Niedokończona opowieść. Dlaczego Bowe uciekł przed Lewisem?

Niedokończona opowieść. Dlaczego Bowe uciekł przed Lewisem?

W niezwykle mocnej epoce wagi ciężkiej obaj byli niekwestionowanymi mistrzami świata, ale na tronie się minęli. Choć łączyła ich skomplikowana historia związana z finałem igrzysk olimpijskich w Seulu, na zawodowstwie ścieżki Lennoksa Lewisa (40-2-1, 31 KO) i Riddicka Bowe (43-1, 33 KO) jakoś nigdy się nie przecięły. Jak to możliwe, że nigdy nie doszło do walki, która mogła wszystkim stronom przynieść dziesiątki milionów dolarów?

Ostatnie miesiące to renesans królewskiej kategorii, ale to lata dziewięćdziesiąte wciąż są powszechnie uważane za ostatni “złoty okres” w jej długiej historii. Dekada rozpoczęła się od trzęsienia ziemi i niespodziewanej detronizacji wielkiego Mike’a Tysona przez Jamesa “Bustera” Douglasa. Potem na scenie pojawiali się nowi mistrzowie: Evander Holyfield, Riddick Bowe, Michael Moorer i Lennox Lewis. Żaden z tego grona nie unikał wyzwań. Dzięki temu wszystkim zdarzały się porażki, ale liczyło się to, jak potrafili się po nich zbierać. Do najciekawszego stylistycznie i historycznie zestawienia nigdy nie doszło i ciężko jednoznacznie powiedzieć, dlaczego właściwie tak wyszło. Pewne jest jedno: sprawa do dziś budzi emocje samych zainteresowanych, ale i wielu kibiców pamiętających tamte czasy.

Historia niedokończonej rywalizacji Bowe kontra Lewis rozpoczęła się w 1988 roku podczas igrzysk olimpijskich w Seulu. Obaj przylecieli do stolicy Korei Płd. z różnymi aspiracjami. Bowe był przez lata czołowym amerykańskim amatorem, ale przepustkę na turniej olimpijski wywalczył rzutem na taśmę. Lewis z kolei był na igrzyskach już w 1984 roku, ale odpadł wtedy w ćwierćfinale. Tym razem wrócił z mocnym postanowieniem poprawy już jako utytułowany amator, a przy okazji także chorąży reprezentacji Kanady.

W turnieju obaj znaleźli się po przeciwnych stronach drabinki i szli jak burza, wygrywając pierwsze dwie walki przed czasem. W półfinale Lennox dostał walkower za sprawą kontuzji Janusza Zarenkiewicza, z kolei pięściarz z USA po deskach zaliczonych w pierwszej rundzie pewnie wypunktował Aleksa Miroszniczenkę. Finał marzeń stał się faktem i zdecydowanie nie rozczarował. Rozpoczął się pod dyktando Bowe’a, który w pierwszej rundzie doprowadził do celu dwa razy więcej ciosów od rywala i sprawiał wrażenie dużo bardziej zdeterminowanego.

W ringu poza pięściarzami był jednak ktoś, kto od samego początku szukał we wszystkim dziury w całym. Sędzia ringowy z NRD najpierw udzielał ostrzeżeń, a potem w końcu odjął Amerykaninowi punkt za wyimaginowany atak głową. Nieoczekiwanie w drugiej rundzie role się odwróciły. Lewis wściekle zaatakował od pierwszej sekundy, a jego przeciwnik był dwukrotnie liczony na stojąco. Nie wydawał się zraniony, jednak po drugim liczeniu sędzia odesłał go do narożnika i ku konsternacji obserwatorów przerwał pojedynek.

Decyzja była szeroko kontestowana. Pokonany długo nie mógł się pogodzić z decyzją – podobnie jak komentujący finał Ferdie Pacheco. Nawet po latach decyzja wciąż budzi spore emocje i bywa przedstawiana również w niezbyt sportowym kontekście.

“Bowe został oszukany. To było przerwanie o podłożu korupcyjnym”

– pisał niedawno wprost Stephen Edwards, trener i analityk boksu.

Po olimpijskim finale w najcięższej kategorii, 23-letni Lewis i 20-letni Bowe niemal z miejsca trafili do zawodowego boksu, ale byli prowadzeni trochę inaczej. Szybsze tempo narzucono temu młodszemu i teoretycznie mniej doświadczonemu Amerykanin trafił pod skrzydła Eddiego Futcha. Ten trenerski weteran zasłynął z tego, że pracował z czterema z pięciu pogromców Muhammada Alego, a największą sławę przyniosły mu lata sukcesów z Joe Frazierem.

Jeśli ktoś, kto pracował z tyloma wielkimi zawodnikami mówi, że Bowe miał z nich wszystkich największy talent, to taka ocena musi mieć swoją wymowę. Może dlatego Amerykanin już po niespełna dwóch latach na zawodowstwie dostał walkę z byłym mistrzem świata – Pinklonem Thomasem (30-4-1), którego pokonał przed czasem. W 1991 roku zaliczał kolejne wymagające testy z Tonym Tubbsem (29-2) i Brucem Seldonem (18-1).

Lewis w gronie profesjonalistów zadebiutował kilka miesięcy po rywalu z olimpijskiego finału, ale do pewnego momentu wszystko toczyło się u niego dużo wolniej. Karierę przeniósł z Kanady do Wielkiej Brytanii (wcześniej udał się w przeciwnym kierunku), ale nigdy do końca nie odzyskał zaufania tamtejszych fanów. Trochę jak z Dariuszem Michalczewskim – fakt występów pod inną flagą sprawił, że w ogólnym rozrachunku dorobek Lennoksa często bywał potem deprecjonowany, a on sam był częściej postrzegany jako obywatel świata, a nie Brytyjczyk.

Wojna na słowa

Na początku lat dziewięćdziesiątych to Bowe szybciej trafiał na czołówki gazet. W październiku 1991 roku zaatakował Elijah Tillery’ego (23-4) już po gongu kończącym pierwszą rundę. Choć to on był agresorem i wspólnie ze swoim promotorem wypchnął rywala z ringu po rozpoczęciu zamieszania… kopniakiem, to jakimś cudem zdyskwalifikowany został jednak Tillery. Kilka tygodni później doszło do rewanżu, w którym Bowe nie zostawił już żadnych wątpliwości.

Takie wybryki stały się jego znakiem rozpoznawczym w kolejnych latach. W międzyczasie na scenie doszło do przetasowania – nowym numerem jeden został Holyfield, który zajął miejsce zdetronizowanego Tysona. Miał jednak problem, bo nie budził nawet w połowie takich emocji jak “Żelazny Mike”. Był świetnym pięściarzem, ale nie było wokół niego aury zniszczenia. Tyson najpierw stracił pas, a potem trafił do więzienia i zniknął z pola widzenia. Dla wszystkich wokół było jasne, że aby zostać docenionym, Holyfield potrzebuje konkretnych partnerów do tańca.

W takich okolicznościach zrodził się pomysł wyjątkowego mini-turnieju. W 1992 roku ustalono, że niekwestionowany czempion najpierw będzie bronił tytuł tytułu w walce z Bowem, a potem lepszy tej pary zmierzy się ze zwycięzcą pojedynku wysoko notowanych pretendentów. Jednym z nich był Lennox Lewis (21-0), który już w drugiej rundzie znokautował groźnego Donovana Ruddocka (27-3-1) i potem obserwował mistrzowski pojedynek spod ringu. A było co oglądać. Po jednej z najlepszych walk w historii wagi ciężkiej, niespodziewanie wygrał 25-letni pretendent, który w 11. rundzie posłał nawet Holyfielda na deski.

Schodzący z ringu Bowe starł się z Lewisem.

– Nie jesteś tym człowiekiem, za jakiego cię uważałem

– powiedział nowy czempion. W odpowiedzi usłyszał obietnicę nokautu. Szefowie HBO mogli tylko zacierać ręce. Mieli właściwie gotowy produkt, który nie wymagał nawet specjalnej promocji. Obaj byli młodzi, niepokonani, wygadani, pewni siebie i mieli gotową historię o niedokończonych porachunkach, która mogła porwać media i tłumy kibiców.

Za kulisami rozpoczęły się negocjacje, które wbrew pozorom wcale nie należały do łatwych. Sytuacja diametralnie się zmieniła – przed półfinałami obaj byli w podobnej pozycji młodych, głodnych pretendentów. Teraz jednak to Bowe był niekwestionowanym i sytym mistrzem, który miał zaryzykować wszystko dla walki z zawodnikiem, który pobił go przecież w Seulu. Lewis zyskał wprawdzie status obowiązkowego pretendenta jednej z federacji (WBC), ale z jakichś względów – głównie ambicjonalnych – obóz Amerykanina zaczął komplikować sprawy.

Pierwsza oferta promotorów nowego króla wagi ciężkiej zakładała podział puli wynoszącej 32 miliony dolarów w stosunku… 90/10 na korzyść obrońcy tytułu. Frank Maloney – promotor Brytyjczyka – upublicznił negocjacje i nazwał ofertę absurdalną, oczywiście ją odrzucając. Rozmowy kontynuowano, ale nie przynosiły efektów. Obóz Lewisa był na tyle zdesperowany, że w końcu zaakceptował nawet bardzo niekorzystny podział puli. Wtedy jednak Rock Newman – promotor nowego mistrza – poinformował, że “ten statek już odpłynął”.

Bowe zamiast walki wybrał osobliwy happening i walkę z dużo słabszym Michaelem Dokesem (50-3-2). Miesiąc po zdobyciu tytułu niekwestionowanego czempiona wagi ciężkiej na specjalnie zwołanej konferencji prasowej… wyrzucił pas federacji WBC do kosza.

– Jeśli Lennox tak bardzo go chce, to niech wyciągnie go ze śmieci

– powiedział. Publicznie stwierdził, że jednak nie zamierza wypełniać zobowiązań, na które wcześniej się przecież zgodził. Lewis dostał trofeum bez walki i od grudnia 1992 roku zamiast jednego mistrza pojawiło się dwóch. Tylko kto był tak naprawdę numerem jeden, skoro Bowe wolał zrzec się tytułu niż dać szansę człowiekowi, który pokonał go na igrzyskach?

Różne oblicza porażki

Ten dylemat szybko przestał mieć znaczenie. Amerykanin uwierzył, że zostanie drugim Alim i ruszył w tournee po całym świecie. W Afryce spotykał się z Nelsonem Mandelą i był przyjmowany jak król. Te okoliczności go przerosły – szybko zaczął przybierać na masie, a na jego drodze zamiast wyzwań pojawiali się pretendenci spoza szerokiej czołówki. Z braku laku po roku od pierwszej walki doszło do rewanżu z Holyfieldem, który w narożniku mógł liczyć na porady genialnego Emanuela Stewarda i tym razem wygrał niejednogłośną decyzją sędziów.

Lewis z kolei trzykrotnie udanie bronił tytułu i wszystkich rywali rzucał na deski. Wrażenie mogła zrobić zwłaszcza wygrana we wrześniu 1993 roku z Frankiem Bruno (36-3) – dumnym i niespełnionym synem brytyjskiego boksu, który mógł w tamtym okresie liczyć na dużo większą przychylność fanów. Lennox w pierwszych sześciu rundach nie wyglądał najlepiej, by potem w końcu znokautować rywala – trochę jak na igrzyskach w Seulu, ale tym razem bez kontrowersji.

Na początku 1994 roku realna wydawała się perspektywa walki Lewisa z Holyfieldem o wszystkie pasy. Amerykanin niespodziewanie przegrał jednak z Michaelem Moorerem (34-0), zaś Brytyjczyk na Wembley został sensacyjnie znokautowany przez niedocenianego Olivera McCalla (24-5). Bowe w tym czasie był poza centrum wydarzeń – przed walką z Larrym Donaldem (16-0) głośno zrobiło się o kombinacji lewy-prawy, którą wypalił w przeciwnika na konferencji prasowej.

Lennox po porażce zmienił trenera i cierpliwie czekał na kolejną mistrzowską szansę. Doczekał się jej dopiero w lutym 1997 roku, kiedy to wziął udany rewanż na McCallu. Jego rywal z olimpijskiego finału w Seulu po drodze został mistrzem niezbyt poważanej wówczas federacji WBO i zwycięsko zamknął trylogię z Holyfieldem. Po niej znów wrócił temat walki z Lewisem, jednak Amerykanin postanowił wziąć walkę na przeczekanie z niejakim Andrzejem Gołotą (28-0).

– Jak przygotować się na leszcza?

– pytał na konferencji prasowej i szybko okazało się, że do walki trenował głównie w kuchni.

Ciąg dalszy tej historii wszyscy doskonale znają. Polak w obu walkach niemiłosiernie okładał pięściarza, który był wówczas uważany za jednego z najlepszych “ciężkich” świata. Za każdym razem scenariusz był ten sam – Gołota wysoko prowadził na punkty, ale w pewnym momencie zaczynał bić poniżej pasa i nie potrafił przestać. Bowe nawet gdy upadał na deski, to wstawał i walczył dalej.

Choć “Big Daddy” oficjalnie odnosił zwycięstwa, to w oczach kibiców zaczął być postrzegany jako zawodnik skończony. Na konferencji prasowej po rewanżu z jednej strony wymieniał nazwiska wielkich mistrzów, ale z drugiej otwarcie mówił już o zakończeniu kariery. Dwa mordercze lania od Gołoty i trylogia z Holyfieldem zrujnowały ten wielki talent.

Bowe próbował zrzucić kilogramy i odzyskać formę w armii, ale zrezygnował po kilku dniach. Miliony otrzymane za najważniejsze walki w karierze błyskawicznie roztrwonił. Dziś handluje… postami w mediach społecznościowych. Dosłownie – był moment, kiedy za przelew na 10 dolarów były mistrz świata mógł napisać wszystko, na co ktoś miał ochotę. Oprócz tego często pojawiał się na różnych targach i próbował zarabiać na sprzedawaniu pamiątek ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach spróbował wrócić na ring, ale po zwycięstwach w żenującym stylu nad bardzo słabymi zawodnikami w końcu dał sobie spokój.

Lewis rozwijał się zupełnie inaczej. Bowe skończył się jeszcze przed trzydziestką, a on w tym samym wieku robił się coraz lepszy. Zamiast bezpośredniej walki z Amerykaninem wybrał korespondencyją rywalizację z Gołotą, którego zdemolował już w pierwszej rundzie. W 1999 roku wreszcie spełnił marzenie – po zwycięstwie nad Holyfieldem został niekwestionowanym mistrzem, ostatnim jak dotąd w historii. Potem odprawił jeszcze wielu cenionych zawodników – Davida Tuę, Mike’a Tysona (choć był to już cień dawnej bestii) czy Michaela Granta. Karierę zakończył po pokonaniu Witalija Kliczki i dziś jest powszechnie uważany za jednego z najlepszych pięściarzy w dziejach wagi ciężkiej.

Kto bardziej nie chciał tej walki?

Jak mogłaby się potoczyć rywalizacja Bowe kontra Lewis na zawodowstwie? Ilu ekspertów, tyle opinii. Faworytem fanów w sondach na bokserskich forach internetowych jest Brytyjczyk, ale w całym tym zjawisku można wskazać pewną prawidłowość – ocena jego szans rośnie z czasem. Gdyby obaj wyszli do ringu na początku 1993 roku, to nieznacznym faworytem – ze względu na doświadczenie na zawodowstwie – byłby jednak Bowe. Lewis był wtedy niepokonany, a to wnioski wyciągane po porażkach czyniły z niego coraz lepszego zawodnika, który w końcu został wielkim mistrzem.

Brzmi to więc może trochę absurdalnie, ale naprawdę – Riddick największą szansę na zwycięski rewanż za finał igrzysk olimpijskich w Seulu pogrzebał wyrzucając mistrzowski pas do kosza. Po trylogii z Holyfieldem nie był już tym samym zawodnikiem, a Gołota skończył go na mistrzowskim poziomie. W każdym kolejnym roku większe szanse miałby już Lewis, którego trenował wtedy Emanuel Steward – ten sam, który poprowadził do zwycięstwa jedynego pięściarza, który pokonał Bowe’a.

Niespełniona rywalizacja wciąż rozpala jednak wyobraźnię kibiców i samych pięściarzy. W grudniu 2018 roku obaj spotkali się przed walką Tysona Fury’ego z Deontayem Wilderem. Doszło do scysji, która nieoczekiwanie prawie przerodziła się w bójkę. Między zwaśnionymi zawodnikami stanął jednak Gerry Cooney, który próbował robić dobrą minę do złej gry.

Prawie go spoliczkowałem. Ze wszystkimi moimi byłymi rywalami – od Tysona do Kliczki – pozostaję w dobrych relacjach. Jesteśmy jak bracia i rozumiemy, że to, co było, jest już za nami. Bowe wygadywał na mój temat różne bzdury, a potem chciał stanąć koło mnie do zdjęcia. Powiedziałem, że nie ma mowy. Potem padło kilka innych słów… – wspominał Lewis.

W pewnym sensie można jednak Amerykanina zrozumieć. W trakcie kariery podejmował szereg błędnych decyzji i nie potrafił w pełni poświęcić się dla sportu. To właśnie dlatego w końcu zostawił go sędziwy Eddie Futch, który przed odejściem nazwał podopiecznego “pięściarzem o kondycji emeryta”. Promotor Rock Newman także nie wytrzymał jego humorów. Wokół zawodnika pojawili się za to nieodpowiedzialni doradcy, którzy chcieli jego kosztem zarobić, a epilog tej historii jest znany aż zbyt dobrze. Kończąc karierę w 1996 roku miał na koncie kilkanaście milionów dolarów. Dziewięć lat później oficjalnie ogłosił bankructwo.

Bowe został kolejną ofiarą boksu. Po walkach z Gołotą ciężko było go zrozumieć – tak bardzo ucierpiała jego mowa. Poza tym zaczął się dziwnie zachowywać. W 2000 roku uprowadził z bronią byłą żonę i dzieci, za co odpowiadał przed sądem. Adwokaci bronili klienta… puszczając fragmenty rewanżu z Polakiem. Badania wykazały, że rzeczywiście doznał uszkodzenia płata czołowego mózgu, dzięki czemu dostał niższy wyrok. Po wyjściu na wolność nigdy się nie odnalazł. W 2013 roku spróbował sił w MMA, ale tylko okrutnie się skompromitował.

Lewis z kolei wiedział, kiedy ze sceny zejść. Witalija Kliczkę pokonał za sprawą paskudnego rozcięcia rywala, choć do tego momentu przegrywał na punkty. To był jednak idealny moment na sportową emeryturę. W kolejnych latach co jakiś czas przekonywał, że jeśli dostanie ofertę wynoszącą 100 milionów dolarów, to wróci, ale nic takiego się nie wydarzyło.

Z perspektywy czasu bywa postrzegany jako najlepszy pięściarz wagi ciężkiej lat dziewięćdziesiątych. Brak rewanżu Lewis – Bowe na zawodowstwie to jednak kryminał, który nigdy nie został osądzony. Więcej pretensji trzeba jednak mieć do Amerykanina, któremu po kontrowersyjnej porażce w finale igrzysk powinno bardziej zależeć na takim starciu. W pewnym momencie miał w ręku wszystkie karty, ale zdecydował się na gest, który dziś – kompletnie wbrew jego intencjom – jest postrzegany jako jeden z najbardziej ewidentnych przykładów tchórzostwa w długiej historii zawodowego boksu.

KACPER BARTOSIAK

 


Aktualności

Kalendarz imprez