Nie tym razem. Polska przegrywa z Węgrami i nie zagra w ćwierćfinale MŚ

Nie tym razem. Polska przegrywa z Węgrami i nie zagra w ćwierćfinale MŚ

Przed tym meczem wiedzieliśmy jedno – żeby wejść do grona najlepszych ośmiu drużyn mistrzostw świata, Polacy nie mogli przegrać z Węgrami. Niestety, nie udało się postawić Madziarom. Przegraliśmy z nimi zdecydowanie, byliśmy o klasę gorsi. Ale nie rozpaczami, ponieważ na mundialu w Egipcie fundamenty pod budowę mocnej drużyny zostały wylane.

Nie było to co prawda nasz ostatni mecz w Egipcie – zagramy jeszcze z Niemcami – ale już wiadomo, że Polska powalczy co najwyżej o dziewiąte miejsce. Co zresztą i tak będzie bardzo dobrym rezultatem – przed turniejem mało kto spodziewał się wysokiego zwycięstwa z Brazylią, a i mecz z Tunezją niepokoił wielu ekspertów. Tymczasem biało-czerwoni pokazali się z bardzo dobrej strony, weszli do drugiej grupy, na jej otwarcie spokojnie wygrali ze słabym Urugwajem. Problem w tym, że niekorzystnie ułożyły się wyniki innych spotkań. I by gonić za marzeniami, trzeba było pokonać Węgrów.

Można było w to wierzyć. Nasi zawodnicy naprawdę dobrze prezentowali się w poprzednich meczach, udowadniając sobie i nam, że to już nie ta sama kadra, która miała problemy z rywalami pokroju Kosowa czy Izraela. Widać było w tych starciach, że zespół wreszcie przyswoił sobie hiszpański system selekcjonera Patryka Rombla, dzięki czemu stawia się najlepszym.

Niestety, dziś demony wróciły.

W pierwszej połowie wyglądało to momentami tak, jakbyśmy cofnęli się do początków pracy selekcjonera. W ciągu dziesięciu minut zanotowaliśmy na przykład kilka bardzo prostych strat, po których rywale bez problemu rzucali nam bramki z kontrataków. Brylował w nich środkowy Mate Lekai, który owszem, jest świetnym rozgrywającym, ale kontry zazwyczaj naprawdę nie są jego mocną stroną, co zauważył w pomeczowym studiu Weszło FM Paweł Paczkowski, w przeszłości zawodnik Veszprem. Jeśli ktoś taki biega do nich jak młody Bóg, nie tyle dobrze świadczy to o nim, co kiepsko o jego rywalach…

Do tego wszystkiego dochodziły faule w ataku. Nie wykorzystywaliśmy też wypracowanych bardzo dobrych okazji. Przy życiu w pierwszej połowie trzymały nas więc w dużej mierze rzuty z dystansu Tomasza Gębali. Ale to za mało na takich rywali.

Sytuację w premierowej połowie znacznie pogorszył uraz Michała Olejniczaka. Nasz rozgrywający może i ma 20 lat, ale na parkiecie często okazuje się decydujący. Gołym okiem widać było, że bez niego gra jest znacznie mniej płynna, że wszystko dzieje się wolniej, że wykorzystujemy schematy, które rywale bez problemu czytają. Brakowało błysku, nieszablonowego zagrania, przyśpieszenia. Maciej Pilitowski, który go zastąpił, to po prostu nie ta klasa. Facet ma 31 lat, całe życie grał w przeciętnych polskich klubach i to, niestety, było dzisiaj widać. Gdy Michał na boisko wrócił, zaczęliśmy grać lepiej. Tyle że przegrywaliśmy już wtedy znacznie. Na przerwę schodziliśmy tracąc do rywali sześć bramek.

W tym czasie Węgrzy pokazali wszystkie swoje atuty. Gdy Polacy wyłączali z gry Bence Banhidiego, a więc chyba najważniejszego zawodnika rywali, uaktywniali się ich inni gracze. Z regularnością karabinu rzucali dziś bramki Miklos Rosta i Dominik Rotha, a wspomniany Lekai przewodził kolegom w każdym elemencie ataku pozycyjnego. W obronie Madziarzy też prezentowali się wyśmienicie, odpowiedzi nie znaleźli tylko na naszą grę 7 na 6, z której – wycofując bramkarza kosztem drugiego kołowego – korzystał w drugiej połowie Rombel.

Niestety, mimo tej zagrywki nie byliśmy w stanie odrobić strat. Owszem, zmniejszyliśmy je ostatecznie do czterech bramek (26:30), ale tylko na tyle było nas stać. Choć znów, można by pewnie gdybać – bo mieliśmy kilka doskonale wypracowanych przez Olejniczaka czy Sićkę okazji, w których albo rzucaliśmy prosto w bramkarza, albo daleko od bramki. Nie pomagały też poprzeczka i słupki, które kilkukrotnie ustrzelili nasi zawodnicy. W tej sytuacji wyniku nie zmieniło nawet to, że Mateusz Kornecki kilka razy popisał się skutecznymi interwencjami. Mimo tych parad, straty były po prostu za duże.

Co oznacza porażka – już pisaliśmy. Polacy są pewni tego, że nie zagrają w ćwierćfinale mistrzostw świata, a ostatni mecz z Niemcami będzie istotny w kwestii poprawienia morale i walki o dalsze lokaty. Ten turniej pokazał nam jednak coś znacznie ważniejszego – że ta kadra ma przed sobą niezłe perspektywy. A walczy przecież przede wszystkim o to, by w 2023 roku doskonale zaprezentować się przed własną publicznością, gdy mistrzostwa świata zawitają do Polski i Szwecji.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Ekstraklasa na golasa
Ekstraklasa na golasa
1 miesiąc temu

Węgrzy rozegrali z nami sparing, bawili się jak chcieli.
W naszym zespole nic nie funkcjonowało… cały czas graliśmy na ich warunkach.

Aktualności

Kalendarz imprez