“Nie umie kozłować”, a został wybrany najlepszym graczem ligi

“Nie umie kozłować”, a został wybrany najlepszym graczem ligi

W rok przeszedł drogę od rezerwowego i mistrza Polski do najlepszego zawodnika ligi i… również mistrza Polski. Z pomarańczową piłką był związany od zawsze. Trudno, żeby było inaczej – jest synem koszykarza, wieloletniego zawodnika Śląska Wrocław. Niedawno podpisał kontrakt z Rastą Vechta i w czerwcu zagra w turnieju, który wyłoni triumfatora Bundesligi. Z Jarosławem Zyskowskim rozmawiamy o treningach w Niemczech, problemach polskich graczy, zarzutach w jego kierunku, a także o tym, gdzie spotkał… Kevina Duranta.

KACPER MARCINIAK: Zacytuję jeden z nagłówków z poprzedniego roku: Jarosław Zyskowski – idealny zadaniowiec. Wciąż byś o sobie powiedział w ten sposób?

JAROSŁAW ZYSKOWSKI: Nie, nigdy się nie czułem zadaniowcem. Zwyczajnie zawsze starałem się wypełniać rolę, jaką trener ode mnie oczekiwał. W Anwilu miałem inne zadania. Sukcesów zespołowych nam nie brakowało, wygraliśmy dwa mistrzostwa. Potem wykorzystałem szansę, jaką dostałem w Stelmecie.

W obu klubach zdobyłeś tytuł, ale postęp w statystykach był niezaprzeczalny. Sezon 2018/2019 w Anwilu: 10,6 punktów, 55,6% za dwa, 42,7% za trzy. Sezon 2019/2020 w Stelmecie: 15,7 punktów, 58% za dwa, 46,8% za trzy. Chodziło tylko o minuty?

Ja zawsze wiedziałem, na co mnie stać, a mój potencjał został w Stelmecie po prostu w pełni wykorzystany. Nic się w mojej grze nie zmieniło. Oczywiście procentuje nabyte doświadczenie czy boiskowe cwaniactwo. Decydujące okazały się jednak otrzymane zaufanie i większa liczba minut. Trener na mnie stawiał od samego początku.

Nie mogłeś nie zostać koszykarzem?

Akurat pamiętam, że za dzieciaka rodzice zapisywali mnie na zajęcia z innych dyscyplin. Ćwiczyłem przez chwilę judo, lekkoatletykę, pływanie. Choć z drugiej strony, wiadomo – tata cały czas chodził na treningi, grał mecze, a ja dopingowałem go z trybun. Więc to zaszczepiło we mnie miłość do koszykówki. Najlepiej i najpewniej czułem się właśnie w tym sporcie, ale nikt mnie do niczego nie zmuszał.

Z ojcem byłeś łączony od samego początku kariery? “O, patrz, Jarek junior”…

Cały czas jestem z nim porównywany, choć może nie tak mocno, jak kiedyś. Moi trenerzy pewnie szybko dostrzegli, że mają do czynienia z innym typem gracza. Tata był podkoszowym, ja gram na skrzydłach. Aczkolwiek słyszałem nieraz, że w miarę podobnie się poruszamy po boisku i mamy podobny rzut.

Ostatnio przegrałeś z nim konkurs rzutowy.

No tak, przyznaję się bez bicia. Po zakończeniu sezonu wróciłem do Wrocławia. W ogródku mamy zawieszony kosz, wisi tam od piętnastu lat. Kiedyś często z niego korzystałem, grywałem też przy nim z tatą jeden na jeden. I tak sobie żartowaliśmy, wspominaliśmy stare czasy i nagle powiedział: chodź, pójdziemy porzucać. Zrobiliśmy sobie więc konkurs rzutowy, do dziesięciu trafień. Za pierwszym razem on wygrał, za drugim też. I dopiero w trzeciej serii udało mi się go pokonać, ale w czwartej chyba znowu przegrałem. Mimo tylu lat przerwy – tego się nie zapomina (śmiech).

Pokonała cię pewność siebie?

Może byłem zbyt rozluźniony. Następnego dnia też wyszliśmy porzucać, tym razem już nie miał szans. Ale wtedy przegrałem, to prawda.

Cóż, stara szkoła lat dziewięćdziesiątych… No właśnie, oglądałeś The Last Dance?

Tak, miałem okazję. Mistrzowskich Chicago Bulls oczywiście nie pamiętam, wychowałem się bardziej na erze Kobe’go Bryanta. Natomiast wszystko zostało świetnie zrobione. Masz okazję poznać klimat i specyfikę tego zespołu od środka. Polecam każdemu.

Wywiązało się wiele dyskusji na temat zachowania Jordana. Tyran, sadysta, zły kolega z drużyny…

Pojawiły się też opinie koszykarzy, którzy z nim grali. Mówili, że faktycznie momentami przeginał, ale koniec końców robił to wszystko dla dobra zespołu. Bronią go sukcesy. Sześć mistrzostw w osiem lat… Nie mi oceniać, ale najwidoczniej jego podejście do sportu działało. To były inne czasy, inna mentalność.

Jak już jesteśmy przy znanych amerykańskich koszykarzach, to ty masz szczęście do ich spotykania. Jak to było z tym Kevin Durantem?

Kilka lat temu byłem w Nowym Jorku z Jakubem Parzeńskim. I pewnego dnia szliśmy ulicami Manhattanu, aż tu nagle podjeżdża jakiś czarny Jeep, z którego wychodzi sześciu ochroniarzy i jeden wysoki gość. Okazał się nim Kevin Durant. Akurat rozmawiał przez telefon. Jak tylko go zobaczyliśmy, to od razu przyszła nam myśl, aby zrobić wspólne zdjęcie. Oczywiście zatrzymał nas ochroniarz, więc zapytaliśmy go, czy możemy podejść do Kevina. On odpowiedział, że absolutnie nie. Nie ma szans, ma teraz ważne sprawy do załatwienia. Więc uznaliśmy, że poczekamy, aż odłoży słuchawkę. Potem Kuba krzyknął: Hej, Kevin! On się na nas spojrzał, usłyszał naszą prośbę, kiwnął głową i zrobiliśmy zdjęcie. Wiadomo, mieliśmy nieco ponad dwadzieścia lat i byliśmy tym faktem bardzo podekscytowani.

Jest jeszcze inna historia. Skąd się wziął trening z Tobiasem Harrisem?

To było następnego lata. W Nowym Jorku mam bardzo dużą rodzinę, więc staram się tam często jeździć. Ówczesny agent Jakuba Parzeńskiego załatwił nam treningi z jednym trenerem, który współpracował z Kembą Walkerem, Tobiasem Harrisem i jeszcze kilkoma niezłymi zawodnikami z Euroligi. To śmieszna sprawa, bo wtedy Tobias jakoś specjalnie znanym koszykarzem nie był. I dopiero po skończonym treningu, ten trener zapytał się mnie, czy wiem, kto to był. Odparłem: nie mam pojęcia. Powiedział, że gość robi średnio 16 punktów i 8 zbiórek w NBA.

Zostałeś wybrany najlepszym koszykarzem Polskiej Ligi Koszykówki w sezonie 2019/2020 w głosowaniu dziennikarzy. Tuż potem napisałeś na Twitterze:

“Nie umie kozłować”, „nie ma lewej ręki”, „słaby fizycznie, nie jest atletyczny”, „dziwny rzut, technika dramatyczna”, „nie da sobie rady w lepszych zespołach”. Dziękuję za motywację i poproszę więcej!

Do kogo było to kierowane?

Krążyły różne opinie, które nakładały się przez całą moją karierę. Ze strony niektórych trenerów, ekspertów, czy kibiców. Chciałem o tym wspomnieć, bo nagroda dla najlepszego zawodnika ligi świadczy o tym, że chyba jednak coś potrafię. Wielu koszykarzy w młodym wieku spotyka się z krytyką czy głosami, że nigdy nie zostaną zawodowcami, jeśli czegoś nie zmienią. A prawda jest taka, że robiąc swoje i konsekwentnie pracując, w końcu osiągniesz założone cele. Tak było w moim przypadku.

Zostańmy przy tym “dziwnym rzucie”. Namawiano cię kiedyś do zmiany techniki?

Koniec końców najważniejsze, że wpada. Jeśli ktoś ma piękną technikę, a nie potrafi trafić do kosza, to jakie ma to znaczenie? Bodajże dwóch trenerów próbowało to u mnie zmienić, ale i tak wracałem do swoich nawyków. Mam to już wyćwiczone, automat w mięśniach. Zresztą przez całą karierę rzucam w okolicach 40% za trzy, to jest dobry wynik. Nie ocenia się zawodnika za styl, tylko efekty.

Bycie Polakiem w PLK wiąże się z byciem niedocenianym?

Na pewno widziałem w niektórych miejscach, że obcokrajowcy byli z góry lepiej traktowani. Zarówno przez kluby, jak i trenerów. Dało się zauważyć, że bardziej im zależy na interesie zawodników z zagranicy, niż Polaków.

Na czym to polega?

Przykładowo: istnieje jeden zespół, w którym jest zasada, że auta klubowe dostają tylko obcokrajowcy. Bo tak jest, było i będzie. Dziwne, bo wydaje mi się, że przydałoby się dbać o rodzimych graczy i przede wszystkim, traktować wszystkich na równi.

Myślisz, że może się to teraz zmienić? Poniekąd za twoją sprawą, bo zostałeś MVP.

Nie, nie sądzę. W poprzednich latach tę nagrodę też czasami zdobywali Polacy – Łukasz Koszarek albo Mateusz Ponitka. I raczej ten odbiór się nie zmienił, moje wyróżnienie nie będzie miało większego wpływu.

Pojawiają się pomysły, żeby – w związku z pandemią – ograniczyć liczbę obcokrajowców. Nie tylko w koszykówce, ale również innych dyscyplinach. Myślisz, że mogłoby to pomóc polskim zawodnikom?

Na razie to pogłoski, mogę na podstawie niemieckiej ligi powiedzieć, że wszystko jest tak jak wcześniej. Przynajmniej sześciu Niemców i maksymalnie sześciu obcokrajowców w składzie. Co do polskich zawodników – jeśli chcesz grać, to musisz się przebić. Najpierw podczas treningów, a potem na meczach. I w pewnym momencie możesz grać regularnie. Też nie powinno być zakładane z góry, że ktoś jest pewniakiem i ma trzydzieści minut za darmo.

Poniekąd tak było, kiedy obowiązywał przepis o przynajmniej dwóch Polakach na parkiecie.

Tak, ale ten przepis pomógł zawodnikom, którzy aktualnie grają w mocnych zagranicznych ligach. Adam Waczyński, Mateusz Ponitka… Samemu dużo na nim skorzystałem, podobnie jak wielu innych chłopaków. Teraz może być tak, że przychodzi zagraniczny trener i dla niego liczą się tylko wyniki sportowe, bo z nich jest rozliczany, a nie dawanie szans młodym. To nie pomaga polskiej koszykówce, choć właśnie na jej sukcesach zależy nam najbardziej.

Obecnie nieco oddaliłeś się od krajowego podwórka. Rasta Vechta – twój nowy pracodawca, jak do niego trafiłeś?

Dostałem telefon od agenta, czy jestem zainteresowany dokończyć sezon w lidze niemieckiej. Od razu się zgodziłem. Potem zadzwonił do mnie trener tego zespołu i szybko ustaliliśmy, żebym pojawił się na miejscu, aby przejść test na koronawirusa. I jak wynik wyjdzie negatywny, to zacznę trenować z zespołem. Wszystko było kwestią dwóch dni.

Od dłuższego czasu mówiłeś agentowi, żeby szukał ofert z zagranicy?

Tak. Na samym wstępie podkreślałem, że jak pojawi się okazja, to będę chciał z niej skorzystać, spróbować swoich sił. Na razie nie wyjechałem na specjalnie długo, bo pewny jest tylko miesiąc (Zyskowski podpisał kontrakt do końca sezonu, ale jest opcja jego przedłużenia przyp-red). Taki przedsmak, zobaczymy, jak sobie poradzę. A co będzie potem? Jestem skupiony na teraźniejszości, chcę pokazać się na turnieju. Ale żadnych furtek nie zamykam.

Jak wyglądają wasze treningi? Szczególne środki ostrożności, płyn dezynfekujący na miejscu?

Jesteśmy badani co dwa, trzy dni. Samemu przeszedłem już dwa testy. Każdy w drużynie jest zdrowy. Trenujemy normalnie, choć nie pojawiamy się wcześniej na miejscu, bo jest zakaz, tylko od razu wchodzimy przebrani na salę. Jak jest zbiórka, to wszyscy starają się trzymać dystans półtora metra. Aczkolwiek później gramy pięciu na pięciu, więc kontakt i tak ma miejsce. Możemy użyć płynu do dezynfekcji przed treningiem, ale całość jest generalnie oparta na tych regularnych testach.

Niby są testy, ale na zbiórce wszyscy muszą być od siebie oddaleni?

Zgadza się. Wiadomo, podczas gry i tak to już nie ma znaczenia. Dostaliśmy też formularz, który musimy uzupełniać, po każdym wyjściu z domu. Gdzie, kiedy, czy mieliśmy kontakt z innymi ludźmi, byliśmy w masce? Trzeba się tym zająć, nawet gdy idziemy zrobić zwykłe zakupy. Wszystko po to, aby w przypadku zarażenia, można było odgadnąć, gdzie do niego doszło.

Czyli powiedzmy – byłem w Lidlu, mało ludzi, starałem się ich omijać…

Byłem w Lidlu, w takich godzinach, miałem na sobie maskę. I w sumie tyle.

A widziałeś na treningu, żeby jakiś z zawodników się oszczędzał i celowo unikał kontaktu fizycznego? Czy wszyscy grali na maksa?

Nie, każdy trenuje absolutnie normalnie. Jak już jesteśmy na hali, nikt nie myśli o pandemii i wirusie. Ma miejsce trening koszykarski, robimy wszystkie ćwiczenia – bez kontaktu, czy na pełnym kontakcie. Tak to wygląda.

Gdybyś nie trafił za granicę, to trudno byłoby zrobić kolejny krok naprzód?

Jeśli zostanę w polskiej lidze, na pewno chciałbym zdobyć kolejne mistrzostwo. I raczej nie nazwałbym tego staniem w miejscu. Po to jesteś sportowcem, żeby wygrywać tytuły. Na razie skupmy się jednak na najbliższym turnieju w Niemczech.

Przejdźmy zatem do przyszłości reprezentacyjnej. Liczysz na kolejne powołanie Mike Taylora?

Jasne, reprezentowanie barw narodowych to wielki zaszczyt dla każdego sportowca. Ale to już nie ode mnie zależy, tylko od wizji trenera. Ostatnio brałem udział w meczach eliminacyjnych do Eurobasketu. Za wiele nie pograłem, ale to i tak było świetne i ważne doświadczenie. W końcu wcześniej nie miałem okazji wystąpić w oficjalnym spotkaniu kadry.

Przełożenie igrzysk olimpijskich to w twoim przypadku niezła informacja. Kadra jest wiekowa, rok więcej do kalendarza, młodsi zawodnicy mogą z tego skorzystać.

Z drugiej strony szkielet reprezentacji się zbytnio nie zmienia. Szczególnie jeśli chodzi o zawodników obwodowych. Trener trzyma się swojego składu. Trudno się dziwić, bo osiągnęli bardzo dobry wynik na mistrzostwach świata, historyczne ósme miejsce. Ale jeśli tylko trener Taylor będzie mnie widział w zespole, ja będę gotowy!

ROZMAWIAŁ
KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez