Nowy król Tour de France. Jak Tadej Pogacar został wielkim kolarzem

Nowy król Tour de France. Jak Tadej Pogacar został wielkim kolarzem

W zeszłym roku sensacyjnie został najmłodszym od 1904 roku zwycięzcą Tour de France. W tym sezonie był już jednym z głównych faworytów Wielkiej Pętli i wyzwaniu sprostał – wygrał z przewagą ponad pięciu minut, nie pozostawiając rywalom wątpliwości, kto jest najlepszy. Teraz jego celem jest wyścig ze startu wspólnego na igrzyskach. I choć nie jest specjalistą od jednodniówek, to i tam z pewnością stać go na triumf. Jak Tadej Pogacar doszedł do wielkości?

Dwa różne Toury

To nie tak, że jechał na zeszłoroczne Tour de France jako nieznany gość. Miał już kilka sukcesów na swoim koncie, w tym największy właśnie z Wielkiego Touru – w swoim debiucie na takowym, gdy jechał Vueltę w 2019 roku, zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. A na podium i tak mógł wysłuchać słoweńskiego hymnu, bo najlepszy okazał się wtedy Primoz Roglic. Tadej był wzruszony, w kącikach oczu pałętały się mu łzy. Nie spodziewał się takiego sukcesu.

Na Tour de France 2020 – drugim trzytygodniowym wyścigu w karierze – miał być ważnym punktem zespołu, ale raczej nikt nie myślał o tym, że mógłby powalczyć o zwycięstwo. Ba, mówiło się nawet, że liderem zespołu będzie Fabio Aru, ale Włoch pokiereszował się w kraksie i szybko musiał się z wyścigu wycofać. Inna sprawa, że wydawało się, że i tak nikt nie ma szans w starciu z wielką siłą dwóch zespołów – INEOS i Jumbo-Vismy. Nie trzeba było być nawet ekspertem od kolarstwa, by po samych nazwiskach w składach stwierdzić, że ich kolarze są faworytami.

W UAE Team Emirates liczyli na niezłe miejsca w generalce, do tego na kilka wygranych etapów. Mieli się pokazać, zgarnąć kilka mniejszych, ale ważnych triumfów i przybić sobie piątki za dobrze wykonaną pracę na koniec. Wszystko mógł jednak zepsuć siódmy etap – z powodu kraksy większa część zespołu (w tym Pogacar) utknęła wtedy z tyłu. Gdy dojechali do głównej grupy, nadrabiając straty, ta podzieliła się z powodu mocnego wiatru. Pogacar sam doprowadzał kolegów do mety, ale strata do innych faworytów była duża – ponad 80 sekund.

Jak to się, kurwa, stało? – pytał swoich kolarzy po wszystkim Allan Peiper, menadżer zespołu. Koledzy przeprosili za to Tadeja, bo jako lider drużyny powinien być chroniony, a tego zrobić im się nie udało. Ten jednak nie miał zamiaru załamywać rąk. – Nie martwcie się. Zaatakuję następnego dnia i odzyskam nieco sekund – powiedział. Brzmiało to trochę jak zaklinanie rzeczywistości. Młody Słoweniec wsiadł jednak dzień później na rower… i zrobił dokładnie to, co obiecał. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, po drodze wygrywając trzy etapy, mimo że w międzyczasie z różnych powodów ubyło mu kilku pomocników. Przypomnijmy: to był jego debiut na Tour de France!

Po fakcie mówiło się, że kolarze Jumbo-Visma jechali źle. To jednak nie do końca tak. Owszem, nie wykorzystali swojej ogromnej dominacji nad peletonem, jaką uzyskali w trakcie trwania Touru, ale Primoz Roglic przed ostatnią czasówką miał 50 sekund przewagi nad Pogacarem. A starszy ze Słoweńców jeździć na czas potrafi doskonale. Trudno było przewidzieć katastrofę.

Ta jednak nastąpiła – Pogacar na jednym etapie jazdy na czas, przedostatnim w wyścigu, wygrał z rodakiem o dwie minuty. W dodatku przez sporą część trasy… nie słyszał wskazówek dyrektora, który informował go o czasach. Więc jechał po prostu na maksimum swoich możliwości i to dało mu sukces. Założył żółtą koszulkę po raz pierwszy w życiu i od razu został triumfatorem Tour de France. Tylko najwybitniejsi kolarze – jak Eddy Merckx – robili to w debiucie.

Jego trenerzy przyznawali potem, że można było wyczuć wielką formę Tadeja. W maju – gdy cały kolarski świat zatrzymał się z powodu pandemii, a on trenował w Słowenii – parametry na pomiarach miał ponoć tak doskonałe, że dostał rozkaz, by na tydzień zejść z roweru i odpocząć. Dla bezpieczeństwa, żeby przypadkiem nie przeszarżować. I Tadejowi, i trenerom udało się tego nie zepsuć. W nietypowym, bo jesiennym Tour de France, Pogacar swoją wielką formę zaprezentował w najlepszy możliwy sposób.

Myślę, że śnię, czuję, że moja głowa zaraz eksploduje. To szalone. Byłem szczęśliwy z powodu drugiego miejsca, a teraz mam żółtą koszulkę. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem dumny z zespołu, wykonali wielką pracę. Przykro mi z powodu Primoza. Miał świetne Tour de France, był najlepszym kolarzem. Dla mnie zwycięstwo to spełnienie marzeń i wielkie osiągnięcie. Właściwie moim marzeniem była sama jazda w Tourze, nie marzyłem o wygranej. Nie myślałem, że jestem do tego zdolny – mówił dziennikarzom. A gdy wyszedł na konferencję prasową i zobaczył tłumy dziennikarzy, stwierdził, że ta sala jest dla niego „za duża”. Żona Andreja Hauptmana, byłego kolarza, która dobrze zna Pogacara, stwierdziła wtedy, że o ile ten na rowerze jest tygrysem, to poza nim zmienia się w małego kotka.

Tegoroczny Tour de France był już jednak inny. Rozgrywany w swoim normalnym terminie miał właściwie dwóch wielkich faworytów: Primoza Roglicia i Tadeja Pogacara. Wszystko miało rozstrzygnąć się w ramach słoweńskiej rywalizacji, a Tadej nie był już młodzianem, który sensacyjnie wygrywał. Tym razem jechał w roli mistrza, który bronił tego, co należało do niego. Okazało się, że z Rogliciem rywalizował niedługo – starszy ze Słoweńców wycofał się kilka etapów po tym, jak ucierpiał w kraksie, jeszcze w pierwszej części wyścigu.

W tej sytuacji Tadej właściwie nie miał rywala. Znów wygrał trzy etapy, znów imponował przygotowaniem. Słabość pokazał właściwie tylko raz – gdy na Mont Ventoux dał się zgubić Jonasowi Vingegaardowi (który w klasyfikacji generalnej ostatecznie był drugi), ale straty szybko odrobił. Jego przewaga pod koniec wyścigu była na tyle duża, że w Pirenejach mógł po prostu kontrolować poczynania rywali. Jednak i tak kilka razy zaatakował, i wygrał tam dwa etapy z rzędu.

Ten Tour de France był trudny od samego początku, było wiele nerwów, co z pewnością dotknęło większość zawodników. Przejechałem pierwsze etapy niemal bez zadrapania, miałem tylko jedną małą kraksę. […] Czasówka [przedostatni etap – przyp. red.] była szybka, na trasie wsparcie okazywało tylu kibiców. Cieszyłem się z każdego kilometra, choć cierpiałem  – mówił po Tourze.

Mówił też, że to nie był jego najlepszy wyścig. Że nie jechał na maksimum możliwości, czegoś brakowało. A i tak wygrał, odsadzając najgroźniejszych rywali o ponad pięć minut. To był pokaz wielkiego kolarstwa, które zagwarantowało mu drugie z rzędu zwycięstwo w Paryżu. Stał się najmłodszym w historii dwukrotnym zwycięzcą Tour de France. Jako pierwszy kolarz przez dwa lata z rzędu zakładał trzy koszulki – dla zwycięzcy wyścigu, najlepszego młodzieżowca i triumfatora klasyfikacji górskiej. Wcześniej trzy trykoty na koniec wyścigu miał tylko Eddy Merckx, ale udało mu się to jedynie raz.

Widzę w nim nowego Kanibala – powiedział wielki Belg, który był tak nazywany w trakcie kariery. – Już wygrał dwa Toury. Jest niesamowicie mocny. Spodziewam się, że wygra kilka kolejnych edycji w nadchodzących latach. Jeśli nic się nie wydarzy, na pewno będzie w stanie wygrać Tour de France więcej niż pięciokrotnie [to rekord, należący właśnie do Merckxa – przyp. red.].

Pogacar nie chciał zgodzić się z tym zdaniem. Bo mówił, że nie czuje się nowym Kanibalem, nie czuje się też szefem w peletonie, ani nie chce deklarować, że nastała „era Pogacara”, jak to mówiono i pisano w mediach. Nie myśli też o rekordach, po prostu cieszy się chwilą i sukcesami, o których marzył od dziecka.

Za mały na rower

Gdy miał kilka czy kilkanaście lat, Słowenia nie słynęła z kolarstwa. Owszem, nazwiska kilku niezłych kolarzy może i były znane, ale w kraju liczyły się przede wszystkim sporty zespołowe i zimowe – na czele ze skokami narciarskimi, z których zresztą do kolarstwa przeszedł po latach Primoz Roglic. Pogacar nigdy ich nie trenował, choć kiedyś spróbował skoczyć na obiekcie K-20. Stwierdził jednak, że zbyt się tego boi. I odpuścił.

Pamięta, że na swoim pierwszym rowerze zaliczył naprawdę solidny upadek. Gdy o tym mówi, uśmiecha się jednak. Z biegiem czasu stało się to miłym wspomnieniem, w końcu od tego roweru zaczęła się jego przygoda z kolarstwem. Trenował głównie ze starszym bratem (jest trzecim z czwórki dzieci), który jako pierwszy poszedł do klubu. Gdy Tadej – naśladujący brata – też chciał jeździć w zespole, okazało się, że… nie ma dla niego wystarczająco małego roweru. Musiał jeszcze chwilę poczekać.

Miał wtedy dziewięć lat. Gdyby zapytać go rok wcześniej o to, jaki sport chciały uprawiać w przyszłości, na pewno nie wymieniłby kolarstwa. Grał bowiem w piłkę w klubie z Komendy, miejscowości, gdzie się urodził. Po latach twierdzi, że miał całkiem spory talent, do dziś zresztą lubi wyjść na boisko w wolnym czasie. Gdy jednak trafił do kolarstwa, poświęcił się mu w całości. Tym bardziej, że od początku zdawał się być kimś wybitnie uzdolnionym.

W lokalnych zawodach, zwykle ze starszymi od siebie zawodnikami, nigdy nie przyjeżdżał z tyłu, a co najmniej w środku stawki, często zajmując jedne z wyższych miejsc. A nie było mu łatwo, bo jako dwunastolatek był niższy, niż większość dzieciaków w jego wieku. I to o dobre 10-15 centymetrów, przez co brakowało mu też kilogramów. Mimo tego potrafił odjechać nawet starszym od siebie zawodnikom. Wspomniany już Andrej Hauptman pamiętał jedno takie wydarzenie.

Przyjechałem wtedy spóźniony na młodzieżowy wyścig. Zawodnicy jechali po pętli, gdzie robili okrążenia. W pewnym momencie dostrzegłem małego dzieciaka, który jechał jakieś sto metrów za główną grupą, gdzie byli starsi od niego rywale. Powiedziałem organizatorom, że powinni mu jakoś pomóc, na co oni odparli, że to ja nie rozumiem sytuacji. To ten dzieciak prowadził i był bliski zdublowania rywali! To był właśnie Tadej Pogacar.

Pogacar od samego początku jeździł w jednej drużynie – Rog-Ljubljana. To jedna z dwóch ekip kontynentalnych w słoweńskim kolarstwie, druga to Adria Mobil (tam przebijał się Roglic). Obie wypuszczają w świat kolejne talenty, których ostatnio w Słowenii więcej. O tym jednak skąd to się bierze i jak doszło do tego, że tak mały kraj zaczął trząść kolarskim peletonem, pisaliśmy już w tym miejscu.

Tymczasem wróćmy do samego Tadeja. Trenerzy szybko dostrzegli, że chłopak talent ma ogromny. I wspierali jego rozwój, jak tylko potrafili. Jednak nie chodzi wyłącznie o to, że potrafił jeździć szybko. Miał do tego niesamowity zmysł, instynkt, potrafił poruszać się w peletonie niemalże od samego początku. Trenerzy z czasów jego dzieciństwa wspominają, że nie popełniał błędów. Już gdy miał 15 czy 16 lat, interesował się też tym, jak będzie wyglądać trasa, żeby wiedzieć, w którym miejscu dobrze jest zaatakować. Chciał być idealnie przygotowany.

Nie dziwi, że gdy tylko skończył szesnaście lat, słoweńska federacja natychmiast powołała go do juniorskiej reprezentacji. Od 2015 roku jeździł też w coraz większych imprezach młodzieżowych. W pierwszym dużym etapowym wyścigu, Course de la Paix, od razu był ósmy w klasyfikacji generalnej. Rok później wygrał tam już etap, a w Giro della Lunigiana został najlepszym kolarzem w generalce. Kolejne sukcesy były tylko kwestią czasu i przyszły – na czele z najważniejszym, ostatnim z nich, gdy triumfował w Tour de l’Avenir, największym młodzieżowym wyścigiem świata, nazywanym „Tour de France U-23”. No właśnie, jeżdżą tam kolarze do 23 roku życia. Pogacar miał wtedy niespełna 20 lat. I pokonał wszystkich.

Po tamtym, wręcz doskonałym dla niego sezonie, od 2019 roku jeździł już wśród seniorów w barwach UAE Emirates Team. Ekipa ta monitorowała jego postępy od kilku lat. I w końcu zdecydowała się, że nie warto kazać mu spędzać kolejnego roku wśród młodzieżowców. Bo jego talent w zawodowym peletonie się obroni.

Klucz do sukcesu

Wierzę, że pochodzę z dobrej rodziny, która wychowała mnie na dobrego chłopca. Nie chodzę na skróty – powiedział kiedyś o sobie Tadej Pogacar. I właściwie każdy to potwierdza, do dziś widać w jego charakterze wiele cech, które uchowały się tam z dzieciństwa. Niezmiennie pamięta też o rodzinie. Gdy odnosił pierwsze sukcesy, prosił dziennikarzy… żeby wysyłali do jego rodziców wycinki artykułów, w których go opisują.

Rodzice to Marjeta i Mirko. Ta pierwsza urodziła się w Gorze, ten drugi w Klanec. Po polsku znaczy to odpowiednio: góra i wzgórze. Dziś Tadej Pogacar jest jednym z najlepszych górali w peletonie. Przeznaczenie? Może i tak. Rodzina Tadeja bardzo w jego wypełnieniu jednak dopomogła – rodzice od małego wspierali pasje swoich dzieci, ale też nie pozwalali im zbyt łatwo z nich rezygnować. – Chcieliśmy ich nauczyć, żeby byli szczerzy, ciężko pracujący i mili dla innych ludzi. Kiedy chcieli z czegoś zrezygnować w trakcie sezonu, nie pozwalaliśmy im. Chcieliśmy, żeby skończyli pracę, którą zaczęli – mówiła Marjeta.

Tadej z kolarstwem raczej nie miał jednak większych problemów. Wciągnęło go na całego. Kiedyś nauczyciel na lekcji zapytał go, o czym ten myśli, bo widać było, że na pewno nie o szkole. – Myślę o trasie, którą przejadę dziś na treningu – odpowiedział młody Pogacar. Rodzice musieli go wręcz momentami przymuszać do nauki, bo ten, gdyby tylko mógł, ze szkoły by zrezygnował i postawił wszystko na kolarstwo. A wiemy, że to czasem się źle kończy.

Ogółem z Tadejem nie było jednak większych problemów. Co może zaskakiwać, to fakt, że był (i podobno dalej jest) osobą, która w rodzinie odpowiadała za rozbawianie pozostałych domowników. W bliskim towarzystwie to otwarty, wesoły i dowcipny gość, który za młodu lubił bawić się w klauna i jeździć na… monocyklu razem z bratem (oba ich monocykle potem skradziono i tak się to skończyło). Tej strony Tadeja nie widać w otoczeniu dziennikarzy, w wywiadach raczej nieco się wycofuje, choć przyznaje, że próbuje to zmienić, w czym pomaga mu jego dziewczyna, Urska Zigart, słoweńska kolarka.

Tadej to urodzony zwycięzca. Ma odpowiednią mentalność, chce wygrywać od samego startu. […] Dziś dostaje dużo zapytań od mediów i uwagi wśród kibiców, ale to go nie zmieniło. To wciąż ten sam Tadej. Niektórzy ludzie rozpoznają go na ulicach w Słowenii, ale niezbyt wielu. Staram się pomóc mu pokazać swój charakter w wywiadach, wydobyć go na światło dzienne. On nieco się przed tym broni. Przy mnie jest wesoły i otwarty, chciałabym, żeby inni poznali go od tej strony – mówiła Zigart, która sama przyznaje, że raczej jest ekstrawertyczką.

To wycofanie Tadeja pozwoliło skupić mu się jednak na kolarstwie. Trenerzy przyznają, że nigdy nie mieli z nim problemów ani poza trasą, ani na niej. Gdy wsiadał na rower i startował w zawodach, zawsze był skupiony. Już jako junior potrafił jechać tak, by uniknąć kraks. Zawsze znajdował się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Od małego miał ten zmysł. Neil Stephens, jego dyrektor w UAE Team Emirates też to widzi. – Zwykle gdy myślę jakie komunikaty przekazać mu przez radio, okazuje się, że on już podjął decyzję i to ta właściwa. W dodatku ten gość jest bardzo dojrzały jak na swój wiek. Słucha cię, uczy się, ale równocześnie potrafi samemu o sobie decydować i analizować wyścigi – opowiadał Stephens.

Nie dziwi, że sukces Pogacara nastąpił bardzo szybko. W zawodowym peletonie debiutował w 2019 roku i już po kilku miesiącach wygrał Volta ao Algarve (był to zresztą jego pierwszy europejski wyścig w barwach UAE Team Emirates), a potem Tour of California. Przełomowa była jednak wspominana już Vuelta, gdzie był trzeci w generalce. W międzyczasie został też mistrzem Słowenii w jeździe na czas. Rok później był już triumfatorem Tour de France.

Wydaje się jednak, że to wszystko to tylko pewne części składowe. A właściwy klucz do sukcesu leży w czymś innym, o czym sam Tadej wspominał – on po prostu nadal jeździ jakby był w juniorach. Z każdego etapu czy wyścigu stara się wynieść przede wszystkim jedną rzecz: radość. – Jeśli nie czerpiemy zabawy z tego, co robimy, nie będzie to wspaniałe. Cieszenie się kolarstwem, czyni go dla mnie łatwiejszym. Jestem wciąż młody, chcę cieszyć się swoim życiem – mówił.

Nie oznacza to jednak, że nie zależy mu na zwycięstwach. Wręcz przeciwnie. Kiedyś porównał kolarstwo do czasów swej młodości, gdy z bratem grał na konsoli, komputerze albo w piłkę. Zawsze chciał wygrać. Wiadomo, dokopać w taki sposób rodzeństwu jest najlepiej. Dziś czuje dokładnie to samo na trasie kolejnych wyścigów. – Zawsze chcę wygrać i zawsze staram się znaleźć sposób, by cieszyć się jazdą, rywalizacją. Kiedy przegram, akceptuję to. Smutek czy złość nic tu nie zmienią. Kolarstwo to piękny sport, chcę czerpać z niego radość – opowiadał.

W peletonie zwykle atakuje. Chce zgubić rywali, pokonać ich właśnie tak. Umie jeździć mądrze taktycznie, oczywiście, ale jeśli tylko może, rusza do przodu. A że jest lepszy od większości rywali, to przynosi mu to sukcesy. I radość właśnie. Inna sprawa, że przysparza też nieco zarzutów.

Dziwne dźwięki

Tadej pamięta, że oglądać Tour de France zaczął w 2009, może 2010 roku. Uwielbiał rywalizację Alberto Contadora i Andy’ego Schlecka. Mówił, że wiele może się od nich nauczyć, choć nikogo nie starał się naśladować. W pewnych aspektach na pewno lepiej tego drugiego, choć kolarzem lepszym był Hiszpan. Andy jednak nigdy nie wpadł na dopingu (choć Frank, jego brat, już tak).

Dlaczego o tym wspominamy? Bo Tadejowi już teraz zarzuca się, że tak wielka przewaga nad resztą peletonu jest niemożliwa bez dodatkowego wspomagania. Oczywiście, mówi się tak o każdym kolarzu, który zaczyna dominować. To pewna spuścizna tego sportu, lat, które nasiąknięte była aferami, dyskwalifikacjami, a zwłaszcza sprawą tego najlepszego kolarza – który dziś przez wielu uważany jest za najgorszego – czyli Lance’a Armstronga.

Sam Tadej kilkukrotnie odnosił się już do tych zarzutów.

– Wydaje mi się, że mamy wystarczająco dużo kontroli antydopingowych, aby udowodnić podejrzewającym, że się mylą. W niedzielę miałem trzy, dwie przed etapem i jedną po. To daje wystarczającą wiarygodność – mówił niedawno. Wiadomo, wielu osób to nie przekona. W końcu Armstrong jakoś te kontrole przez lata oszukiwał. Od tego czasu cała technologia wykrywania dopingu poszła jednak do przodu. Znacznie trudniej jest przejść przez system, biorąc niedozwolone środki. Zadziwia jednak (i wielu zastanawia) regeneracja Pogacara, to jak szybko potrafi odzyskać siły po wycieńczających etapach.

– Długo nie wiedziałem, że tak dobrze radzę sobie z dnia na dzień. Nawet zanim zostałem juniorem zawsze miałem trenerów, według których codziennie mogłem jechać na tak dobrym poziomie. Ale nie wierzyłem w to, aż do kategorii juniorskiej. Nauczyłem się wiele o sobie i zacząłem kochać wyścigi etapowe, bo po przejściu poziomu juniorskiego jest ich coraz więcej. W nich czuję się najwygodniej – opowiadał Słoweniec.

Trenerzy, którzy znają go od dawna, mówią, że zawsze miał wielką umiejętność regenerowania się i podejrzewano, że będzie świetnym kolarzem na Wielkie Toury. Ci, którzy prowadzą go dziś, razem z lekarzami podsuwają wyniki badań i opisują, które składowe jego organizmu pozwalają mu jeździć w ten sposób z etapu na etap.

– Według pomiarów, metabolity Tadeja mają znacznie większe stężenie niż u innych sportowców w tym samym czasie przy tym samym stresie fizjologicznym. Tadej wydaje się bardzo szybko wracać do zdrowia po ciężkich wysiłkach. A to pozwala na cięższy trening, dłuższe i cięższe cykle z krótszymi okresami regeneracji – mówił Jeroen Swart, profesor kapsztadzkiego uniwersytetu. Dodawał też, że badania te są jawne, były już publikowane.

A tegoroczny wyścig? Przecież on jeździł w nim słabiej niż w ubiegłym roku, mówią osoby z otoczenia Tadeja. I faktycznie, pomiary mocy ponoć to udowadniają. Po prostu nikt nie zmusił Pogacara do tak wielkiego wysiłku, stawka była słabsza od niego, a i tak zdarzyły się momenty, gdy rywale choćby na chwilę mu odskakiwali. Ostatecznie ich doganiał, ale to nie tak, że nie miał chwili słabości. Miał. Po prostu potrafił je pokonać, a rywale mieli ich więcej.

Jeśli jednak nie doping tego typu, to może mechaniczny? Bo i takie zarzuty się pojawiły. Część kolarzy z peletonu miała przyznawać, że słyszy dziwne odgłosy, gdy przejeżdża obok Tadeja. Takie, których nie słyszeli nigdy wcześniej, brzmiące jak źle założony łańcuch. Sęk w tym, że Międzynarodowa Unia Kolarska ma dostęp do danych technicznych roweru Pogacara, łącznie z prześwietleniami jego części. Nic nie wskazuje, by miały się w nim znajdować niedozwolone urządzenia.

Choć więc niektórym osobom trudno może być się z tym pogodzić, uznać trzeba na ten moment jedno – że Tadej Pogacar jest po prostu fenomenem, jednym z najlepszych kolarzy w swojej generacji. I jeśli wszystko pójdzie dla niego dobrze, to przez kolejnych kilka lat będzie zdobywać trofea. Kto wie, może nawet faktycznie pobije rekord Eddy’ego Merckxa w liczbie wygranych w Wielkiej Pętli?

Teraz Tokio, a potem…?

Oczywiście, samo myślenie o tym brzmi nieco jak szaleństwo. Przecież ten gość w zawodowym peletonie debiutował dwa i pół roku temu. A jednak w tym czasie zaliczył już dwa triumfy w Tour de France. Z rosnącym doświadczeniem, coraz lepszym zespołem (wielka praca, jaką wykonał w tym roku Rafał Majka na Wielkiej Pętli, nie została przecież niezauważona) i jeszcze bardziej dopracowanymi przygotowaniami, może zdominować ten wyścig, a wraz z nim i inne Wielkie Toury.

– Będę wciąż zmotywowany w następnych latach, ale co będzie, to będzie. Nie stresuję się tym. Że mam być nowym “Kanibalem”? Nie, nie lubię się porównywać do innych kolarzy. Każdy kolarz ma swój własny styl i osobowość. Każdy kolarz jest wyjątkowy – mówił sam Tadej. I może to słuszne podejście. Przecież wielu sportowców sukcesy odnosiło za młodu, a potem nie potrafiło utrzymać formy na dłuższym dystansie, szybko zostając strąconymi z piedestału. Zresztą rywale też nie odpuszczą – Egan Bernal, Primoz Roglic, może Remco Evenepoel i inni będą chcieli Pogacara pokonać. Jemu też trudniej będzie uciekać, na nim skupi się uwaga przeciwników. To wszystko może sprawić, że kolejnych Tourów nie wygra.

To jednak melodia odległej przyszłości. W tej bliskiej z kolei czeka go rywalizacja na igrzyskach w Tokio, gdzie będzie jednym z faworytów. Być może nie największym – nie jest to w końcu wyścig typowo górski, a raczej pagórkowaty, z kilkoma trudniejszymi podjazdami – ale w piątce największych kandydatów do złota, trzeba go umieścić. Tym bardziej, że udowadniał już, że potrafi jeździć w wyścigach jednodniowych – na swoim koncie ma nawet triumf w Liege-Bastogne-Liege, jednej z najbardziej prestiżowych jednodniówek w kalendarzu.

Do tej pory nie było w historii kolarza, który wygrałby w Tour de France i na igrzyskach w wyścigu ze startu wspólnego w jednym roku. Złoto IO i triumf w Wielkiej Pętli w jednym roku ma na koncie jedynie Bradley Wiggins – w 2012 wygrał i w Paryżu, i w Londynie, ale w jeździe na czas. Czy Pogacar może być pierwszym takim zawodnikiem? Z pewnością. Nie będzie mu jednak łatwo, bo rywali – choćby Wouta van Aerta, który też fantastycznie pokazał się na Tour de France – ma z najwyższej półki.

Na regenerację przed Tokio nie będzie dużo czasu, do tego dochodzi jet lag, a w Japonii będzie bardzo gorąco. Pojadę tam po nowe doświadczenia. Będę bardzo zmotywowany, bo to igrzyska, są tylko co cztery – lub pięć, jak w tym przypadku – lata. Postaram się wygrać. Jeśli odpowiednio się przygotowałeś, możesz zwyciężyć i w Tour de France, i na igrzyskach. Choć to bardzo trudne – mówił.

Już za cztery dni przekonamy się, czy „bardzo trudne” w słowniku Tadeja Pogacara oznacza „do zrobienia”.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Mirek
Mirek
8 dni temu

Bardzo dobry artykuł, świetnie podsumowuje wyczyny Pogacara.

Aktualności

Kalendarz imprez