Niedoszły koszykarz. Król bloku. Mistrz świata. Po prostu Marcin Możdżonek

Niedoszły koszykarz. Król bloku. Mistrz świata. Po prostu Marcin Możdżonek

Przez lata stanowił o sile kadry. Niesamowity blok z Iranem na mistrzostwach świata kibice będą mu pamiętać już zawsze. Trzykrotnie – ze Skrą Bełchatów – zostawał mistrzem kraju. Jednak ograniczanie jego postaci tylko do tego, że potrafił zablokować rywali, byłoby niewłaściwe. To facet, który może i woli się nie wypowiadać, ale gdy już to robi, to zawsze tak, że warto posłuchać. Gość, który nie boi się mieć własnego zdania. Który interesuje się polityką, uwielbia książki Orwella i był nawet porównywany do… Sokratesa.

Dla fanów Marcin Możdżonek to jednak przede wszystkim legenda polskiej siatkówki. I tak już zostanie, mimo że więcej w oficjalnym meczu nie zagra. We wtorek, na łamach „Przeglądu Sportowego”, ogłosił, że kończy zawodową karierę. I choć robi to nie na własnych warunkach – pokonały go kontuzje – to może być z tych kilkunastu lat zadowolony. Osiągnął przecież niesamowicie wiele. A zaczęło się… od koszykówki.

Jordan, Duncan i… Chilavert

Marcin Możdżonek mógł być koszykarzem. Albo piłkarzem ręcznym. W nogę też grał, choć tu wzrost raczej przeszkadzał, a nie pomagał. Najbliżej było mu jednak do kosza – grał od dziecka. Typowo, na betonowych boiskach ulokowanych gdzieś między blokami. W podstawówce zaczął chodzić na treningi. Wzrost mu pomagał – przerastał rówieśników o głowę, więc rzuty rywali blokował, a gdy jego drużyna atakowała, zbierał piłkę i dobijał próby kolegów. Nie wyszedł jednak poza poziom wojewódzki, bo i w Olsztynie koszykówka nie stała na najwyższym poziomie.

Nie mógł zatem nawiązać do gry swojego idola – Tima Duncana. Dziwny wybór? Może i tak, ale Możdżonek kilkukrotnie tłumaczył, że to nie tylko kwestia gry, a również zachowania Duncana na boisku. Poza tym, wiadomo, imponowali Michael Jordan czy Dennis Rodman. Indywidualności, goście, którzy stanowili o sile swoich ekip. – Oglądałem NBA, jak wszyscy. Namiętnie, te wszystkie gwiazdy robiły na mnie ogromne wrażenie. O Chicago Bulls, o tej wspaniałej drużynie nawet nie będę wspominał, bo zna ją każdy, ale doskonale pamiętam rywalizację i mecze New York Knicks z Indiana Pacers i tę niesamowitą końcówkę Reggiego Millera. To wspomnienie, które zostało na lata. Noce zarywałem dla NBA jeszcze, gdy byłem w siatkarskim SMS-ie. Często było tak, że oglądaliśmy z kolegami po nocach. Trenerzy nas za to potem ganili – mówił portalowi polskikosz.pl. I dodawał, że wsady robił już w szóstej klasie podstawówki.

Podobnie jak w koszu, radził też sobie w szczypiorniaku. Grał na pozycji kołowego. Nie potrzebował nawet dużo siły, bo ze względu na wzrost miał komfort w oddawaniu rzutów. Tyle że ręczna w Olsztynie też nie stała na najwyższym poziomie. Piłka nożna, mimo że Stomil jakoś sobie radził, również. I choć Marcin na podwórku grywał i w polu, i na bramce, to nie mógł nawiązać do sukcesów innego ze swoich idoli – Jose Luisa Chilaverta, którego podziwiał za to, że wymykał się stereotypom.

W końcu stało się więc to, co stać się musiało. – trafił do siatkówki. – Dość późno, bo dopiero w połowie ósmej klasy szkoły podstawowej. Poszedłem z tego względu, że ta dyscyplina w Olsztynie ma bardzo bogate tradycje. Spodobało mi się i tego wyboru nie żałuję. Bardzo lubię siatkówkę, ponieważ jest jedną z najtrudniejszych gier zespołowych. Bardzo trudna technicznie, wymaga umiejętności, współpracy z innymi zawodnikami. Trzeba włożyć dużo pracy, żeby dobrze grać. Jeżeli nie wytrenuje się pewnych rzeczy, to potem na boisku się ich nie wykona – wspominał w rozmowie z portalem nto.pl.

Siatkę zaproponował mu tata, sympatyk dyscypliny, grający amatorsko. To on wziął go na pierwszy trening, a Marcin – choć początkowo nic nie ogarniał i głównie patrzył, jak grają inni – się wciągnął. Jeszcze trzeba było tylko uwolnić się od trenera koszykówki, który bardzo chciał zachować go w drużynie i można było rozpoczynać karierę. Możdżonek do dziś powtarza jednak, że gdyby basket stał w Olsztynie na takim poziomie jak siatkówka, to zostałby przy nim. A tak poszedł do sportu, gdzie miał większe perspektywy na rozwój. Jak się okazało – słusznie.

– Kiedy dałem się „złapać” siatkówce? Pamiętam ten moment. Trenowałem raptem kilka miesięcy, pojechaliśmy na mistrzostwa Polski młodzików, gdzie zajęliśmy chyba piąte miejsce. Wtedy nastąpił przełom. Byli obecni trenerzy reprezentacji juniorów, którzy wybierali zawodników do szkoły mistrzostwa sportowego. Bardzo się mną zainteresowali. Oczywiście nie moimi wybitnymi umiejętnościami siatkarskimi, ale warunkami fizycznymi [Marcin mierzył już wtedy niemal dwa metry – przyp. red.]. Pojechałem na testy do Spały. Przeszedłem je pomyślnie i już wiedziałem, że to będzie na pewno to – wspominał w rozmowie z Made In.

W Spale znalazł swoje miejsce do rozwoju, tam szlifowano jego talent. Często podkreślał, że nauczono go tam jednej ważnej rzeczy – że w siatkówkę gra się nie tylko rękami czy nogami, ale też głową. Inteligencja na boisku jest bardzo ważna, szczególnie dla kogoś, kto – jak sam mówi – braki technicznie miał przez całą karierę. Możdżonek tę lekcję zapamiętał na długo.

Jego bloki są…

Mistrzostwa świata 2014. Druga faza turnieju, walka o awans do czołowej szóstki. Mecz Polska – Iran. Polacy na własne życzenie zmierzają ku porażce. Prowadzili już 2:0 i 13:8 w trzecim secie. Przegrali jednak tę partię. I następną też. W tie-breaku wielkie emocje. Raz Irańczycy, raz Polacy wychodzą na prowadzenie. W pewnym momencie wydaje się, że zaraz przegramy – rywale mieli nawet piłkę meczową. Ale odpowiadaliśmy, walka trwała. To była wojna, mówili potem siatkarze. Ofiary zresztą też się trafiały – Michał Winiarski wypadł z kontuzją, co podcięło skrzydła jego kolegom.

Ci jednak doszli do piłki meczowej. Irańczycy przyjęli zagrywkę, zagrali przez środek i gdy już wydawało się, że bez problemu wyrównają, po drugiej stronie siatki wyrosły ręce Marcina Możdżonka. Blok. Punkt. Koniec meczu. I choć spotkanie to nie dawało nam jeszcze awansu, to skumulowane emocje, adrenalina i radość fanów sprawiły, że do dziś jest to jedna z najbardziej niezapomnianych akcji tamtych mistrzostw.

A wiecie, że nie byłoby jej, gdyby Marcin posłuchał trenera?

– [Stephane Antiga] zasugerował, żeby przy idealnym przyjęciu zagrywki przez rywali iść w ciemno blokiem do irańskiego atakującego. Zdziwiłem się, bo moim zdaniem to nie był dobry pomysł, ale nie było już czasu, by polemizować z trenerem. Pod siatką obok mnie stał Mariusz Wlazły. „Trener kazał mi iść do atakującego” powiedziałem mu. Mariusz na to: „Tylko tego nie rób!”. „Wiem, nie zrobię” odpowiedziałem. I kilka chwil później przy naszej piłce meczowej, zamiast iść do atakującego, wyskoczyłem do irańskiego środkowego. Zablokowałem go i ta akcja zakończyła mecz – mówił w książce „Ludzie ze złota” sam bohater tamtej, ostatniej akcji.

Wbrew pozorom to nie żadna sensacja. Środkowi polecenia trenera lekceważyć muszą stosunkowo często. Ci najlepsi, gdy już to robią, to zwykle mają rację. A Marcin Możdżonek do najlepszych należał. Jak i do tych najbardziej inteligentnych. Ireneusz Mazur, który trenował go jeszcze w AZS-ie Olsztyn, pamięta, że jego środkowy już wtedy w tym elemencie imponował.

Było już oczywiste, że to zawodnik o znakomitych warunkach fizycznych i świetnym czuciu jako środkowy. Jego walory były niezwykle cenne dla trenera. Miał pewne ograniczenia, które wynikały z tych warunków. Przemieszczanie się na tym środku było dla niego pewnego rodzaju problemem. Ale cechował go selektywny umysł, charakterystyczny dla środkowych. Nie reagował elektrycznie na wydarzenia. Na środku trzeba mieć duży spokój i rozwagę w dokonywaniu właściwych wyborów. Bo wersji ataku, na które trzeba reagować, gdy piłka jest dokładnie dograna do siatki jest cztery czy pięć. Skrzydłowy przy bloku ma jedną albo dwie. A środkowy musi reagować na kilku zawodników – swojego środkowego, środkowego z drugiej linii, iść do pomocy skrzydłowym… Marcin potrafił dokonywać dobrych wyborów. Oczywiście zdarzały się też błędy. Z punktu komunikacji trener-zawodnik wymagało to ścisłej współpracy. I ta współpraca u nas zawsze istniała. Był zawsze otwarty, sympatyczny w kontaktach. W związku z tym, jeśli chodzi o sferę współpracy, nie miałem żadnych problemów.

Absolutnie najlepszym elementem gry Marcina był blok – dodaje Jacek Nawrocki, który prowadził Możdżonka w Skrze Bełchatów. – Myślę, że już dużo wcześniej, jeszcze w juniorach, skupił na tym elemencie i uznał, że to będzie wiodąca rzecz w jego grze. Coś, po czym będzie go można rozpoznać. Jego znak firmowy, znak jakości. Grał bardzo inteligentnie. Zarówno jeżeli chodzi o czytanie rozgrywanych akcji przez przeciwnika, jak również intuicję przy wyborze opcji. Marcin absolutnie poświęcił się temu, dominował w tym. To był jego konik. Bez inteligencji boiskowej, nie da się dobrze grać tym elementem.

Na tamtych mistrzostwach świata Możdżonek teoretycznie był rezerwowym. Męczył się przed nimi z urazem, zdążył wyzdrowieć, ale nie na tyle, by wskoczyć do pierwszej szóstki. Często jednak wchodził na parkiet, zamiennie z Piotrem Nowakowskim czy Karolem Kłosem. I za każdym razem wiele dawał drużynie. Nie tylko w meczu z Iranem – przez cały turniej. Ktoś mógłby rzec nawet, że ten sukces był jego przeznaczeniem. Bo przy takim wzroście w siatkówce po prostu nie ma innej opcji – idzie się na środek.

A to wcale nie tak, że skoro już się urosło, to jest łatwo. Że trudno odgadnąć, co zrobią rywale – już wiecie. Dodajcie sobie do tego fakt, że skoro głowa często jest nad siatką – przynajmniej w przypadku Marcina – to i w nią się obrywa. Inna sprawa, że i w taki sposób można zdobyć punkt albo przynajmniej pozwolić na to kolegom. Możdżonek zresztą ze swoim zasięgiem zdawał się momentami wręcz przyciągać piłki. Na tyle, że Krzysztof Ignaczak wymyślił mu ksywkę „Magneto”. Inny pseudonim, „High Tower”, wziął się z „Akademii policyjnej”, gdy ta w Polsce była niesamowicie popularna.

Wzrostem, dodajmy, Marcin w sumie nigdy się nie przejmował. Choć 211 centymetrów to naprawdę dużo. Jednak gdy tylko zauważył, że daje mu to przewagę w sporcie, stwierdził, że to super sprawa. Musiał się co prawda nauczyć, by schylać się przechodząc przez drzwi, bo o ile futryny nie czują bólu, o tyle jego głowa już tak, ale poza tym nic nie sprawiało mu problemów. Tym bardziej, że przy swoich warunkach fizycznych jest zadziwiająco wyćwiczony – w najlepszych latach kariery bez problemu przechodził przez kolejne ćwiczenia z programu akrobatyki.

No, może znalezienie dobrych ubrań w sklepach stacjonarnych nigdy nie było łatwe. Na szczęście Internet rozwiązał ten problem .

Złoty Teheran, srebrny i brązowy Olsztyn

2003 rok. Marcin Możdżonek miał 18 lat, grał w Spale. Wyróżniał się. Z reprezentacją Polski kadetów pojechał na mistrzostwa Europy, do kraju przywieźli srebrne medale. Niedługo po tym został powołany na mistrzostwa świata juniorów. Przeskoczył tym samym do wyższej kategorii wiekowej, grał tam z zawodnikami starszymi o dwa lata. To była zresztą niezła paka, z której wyrosło kilka wielkich gwiazd naszej siatkówki – Mariusz Wlazły, Michał Winiarski, Michał Ruciak czy Paweł Woicki. Do nich właśnie doskoczył Możdżonek.

Brakowało nam zawodników z potencjałem na dwóch pozycjach: środku i ataku – mówi Grzegorz Ryś, trener tamtej drużyny. – Marcin i Marcel Gromadowski byli wyróżniającymi się zawodnikami w swojej kategorii wiekowej. Po mistrzostwach Europy kadetów mieli już za sobą nieco potrzebnych doświadczeń. Zdecydowałem się ich zabrać do swojego zespołu. Zresztą zawsze mamy taką zasadę, że staramy się na juniorskie mistrzostwa świata zabierać najbardziej perspektywicznych zawodników z młodszych grup szkoleniowych, żeby się troszkę otrzaskali i zdobyli doświadczenie. Poza tym jeśli są na tyle wyszkoleni i przydatni, to zdarzało się, że ich udział w grze był duży. Marcin na tamtych mistrzostwach nie zaczynał w podstawowej szóstce, ale często wchodził w różnych trudnych sytuacjach i grał już do samego końca.

Był na przykład bardzo ważny mecz z Bułgarią. Trener Ryś dokonał wówczas kilku zmian, bo Polacy przegrywali. Na parkiet wszedł i Możdżonek. Gra się zupełnie odmieniła, nasi reprezentanci wygrali. W finale mistrzostw scenariusz był podobny – Marcin wszedł na boisko gdzieś w połowie meczu. Został do samego końca. A koniec był zwycięski. Polacy pokonali wtedy Brazylijczyków, którzy wcześniej ograli ich bez litości w grupie. Udowodnili sobie, że mogą wygrywać z najlepszymi. Potem robili to jeszcze wielokrotnie, a trzech z nich zostało mistrzami świata w 2014 roku. Dwóch kolejnych zdobywało też złoto mistrzostw Europy.

Dla Możdżonka był to ważny turniej. W Teheranie odniósł pierwszy wielki sukces, jego nazwisko stało się znane fanom. Został jedną z nadziei polskiej siatkówki. A do tego zdobył mnóstwo potrzebnych siatkarzom doświadczeń. Choć trzymał się nieco z boku, jeszcze nie pokazywał tego charakteru, którym potem wielokrotnie imponował. – Pamiętajmy, że w tak młodym wieku zespół sam buduje hierarchię – mówi Ryś. – Generalnie takimi przywódcami w zespole są albo zawodnicy najstarsi, albo decydują umiejętności na boisku. Marcin był dwa lata młodszy, trudno mu się było przebić. Myślę też, że nie miał ambicji, by od razu być liderem. To jeszcze nie był ten czas. Ale doświadczenie, które zdobył z tymi zawodnikami na pewno pomogło mu w kolejnych dwóch latach być ważną postacią swojej kategorii wiekowej. Bo pamiętajmy, że i Marcin, i Marcel po powrocie do swojej grupy wiekowej, mieli już tytuł mistrza świata.

Na debiut w dorosłej kadrze poczekał sobie nieco dłużej niż Wlazły czy Winiarski. Ci weszli do niej niemal z marszu, Możdżonek pierwszy mecz rozegrał w trakcie Memoriału Huberta Wagnera w 2006 roku (choć już wcześniej bliski był wyjazdu na mistrzostwa Europy). Co zresztą warto podkreślić, bo często błędnie podawano, że stało się to dopiero rok później i to w spotkaniu z Argentyną.

– Naprawdę piękne czasy, kiedy jako młody szczaw wchodziłem do drużyny i grałem z dużo starszymi i dużo lepszymi ode mnie zawodnikami. Przecież w kadrze byli najlepsi z najlepszych. Chociaż większość z nich i tak już znałem w ligowych parkietów, więc wejście do szatni reprezentacji nie było trudne. Profesjonaliści. Wspaniali koledzy, bardzo dużo się od nich nauczyłem. […] Debiut? Mecz jak mecz, towarzyski na memoriale Huberta Wagnera. Chociaż na pewno była to zupełnie inna perspektywa niż wcześniejsza z trybun czy sprzed telewizora. Dla kibica jest to kolorowe show, a dla zawodnika walka, emocje, nerwy, złość, radość, smutek – mówił w wywiadzie dla Weszło.

Zanim jednak trafił do reprezentacji Raula Lozano, pokazywał się ze świetnej strony w Olsztynie, gdzie wrócił, by grać w tamtejszym AZS-ie, którego był wychowankiem. Prowadził go tam stary znajomy – Grzegorz Ryś. Ale taryfy ulgowej z tego powodu nie było. Gdy wszedł do szatni, robił to jak każdy inny debiutant. Po cichu, nie wyróżniając się. Sam zresztą wspominał, że był w tym okresie… nieśmiały.

– Zawsze tak jest – mówi Ryś. – Pamiętajmy też, kto wtedy tam grał: Paweł Zagumny, Paweł Papke, Piotr Gruszka czy Marcin Nowak. Dla młodego zawodnika, który ma 19 lat, wejście do szatni z takimi postaciami to było duże przeżycie. Oczywiście, w zespole seniorskim takie hierarchie też się budują dość szybko. Marcin, będąc początkującym ligowcem, musiał przejść przez proces adaptacji. Wiadomo, że najmłodszy zawodnik musi rozwiesić siatkę na sali, nosić piłki… To jest taka nauka pokory. Jeżeli taki gracz daje sobie z tym wszystkim radę, to jest szybko przyjęty i zaakceptowany przez starszych kolegów. A jeśli jeszcze potrafi wejść i pomóc im, dobrze prezentując się w niektórych spotkaniach, to od razu jest traktowany przez zespół jako ważna postać.

Nie było jednak łatwo. Tym bardziej, że taki Paweł Zagumny znany był w środowisku jako postrach środkowych. Potrafił się wkurzyć i wrzasnąć, zwykle w niecenzuralnych słowach. Ale przy tym był świetnym gościem, od którego niesamowicie wiele można się było nauczyć. Choć ta nauka była różnie przekazywana. Zresztą nie tylko przez „Gumę”. – Nigdy nie zapomnę sceny z treningu, gdy Mariusz Szyszko zdenerwowany po którymś z kolei źle dogranym do niego free ballu krzyknął, że mamy zejść z boiska. Wziął wózek pełen piłek, stanął z nim przy końcowej linii, dograł wszystkie pod siatkę i odwrócił się w stronę nas, młodych, mówiąc: „Czy to jest takie trudne?”. Wiedzieliśmy, że żarty się skończyły, i że nie możemy pozwolić sobie na niedokładności w prostych akcjach – wspominał Możdżonek w rozmowie ze sport.pl.

W zespół Marcin się jednak wkomponował i szybko stał się jego ważną częścią. Zaprzyjaźnił się nawet ze starszym o kilka lat Pawłem Papke. I to tak mocno, że został potem chrzestnym jego córki. W miarę upływu lat jego rola tylko rosła, bo przecież zespół był przebudowywany. W sezonie 2007/08 – ostatnim w Olsztynie – Możdżonek był już jednym z liderów szatni. Przez te cztery lata, od debiutu licząc, AZS-owi nie udało się jednak dokonać najważniejszego – zostać mistrzem Polski. Choć zawsze kończyli na podium – raz na drugim miejscu, trzykrotnie na trzecim.

– Czego zabrakło? Zdrowia. Ten zespół miał pecha. W pierwszym sezonie, gdy Marcina jeszcze nie było, graliśmy z Jastrzębiem w finale. Jastrzębie miało wtedy bardzo mocny zespół, a my taki, który stworzono praktycznie kilka miesięcy wcześniej – wtedy doszli Zagumny czy Papke. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim zespół okrzepł. W kolejnym sezonie dwóch podstawowych zawodników nabawiło się kontuzji w samej końcówce. Michał Bąkiewicz miał wtedy zakrzepy w przedramieniu – dziwna przypadłość, ręka robiła się całkowicie zimna, nie miał czucia w palcach. Zanim zdiagnozowano tę przypadłość, minęło sporo czasu i w meczach finałowych nie mógł zagrać. A druga kontuzja to też sprawa przewlekła – uraz mięśnia czworogłowego Pawła Papkego. Przez lata grania w siatkówkę Paweł nabawił się różnych drobnych urazów. I w decydującym momencie sezonu ten mięsień nie wytrzymał, miał rozległe zwapnienia na jego przyczepie. Musiał się poddać operacji, bo środki przeciwbólowe nie pomagały. […] Nie wiem, czy byśmy wygrali, mając zespół w pełnym składzie, ale szanse byłyby na pewno większe – mówi Ryś, który odszedł z Olsztyna w 2005 roku.

Zastąpił go Ireneusz Mazur, ale i jemu nie udało się doprowadzić tamtejszej ekipy do mistrzostwa. Swoją drogą Możdżonka znał już wówczas od kilku lat. – Pamiętam, jak przyjeżdżał do Warszawy z młodzieżową reprezentacją, to często, gdy miał jeszcze te 16 czy 17 lat, przejmowałem go z lotniska i zawoziłem na dworzec, wsadzając do autobusu, żeby nic mu się nie stało. (śmiech) Gdy pracowałem w Olsztynie, to był już chłopak, który zdobył MŚ juniorów. Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby zorientować się, że kiedyś będzie funkcjonował w reprezentacji. Są oczywiście pewne niewiadome: sprawy zdrowotne, życie, sprawy mentalne. Ale generalnie jak się patrzy na takiego gracza w reprezentacji młodzieżowej, który w niej gra, mimo że jest o dwa lata młodszy od innych, to widać, że nie jest to przypadek. Można było założyć, że wyrośnie z niego znakomity siatkarz. Myślę, że wiązałem wewnętrznie jakieś nadzieje z Marcinem, że będzie z niego świetny reprezentant. Okazało się, że wszelkie obawy, choćby te o jego zdrowie, były niepotrzebne, bo świetnie się zrealizował – wspomina.

Nie dziwi więc, że gdy pracował w Olsztynie, na Możdżonka stawiał. I choć złota mistrzostw Polski zdobyć się nie udało, to z gdy w tamtejszej ekipie Marcin i tak zachował świetne wspomnienia. Zresztą zawsze powtarzał, że chciałby tam wrócić i jeszcze trochę pograć, może doprowadzić tę ekipę do sukcesów, bo od jego odejścia nigdy nie stała już na ligowym podium. Nie udało się. Ale miasto uwielbia. – Cały Olsztyn jest ulubiony. Kocham to miasto. Tu się urodziłem i tutaj chcę żyć. Jeżdżę po całym świecie i wiem, że to jest moje miejsce. W innym nie chcę mieszkać. Lubię spędzać wolny czas na łonie natury – mówił kiedyś w wywiadzie dla Made In.

Inteligent

Jeśli macie przed oczami obraz stereotypowego sportowca, który w wolnych chwilach to zagra na konsoli, to pójdzie na imprezę, a poza tym to niczym się nie przejmuje – odrzućcie go. Bo Marcin Możdżonek jest zupełnie inny. – Gdyby Marcin żył w antycznej Grecji, Sokrates miałby problemy, by stać się największym myślicielem tamtych czasów – mówił o nim Konrad Piechocki, prezes Skry Bełchatów. – Czytanie książek? Dla mnie nie jest to nic niezwykłego, sam czytam sporo. Dobrze jest wzbogacać swoje słownictwo, żeby później móc się chociaż ładnie wypowiedzieć – mówił z kolei nam sam Możdżonek.

Od zawsze lubił się uczyć. W szkole nigdy nie miał z tym problemów. Preferował przedmioty ścisłe, ale dobre oceny zbierał i z tych humanistycznych. Pochłaniał szkolne lektury, nawet nielubianych przez wielu uczniów „Krzyżaków”. Po latach jego ulubionymi książkami stały się te George’a Orwella – „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy” poleca za każdym razem, gdy ktoś go o to pyta. Niezbyt lubi za to proste kryminały czy sensacje. Narzekał na przykład na „Kod da Vinci” Dana Browna, bo nic z tej książki nie wyniósł. A jak już coś czyta, to chce, żeby skłoniło go to do przemyśleń. Orwell tak robi – Możdżonek nawet dzisiejszą rzeczywistość polityczną porównywał w „Ludziach ze złota” do tej z jego książek.

Na wiele tematów ma swoje przemyślenia. Regularnie śledzi politykę, orientuje się w wydarzeniach – zresztą w tym celu założył Twittera, choć social mediów ogółem nie lubi. Powtarza, że to nie dla niego, bo nie zależy mu na polubieniach. Założył co prawda Facebooka i Instagrama, ale głównie po to, by fani mogli mieć z nim jakiś kontakt. Ceni sobie prywatność, mało kogo wpuszcza do swojego świata, z mało kim dzieli się swoimi poglądami. Ale gdy już to robi, zawsze potrafi je świetnie uargumentować.

– Pamiętam, że już w Olsztynie jeżeli przychodziło mu do wypowiedzenia się na forum zespołu, to robił to bez kompleksów – mówi Ryś. – Zawsze była to wypowiedź rzeczowa, widać było, że jest zorientowany w temacie – zwykle siatkarskim, bo innych poruszaliśmy mniej, wiadomo. Myślę, że Marcin już wtedy miał wyrobione zdanie na różne tematy. Szybko chłonął też wiedzę od starszych kolegów, bo ci mieli różne zainteresowania.

– Rzeczywiście, Marcin zawsze bardzo ważył słowa. Nie był osobą, która mówiła dużo i wszędzie byłoby jej pełno, ale wydaje mi się, że potrafił w swoich wypowiedziach ująć sedno problemu. To chyba było najważniejsze w tym jego zachowaniu. Tak jak w każdej drużynie – są różne charaktery. Marcin należał do tych, którzy słowa ważą, ale jeżeli mają coś do powiedzenia, to po prostu to mówią – dodaje Jacek Nawrocki.

Jeśli Możdżonek się na czymś nie zna – przyznaje to wprost. Zresztą było tak od zawsze. W szkole oddawał puste kartki na klasówkach, jeśli wiedział, że jest nieprzygotowany. Wolał poprawić ocenę, niż walczyć o dwójkę czy trójkę byle mieć zaliczenie. Lata później zrezygnował ze studiów prawniczych, bo uznał, że nie pogodzi ich z graniem. Choć pewnie mógłby skorzystać z jakichś przywilejów, to po prostu nie chciał tego robić.

– Prawo mnie fascynowało i fascynuje do dziś. Myślę, że odnalazłbym się w tym zawodzie, widziałbym siebie na sali sądowej. Na razie się nie przekonam, czy mam rację. Ze studiami nie wyszło, bo miałem za dużo nieobecności. Za każdym razem zatrzymywałem się na pierwszym roku. Gdy szedłem na zaliczenie lub egzamin, profesorowie od razu mówili, że nie mam po co do niego podchodzić. Dziś jeszcze myślę o tej administracji, ale wrócę do niej najwcześniej wtedy, gdy skończę grać. Na razie trzy próby wystarczyły. Na naukę trzeba mieć czas. Pewnie, mógłbym pójść na egzamin, ładnie się pouśmiechać, wyprosić i… może bym się prześlizgnął. Ale nie na tym mi zależało. Chciałem się czegoś nauczyć. Niestety, takie przedmioty jak prawo rzymskie rozłożyły mnie na łopatki – mówił dekadę temu „Przeglądowi Sportowemu”.

Na studia faktycznie wrócił, już pod koniec kariery. Choć zmienił kierunek. Ukończył zarządzanie na Politechnice Rzeszowskiej. Miał na to więcej czasu przez rozmaite kontuzje, ale do tych jeszcze przejdziemy. A teraz napiszmy jeszcze o innej pasji Możdżonka – łowiectwie. Bo to też przecież coś nietypowego. – W dzieciństwie dużo czasu spędziłem na wsi, na łonie natury. Jestem z Olsztyna, a w samych granicach administracyjnych tego miasta jest dziewięć jezior i bardzo dużo lasów. Mieszkam tam między dwoma jeziorami i w sąsiedztwie lasu. Z przyrodą jestem za pan brat, bardzo ją lubię i cenię. Jak tylko czas mi na to pozwala, to spędzam czas wędkując, chodząc na grzyby, czy jeżdżąc na polowania – opowiadał na łamach nto.pl.

To cytat sprzed ośmiu lat, ale na polowania chodzi do dziś, o ile zdrowie pozwala. Mówił, że go to uspokaja, pozwala złapać oddech. Często bywał nawet na całonocnych dyżurach, chroniąc pól. Nie zawsze chodziło o samo polowanie, często tylko o odstraszenie zwierzyny. Kiedy akurat nie polował, zdarzało mu się też chodzić na strzelnicę, gdzie sprawdzał swoje oko.

Strzelał też w inny sposób – niezłymi cytatami z ust. I upolował nimi kilku dziennikarzy.

Złotousty

Przylgnęła do niego łatka człowieka, którego właśnie dziennikarze powinni się obawiać. Aroganta, nielubiącego wywiadów. Zaczęło się jeszcze w Skrze Bełchatów. – Rywalizowaliśmy w Lidze Mistrzów z Knack Roeselare. Pierwsze starcie przegraliśmy, więc w drugim musieliśmy pewnie wygrać u siebie oraz pokonać przeciwników z złotym secie. Zagraliśmy świetnie, a rywale zdobywali tylko po kilkanaście punktów w poszczególnych partiach. Było to spotkanie w pełni pod naszą kontrolą – ani na minutę jej nie straciliśmy. Po meczu jeden z dziennikarzy stwierdził w wywiadzie, że gdybyśmy przegrali, to byłaby katastrofa. Odpowiedziałem, że poziom jego pytań to katastrofa, odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Nagranie obiegło dziennikarską brać i dotarło do klubu, ale tam wywołało tylko uśmiechy. Może dlatego właśnie ktoś uznał, że jestem arogancki? – zastanawiał się na łamach sport.pl.

W trakcie swojej kariery nie lubił też osób, które były kompletnie nieprzygotowane. Zwykle chodziło o fanki siatkówki, wchodzące na halę jako dziennikarki, które jednak nie potrafiły nawet zadać składnego pytania. Denerwowało go to. Lubił za to pogadać po meczu z kimś, kogo już znał i odpowiedzieć na kilka sensownych pytań. Jeśli trafiało się jakieś, które było głupie, sam dopasowywał się do niego odpowiedzią, korzystając z naturalnych zasobów sarkazmu. Jacek Nawrocki, gdy go o to zapytaliśmy, zaśmiał się i stwierdził po prostu, że „Marcin miał taki sposób wypowiadania się”. Jeśli się go poznało, to śmiało się wraz z nim. Obcym faktycznie jednak mógł wydawać się arogancki, o czym sam mówił lata temu „Przeglądowi Sportowemu”.

– Ludzie faktycznie często mnie tak odbierają. Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie mam z tym problemu. Wolę zamknąć się w sobie, w swoim małym świecie i tam spokojnie żyć, niż wyjaśniać komuś, że jestem inny, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Nie wiem, jak to zabrzmi, ale taki wizerunek… ułatwia mi życie. Serio. Jeśli ktoś odczuwa, nawet niesłusznie, że patrzę na niego z niechęcią, to nie zada pytania, co tam słychać na górze.

Pytania, choć niekoniecznie takie, jednak padały. Dlatego – zanim przejdziemy do poważniejszych tematów – zebraliśmy dla was kilka najlepszych odpowiedzi Marcina Możdżonka.

– Co myślisz o sesji zdjęciowej Michała Bąkiewicza [nagiej, zasłaniał się jedynie piłką – przyp. red.]?
Też bym się zgodził na taką sesję, oczywiście bez piłki.

– Czym cię karmili, że tak wyrosłeś?
Odpadami z Czarnobyla.

– Jaka jest twoja największa wada?
Mam same zalety.

– To prawda, że po zwycięstwie nad Brazylią nie mogliście przesadnie świętować przez miejscową prohibicję?
Polak potrafi.

– Sufit w domu masz na jakiej wysokości?
Wystarczającej.

– Jesteś spokojną osobą czy taki kozak bardziej?
Taki kozak bardziej.

Kapitan i mistrz

Kozakiem Marcin faktycznie był, zwłaszcza pod siatką. Najpiękniejsze chwile w karierze przeżywał w reprezentacji. Jasne, poza nią też było nieźle. 16 sezonów w PlusLidze, 366 meczów, 2267 punktów. Trzy mistrzostwa Polski, wszystkie ze Skrą. Pięć zwycięstw w krajowym pucharze. Medale Klubowych Mistrzostw Świata i Ligi Mistrzów. To dorobek klubowy. Ale jednak to co najważniejsze, działo się zawsze w koszulce kadry. W niej zaliczył 242 mecze.

Pierwszy sukces to rok 2009. Wraz z kolegami został wtedy mistrzem Europy, wygrywając po drodze wszystkie mecze. Ale nawet za cenniejszy uznawał brąz wywalczony dwa lata później. Bo zrobili to w składzie przetrzebionym kontuzjami, gdy nikt na Polaków nie stawiał. A jednak się udało. Niedługo po tamtym sukcesie zaliczył kolejny, prywatny. Został mianowany kapitanem reprezentacji. Śmiał się potem wielokrotnie, że wybrano go jednogłośnie, a ten jeden głos należał do trenera Andrei Anastasiego.

Bo i faktycznie, Włoch jakoś tej decyzji nie chciał uzasadnić. Mówił jedynie, że Możdżonek obrazuje przemianę kadry i idealnie nadaje się do pełnienia tej funkcji. Choć częściej te uzasadnienia wyglądały tak, jak to opowiadał kiedyś Marcin. – Po przyjeździe do Spały trener Andrea Anastasi poprosił mnie na rozmowę i oznajmił, że wytypował mnie na kapitana. Gdy zapytałem dlaczego właśnie ja, odpowiedział krótko: “bo tak!”. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. – Dodajmy, że, jak mówisz Ireneusz Mazur, nie był to wybór oczywisty.

–  Marcin systematycznie piął się i funkcjonował w tej kadrze. Był takim zawodnikiem o profilu lidera poza boiskiem. W organizacji drużyny bywa tak, że jako kapitan nie musi się być liderem na parkiecie. Tym może być na przykład Mariusz Wlazły, ale kapitanem w tym samym czasie Paweł Zagumny. Rzadko bywało jednak, żeby to środkowi byli kapitanami. Raczej wybierało się rozgrywającego albo dobrego przyjmującego. Trzeba pamiętać, że środkowi na boisku są krócej niż rozgrywający czy skrzydłowy, bo raczej nie przechodzą do drugiej linii. Trzeba mieć więc jakąś specjalną cechę charakterologiczną, przywódczą, organizacyjną. W kontaktach z mediami, działaczami czy trenerem potrzeba człowieka operatywnego, komunikatywnego. A myślę, że te cechy Marcin Możdżonek posiadał. I był postacią niezwykle cenną dla drużyny.

Sam Możdżonek powtarzał, że gwiazdą kadry nigdy nie był. Tę rolę pełnili inni – na czele z Mariuszem Wlazłym (ten dominował też wszelkich konkursach na… najprzystojniejszego siatkarza, których było mnóstwo. Ale Marcin też bywał w nich wysoko, często nawet na podium, sprawdziliśmy. Doceńcie poświęcenie). Możdżonek miał też nieco pecha. Kapitanem był akurat wtedy, gdy na imprezach mistrzowskich Polacy nie zdobyli medalu. Udało się za to triumfować w Lidze Światowej, to też niezłe osiągnięcie. Ale największy sukces przyszedł niedługo po tym, jak funkcja kapitana została mu zabrana.

Chodzi, oczywiście, o mistrzostwa świata z 2014 roku. Te rozgrywane w Polsce. Przed turniejem nikt na nas nie stawiał. Nie było mowy o medalu. Ósemka miała być celem, a szóstka byłaby już sukcesem. Tymczasem Polacy zagrali świetny turniej, doszli do finału i – wreszcie! – pokonali tam Brazylijczyków. A Marcin Możdżonek był w tym wszystkim ważnym elementem. Choć, jak już wspominaliśmy, ledwo zdążył się wykurować na turniej.

– Taki jest sport i takie jest życie każdego sportowca. Codziennie musimy się borykać z bólem, ze zmęczeniem. To jest nasz chleb powszedni. Ze mną było tak samo, zostałem kontuzjowany – stosunkowo poważnie. Do tej pory jeszcze odczuwam ból, ale to nie ma większego znaczenia. Zresztą wielu zawodników też miało różne urazy. Każdy trenował, w jakimś tam stopniu rehabilitował się, leczył, aby pojechać, załapać się do składu na Mistrzostwa Świata. Tak było akurat w moim przypadku – mówił po turnieju, cytowany przez Czas Siatkówki.

Złoto, oczywiście, cenił sobie nad wszystko. To był i jest najważniejszy punkt jego kariery, co już na pewno się nie zmieni. „Gazecie Olsztyńskiej” mówił: – Jakie to uczucie? Cudowne! To nie jest jednowymiarowe. Wiele uczuć, wiele emocji. Trudno opisać to słowami, ale postaram się. Niesamowite wydarzenie sportowe. Niesamowite wydarzenie dla całej sportowej Polski. Dla wszystkich kibiców sportu, kibiców siatkówki, siatkarzy i przede wszystkim dla nas, że dokonaliśmy rzeczy wielkiej. Szliśmy metodą małych kroczków, mecz za meczem, i na tym się skupialiśmy. Jeżeli od samego początku byśmy myśleli o tym, że zdobędziemy medal, że to nam się należy, że będziemy grać w finale, to przed każdą imprezą tak naprawdę bylibyśmy straceni. Bo takie myślenie jest po prostu zgubne.

Przebić tamten turniej mogłoby zapewne tylko mistrzostwo olimpijskie. Ale z igrzyskami miał jednak nie po drodze.

Zadra

Na olimpiadzie był dwukrotnie. Przeżył dwie porażki w ćwierćfinałach. W tym tę prawdopodobnie najbardziej bolesną – w meczu z Włochami w Pekinie. – To nie minie. Jeszcze do tej pory koszmar Pekinu czasami wraca nocą w snach. Naprawdę, to dla mnie duża trauma. Od tamtego meczu minie zaraz dziesięć lat, a dalej jeszcze to wspominam. Mieliśmy swoje szanse, zagraliśmy to źle, taki jest sport. Ale boli do teraz – opowiadał nam.

W Chinach faktycznie było bardzo blisko. Decydowała jedna, może dwie piłki. Już po latach Możdżonek powtarzał, że jego zdaniem Raul Lozano, który zwykle świetnie reagował na boiskowe wydarzenia, tym razem zaspał. Wielu próbowało zrzucać też winę na Łukasza Kadziewicza, który w samej końcówce przegrał pojedynek przy siatce. Ale Marcin ucinał takie rozważania i powtarzał, że Kadziu grał wtedy świetny mecz, a zawalili inni, wcześniej. Był więc smutek, który czuć do dziś. Choć sam wyjazd na igrzyska Możdżonek wspomina zawsze z uśmiechem.

– Wtedy była to dla mnie niesamowita sprawa, chociaż sytuacja była podobna do obecnej, bo walczyłem o miejsce w składzie do samego końca i można powiedzieć, że rzutem na taśmę Raul Lozano zadecydował, iż to jednak ja polecę do Pekinu. Argumentem za zabraniem mnie na IO 2008 był ponoć mój lepszy blok. […] W drużynie pekińskiej byłem najmłodszym zawodnikiem. Dla mnie to było ogromne przeżycie, że mogłem zobaczyć całą otoczkę igrzysk olimpijskich, wioskę olimpijską i mieszkających w niej znanych sportowców. To coś niesamowitego. Znałem ten klimat z uniwersjad, ale one, co zrozumiałe, mają zdecydowanie mniejszą skalę. Na IO wszystko jest robione z ogromnym rozmachem – mówił serwisowi olimpijskiemu 5kolek.pl.

W Londynie Polacy znów odpadli w ćwierćfinale, ale tym razem gładko. Możdżonek twierdził potem, że drużyna, której kapitanował, po prostu nie była gotowa na taki sukces. Ten nasi siatkarze mieli odnieść w Rio. Ale wszystko skomplikowało się już na etapie eliminacji. W Pucharze Świata zabrakło do bezpośredniego awansu na igrzyska jednego seta w meczu z Włochami. Trzeba było przepychać się przez eliminacje, poczynając od tych europejskich.

Decydujący mecz z nich kibice pewnie doskonale pamiętają – to było szalone spotkanie z Niemcami, zakończone grą na przewagi w tie-breaku. Swoją drogą reprezentację naszych rywali prowadził wtedy… Vital Heynen. Udało się wygrać, choć serca wielu fanom mogły odmówić posłuszeństwa na wiele punktów przed finiszem. Potem był jeszcze turniej interkontynentalny, ale tam Polacy byli faworytami. I awansowali. Na każdym etapie tych kwalifikacji ważną postacią, do tego bardzo dobrze grającą, był Marcin Możdżonek.

Tym większy był szok wszystkich, gdy okazał się, że nie pojedzie na igrzyska.

– Pamiętam tamten dzień, bo miałem nawet okazję zamienić parę zdań z Marcinem przez telefon. Był bardzo rozczarowany. Wiem, że sportowo to wielki mężczyzna, silny facet, ale bardzo mocno przeżywa takie wydarzenia, które wewnętrznie prawdopodobnie uznaje za krzywdzące. Na pewno będzie to długo wspominał i pewnie jest dla niego swoistego rodzaju zadrą – mówi Ireneusz Mazur.

Sam Możdżonek tematu konsekwentnie unika, choć pytany jest regularnie. Woli się nie wypowiadać ani o tamtych igrzyskach (co najwyżej powie, że jego zdaniem mógłby się przydać drużynie), ani o Stephanie Antidze. To przesadnie nie dziwi. W środowisku plotkowano, że Francuz na siłę starał się „uwalić” byłego kolegę z boiska, bo coś w ich relacjach się wcześniej popsuło. Mówiło się o testach sprawnościowych dla środkowych, które wymyślił, sądząc, że najstarszy i najwyższy Możdżonek wypadnie najgorzej. Wyszło odwrotnie – był najlepszy. Ale na igrzyska i tak nie pojechał.

– Gdzie oglądałem igrzyska? W domu przed telewizorem. Było ciężko, ale kibicowałem drużynie. Łączyłem się z nią w bólu patrząc na ćwierćfinał, w którym Stany Zjednoczone po prostu przeskoczyły nas fizycznie. Chłopaki nic nie mogli zrobić, dlatego było mi podwójnie przykro. Igrzyska to trochę nietypowa impreza, gdzie kluczowy jest tak naprawdę ćwierćfinał, wcześniejsze mecze mają zupełnie inny ciężar emocjonalny. Dlatego na taką imprezę reprezentacja zawsze powinna jechać jak najlepiej przygotowana z myślą tylko o jednym – tym nieszczęsnym ćwierćfinale – mówił w rozmowie z naszym portalem.

Łukasz Żygadło przed igrzyskami stwierdził wtedy, że nie rozumie tej decyzji, ale trenera ocenić będzie można po wynikach. Te pokazały, że odstawieniem Możdżonka Francuz przegrał. Czy z nim w składzie mogłoby być inaczej? Już się nie dowiemy.

Koniec na raty

Marcin Możdżonek nie zagra już w kadrze. Nie pojedzie na igrzyska do Tokio, choć jeszcze kilka lat temu po cichu o tym marzył. Nie wystąpi też w PlusLidze. Zakończył bowiem karierę. Pewnie nie tak, jakby tego chciał – bo nie na własnych warunkach, a zmuszony przez kontuzje. Ale tak to już w życiu sportowca bywa.

Najpierw żegnał się z Resovią. Przeszedł do niej w 2016 roku, ale trafił akurat na fatalny okres. Od kilku sezonów rzeszowska ekipa dołowała, a Możdżonek w ostatnim czasie nawet nie miał zbyt wiele okazji, by spróbować podnieść ją z dna. Raczej siedział w gabinetach lekarzy, lecząc kolejne urazy. To z ich powodu już w lutym odszedł z zespołu. Pożegnano go przed ligowym spotkaniem. Sam ostatni mecz w barwach Resovii zagrał w listopadzie 2019 roku, a w całym sezonie wystąpił ledwie czterokrotnie.

Kibice go cenili, bo bez ogródek potrafił mówić o tym, że w zespole dzieje się źle. Nawet jeśli nie udawało mu się spełnić obietnic, które dawał – że tym razem on i koledzy powalczą o wyższe lokaty – to przyznawał to wprost. Niczego nie krył, nie zmyślał. W pierwszej kolejności zawsze obwiniał siebie i kolegów, a dopiero potem zarządzanie. Dlatego jego pożegnanie – choć wymuszone i w środku sezonu – było dość huczne, a kibice naprawdę z żalem się z nim rozstawali. Sam Marcin już wtedy ukradkiem napomykał, że być może to nie koniec przygody z rzeszowską siatkówką, a siatkówką w ogóle.

– Życie sportowca składa się z trudnych i bardzo wesołych momentów. Ten jest dla mnie trudny. Dziękuję bardzo za oklaski i podziękowania. Dzięki wam jest mi dużo łatwiej znieść prawdopodobnie ostateczny rozbrat z siatkówką. Dziękuję, że mogłem grać w tym klubie przed wami. […] Niestety kończę przygodę z Asseco Resovią, choć nie tak to sobie wyobrażałem. Odnowiła mi się kontuzja lewej nogi, którą miałem operowaną dwa lata – mówił.

Minęło kilka miesięcy, w trakcie których próbował się leczyć. Ale okazało się, że ciało odmawia posłuszeństwa. Trzeba było podjąć decyzję. Od dwóch lat borykał się z jednym i tym samym urazem. Sam mówił, że najpoważniejszym w karierze. Przeszedł nawet operację, zresztą udaną. W końcu – choć po zaciętej walce – to uraz wygrał. Przegrały za to ostatnie lata kariery. Tę trzeba było przedwcześnie zakończyć. Olsztyn ostatecznie nie doczekał się powrotu swego wychowanka.

Co więc czeka teraz Marcina Możdżonka? Ma firmę budowlaną, właśnie jej chce się poświęcić. Do pracy trenera – w której sprawdza się wielu jego byłych kolegów z parkietu – go nie ciągnie. Ale nie mówi, że nigdy nie spróbuje. Choć prędzej myślałby o tym, by zostać dyrektorem czy też prezesem któregoś z klubów. Skończył przecież zarządzanie, zna środowisko. Mógłby dać radę. Choć sam widział, że nie jest to łatwe. Gdy grał w Rzeszowie, swoich sił próbował w takiej roli Krzysztof Ignaczak. Nie wyszło najlepiej.

Możliwe też, że uda się zorganizować mu mecz pożegnalny. Próby zresztą były, ale plany pokrzyżował koronawirus. Na razie więc pomysł upadł. Jeśli pandemia się skończy, możliwe, że Marcin Możdżonek raz jeszcze wyjdzie na parkiet. Już towarzysko, żeby móc podziękować kibicom. I żeby kibice mogli podziękować jemu.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez