Nie wszystko złoto… Jak się pozbierać przed Tokio?

Nie wszystko złoto… Jak się pozbierać przed Tokio?

Reprezentanci Polski zakończyli lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Katarze z dorobkiem sześciu medali. Nie wszyscy wracali jednak w świetnych nastrojach. Adam Kszczot, Piotr Małachowski, Paweł Wojciechowski i Malwina Kopron pokazywali w tym roku, że stać ich na dużo, ale podczas najważniejszej imprezy sezonu nie zdołali awansować choćby do finałów swoich konkurencji. Teraz będą chcieli stworzyć się na nowo – czasami w rewolucyjnych okolicznościach. – Każda zmiana daje szansę – nawet jeśli podejmuje się ryzyko na rok przed igrzyskami. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana – powiedziała nam Monika Pyrek.

Teoretycznie pod względem liczby medali w Katarze było gorzej niż 2 i 4 lata temu, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to wynik na miarę naszych możliwości. Liczy się też szerszy kontekst. Tym razem reprezentacja Polski nie mogła liczyć na Anitę Włodarczyk, która od lat dominuje w żeńskim młocie. Poza tym trzeba też na tę sytuację spojrzeć na chłodno. W Rio de Janeiro nasi lekkoatleci zdobyli tylko trzy medale, więc na tym tle sześć krążków przywiezionych z upalnego Kataru po wyniszczającym sezonie ma jednak swoją wymowę.

Rok przedolimpijski zawsze ma swoją specyfikę, ale ten i tak jest wyjątkowy. Poważne starty zaczęły się już w maju i wcale nie skończyły się z niedawnymi mistrzostwami świata. Część zawodników – także reprezentantów Polski, w tym przedstawicieli Grupy Sportowej ORLEN – czeka jeszcze wyjazd do dalekich Chin na Światowe Wojskowe Igrzyska Sportowe CISM 2019. Pojawią się tam także nasi medaliści, między innymi Justyna Święty-Ersetic i Marcin Lewandowski, ale też Piotr Małachowski, któremu mistrzowski konkurs w Katarze dał dużo do myślenia. Powiedzmy sobie jasno, najlepszy polski dyskobol jako jeden z nielicznych naszych sportowców nic już nie musi.

Sam zainteresowany przyznał zresztą, że gdyby nie utrata olimpijskiego złota w Rio w ostatniej próbie na rzecz Christopha Hardinga, już dawno dałby sobie spokój ze sportem. W Katarze stało się jednak coś złego. Polak rzucał o pięć metrów krócej niż w najlepszych próbach tego sezonu. Podobnego rodzaju problemy miał również przed rokiem podczas mistrzostw Europy w Berlinie, kiedy to spalił wszystkie trzy próby. W przełamaniu tej specyficznej niemocy próbuje Małachowskiemu pomóc nowy trener – Gerd Kanter. Dyskobol przeżywa jednak chwile zwątpienia.

– Obiecywałem start w Tokio, ale może szkoda pieniędzy podatników na przygotowania i bilety. Są młodzi zawodnicy, w których warto inwestować. Jeśli tyle zgrupowań i ciężkiej pracy daje potem tak słaby wynik, to bez sensu. Po mistrzostwach świata wojskowych muszę się zastanowić, czy dalej trenować – przyznał na gorąco po ostatnim występie. Gdyby w Katarze nawiązał do swojego najlepszego wyniku w tym sezonie, skończyłby konkurs ze srebrem.

Najdziwniejsze w tej niespodziewanej zapaści jest to, że forma zgasła właściwie z dnia na dzień. Sam Małachowski przyznaje, że jeszcze tydzień przed najważniejszą imprezą sezonu jego mniej udane próby lądowały na 66. metrze. Nie jest też tak, że nie pracuje nad mentalnym aspektem przygotowań do startów, bo od dawna konsultuje się ze znanym psychologiem Janem Blecharzem. Ciekawą perspektywą na całą sprawę podzielił się po mistrzowskim konkursie jego trener.

– Piotr znów poczuł się za mocny. Kiedy czuje się dobrze, chce wykorzystać siłę, a ona jest już mniejsza niż 10 lat temu. Kiedy był młodszy, mógł rzucać gorzej technicznie, ale dzięki mocy dysk leciał daleko. Teraz by uzyskać dobry wynik potrzebuje dobrej techniki – ocenił Gerd Kanter. Według niego są pewne podstawy do optymizmu w kontekście Tokio, bo jego podopieczny gruntownie zmienił styl życia – postawił na sport, a do tego nie ma problemów zdrowotnych. Ostateczna decyzja będzie należała do zawodnika.

Zmiany u „Profesora”

To uczucie niedosytu w jakimś sensie łączy Piotra Małachowskiego z Adamem Kszczotem. Biegacz również nie zakwalifikował się do finału, a u niego to naprawdę rzadkość. Od 2014 roku taka sytuacja spotkała go tylko w dwóch imprezach najwyższej rangi – poprzednią były igrzyska olimpijskie w Rio. I o ile nad startami olimpijskimi Kszczota rzeczywiście ciążyło chyba jakieś fatum, tak na mistrzostwach świata zawsze się wyróżniał. W Katarze miał bronić srebra – taki sam medal wywalczył zresztą także w 2015 roku.

Tym razem na miejscu okazało się, że nic nie idzie po myśli naszego najlepszego średniodystansowca ostatnich lat. Eliminacje jeszcze siłą doświadczenia udało się przebrnąć, ale w półfinale dotarł do mety szósty. Po wszystkim nie ukrywał rozczarowania i raz jeszcze nawiązał do kontrowersyjnej sytuacji, która wydarzyła się na ostatniej prostej przed najważniejszą imprezą sezonu.

Podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej w Chorzowie nasi najlepsi średniodystansowcy wystartowali w biegu na nietypowym dystansie 1000 metrów. Na starcie obok Kszczota pojawił się Marcin Lewandowski, długoletni rywal z krajowych i międzynarodowych aren, ale również Michał Rozmys – przedstawiciel młodego pokolenia. Podczas długiego finiszu “Profesor” zderzył się z o wiele młodszym kolegą. Obaj stracili impet, a bieg wygrał Lewandowski.

Po wszystkim Kszczot przed kamerami zbeształ kolegę (i dziennikarzy), ale sprawa wcale nie była jednoznaczna i trochę podzieliła środowisko biegaczy. Niedługo potem srebrny medalista poprzednich mistrzostw świata przeprosił za swoją reakcję i zaczął szykować się do startu w Katarze. Okazało się jednak, że starcie z Chorzowa przypłacił kolejnym drobnym urazem, który doszedł do stale wydłużającej się listy problemów z tego sezonu.

– Na każdym etapie przygotowań zdarzały się duże problemy. Dwa razy byłem chory z gorączką, było zakażanie pokarmowe, antybiotyki… Później ta przygoda w Chorzowie… Wszystko zdarzało się w takich momentach, w których chciałbym uniknąć nawet kichnięcia, ale taka jest kolej sportu. Od tych, którzy są w finale, różni mnie to, że oni możliwość przygotowania się w sposób optymalny – przyznał Kszczot na konferencji prasowej po nieudanym mistrzowskim występie.

Jak zamierza przygotować się do igrzysk? Droga znów będzie prowadzić przez halę, ale sam zainteresowany przyznał, że “na 95%” nie weźmie udziału w halowych mistrzostwach świata, które odbędą się w marcu. To ważna deklaracja, bo reprezentant Polski w 2018 roku w Birmingham wywalczył przecież złoto i od lat jest postrzegany jako specjalista od biegania właśnie pod dachem.

Ważniejsze jest jednak głośne rozstanie, które ogłoszono przed tygodniem. Kszczot po siedmiu latach owocnej współpracy rozstał się z trenerem Zbigniewem Królem. Teraz będzie przygotowywał się pod okiem Tomasza Lewandowskiego ramię w ramię ze swoim dobrym znajomym Marcinem Lewandowskim.

– Dla Adama to nie był wymarzony sezon. Kilka startów musiał odpuścić ze względu na problemy żołądkowe, a w sportach wytrzymałościowych takie zaburzanie harmonogramu naprawdę potrafi mieszać szyki. Te problemy mogły się odbić na jego kondycji i wybieganiu. Co do zmiany sztabu szkoleniowego, to ta decyzja pewnie kiełkowała w jego głowie od jakiegoś czasu. Adam jest “Profesorem” nie bez przyczyny, bo ma swoje pomysły także na trening i stale szuka nowych bodźców. W teamie Lewandowskich będzie musiał się odnaleźć w nowej sytuacji, bo do tej pory zawsze był liderem, a tam stawka jest wyrównana i międzynarodowa. Może ta nowość da mu nowy impuls? – zastanawia się Monika Pyrek.

Praca nad głową

Jednej z najlepszych tyczkarek w historii nie mogliśmy także nie zapytać o jej dyscyplinę. Choć wśród tyczkarzy medal zdobył Piotr Lisek, można było liczyć na więcej w wykonaniu Pawła Wojciechowskiego. Tymczasem mistrz świata sprzed ośmiu lat mimo sporych aspiracji również nie awansował do finału.

Ta sztuka nie udała się wprawdzie także Renaudowi Lavilleniemu, ale marna to pociecha, bo Polak skakał w tym sezonie wyżej. Gdyby nawiązał do najlepszych w tym roku wyników, to biłby się z Liskiem o medal, a tak nie zdołał nawet awansować do ścisłego finału.

– Na przykładzie Pawła widać, że miał nierówny sezon. Miał świetne starty, kiedy skakał ponad 5,80, ale miał też i takie próby po 5,20. Nie chcę go tłumaczyć, ale na Pawle na pewno odbiły się problemy zdrowotne jego szkoleniowca, który prowadzi go od lat. Miał przez to do uniesienia cięższy bagaż niż większość zawodników. Jego skoki w Katarze nie były złe – łapał wysokości, ale brakowało detali – ocenia Monika Pyrek.

Na więcej stać też na pewno Malwinę Kopron, która przed dwoma laty w Londynie wywalczyła przecież brązowy medal i stała na podium z Anitą Włodarczyk. W tym sezonie wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, a forma 24-latki stopniowo rosła. W Radomiu podczas mistrzostw Polski zbliżyła się do granicy 74. metra, wygrywając złoto przed Joanną Fiodorow, która w Dosze stanęła przecież na podium.

Kilka tygodni później próba na 75.23 m zapewniła Kopron nie tylko wygraną w Memoriale Kamili Skolimowskiej, ale także wysokie miejsce na tegorocznej liście najlepszych wyników. Taki prognostyk na niecałe dwa tygodnie przed najważniejszą imprezą sezonu mógł tylko cieszyć, ale w Katarze odpadła w eliminacjach i powtórzyła scenariusz, który doskonale poznali wspomniani wcześniej koledzy z kadry – Małachowski, Kszczot i Wojciechowski.

W wypadku młociarki okoliczności były jednak w jakimś sensie wyjątkowe. Pierwsza z trzech prób zawadziła o siatkę. Druga była bardzo daleka, ale zawodniczka wypadła z koła. Przy ostatnim podejściu rzuciła “tylko” 70,46 m – o prawie metr bliżej niż wynosiło minimum potrzebne do finału. Ostatecznie zajęła trzynaste miejsce – najwyższe z grona zawodniczek, które nie weszły do finału.

Co dalej?

Teraz rozpoczyna się czas analiz i tworzenia planów na Tokio. Krzysztof Kęcki – dyrektor sportowy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – przyczyn słabszej dyspozycji upatrywał w kwestiach mentalnych. Zapowiedział, że szczególnie wnikliwie analizowane będzie ostatnie 48 godzin przed najważniejszym startem sezonu. Wszystko po to, by przed igrzyskami zdążyć wyciągnąć wnioski. Monikę Pyrek uważa to podejście za krok w dobrym kierunku.

– Praca z psychologiem jest strasznie ważna. W mojej karierze za późno zaczęłam ten etap. Jeśli jest taka świadomość w PZLA, to bardzo dobrze – moim zdaniem trzeba taką współpracę wprowadzić od najmłodszych grup wiekowych. Problemy mentalne najczęściej biorą się z tego, że człowiek jest przemotywowany. Żałuję, że gdy byłam juniorką sięganie po pomoc psychologa było traktowane jako oznaka słabości albo fanaberia – tłumaczy trzykrotna medalistka mistrzostw świata.

Tu nie chodzi o wylewanie smutków – praca z psychologiem to nauka technik oddychania, koncentracji, technik odpoczywania i wyłączania głowy nawet na moment podczas startów. Naturalnie nie potrafimy tego robić – jako sportowcy jesteśmy 24 godziny na dobę w pracy. Jeśli ktoś nauczy się tego w młodości, to rośnie szansa, że potem lepiej będzie radził sobie w stresujących momentach jako senior – dodaje zawodniczka.

Jedno jest pewne – jeśli robić jakieś zmiany, nawet te drastyczne, to zbliża się ostatni dzwonek. Porażka często bywa dobrym doradcą i jest przy tym prawdziwą kuźnią charakterów. Tu też warto zdać się na Monikę Pyrek, choć w jej przypadku działało to trochę na odwrót – na igrzyskach zawsze brakowało odrobinę do medalu, ale tyczkarka wracała mocniejsza w 2005 i 2009 roku zdobywając medale mistrzostw świata w latach poolimpijskich.

– W 2007 roku w Osace na rok przed igrzyskami skoczyłam 4,75 i przegrałam medal w konkursie, który w tamtym momencie stał na historycznie wysokim poziomie w żeńskiej tyczce. Dla mnie mistrzostwa świata po igrzyskach były najlepsze w karierze, ale ludzie różnie reagują po nieudanych imprezach. Każdy z naszych sportowców, który wraca z Kataru niespełniony, doszedł do tego miejsca przez jakieś konkretne uwarunkowania związane z całym sezonem. Teraz czas na wnioski – kończy Monika Pyrek.

KACPER BARTOSIAK

 

 

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez