Nowa stara Vuelta. Mniej fanów, reżim sanitarny, ale wciąż mnóstwo gór

Nowa stara Vuelta. Mniej fanów, reżim sanitarny, ale wciąż mnóstwo gór

To będzie Vuelta inna niż wszystkie. Wskazuje na to już nietypowa data – przełom października i listopada – jak i również fakt, że pierwszy tydzień hiszpańskiego wyścigu pokrywa się z ostatnimi dniami… Giro d’Italia. Mniej będzie też fanów i dni rywalizacji, a w dodatku wielkim wrogiem może okazać się pogoda. Jeśli wszystko pójdzie jednak zgodnie z planem, możemy być świadkami wielkiego ścigania. Są bowiem najlepsi kolarze z peletonu, jest piekielnie trudna trasa, no i jest – tradycyjnie – ostatnia szansa na tego typu sukces w sezonie.

Góry będą zamknięte

Zacznijmy od tego, co stanowi największe zagrożenie dla tegorocznej Vuelty – koronawirusa. A z tym nie jest różowo. W Hiszpanii zaatakowała druga fala – dziennie notuje się tam aktualnie około 15 tysięcy zakażeń. Zagrożone są m.in. rejony, przez które jechać mają kolarze. Salvador Illa, hiszpański minister zdrowia, mówił o „niepokojącej, niestabilnej sytuacji”. Zarządzający tamtejszą ochroną zdrowia przyznają zresztą wprost: nie ma miejsca, w którym sytuacja byłaby aktualnie taka, jaką chcieliby widzieć.

Nawarra, w okolicach której wyścig się rozpoczyna i będzie krążyć przez kilka pierwszych dni, ma w tej chwili najwyższy wskaźnik zakażeń i jest blisko lockdownu. Podobnie kilka z miast, przez które Vuelta przejedzie. Dlatego też organizatorzy zdecydowali się propagować akcję #LaVueltaEnCasa. Na polski? Vuelta w domu – po prostu. Chodzi o to, by zachęcić ludzi do oglądania wyścigu sprzed telewizorów, a nie na trasie.

– Chcielibyśmy przeprosić kibiców za prośbę, by nie przychodzili oglądać Vuelty na trasie. Wolimy, aby Vuelta odbyła się bez kibiców, niż scenariusz, w którym nie odbywa się w ogóle. Fani na Tour de France wypadli bardzo dobrze i ludzie czerpali radość z tego wyścigu, ale my zwracamy się do wszystkich z prośbą, byście zostali w domach i oglądali wyścig w telewizji – powiedział dziennikowi ABC Javier Guillén, dyrektor wyścigu.

Zresztą oglądanie z poziomu trasy i tak będzie utrudnione. W Hiszpanii decyzje dotyczące działań związanych z koronawirusem powierzone są lokalnym rządom w konkretnych regionach, a organizator musi się dopasować do tego, co zdecydują politycy. Wśród tych decyzji wymienić należy między innymi jedną – postanowiono, że na najważniejszych podjazdach fani po prostu nie będą mogli się pojawić. Już pierwszego dnia, przy wjeździe na Alto de Arrate, będziecie mogli się przekonać, że będzie pusto. Poza tym kibiców zabraknie też na podjazdach kończących trzeci, szósty, ósmy, jedenasty, dwunasty, trzynasty i siedemnasty etap oraz na Puerto de Orduna, pokonywanym dwukrotnie w trakcie siódmego dnia rywalizacji.

Oczywiście, na tym nie koniec działań. Stworzono specjalny protokół sanitarny, wzorowany na tym z Tour de France, ale możliwe, że będzie jeszcze bardziej zaostrzony w miarę rozwoju sytuacji. Oznacza to między innymi, że dwa pozytywne przypadki w zespole w ciągu siedmiu dni oznaczają, że cała ekipa będzie musiała wycofać się z rywalizacji. Również każdy z przedstawicieli mediów, akredytowanych na wyścig, będzie musiał dostarczyć zaświadczenie o negatywnym wyniku testu. Odwołano również wyścig dla dzieci, który tradycyjnie towarzyszył dorosłej Vuelcie, nie będzie też miasteczka wyścigu przeznaczonego dla fanów, a parkingi z autobusami drużyn pozostaną zamknięte dla kibiców.

– Będą te zasady, które obowiązywały dotychczas – mówi Michał Gołaś, który pojedzie we Vuelcie w barwach INEOS Grenadiers. – Nie będzie kibiców na najbardziej popularnych podjazdach, do tego będziemy testowani co kilka dni i w każdy dzień wolny. Maseczki w strefie publicznej też będą obowiązywać. Nie wiem, jak będzie z hotelami, bo na Giro narzekano, że zgromadzonych było kilka ekip w jednym, a do tego też ludzie z zewnątrz. Choć na Vuelcie hotele mamy raczej tak ułożone, że tłumów w nich nie będzie.

Zredukowana została również grupa personelu organizacyjnego, mniej będzie dziennikarzy, sponsorów, mniejsza też obsługa konkretnych zespołów. Zresztą, jak mówi Gołaś, same ekipy też już wiedzą, jak o siebie zadbać. – Ze strony zespołu robimy wszystko, by minimalizować ryzyko. W hotelu jesteśmy jedyną ekipą, każdy z nas ma jednoosobowy pokój, mamy też swoich kucharzy i dla obsługi, i dla zawodników, osobny kitchen truck, czyli ciężarówkę, w której jemy. Nie mamy bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi, więc nie sądzę, by wiele więcej dało się zrobić. Wszelkie obostrzenia, zasady są zachowane. Jakieś tam ryzyko, oczywiście, wciąż jest, ale myślę, że jesteśmy bardzo dobrze zabezpieczeni. Każdy z nas czuje się bezpiecznie.

Pomyślano więc niemal o wszystkim. Movistar, partner technologiczny wyścigu, stworzył nawet aplikację, która poprzez skanowanie twarzy będzie… podpisywać listę startową oraz mierzyć temperaturę ciała zawodników. Jak to wyjdzie w praniu – nie wiadomo. Zresztą generalnie naprawdę niewiele da się powiedzieć przed startem tej Vuelty.

Wyścig niespodzianek

Vuelta ogółem lubi niespodzianki. Rozgrywa się pod koniec sezonu, jako ostatni z Wielkich Tourów. To samo w sobie wskazuje na to, że mogą się tam dziać cuda. Tym razem będzie jeszcze ciekawiej, bowiem tak naprawdę o formie wielu zawodników nie da się powiedzieć nic konkretnego. W dodatku dochodzi jeszcze choćby kwestia pogody.

– Sam sobie zadaję pytanie, jaki to będzie wyścig. Po pierwsze to północ, a nie południe Hiszpanii – pogoda może więc być bardzo różna. Powiedziałbym, że bardziej zbliżona do tego co jest w Polsce, niż taka, jak sobie każdy wyobraża Hiszpanię. Druga sprawa to zmęczenie. Okej, może nie ścigaliśmy się przez sporą część sezonu, ale każdy z nas trenował, a potem było sporo wyścigów. Trzeba zobaczyć, jak organizm na to wszystko zareaguje. Każdy jedzie w małą niewiadomą – mówi Gołaś.

Dodajmy do tego fakt, że Vuelta pokrywa się częściowo z Giro d’Italia. A to oznacza, że część kolarzy, którzy przy normalnym kalendarzu zapewne pomyśleliby o wyprawie do Hiszpanii, tym razem tego nie zrobi. I tak zabraknie na przykład Rafała Majki, który hiszpański tour bardzo lubi, ale rywalizuje aktualnie o podium we Włoszech. Zresztą tak ułożony kalendarz oznacza też, że pierwszy tydzień Vuelty może zostać nieco usunięty w cień przez rozstrzygnięcia na Giro.

– Oczywiście, nie dało się tego ominąć. Kalendarz musiał być tak ułożony, że te wyścigi się pokrywają. Na pewno w tym pierwszym tygodniu oczy będą bardziej zwrócone na Giro, gdzie będą się działy najważniejsze rzeczy. Z drugiej strony jest tu wiele takich etapów górskich czy z metą na wzniesieniu. Na Vuelcie zawsze będzie się działo coś ciekawego – dodaje Gołaś.

Niespodzianki mogą też być, niestety, efektem tego, o czym przeczytaliście chwilę wcześniej – koronawirusa. Już na Giro spore rozczarowanie przeżyły dwie czołowe ekipy – Jumbo-Visma i Mitchelton-Scott, które zmuszone były wycofać najpierw swoich liderów, a potem cały skład z rywalizacji. Na Vuelcie wszyscy będą chcieli tego uniknąć, ale niekoniecznie musi się to udać. Już kilka dni temu Jorge Cubero z ekipy Burgos-BH i znacznie bardziej znany Jesus Herrada z Cofidisu zostali zastąpieni przez innych kolarzy. Pierwszy z nich po prostu jest przeziębiony, ale postanowiono zniwelować ryzyko. Drugi miał pozytywny wynik pierwszego testu, a negatywny drugiego, ale – jak sam mówi – ważna jest dziś odpowiedzialność.

– Żyjemy w czasach niepewności, a dowodem tego są wyniki moich testów, ale musimy pokazać odpowiedzialność. Żałuję, że nie będę mógł wystartować we Vuelcie, bo przygotowywałem się do niej przez ostatnie tygodnie. Konsekwencji pandemii doświadczamy zwłaszcza w Hiszpanii. Zmarły już dziesiątki tysięcy ludzi, dlatego jako sportowcy musimy być przykładem, jak postępować wobec reguł sanitarnych – pisał Herrada.

Spodziewajcie się więc niespodziewanego, gdy wyścig już ruszy. Nie powinno nas zaskoczyć tylko jedno – że to będzie impreza dla górali.

Krócej, ale i trudniej

Trasa na tegorocznej Vuelcie będzie przede wszystkim potwornie trudna. I kiedy piszemy „potwornie”, to wcale nie przeginamy. Już w pierwszym tygodniu na kolarzy czeka kilka górskich podjazdów z kategorii tych, na których wypruwa się żyły. Właściwie w całym wyścigu sprinterzy będą w stanie rywalizować tylko kilkukrotnie. Górale za to będą mogli myśleć o rywalizacji niemal każdego dnia. Ci, którzy będą chcieli walczyć w klasyfikacji generalnej o dobre miejsca, nie będą mogli sobie pofolgować nawet pierwszego dnia.

– Już pierwszy i drugi etap będą trudne. W pierwszym tygodniu jest tylko jeden taki dzień, gdzie ludzie z generalki nie będą musieli się pokazać. Etap z metą na Tourmalet [szósty – przyp. red.] jest jednym z trudniejszych. Jest krótki, ale bardzo wymagający. W każdym tygodniu są co najmniej dwa-trzy takie etapy, gdzie walczący o klasyfikację generalną będą rywalizować między sobą. Przez całe trzy tygodnie trzeba utrzymać równą formę. Wrócę do pierwszego dnia – meta jest wtedy na Alto de Arrate, a to trudny podjazd, dojdzie tam zapewne do sporej selekcji i zostanie tylko grupa ludzi, która powalczy o generalkę. Straty może nie będą ogromne, ale wyścig już się nieco przesieje – mówi Gołaś.

Szósty etap tegorocznej Vuelty

W całym wyścigu umieszczono tylko jeden – trzynastego dnia rywalizacji – etap jazdy indywidualnej na czas. Owszem, będzie trudny, kończy się bowiem ostrym podjazdem, jednak nie powinien okazać się tak decydujący o losach klasyfikacji generalnej, jak podobna czasówka na Tour de France. Tam bowiem kończył się wyścig, a w Hiszpanii kolarzy czeka potem jeszcze pięć kolejnych etapów, na których będą mogli odmienić losy walki o koszulkę lidera.

Właśnie, czas na matematykę: trzynaście dodać pięć równa się osiemnaście. I właśnie tyle etapów będzie liczyła tegoroczna Vuelta. O trzy mniej niż normalnie, bowiem postanowiono jak najbardziej ograniczyć wyjazdy poza granice kraju (etap szósty jest tu pewnym wyjątkiem, kończy się bowiem we Francji). Z tego powodu skasowano trzy etapy w Holandii, którymi miał rozpoczynać się tegoroczny wyścig. Ucierpieli na tym głównie sprinterzy, oni bowiem mogliby tam powalczyć. Na podobnej zasadzie usunięto też krótki wyjazd do Portugalii, ale wszystko zorganizowano tak, by jednak móc rozdzielić trasę na trzy tygodnie rywalizacji.

Wiele etapów jest stosunkowo krótkich, bywa że w górach nie dochodzą do 150 kilometrów, a najkrótszy ma ich ledwie 109. Są jednak bardzo trudne, a podjazdy wymagają od kolarzy naprawdę znakomitego rozłożenia sił. Tego typu zabiegi – łącznie z ograniczeniem liczby dni jazdy – mogą sprawić, że nie będzie można sobie pozwolić na zanotowanie jakichkolwiek strat.

Zwykle wszystko na wielkich tourach rozgrywało się w ostatnich trzech dniach. Teraz się to przesunie. Na pewno trzeba będzie uważać, żeby nie tracić sekund. Jest też przecież jedna czasówka. Ta pierwsza trójka czy piątka powinna być dosyć blisko siebie. Choć o tej porze roku może być bardzo różnie. Na Giro zauważyłem, że jest kilkunastu mocnych kolarzy, a później spory skok i reszta się nie liczy. Na Vuelcie – tak myślę – będzie bardzo podobnie – twierdzi Gołaś.

Siedemnasty, przedostatni etap rywalizacji. Tam będą rozstrzygać się losy wyścigu

Po drodze kolarze zaliczą wiele z najbardziej znanych szczytów. Ba, zdarzy się nawet mała sekcja – choć zorganizowana prawdopodobnie nie do końca umyślnie – poświęcona Alberto Contadorowi. Jednego dnia peleton wjedzie na Alto de Farrapona, a następnego pokona jeden z najtrudniejszych podjazdów w całej Hiszpanii – Angliru. Na pierwszym Contador zagwarantował sobie wygraną we Vuelcie w 2014 roku. Drugi był świadkiem jego ostatniego zawodowego zwycięstwa trzy lata temu oraz potwierdzenia pierwszego tytułu na Vuelcie, wywalczonego w 2008 roku.

W tym roku oba szczyty też mogą być świadkiem wielkich wydarzeń.

Pożegnanie Froome’a, walka Roglicia

Pora pogadać o kolarzach, którzy zawalczą o zwycięstwo. Gotowi? Zaczniemy od gościa, który jeszcze do niedawna faworytem był wszędzie, gdzie by się nie pojawił. Chris Froome, bo o nim mowa, półtora roku temu zaliczył jednak naprawdę złą kraksę i od tamtej pory albo się leczył, albo przygotowywał do startów. Vuelta będzie dla niego szczególnym wydarzeniem – pożegna się na jej trasie z INEOS (wcześniej Sky), w barwach którego odnosił swoje wielkie sukcesy. Pytanie brzmi: jak się pożegna?

– Nie sądzę, że Chris Froome jest gotowy, aby walczyć w klasyfikacji generalnej. Myślę, że ludzie łatwo zapomnieli o kraksie, którą miał osiemnaście miesięcy temu. Ja wciąż uważam, że to jest cud, że on się ściga i robi to, co robi. Mówiąc szczerze, to ciężko będzie mu walczyć z najlepszymi w dwu- lub trzytygodniowym wyścigu – mówił Philippe Gilbert, inny znakomity kolarz.

Sęk w tym, że tak naprawdę trudno cokolwiek przewidzieć. Froome mało startował, głównie trenował. Przygotowywał się do Vuelty od kilku dobrych miesięcy i całkiem możliwe, że osiągnął dobrą formę. Na pewno ma też wielką motywację – pożegnać się z ekipą w najlepszym możliwym stylu. Z drugiej strony, swoje już i tak w niej zrobił. – W tych warunkach o fetę po wyścigu będzie trudno. Na pewno odejście Chrisa będzie zamknięciem ogromnego rozdziału w historii ekipy. Te zwycięstwa, które odniósł, to coś wielkiego dla ekipy. To wspaniały kolarz, myślę, że zostanie pożegnany z honorami – mówi Gołaś.

INEOS wystawia też jednak drugiego lidera – zeszłorocznego zwycięzcę Giro, Richarda Carapaza. I to raczej na niego powinniśmy szczególnie zwrócić uwagę. Ekwadorczyk przejechał już Tour de France, gdzie – po wycofaniu się Egana Bernala – walczył o koszulkę dla najlepszego górala. Na pewno pamiętacie etap, na którym triumfował Michał Kwiatkowski, ale na metę wjeżdżał właśnie z Carapazem. Richard jest mocny i z pewnością będzie chciał to udowodnić. Zresztą cała ekipa zwycięstwa będzie pragnąć pewnie jeszcze mocniej niż zwykle – bo i na Tour de France, i na Giro d’Italia swoich liderów stracili jeszcze przed końcem wyścigu.

– Jedziemy z myślą o tym, żeby wygrać cały wyścig. Richard i Chris na pewno są w dobrej formie. Zobaczymy już po pierwszym etapie, jak to będzie wyglądać. Na Giro chłopaki jadą świetnie, mimo że bardzo szybko stracili Gerainta Thomasa. Wygrali już pięć etapów, a Tao [Geoghegen Hart] jest teraz chyba najmocniejszym kolarzem w stawce, tak mi się wydaje po wczorajszym etapie, gdy wskoczył na czwarte miejsce w generalce. Fajnie się odrodzili, to też jest jakiś drogowskaz dla nas, że co by się nie działo, to jest sporo innych celów do zrealizowania. Ale cel numer jeden to wygranie generalki – dodaje Gołaś.

W walce o klasyfikację generalną najgroźniejszym rywalem dla kolarzy INEOS będzie Primoz Roglic. Słoweniec, który na ostatnim etapie Tour de France musiał uznać wyższość swojego rodaka, Tadeja Pogacara, na Vuelcie postara się o obronę wywalczonego rok temu tytułu. A nawet jeśli nie on, to Jumbo-Visma dokłada jeszcze Toma Dumoulina, innego kolarza gotowego walczyć o końcowy triumf. Obaj do pomocy mają znakomitych zawodników w osobach Seppa Kussa, Roberta Gesinka czy George’a Bennetta.

Mocna będzie też ekipa Movistaru, w której składzie pojawi się trzech wielkich kolarzy: Alejandro Valverde, Enric Mas i Marc Soler. Ten ostatni będzie liderem ratunkowym, gdyby coś przydarzyło się pierwszej dwójce, to on będzie mógł wkroczyć do akcji. Faworytem powinien być tu Valverde, aczkolwiek Mas już dwa lata temu pokazał – zajmując drugie miejsce – że może osiągnąć w Hiszpanii sukces. Wśród pozostałych kolarzy zdolnych walczyć o klasyfikację generalną warto wymienić Fabio Aru, Dana Martina, Mike’a Woodsa, Wout Poelsa czy Estebana Chavesa. Jest też Thibaut Pinot, któremu na Tour de France znów przytrafił się uraz. Ale z nim nigdy nic nie wiadomo, może w Hiszpanii poradzi sobie lepiej.

Polaków wśród walczących o najwyższe cele zabraknie. Ale w wyścigu już nie.

Czterech naszych

Michał Gołaś, wielokrotnie już wspominany, jedzie jako pomocnik. To rzecz oczywista. Ale i tak bardzo się cieszy, bo wraca na trasę wielkiego touru po ponad trzech latach nieobecności. Pomocnikiem będzie też Tomek Marczyński, który z Hiszpanią jest zresztą mocno związany i uwielbia Vueltę. On jednak może liczyć, że załapie się do którejś z ucieczek i o coś zawalczy. Dwaj kolejni Polacy znajdą się w składzie CCC Team. Będą to doświadczony Łukasz Wiśniowski oraz, debiutujący w trzytygodniowym wyścigu, Michał Paluta.

– Jestem bardzo podekscytowany startem w wyścigu Vuelta a España, ponieważ odkąd zacząłem swoją przygodę z rowerem zawsze marzyłem o ściganiu się w Wielkim Tourze i zawsze nie mogłem się doczekać dnia, gdy otrzymam taką szansę. Moim celem jest ukończenie mojego pierwszego Grand Touru i zrobię wszystko co w mojej mocy, aby to zrobić. Jestem ambitny i nie mogę się doczekać walki o dobre wyniki na etapach. Nigdy nie ścigałem się trzy tygodnie z rzędu, więc jestem bardzo ciekaw, jak moje ciało na to zareaguje. Poza tym startowanie w wyścigach w listopadzie to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Jest kilka etapów, które mi się podobają, ale zobaczymy, jak sytuacja na wyścigu się potoczy – mówił Paluta.

I on, i Wiśniowski, który wraca do rywalizacji po chorobie, mogą liczyć na to, że uda im się coś zdziałać i pokazać się na trasie wyścigu. Tym bardziej, że CCC na trasę Vuelty rusza bez lidera na klasyfikację generalną, a raczej właśnie z nastawieniem na etapowe sukcesy. Stąd w składzie też Jakub Mareczko, polsko-włoski kolarz, który może powalczyć na sprinterskich finiszach, nawet jeśli tych na trasie Vuelty będzie w tym roku niewiele.

Czy coś z tego wyjdzie – zobaczymy. Szanse na pewno są.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez