Nowa ekipa, stary Froome. Brytyjczyk wciąż wierzy w sukcesy

Nowa ekipa, stary Froome. Brytyjczyk wciąż wierzy w sukcesy

Chris Froome był prawdopodobnie najlepszym kolarzem ostatniej dekady. Ale zakończył ją bardzo źle – w 2019 roku przydarzył mu się poważny wypadek, długo nie mógł wrócić do siebie. W kolejnąwchodzi w barwach nowej drużyny i nadal walcząc o powrót do najlepszej dyspozycji. Sam jednak mówi, że wciąż wierzy w swoje możliwości i chce wygrać Tour de France po raz piąty w karierze. A może też powalczyć na igrzyskach.

W Teamie Sky – a potem Ineos – był od 2010 roku. Początkowo patrzono na niego głównie jako specjalistę od jazdy na czas, z czasem jednak rozwinął się – podobnie jak Bradley Wiggins – i urósł do roli lidera zespołu. Już w 2011 roku wygrał hiszpańską Vueltę, swój pierwszy wielki tour. Ten sukces powtórzył sześć lat później. Najlepszy był też na Giro d’Italia 2018. Do tego dołożył triumfy w mniejszych imprezach.

Co jednak najważniejsze – zawładnął Tour de France. W latach 2013-2017 wygrał cztery edycje największego kolarskiego wyścigu świata. Przegrał tylko w 2014 roku, gdy nie dojechał do mety, a żółtą koszulkę zgarnął Vincenzo Nibali. Kolejne trzy lata były już jego, nikt nie mógł mu wówczas zagrozić. Zdetronizował go dopiero kolega z drużyny, Geraint Thomas, w 2018 roku. Chris był wtedy… trzeci. Wciąż na podium.

W 2019 roku planował odzyskać swoje trofeum i przejść do historii światowego kolarstwa. Nie licząc Lance’a Armstronga, któremu tytuły zabrano, nikt nie wygrywał Wielkiej Pętli więcej niż pięć razy. Tego dokonała z kolei tylko wspaniała czwórka: Miguel Indurain, Bernard Hinault, Jacques Anquetil i być może największy w historii – Eddy Merckx. Froome chciał do nich dołączyć.

Nie dostał jednak takiej szansy. Bo na jego drodze wyrosła ściana. Dosłownie.

Upadek

To był czerwiec 2019 roku, w trakcie wyścigu Criterium du Dauphine. Chris Froome i Wout Poels wybrali się na rekonesans trasy. Mocno wiało. Froome w pewnym momencie zdecydował się założyć kurtkę, a Dave Brailsford, szef ekipy, powiedział mu: „Chris, nie musisz ryzykować”. Brytyjczyk odpowiedział, że wszystko w porządku. I wtedy jeszcze było. Chwilę później – już nie. Tym razem Chris jedną ręką sięgnął po chusteczkę, żeby się wysmarkać. W tym samym momencie silny podmuch wiatru podciął mu koło, przez co Brytyjczyk stracił kontrolę nad rowerem. I przy sporej prędkości uderzył w stojący w pobliżu mur.

– Wciąż to widzę. To było okropne – mówił Dan Martin, jadący samochodem za Froomem. – Ja i Neil [Stephens, dyrektor drużyny UAE Team Emirates – przyp. red.] dogoniliśmy ich przed szczytem podjazdu. Nie chcieliśmy im przeszkadzać w rekonesansie, więc postanowiliśmy nie wyprzedzać ich auta. Potem to się wydarzyło. Zatrzymaliśmy się, spojrzeliśmy na siebie i przez jakieś dwadzieścia sekund panowała kompletna cisza. Zamarliśmy, trzęsąc się. Stanąłem przy samochodzie, zapytałem, czy mogę pomóc. To mogło skończyć się o wiele gorzej – on mógł nawet zginąć.

Froome został przetransportowany do szpitala. W czasie drogi był przytomny, ale pod narkozą przeszedł sześciogodzinną operację. Wybudzony po niej napełnił lekarzy optymizmem, był bowiem świadomy tego, co się stało i wykazywał natychmiastowe postępy. Od razu też zaczął pytać o powrót na rower, ale w szpitalu nieco go hamowano. – Teraz czeka go długa rehabilitacja. Przez najbliższe pół roku nie wróci do kolarskiej rywalizacji. Celem jest teraz nie jego powrót na rower, ale rehabilitacja i powrót do pełnej sprawności w przyszłości – mówił szef chirurgów ze szpitala, w którym operowano Brytyjczyka.

Chris z własnego domu oglądał więc rywalizację kolegów na Tour de France. Wygrał kolejny kolarz Team Ineos – Egan Bernal, a drugi był broniący tytułu Thomas. Gdyby nie wypadek, możliwe, że któreś z tych miejsc zająłby Froome. Ale biorąc pod uwagę, że leczył uraz mostka, biodra, łokcia, kręgu szyjnego i złamania żeber oraz kości udowej, to i tak trzeba było być zadowolonym z tego, że – jak wspomniał Dan Martin – żył. – Nie pamiętam tego wypadku. Wiem tylko to, co relacjonowali mi świadkowie zdarzenia – opowiadał sam Chris.

Jak mówił lekarz – kluczem był powrót Froome’a do sprawności, niekoniecznie na rower. Istniało bowiem ryzyko, że Brytyjczyk nie wróci do kolarstwa, choć on nie widział tej możliwości. Uparł się, że pojedzie znów w peletonie. I faktycznie, doszedł do sprawności. Ale choć wypadek wydarzył się ponad półtora roku temu, to Chris wciąż ma problemy.

Powrót

– Walka o piąte zwycięstwo w Tour de France po wypadku może wydawać się niemożliwa, ale już wróciłem i jestem na to przygotowany. Biorąc pod uwagę moje osiągnięcia i udaną rekonwalescencję, to taki mam plan. Nie chcę narzucać sobie limitów, myśleć o nich. Stawiam sobie cele, jako zawodowi kolarze robimy to niemal bez przerwy. Zresztą chciałbym też przejechać mistrzostwa świata i wystartować we Vuelcie lub Giro. Mam doświadczenie, ogromną motywację i wolę, by to się udało. Jestem już niemal w tym samym miejscu, w jakim byłbym przy normalnym sezonie – mówił Christopher Froome jeszcze w czasie przerwy spowodowanej pandemią koronawirusa.

Jak pokazał czas: nie wszystko poszło tak, jak tego chciał. W Tour de France w ogóle nie wystartował. Wziął za to udział w hiszpańskiej Vuelcie, gdzie miał być jednym z liderów Teamu Ineos. Nie wyszło. Odpadł tak naprawdę przy pierwszych trudnościach. Potem był już tylko pomocnikiem, jeździł gdzieś z tyłu i przyjeżdżał do mety kolejnych etapów na odleglejszych pozycjach. Zresztą tak samo było w innych wyścigach, w których wziął udział w poprzednim sezonie.

On sam tłumaczył niedawno skąd te słabsze rezultaty.

– Celem numer jeden wciąż jest powrót do stuprocentowej sprawności. Wszystko zależy właśnie od tego. W zeszłym roku myślałem, że jestem tego bliski, ale podczas wyścigów zobaczyłem, w jakim miejscu naprawdę byłem, jakie są moje słabości i nad czym muszę popracować. Pod koniec poprzedniego roku robiłem testy izokinetyczne [siły mięśniowej – przyp. red.] i wyszło, że mam 20-procentowy deficyt mocy w mięśniu czworogłowym prawej nogi. To oznacza, że proces rehabilitacji nie został wypełniony w stu procentach. Skupiamy się na odbudowaniu tej mocy – mówił.

Powrót na poziom, na jakim jeździł, w takiej sytuacji wydaje się wręcz niemożliwy. Choć Froome nie zamierza odpuszczać. Sam podkreśla, że widzi kolarzy w swoim wieku, którzy jeżdżą świetnie i wierzy w możliwość ponownego wejścia na szczyt. Przy czym, dodajmy, jest świadomy tego, jak trudne będzie to wyzwanie, ale chciałby spróbować zakończyć karierę nie po kontuzji, a na własnych warunkach.

– Wierzę w to, że Froome jest w stanie wrócić na wysoki poziom – mówi Adam Probosz, komentator i dziennikarz Eurosportu. – Myślę, że gdyby wszystko wskazywało, że będzie inaczej, to dałby sobie spokój. To raczej nie kolarz, który podpisałby kontrakt z nową ekipą po to, żeby sobie tam jeździć ogony i odpadać – tak, jak to było w poprzednim sezonie – na pierwszych górach. Na pewno znakiem zapytania jest jego wiek. Mając tyle lat naprawdę niesamowicie trudno jest wyjść z takiej kontuzji. Byłby to ewenement, jakby mu się udało. On w to bardzo wierzy i ja też wierzę, że jest w stanie jeździć na bardzo wysokim poziomie. Czy wygrać Tour de France? Tu mam wątpliwości, bo jednak Nibali i inni kolarze mówili, że poziom nagle strasznie się podniósł i właściwie codziennie trzeba jechać na sto procent, przez co trudno jest starszym kolarzom nadążyć za młodszymi. Froome ma swoje lata, przyzwyczajony jest do dawniejszego ścigania. Może się okazać, że z tymi młodymi nie będzie w stanie rywalizować.

Trudniej będzie też o tyle, że w międzyczasie Chris Froome zmienił zespół. Po ponad dekadzie rozstał się z Team Ineos, które ma już nowych liderów, a przeszedł do Israel Start-Up Nation – ekipy z ambicjami, w WorldTourze jeżdżącej od sezonu 2020. Co może mu dać ten zespół?

Izrael

Cóż, powtórzmy się – na pewno nie tyle, ile Ineos. Brytyjska ekipa to jedna z trzech najlepszych, jakie aktualnie znajdziecie w peletonie. Obok niej są to Jumbo-Visma i UAE Team Emirates. To drużyny jeżdżące w swojej lidze. Reszta? Mocarstwowe plany może mieć Deceuninck-Quick Step, ale na razie specjalizuje się głównie w wygrywaniu wyścigów jednodniowych, etapów dłuższych imprez czy tygodniówek. Robi to, dodajmy, bardzo skutecznie. Wystarczy przywołać tu takie nazwiska jak Remco Evenepoel (aktualnie przechodzący rehabilitację) czy Julian Alaphilippe.

W Israel Start-Up Nation tak wielkich i utalentowanych postaci brakuje, ale nie znaczy to, że jest to ekipa, której trudno będzie walczyć o cokolwiek. To znaczy – będzie. Ale nie z powodu własnych słabości, a z powodu klasy rywali. Bo przecież izraelski team ma w swoich szeregach między innymi Dana Martina, Michaela Woodsa czy Sepa Vanmarcke. Oczywiście, oddelegowani do roli pomocników Froome’a, nie pomogą mu tak, jak pomagali koledzy w Team Sky, ale Froome powtarza, że widzi podobieństwa pomiędzy swoją byłą ekipą, a nową. I że nie zawsze wygrywa kolarz z najsilniejszego zespołu.

– Myślę, że koledzy w nowej drużynie mogą doprowadzić Froome’a do sukcesów – mówi Probosz. – Gdyby Froome był w tak genialnej formie na Tour de France jak Tadej Pogacar w ubiegłym roku, to pewnie mógłby walczyć o zwycięstwo nawet z taką drużyną jak Israel. Choć siły tego zespołu są jednak mniejsze, więc trzeba będzie pewnie bardziej liczyć na doświadczenie i charyzmę Froome’a jako lidera. Bo jednak nie ma tak mocnych pomocników, jakich będą mieli Egan Bernal, Primoz Roglic czy wspomniany Pogacar. Te drużyny są znacznie mocniejsze. Choć to też kwestia dyrektorów sportowych, ułożenia drużyny czy formy zawodnika w danym momencie – zobaczymy, jak to będzie wyglądać.

Wątpliwości jest sporo. Rehabilitacja, wspomniana wcześniej, to główna z nich. Choć Froome podkreśla, że izraelska ekipa to dla niego długoterminowy projekt i nie zrezygnuje z niego po roku, więc nawet gdyby w tym sezonie się nie udało, to spróbuje w kolejnym. A że lata lecą? Co z tego? – Wiek to stan umysłu. Czuję się dość młody, późno zacząłem się ścigać. Myślę, że sportowcy dziś dłużej mogą rywalizować na wysokim poziomie. Spójrzcie na Alejandro Valverde, który wciąż walczy z najlepszymi, a ma 40 lat. To przykład na to, że to możliwe. Też chciałbym to wszystkim udowodnić – mówił Froome. Nie można jednak zapominać, że Chris byłby najstarszym zwycięzcą Wielkiej Pętli od czasów Firmina Lambota, który miał 36 lat, gdy triumfował w tym wyścigu w… 1922 roku.

Na ten moment wydaje się więc, że jeśli Brytyjczyk może w coś celować, to będą to sukcesy albo w mniejszych wyścigach, albo na pojedynczych etapach. W zeszłym sezonie jego nowa ekipa zanotowała dziesięć zwycięstw. Cztery z nich przyszły jednak na mistrzostwach różnych krajów – Izraela, Estonii i Austrii, cztery w mniejszych wyścigach, a dwa na etapach wielkich tourów. To właśnie te ostatnie były największymi osiągnięciami kolarzy debiutującego w stawce zespołu. Z Froomem w składzie mogą liczyć, że uda się osiągnąć więcej.

Mogą też liczyć – a wraz z nimi sam Brytyjczyk – że jeśli Chris zaprezentuje się dobrze, to przyciągnie kolejnych niezłych kolarzy. Ambicji w Izraelu z pewnością bowiem nie brakuje i szefowie ekipy na pewno chcieliby wskoczyć na jeszcze wyższy poziom w 2022 roku. A sam Froome – nawet z niezłymi kolarzami u boku – tego nie zapewni. Tu trzeba innych zawodników, którzy mogliby wspomóc Brytyjczyka, ale też liderować, jak na przykład wspomniani już Dan Martin czy Michael Woods. Trzeba zbierać doświadczenia i korzystać z tych, które już ma Chris. A jeśli przy okazji uda się osiągnąć wielki sukces – tym lepiej dla zespołu.

Froome jest zresztą nastawiony na to, że faktycznie wiele osiągnie. I podkreśla, że zmiana otoczenia była dla niego kluczowa. – Mam 35 lat. Wracam po poważnej kontuzji. Nie mogłem kontynuować czegoś, co działało na zasadzie kopiuj-wklej. Zmiana drużyny daje mi w tym momencie kariery sporo motywacji, pcha mnie do nowych wyzwań. To nowy projekt. Po dyskusjach z Sylvanem Adamsem [właściciel drużyny – przyp. red.] doszliśmy do wniosku, że nie możemy podpisać rocznego kontraktu. Ten kontrakt jest dla mnie zobowiązaniem do końca kariery – mówił.

Zagadką pozostaje więc głównie to, kiedy tę karierę skończy. I o co jeszcze, oprócz Tour de France – o którym sam mówi, że będzie największym wyzwaniem w jego karierze – spróbuje zawalczyć. Sami w głowie mamy jeden szczególny wyścig.

Igrzyska

W 2019 roku, niedługo po powrocie na rower, Chris Froome wraz z kilkoma kolarzami – między innymi Michałem Kwiatkowskim – udał się na rekonesans olimpijskiej trasy w Tokio. I był nią absolutnie zachwycony. Głównie dlatego, że jak na igrzyska, wymaga ona od kolarzy naprawdę sporo. Liczy sobie 234 kilometry, łącznie jest na niej 4865 metrów wspinaczki, w tym naprawdę trudne podjazdy w okolicach Góry Fuji.

Trasa, którą zobaczyłem… Myślę, że jest fantastyczna. Nie mogę się doczekać, aż się nią zajmę, będę analizować jej profil i próbował dowiedzieć się, czego trzeba, by tam wygrać. Nigdy nie wygrałem jednodniowego wyścigu, ale rywalizacja na igrzyskach tuż po Tour de France, to powinien być idealny moment. W teorii warunki wciąż powinny być świetne w tym okresie. To będzie wyścig, w którym wielu odpadnie. Będzie gorąco [Froome woli ścigać się w cieple – przyp. red.]. To fantastyczna wiadomość – mówił Brytyjczyk.

Oczywiście, w porównaniu do Tour de France czy Giro d’Italia ta trasa to naprawdę nic takiego. Jej najwyższy punkt leży na wysokości 1451 metrów. W dodatku największe trudności ulokowane są na środku. Owszem, pod koniec na zawodników czeka siedmiokilometrowy, wymagający i stosunkowo stromy podjazd pod Mikuni Pass. Problem w tym, że całość kończy się podobnie jak w Rio – zjazdem i dość płaskim odcinkiem, wiodącym do mety. A taki układ trasy premiuje jednak innych zawodników. Probosz:

– Szanse Froome na pewno ma. Nawet nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zakończył karierę złotym medalem ze startu wspólnego. Ale na ten wyścig szykuje się tylu mocnych kolarzy, że będzie mu bardzo trudno. Jak to zwykle bywa na igrzyskach, nie jest to wyścig dla typowych górali, a raczej dla kolarzy potrafiących wygrywać wyścigi klasyczne. Trudno będzie mu rywalizować z takimi zawodnikami jak Julian Alaphilippe, Primoz Roglic czy Michał Kwiatkowski, o ile będzie liderem Polski. Tu ważna będzie końcówka – nawet jak przyjedzie mała, wyselekcjonowana grupa, to trzeba będzie z niej zafiniszować. Froome może mieć z tym problem, bo jest jednak kilku kolarzy szybszych od niego. A solowym finiszem… nie sądzę, by ten wyścig dało się tak wygrać. Ta trasa nie jest tak selektywna.

Do tej pory Froome medale ma dwa – oba w rywalizacji na czas. Oba brązowe. Olimpijskie złoto to coś, co chciałby zdobyć, wielokrotnie o tym wspominał. Gdy stał na podium w Londynie, mógł wysłuchać hymnu Wielkiej Brytanii, bo najlepszym czasowcem został Bradley Wiggins, jego wielki poprzednik, którego potem przerósł. W wyścigu ze startu wspólnego był wtedy 109. – ostatni z tych, którzy dojechali w limicie czasu, wraz z Janisem Tamuridisem z Grecji. W Rio było już lepiej – do mety dotarł na 12. miejscu. W jeździe na czas wyprzedzili go za to Fabian Cancellara i Tom Dimoulin.

Dziś trudno już wierzyć w to, że mógłby powalczyć o kolejny medal w czasówce. W okresie, gdy on leczył kontuzję, wielu kolarzy udowodniło, że tego typu etapy potrafi jeździć doskonale. Froome’owi zostaje więc wyścig ze startu wspólnego, ale tu pojawia się inny problem. Nie wiadomo, czy Chris w ogóle… dostanie się do składu. W międzyczasie wyrosło mu bowiem wielu znakomitych kolegów. Geraint Thomas wygrywał przecież Tour de France, najlepszy na ubiegłorocznym Giro okazał się Tao Geoghegan Hart. Już jest więc dwóch liderów, a kadry olimpijskie są znacznie węższe niż te, które zespoły posyłają na wielkie toury. Resztę miejsc muszą zająć pomocnicy.

– Szanse Froome’a na igrzyska? Musimy poczekać na to, co wydarzy się w tym sezonie. Cyfry, które kręci się na treningach, to coś innego, niż te w trakcie sezonu. Nawet jak one są okej – a Chris mówi, że brakuje mocy, więc nie są – ale ma się takich kolarzy jak Geraint Thomas czy Theo Geoghegan Hart, to może być trudno. To na pewno są kolarze, którzy mają nad nim przewagę. Wszystko zależy zapewne od tych tegorocznych wyścigów. Gdyby Froome nagle był w czołówce Tour de France, to automatycznie może stać się liderem kadry – mówi Probosz.

Z pewnością brak Froome’a na igrzyskach byłby przykrym wydarzeniem, ale… w pewnym sensie spodziewanym. Po tak poważnym wypadku, jaki mu się przytrafił, cudem jest to, że wciąż może marzyć o sukcesach. Kto wie – może mimo wszystkich tych problemów, jeden z nich faktycznie przyjdzie w Tokio. Nic nie jest przecież jeszcze przesądzone.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez