że przy jego braku Balski nie może wystartować w nowych barwach, a sprawę może zmienić tylko wiążący wyrok sądowy. Za kulisami spekulowano, że pięściarz wystąpi u nowego pracodawcy właśnie pod zagranicznym nadzorem. Ostatecznie taka walka nie doszła do skutku. Po kilku miesiącach wszyscy się dogadali, ale mleko zdążyło się już rozlać.

W międzyczasie dobiegła końca przygoda Austriaków z polskim boksem – i to w atmosferze skandalu. W marcu 2020 roku olbrzymie kontrowersje wzbudziła praca sędziów podczas walki Artura Szpilki (24-4, 16 KO) z Siergiejem Radczenką (7-6, 2 KO). Polak był dwa razy na deskach i zdaniem wielu obserwatorów przegrał ten pojedynek. Werdykt był jednak inny – ogłoszono niejednogłośne zwycięstwo “Szpili”, a komentatorzy TVP Sport nie zostawili suchej nitki na postawie arbitrów.

Nowy gracz na wielkiej scenie

W kolejnych miesiącach polski boks znalazł się w stanie zawieszenia. Długo można było odnieść wrażenie, że rewanżowe starcie Szpilki z Radczenką jest czymś naturalnym. Ukrainiec faktycznie szybko pokazał się przed polską publicznością, ale… walką z Mateuszem Masternakiem (42-5, 28 KO). “Szpila” za to ogłosił, że po jednorazowej próbie jednak opuszcza wagę junior ciężką i wraca bić się w królewskiej kategorii.

Najpoważniejszym kandydatem do walki ze Szpilką stał się ostatnio Łukasz Różański (13-0, 12 KO). Trochę trudno w to uwierzyć, ale niepokonany pięściarz z Rzeszowa zbliża się już do 35. urodzin. Od największego w jego karierze zwycięstwa z Izu Ugonohem (18-2, 15 KO) minął ponad rok, który nie dostarczył sportowych wyzwań dużego kalibru.

W ostatnim występie na drodze Różańskiego stanął Ozcan Cetinkaya (31-21-2, 23 KO), ale walka nie miała wiele wspólnego z boksem. 42-letni rywal w trwającej blisko dwie dekady “karierze” wygrał tylko jedno starcie z przeciwnikiem o dodatnim bilansie. W Tarnowie przewracał się po każdym ciosie – momentami chyba nawet od wiatru. W ogóle nie próbował udawać, że myśli o zwycięstwie.

Ten pojedynek sankcjonowała już Polska Unia Boksu (PUB) – nowe stowarzyszenie, w którego zarządzie zasiadają Jarosław Kołkowski i Leszek Jankowiak. Pierwszy na co dzień jest wziętym prawnikiem, a do boksu wrócił po kilku latach przerwy. Wcześniej dał się poznać jako kierownik grupy Hussars Poland, która brała udział w półzawodowych rozgrywkach World Series of Boxing (WSB).

Drugi to z kolei najlepszy polski sędzia ostatnich lat, który dostaje coraz więcej szans na arenie międzynarodowej. Niedawno prowadził w ringu starcie Mairisa Briedisa (27-1, 19 KO) z Yunierem Dorticosem (24-2, 22 KO) o mistrzowski pas federacji IBF w kategorii junior ciężkiej. Obecność sędziego Jankowiaka w nowym projekcie była dużą niespodzianką – do tej pory od lat był prawą ręką Krzysztofa Kraśnickiego. PWBZ na nowe stowarzyszenie zamienili zresztą wszyscy czołowi polscy sędziowie.

Ciężki nokaut na debiutancie

Nowy twór jako cele działania podaje między innymi “dbałość o zdrowie i odpowiednie przygotowanie sportowe zawodników oraz “podwyższanie poziomu sportowego i organizacyjnego zawodów (gal) bokserskich”. Na papierze brzmi to obiecująco – trudno się pod tym nie podpisać. Można jednak odnieść wrażenie, że piękne ideały nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością.

“Podwyższania poziomu sportowego” nie było widać w dopuszczeniu do walki wspomnianego Cetinkayi – 42-letniego łysiejącego pana z brzuszkiem. Nie było tu żadnej intrygi ani piętrowej tajemnicy. Wystarczyło na chłodno przeanalizować jakość jego pięściarskiego dorobku i rzucić okiem na kilka ostatnich walk. “Dbałości o zdrowie” ewidentnie zabrakło za to w ostatni weekend. We wsi Wielki Klincz doszło do skandalicznie nierównego zestawienia, które w żadnych okolicznościach po prostu nie powinno się wydarzyć.

Z jednej strony pojawił się Igor Jakubowski (1-0) – olimpijczyk z Rio, który na ringach amatorskich stoczył ponad 200 walk. Jego rywalem został Paweł Nowaczyński – absolutny debiutant bez większego doświadczenia w żadnej odmianie pięściarstwa, który pokonał wiele trudnych życiowych zakrętów. Pojedynek zgodnie z przypuszczeniami zakończył się już w drugiej rundzie – ciężkim nokautem na 19-letnim nowicjuszu.

Po wszystkim tłumaczono, że walka była ćwierćfinałem turnieju Rocky Boxing Night, ale w kwestii merytorycznej nic to nie zmienia. Tym bardziej, że kilka dni wcześniej upubliczniono oficjalne pismo od PUB do jednego z promotorów. W nim odmawiano sankcjonowania niektórych zestawień właśnie ze względu na potencjalnie nierówne zestawienia. W żadnym z tamtych przypadków nie chodziło jednak o walkę debiutanta z byłym olimpijczykiem o ogromnym doświadczeniu. Pismo – w którym upubliczniono PESEL jednego z promotorów – zostało zresztą wkrótce usunięte.

BoxRec a sprawa polska

W zakulisowej grze pojawił się jeszcze jeden ważny czynnik. Sędzia Leszek Jankowiak – jedna z najważniejszych osób w PUB – od lat jest również edytorem statystycznego portalu BoxRec, w którym można znaleźć informacje o wszystkich bokserskich walkach. Do każdego kraju jest przypisana jedna osoba, która nadzoruje całość pięściarskich wydarzeń i wpisuje odpowiednie wyniki. Do niedawna nie było tu miejsca na żadną politykę, ale sytuacja zaczęła się zmieniać.

Od lipca części polskich gal na BoxRecu po prostu nie ma. Nie chodzi tu bynajmniej o małe gale, ale o imprezy transmitowane przez telewizję. Taki los spotkał między innymi lipcową walkę Przemysława Runowskiego (19-1, 4 KO), którą zorganizował w Radomiu promotor Tomasz Babiloński. W BoxRecu można znaleźć za to galę zorganizowaną przez tego samego człowieka dwa tygodnie później. Na czym polega różnica? Pierwszą imprezę nadzorował jeszcze PWBZ, drugą już PBU.

Pytany o całą sprawę w magazynie “Koloseum” sędzia Jankowiak przekonuje, że od momentu powstania nowego stowarzyszenia może wpisywać tylko wyniki gal sankcjonowanych przez ten podmiot. Czy to oznacza, że w Polsce według BoxReca może działać tylko jeden nadzorca boksu zawodowego? Takie podejście pachnie hipokryzją. Jeszcze w marcu imprezy organizowane w Polsce mógł nadzorować podmiot zagraniczny – i te wyniki na BoxRecu są.

Można odnieść wrażenie, że portal w teorii statystyczny w praktyce stał się narzędziem do wywierania nacisków. Zagraniczni promotorzy nie chcą przyjeżdżać do Polski jeśli nie mają pewności, że wyniki zostaną odnotowane. “Jeśli czegoś nie ma na BoxRecu, to znaczy, że nie istnieje” – trochę na takiej zasadzie to działa. Na samym początku większość polskich promotorów deklarowała chęć dalszej współpracy z PWBZ, ale dbając o własny biznes stopniowo zaczęli zmieniać zdanie. Kierownictwo portalu konsekwentnie odmawia komentowania sytuacji.

Niedawno w sprawie pojawił się kolejny zwrot akcji. Organizacja European Boxing Union (EBU) stanęła po stronie PWBZ. I to dosyć jednoznacznie – do tego stopnia, że pięściarze walczący na galach sankcjonowanych przez PBU nie będą już uwzględniani w jej rankingach. To oznacza, że wielu zawodników nie powalczy o pasy mistrza Europy (EBU) oraz mistrza Unii Europejskiej (EBU-EU). Nie każdy pięściarz jest materiałem na mistrza świata, więc krajobraz polskiego boksu znów może się gwałtownie zmienić.

Porozumienie pod banderą PZB?

W tym całym zamieszaniu naprawdę łatwo się pogubić. Jeszcze prościej dojść do oczywistego pytania – dlaczego wszystkie strony nie mogą się pogodzić i podjąć działań w ramach nowego podmiotu, który byłby powszechnie akceptowany? Polski boks posiada ograniczone zasoby, a kolejne podziały z pewnością nie pomogą w stworzeniu czegoś twórczego. Niestety – w najnowszym konflikcie chyba nikt już nie jest w stanie sobie zaufać.

Rozwiązaniem problemu może być interwencja… kogoś trzeciego. We wrześniu w Polskim Związku Bokserskim wybrano na kolejną kadencję Grzegorza Nowaczka. Nowy-stary prezes w ostatnich miesiącach zacieśnił współpracę z firmą Suzuki, która zaowocowała programem stypendialnym dla najbardziej obiecujących reprezentantów młodego pokolenia. Kolejne plany są ambitne i w jakimś sensie wiążą się także z boksem zawodowym.

Nowym członkiem zarządu został bowiem Grzegorz Proksa. Były pięściarz jest obecnie wiceprezesem ds. boksu zawodowego. Czym będzie się zajmował w praktyce? Tego na razie nie wiadomo. Kilka miesięcy przed wyborami prezes Nowaczek zapowiadał, że PZB poważnie rozważa scenariusz, w którym znów powstałaby komórka nadzorująca krajowy boks zawodowy. Byłby to więc swego rodzaju powrót do korzeni – o ile oczywiście wszystkie strony będą w stanie się dogadać.

Czekając na sport…

Wielkie oczekiwanie to także stan, który dobrze opisuje sytuację najlepszych polskich pięściarzy. Od bulwersującej grabieży na Łotwie minął ponad rok. Werdykt nie uległ zmianie, ale Krzysztof Głowacki (31-2, 19 KO) otrzymał zapewnienie, że w kolejnym występie zaboksuje o tytuł mistrza świata federacji WBO. Wiadomo, że jego rywalem będzie Lawrence Okolie (14-0, 11 KO), ale… na tym pewne informacje się kończą.

Eddie Hearn chce zorganizować ten pojedynek w grudniu. Na tej samej gali w walce wieczoru miałby wystąpić Anthony Joshua (23-1, 21 KO), ale w sprawie brakuje konkretów. “Główka” zaczął zgrupowanie w Hiszpanii, ale kilka dni wcześniej pisał w mediach społecznościowych, że wciąż nie zna szczegółów kontraktu na walkę.

Dla mnie system jest taki – promotor uzgadnia z zawodnikiem warunki, potem negocjuje z drugą stroną i daje to do podpisu zawodnikowi. Tak jest na całym świecie, a tu widzimy co innego. Z przykrością patrzę, jak chłopak to przeżywa. Jest na granicy nerwów, na granicy zrywu – tłumaczył w rozmowie z portalem bokser.org Fiodor Łapin, długoletni trener Głowackiego.

Na wielką szansę czeka także inny z podopiecznych tego szkoleniowca – Kamil Szeremeta (21-0, 5 KO). Były mistrz Europy kategorii średniej zapracował na pozycję obowiązkowego pretendenta federacji IBF i od wielu miesięcy czeka na walkę z mistrzem – Giennadijem Gołowkinem (40-1-1, 35 KO). Kazach wielokrotnie zapowiadał, że przed większymi sportowymi wyzwaniami da Polakowi szansę. Pojedynek wielokrotnie przekładano – w ostatnich tygodniach pojawiła się wersja, że dojdzie do niego w listopadzie, ale oficjalnego potwierdzenia także nie ma.

Daty kolejnego występu nie zna również Michał Cieślak (19-1, 13 KO), który w styczniu stoczył w Kinszasie porywającą walkę z Ilungą Makabu (27-2, 24 KO). Polak przegrał, ale wydawało się, że kolejne wielkie pojedynki są kwestią czasu. Od tamtej pory dominowały jednak kontrowersje promotorskie, a pięściarz ostatecznie nie związał się z grupą KnockOut Promotions. Pojawiają się informacje, że zimą wystąpi na dużej gali Polsatu. Tam miałby się zmierzyć z Nikodemem Jeżewskim (19-0-1, 9 KO).

Konkretów nie widać również w przypadku Adama Kownackiego (20-1, 15 KO). Najwyżej notowany polski „ciężki” w marcu nieoczekiwanie przegrał z Robertem Heleniusem (30-3, 19 KO). Również zapowiadał rewanż, ale na to się na razie nie zanosi. W jesiennym kalendarzu projektu Premier Boxing Champions – z którym związany jest „Babyface” – na razie nie ma dla niego miejsca.

Boks wciąż adaptuje się do nowych realiów. Promotorzy coraz częściej planują budżety już bez udziału widowni. Jesienią dojdzie do wielkich walk – najciekawsze starcie Wasyla Łomaczenki (14-1, 10 KO) z Teofimo Lopezem (15-0, 12 KO) odbędzie się bez udziału widowni. Będzie transmitowane w otwartym paśmie – bez Pay-Per-View. Polacy muszą więc robić to co reszta świata – trzeba uzbroić się w cierpliwość i po prostu czekać.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez