Niekochany. “The Last Dance” dobija Patricka Ewinga

Niekochany. “The Last Dance” dobija Patricka Ewinga

To historia w stylu imprezy, na której znakomicie się bawiłeś, ale źle wyszedłeś na zdjęciach. Co z tego, że walczył o mistrzostwo, skoro go nie zdobył? Co z tego, że w kuluarach NBA obracał się jeszcze długo po zakończeniu kariery, jeśli nigdy nie otrzymał upragnionej posady trenera? Patrick Ewing miał naprawdę znakomitą karierę, do której… niechętnie wraca. Pytany o hitowy serial “The Last Dance” odpowiedział bowiem: – Nie muszę tego oglądać, ja musiałem to przeżyć. 

W Polsce znany doskonale znany jako King Kong. Taki właśnie przydomek nadał mu komentujący niegdyś mecze NBA w telewizji publicznej Włodzimierz Szaranowicz. Za oceanem nikt tak oczywiście Ewinga nie nazywał i trudno się dziwić – mówimy w końcu o postaci olbrzymiego goryla. Patrząc jednak z dystansem: czy to nie doskonała ksywka dla silnego wielkoluda, rozstawiającego rywali pod koszem?

Kimś takim przez lata był właśnie Patrick Ewing. Urodzony na Jamajce koszykarz bez wątpienia zapracował sobie na miano legendy NBA. Mimo tego nie cieszy się taką renomą i sławą, jak jego znamienici rywali z dawnych lat. Charles Barkley – choć chętnie wyśmiewany, cały czas znajduje się na świeczniku, pełniąc rolę telewizyjnego eksperta. Hakeem Olajuwon? Nikt nigdy nie powiedział o nim złego słowa. Michael Jordan? Dajcie spokój.

W tym środowisku – szalenie ambitnych i wykazujących awersję do porażki sportowców, liczy się wyłącznie wygrywanie. A on – przynajmniej na parkietach NBA – go nie zaznał.

Koszmary

Na pewno zdążyliście usłyszeć o “The Last Dance”. Serial opowiadający historię mistrzowskich Chicago Bulls i Michaela Jordana bije wszelkie rekordy popularności. Wystarczy popatrzeć na czołówki amerykańskich mediów, które, szczególnie na początku tygodnia, są przez niego opanowane. Przewijają się wypowiedzi ekspertów, wspominki różnych koszykarzy, czy choćby analizy: dlaczego stało się tak, a nie inaczej? Nawet na polskim Netflixie produkcja regularnie znajduje się w gronie najchętniej oglądanych pozycji.

Nie prowadziliśmy żadnych badań, ale możemy śmiało założyć, że mało który amerykański miłośnik sportu nie widział, ani nie zamierza zobaczyć “The Last Dance”. Istnieje jeden wyjątek. A przynajmniej tak się wydawało. Patrick Ewing, który w audycji “The Dan Patrick Show” oznajmił: – Ja musiałem to przeżyć, więc nie muszę tego oglądać. Wiem, że on jest świetny. Stoczyliśmy wiele pamiętnych bojów, a teraz macie dokument, którym możecie się po mnie wycierać.

Co ciekawe, Ewing wziął udział w nagrywaniu serialu, jego wypowiedzi przewijają się w kilku odcinkach. – Ludzie są zachwyceni postacią Michaela. Ale my musieliśmy przeciwko niemu grać. Będąc sportowcem, nie myślisz o Michaelu Jordanie, jako o jednym z najlepszych koszykarzy wszech czasów. Tylko próbujesz skopać mu tyłek!  Staraliśmy się zrobić wszystko, aby z nim wygrać.

Ewing w końcu się złamał, częściowo. – Obejrzałem kawałek wczoraj w nocy. Było ciężko, bo doskonale pamiętam wszystko, co miało w tamtych czasach miejsce – mówił dla NBCSN. Następnie pojawił się w programie “The Jump”, gdzie powiedział: – Michael zawsze lubił sobie żartować i dalej to robi. Kiedy tylko się spotykamy, podkreśla, że nigdy nie byłem w stanie z nim wygrać.

Czy niechęć Ewinga do serialu ESPN świadczy o tym, że nie lubi wracać do czasów swojej kariery? A może wręcz przeciwnie – ludzie nie dają mu spokoju, wypominają porażki, a on jest niewzruszony? Oceńcie sami. Pewne jest zaś jedno: ma wszelkie powody, aby wyrzucić wszystko, co koloru czerwonego ze swojego mieszkania oraz otoczenia.

Niespełnienie

Do NBA trafił w 1985 roku. Był bohaterem historycznego draftu, w którym zadebiutowała “loteria”. O tym, kto wybiera zawodnika jako pierwszy, przestało decydować już wyłącznie rozstawienie z ubiegłego sezonu. Do gry wszedł element przypadku, emocji – czyli losowanie kolejności wyboru (spośród zespołów, które nie zdołały wejść do fazy play-off). Element szczęścia dopisał wtedy New York Knicks.

Włodarze jednego z największych i najbogatszych klubów w lidze, nie musieli się długo zastanawiać. O tym, kogo imię zostanie przeczytane jako pierwsze, wiedział każdy. Niespełna 23-letni Patrick Ewing z uczelni Georgetown uchodził za jeden z największych talentów wszech czasów. – Mieliśmy erę Mikana, erę Russela, erę Kareema, a teraz świat będzie należał do Ewinga – mówił o nim jeden ze skautów.

Oczekiwania były więc ogromne. Szczególnie, że mówimy o najbardziej chciwej i łasej na sukcesy organizacji w NBA. Knicks zawsze czuli się wyjątkowi, mieli wrażenie, że coś im się należy. Zawsze też brakowało im cierpliwości. Takie są po prostu realia zespołu grającego w mieście, które nigdy nie śpi. Po latach trzeba to przyznać – chłopak został wpuszczony w maliny.

Mimo tego błyskawicznie odnalazł się na parkietach NBA. Już podczas swojego pierwszego sezonu notował średnio 20 punktów i 9 zbiórek. Zadebiutował nawet w Meczu Gwiazd. Skąd to wejście smoka? Cóż, mówimy o gościu, który spędził cztery pełne lata na uczelni, a na dodatek miał już na koncie złoty medal olimpijski (o tym więcej tutaj). Można było oczekiwać, że będzie gotowy.

W kolejnych latach rósł zarówno Ewing, jak i Knicks. Do miana mocnego gracza dalej im jednak sporo brakowało. Sezon regularny 1990/1991 zakończyli z bilansem 39 zwycięstw i 43 porażek, co o dziwo wystarczyło na awans do fazy play-off. W niej musieli uznać wyższość Chicago Bulls. Podobnie zresztą, jak dwa lata wcześniej.

Liderzy – nie tylko Ewing, ale i Charles Oakley znajdowali się w sile wieku. Wielkie nadzieje pokładano też w młodym Marku Jacksonie. A na dodatek ówczesny prezes klubu – David Checketts – rozbił bank, zatrudniając Pata Rileya. Być może najlepszego (obok Phila Jacksona) trenera tamtych czasów. To nie miało prawa nie odpalić.

Tak też się stało. Od 1991 roku, praktycznie do końca dekady, New York Knicks nieustannie walczyli o mistrzostwo NBA. Mimo dwóch wizyt w finałach, po najcenniejsze trofeum nie sięgnęli ani razu.

Symbole

Powtórzymy banał: ci to mieli pecha, akurat trafili na czasy Jordana… Chicago Bulls w latach 90. aż czterokrotnie wyrzucali Knicks z fazy play-off. Najpierw w 1991 roku, potem jeszcze w 1992, 1993 oraz 1996. Nowojorczycy byli górą tylko w 1994 roku – kiedy to Jego Powietrzność poszła na tymczasową emeryturę (nie liczy się?). Zaszli wtedy aż do finałów, gdzie do pokonania Houston Rockets zabrakło im jednego spotkania.

W sporcie każdy okres, sezon, czy mistrzostwa kojarzą się z pojedynczymi momentami. Przykładowo, kiedy pomyślimy “mundial 2006”, od razu przed oczami pojawi nam się występek Zinedine’a Zidane’a. Jak to natomiast wygląda w przypadku wieloletniej rywalizacji Chicago Bulls z New York Knicks?

Do historii koszykówki przeszły przede wszystkim dwa momenty.

Pierwszy z roku 1991: Michael Jordan dostaje piłkę tuż za linią trzech punktów. Momentalnie dobiega do niego dwóch zawodników, starając się go podwoić i zmusić do podania. Jordan do tego nie dopuszcza. Obraca się, schodzi nisko na nogach i rusza w kierunku kosza, gdzie jego krycie przejmuje Oakley. Zawodnik Byków robi jednak szybki zwód, mija go i z piekielną siłą pakuje piłkę nad głową bezradnego Ewinga.

Drugi z roku 1994: Akcja Knicks. Oakley dostaje piłkę pod koszem, ale jego rzut jest zablokowany przez Horace’a Granta. Bulls przechodzą do kontrataku. Piłka trafia do Myersa, który ma niezłą pozycję do rzutu, ale decyduje się odegrać kozłem do Scottiego Pippena. Ten kończy akcję jednoręcznym wsadem, nic nie robiąc sobie z wyskakującego do bloku Ewinga. Od razu po “lądowaniu” silnie popycha rywala, a następnie prawie przechodzi mu po twarzy.

 

W obu przypadkach Ewing wygląda jak kolos na glinianych nogach. Został sportowo (czy też nie sportowo, patrząc na zachowanie Pippena) ośmieszony – trzeba to jasno powiedzieć. To niby pojedyncze akcje, ale takie, które mocno zapisały się w pamięciach ludzi. Jeszcze ważniejsze jest to, że rywalizacja Bulls – Knicks była po prostu do jednej bramki.

Ewing w oczach większości nowojorczyków wciąż jest bohaterem, oni akurat stoją po jego stronie. Bardziej zgryźliwi bywają eksperci, którzy uwielbiają sugerować, że trudno uznawać go za najlepszego zawodnika Knicks w historii, skoro nigdy nie wygrał mistrzostwa. Najbardziej brutalny w stosunku do środkowego jest jednak… Charles Oakley – druga najważniejsza postać Knicks z lat 90.

Bulls mieli Michala, a my Patricka. To jak pójść na koncert Beyonce, a pójść na koncert kogoś, kto udaje Beyonce. Jeśli Beyonce jest w mieście, każdy będzie chciał ją zobaczyć. Kiedy Michael i Patrick znajdowali się na tym samym parkiecie, każdy kupował bilet dla Michaela. Oni robili show. My próbowaliśmy ich zatrzymać, ale nie byliśmy w stanie […] Kiedy inicjatywa jest po twojej stronie, musisz to wykorzystać. Wielu gości nie potrafiło tego zrobić. Nie miało tego czegoś. Tak jest właśnie z Patrickiem – mówił Oakley pytany o The Last Dance.

Ofiara

Środkowy zakończył karierę w 2002 roku. Ostatnie trzy sezony spędził już poza Nowym Jorkiem. Następnie błyskawicznie poszedł w kierunku trenerki. Jeszcze w tym samym roku, w którym odwiesił buty na kołku, otrzymał posadę asystenta trenera w Washington Wizards.

Trudno oszukać tę zasadę – jeśli chcesz trenować zespół NBA, najpierw musisz pomagać osobie, która zna się na rzeczy. Asystentami w przeszłości byli niemal wszyscy najlepsi fachowcy – Gregg Popovich, Phil Jackson, Mike D’Antoni… Ambicje, aby również przejść podobną drogę, miał właśnie były zawodnik Knicks. Trzeba przyznać, że koszykarze jego postury rzadko kończą jako trenerzy. Wyobraźcie sobie widok mierzącego 210 cm chłopa, spacerującego wokół linii parkietu z tablicą w ręce.

Funkcję asystenta pełnił przez kilkanaście lat. Był w tym niezły, bo inaczej tak długo by się nie utrzymał. Ale swojego marzenia nie zdołał spełnić. Wielokrotnie zapraszano go na rozmowę kwalifikacyjną do różnych klubów, nigdy nie skończyło się finalnym podaniem sobie ręki. Najbliżej było w 2012 roku. Wtedy trenera szukano w New York Knicks, Orlando Magic oraz Charlotte Hornets, którego właścicielem jest… Michael Jordan. Z pierwszymi łączyła go wspólna historia, z drugimi lata pracy na stanowisku asystenta (2007-2012). W Hornets miał natomiast znajomego kolegę (?) jako ewentualnego pracodawcę.

Ostatecznie na negocjacjach, tudzież rozpoznawczym spotkaniu się skończyło. Nikt nie zaoferował mu posady. A przynajmniej tej głównego trenera, bo ostatecznie podpisał kontakt z Hornets. Jordan widział go jednak wyłącznie w roli asystenta. Wreszcie w 2017 roku Ewing uznał, że nie ma co żyć złudzeniami. Jeśli po tylu latach, nikt się nim poważnie nie zainteresował, to znaczy że stracił swoją szansę. Odszedł z NBA, przejmując posadę trenera uczelni Georgetown.

W sierpniu na liczniku pęknie mu 58 lat. I choć to brutalne, trudno o bardziej niespełnioną sportową legendę. Jasne, jego kariera to i tak pasmo sukcesów. Czasem te kilka niedoskonałości potrafi zepsuć jednak naprawdę piękny obraz…

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl, Youtube


Aktualności

Kalendarz imprez