Nie tylko pływacy – najbardziej absurdalne wykluczenia z igrzysk olimpijskich

Nie tylko pływacy – najbardziej absurdalne wykluczenia z igrzysk olimpijskich

Na kilka dni przed igrzyskami najgorętszym tematem w polskim obozie olimpijskim jest powrót do kraju sześciu polskich pływaków jeszcze przed startem imprezy. Media, kibice oraz sami zawodnicy strzelają do Polskiego Związku Pływackiego z ostrej amunicji – i mają ku temu powody. A my postanowiliśmy przybliżyć wam kilka innych, równie absurdalnych historii sportowców, którzy zostali wykluczeni z igrzysk olimpijskich.

Miesiąc zawieszenia – akurat na czas igrzysk

Zacznijmy od banicji prawie najnowszej, która miała miejsce za oceanem. Kibice lekkoatletyki ostrzyli sobie zęby na pojedynek Sha’Carri Richardson z Shelly-Ann Fraser-Pryce w biegu na 100 metrów kobiet. Amerykanka jest jednym z największych objawień kobiecego sprintu w ostatnich latach. W kwietniu tego roku ustanowiła wynik 10.72, stając się szóstą najszybszą kobietą w historii. Ten rezultat był również najlepszym czasem sezonu. Był, bo niecałe dwa miesiące później Jamajka odpowiedziała jej w najlepszy możliwy sposób – w katarskiej Dosze pobiegła 10.63. Szybciej w historii od dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej biegała tylko Florence Griffith-Joyner.

Ależ w tej rywalizacji było podtekstów. Czy Ameryka zdobędzie pierwsze złoto w biegu na 100 metrów kobiet w XXI wieku? Czy doświadczona legenda sprintu zejdzie ze sceny jako mistrzyni olimpijska? A może nastąpi pokoleniowa zmiana warty i to ekstrawertyczna Sha’Carri zostanie nową królową biegów krótkich?

Na to ostatnie pytanie znamy już odpowiedź – Richardson nie ma szans na pokonanie Fraser-Pryce, gdyż podczas amerykańskich prób olimpijskich wpadła na zażywaniu niedozwolonej substancji. Pomimo, że wygrała same próby, niedługo później jej wynik zniknął z listy. Kiedy zaczęły pojawiać się pytania dlaczego tak się stało, Amerykanka zamieściła tajemniczego tweeta o treści „Jestem człowiekiem”.

Jak się później okazało, Richardson wpadła na zażywaniu marihuany. Na kilka dni przed zawodami dowiedziała się o śmierci swojej biologicznej matki. Podkreślamy, że chodzi o biologiczną mamę, gdyż sama Sha’Carri została przez nią porzucona – wychowywały ją ciocia oraz babcia. Co nie znaczy, że Richardson nie darzyła swojej rodzicielki jakimkolwiek uczuciem. Sama ucina temat stosunków z matką mówiąc, że relacje pomiędzy poszczególnymi członkami jej rodziny to zagmatwany i drażliwy dla niej temat. W każdym razie, nie przeszła obojętna wobec tej straty. Nie bez znaczenia była też przeszłość Sha’Carri. Dziewczyna ma dwadzieścia jeden lat, a w wieku licealnym – więc stosunkowo niedawno – przechodziła depresję, która doprowadziła ją do próby samobójczej. Być może w chwili śmierci matki zapalenie jointa było jakimś sposobem na poradzenie sobie z tą sytuacją.

Żeby była jasność, nie bronimy jej. Lecz w całej historii widzimy dwa aspekty które się wykluczają, bo są zależne od indywidualnego podejścia do marihuany. Argument, który przemówi do przeciwników tej używki jest taki, że każdy wie, że obecne przepisy taktują tetrahydrokannabinol jako niedozwoloną substancję. Jaranie blantów na kilka dni przed zawodami to jawna głupota zawodniczki i wystawianie się na strzał. Natomiast kontekst jest w tej historii ważny z dwóch powodów. Za wpadkę na dopingu sportowcowi grozi nawet kilka lat zawieszenia. Chyba, że ów środek jest zakazany, lecz jego spożywanie miało miejsce poza zawodami i nie wpływało na wyniki. Tutaj te czynniki występowały. Dodatkowo, po wyrażeniu skruchy oraz zapisaniu się do programu informującego o negatywnych skutkach zażywania konopi, jej kara została skrócona do miesiąca.

Tu dochodzimy do aspektu widzianego z perspektywy zwolenników THC. Otóż czasy się zmieniają – dziś marihuana jest legalna w osiemnastu stanach Ameryki, a w kilkunastu innych jest używana do celów medycznych. Stąd wielu kibiców zaczęło doceniać biegaczkę za szczerość i wskazywać na nieżyciowość przepisów. Wśród społeczeństwa pojawia się coraz mniej pytań komu to całe marihunaen jest potrzebne. Ten miękki narkotyk jest traktowany porównywalnie do alkoholu, który w 2018 roku został zniesiony z listy substancji niedozwolonych przez WADA. Ot, Richardson mogła w ciężkim dla siebie momencie wypić kilka drinków, ale zdecydowała się zapalić. Pojawiło się nawet wiele głosów mówiących o tym, żeby dopuścić biegaczkę do rywalizacji. W teorii jeszcze możemy zobaczyć Richardson w Tokio – 6 sierpnia odbędzie się finał sztafety 4 x 100 metrów kobiet, a wtedy odbędzie już karę zawieszenia. W praktyce jest to bardzo mało prawdopodobne.

A jak sama Richardson reaguje na całe zamieszanie? Przeprosiła, wyraziła skruchę, ale też specjalnie nie przejmuje się swoją nieobecnością w Tokio. Sama mówi o tym, że jest młoda, więc jej świat nie kończy się na najbliższych igrzyskach – otwarcie obiecuje, że potwierdzi swoją klasę podczas następnych mistrzostw świata w Eugene – tym samym miejscu w którym odbywały się tegoroczne amerykańskie próby olimpijskie. Od utraty szansy na złoto igrzysk do mistrzostwa świata na tym samym stadionie? To byłaby niezła historia.

Igrzyska czy spanie z żoną w hotelu?

Bądźmy szczerzy – jako kibice lubimy trzymać kciuki za maluczkich. Tacy zawodnicy jak chociażby Kirani James z Grenady wzbudzają powszechną sympatię, kiedy ucierają nosa reprezentantom uznanych marek w poszczególnych dyscyplinach sportu, a i sami cieszą się w swoich małych ojczyznach ogromnym uwielbieniem. Bo przecież kiedy kraj posiada mniejszą liczbę ludności niż Racibórz, ciężko oczekiwać od niego jakichkolwiek zdobyczy medalowych. A takim właśnie krajem jest Saint Kitts i Nevis, które co prawda na igrzyskach olimpijskich medalu nie zdobyło, lecz z mistrzostw świata przywiozło ich aż pięć. I we wszystkich udział miał on – Kim Collins.

Reprezentant tego niewielkiego państwa położonego na Karaibach może być śmiało określany jako Noriaki Kasai sprintów – karierę zakończył dopiero w 2018 roku, mając na karku 43 lata. Jak na biegacza krótkodystansowego, to naprawdę sporo. Ale nie zasłynął wyłącznie ze swojej długowieczności. Collins zdobył aż pięć medali mistrzostw świata, z czego jeden złoty w 2003 roku w biegu na 100 metrów. Dla mieszkańców Saint Kitts i Nevis było to tak wielkie wydarzenie, że 25 sierpnia – czyli dzień wywalczenia tytułu – władze ustanowiły dniem Kima Collinsa.

Oczywiście sportowiec był wręcz etatowym reprezentantem swojego kraju podczas igrzysk olimpijskich – wystąpił na aż pięciu, od Atlanty do Rio de Janeiro. Był również w Londynie, jednak tam został zdyskwalifikowany przez własną federację jeszcze przed startem. Powodem wykluczenia była… chęć przebywania z żoną, która nie miała wstępu do wioski olimpijskiej. Opisywaliśmy to wydarzenie w tekście o związkach zawodników ze swoimi trenerami:

…Kim w Londynie został zdyskwalifikowany. I bynajmniej nie chodzi tu o doping. Biegacz pojawił się w stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał w wiosce olimpijskiej. Jednak później do Londynu przyleciała jego żona – Paula – która mieszkała w hotelu, poza wioską olimpijską. Zatem biegacz postanowił zamieszkać z nią. Miał ku temu bardzo dobry powód – Paula była również jego trenerką. Nie wiemy jak wyglądały ich wspólne treningi, ale domyślamy się, że musiały być bardzo intensywne skoro Kim nie pojawiał się nawet na porannych sesjach treningowych całej reprezentacji sprinterów.

I z tego właśnie powodu został wydalony z reprezentacji. Na nic zdały się tłumaczenia, że przebywanie w wiosce olimpijskiej go stresowało i potrzebował spokoju. Nie pomogły wyjaśnienia, że nie ma zamiaru opuszczać żony, która pomaga mu w treningu. Status narodowej legendy – na ceremonii otwarcia był chorążym Saint Kitts i Nevis – również nic nie dał. Krajowa federacja zakomunikowała, iż jest jej bardzo przykro, że kibicom nie będzie dane podziwiać swojego bohatera narodowego w akcji, oraz że życzą mu jak najlepiej, ale dura lex, sed lex. A co na to sam zainteresowany? Nie pozostawało mu nic innego, niż dać upust swojej frustracji w miejscu, które najbardziej się do tego nadaje – na Twitterze.

Tweet Kima Collinsa, rozgoryczonego swoją dyskwalifikacją: – Nawet w więzieniach mężczyźni są odwiedzani przez swoje żony.

Sportowiec, który był dziennikarzem

Lata osiemdziesiąte były przełomowe dla sportu olimpijskiego. Zaczęło się od bojkotu igrzysk w Moskwie przez państwa zachodnie, wobec czego impreza stała się bardzo nierentowna. Kraje bloku wschodniego odpowiedziały pięknym za nadobne cztery lata później, nie posyłając swoich reprezentacji do Los Angeles. Lecz Amerykanie okazali się znacznie bardziej zaradni od Rosjan, komercjalizując igrzyska na niespotykaną wówczas skalę, przez co te finansowo okazały się sporym sukcesem. Poza tym, pod nieobecność socjalistycznych amatorów (którzy, jak dobrze wiemy, amatorami byli tylko z nazwy) zaczęto uchylać drzwi dla zawodowców. Chociażby w turnieju piłki nożnej mogli wystąpić profesjonalni piłkarze, pod jednym tylko warunkiem – o ile nie grali wcześniej w mistrzostwach świata.

Jednak wcześniej – poza nielicznymi wyjątkami – igrzyska były zarezerwowane wyłącznie dla amatorów. Sportowcy, którym udowodniono przedkładanie zarobku ponad szczytną ideę rywalizacji samej w sobie musieli liczyć się z surowymi konsekwencjami – na czele z dyskwalifikacją i odebraniem medali. I to nawet za najdrobniejsze przewinienia, nie tylko zarabianie na swoich wyczynach sportowych jako takich.

Taki los spotkał Cliffa Blaira – człowieka, którego nie uświadczycie na liście rekordzistów świata w rzucie młotem, choć powinien się tam znaleźć. W dniach 1-2 lipca 1956 roku brał on udział w amerykańskich próbach olimpijskich. Ukończył je na trzecim miejscu, dzięki czemu zagwarantował sobie wyjazd na igrzyska do Melbourne. Ale prawdziwy popis dał dwa dni później, w amerykański Dzień Niepodległości. Rzucił wtedy 65,93, bijąc rekord świata Michaiła Kriwonosowa. Wprawdzie reprezentant ZSRR poprawił najlepszy wynik globu już 8 lipca, ale Blair pokazał, że w Australii będzie jednym z kandydatów do złotego medalu. Jednak w konkursie nawet nie wystartował. Do tego nie dopuścił… trener reprezentacji USA, Jim Kelly. Wszystko przez pracę i wykształcenie Cliffa.

W tym samym roku ukończył dziennikarstwo na bostońskim Uniwersytecie Komunikacji Publicznej – jednej z pierwszych uczelni w kraju, która była ukierunkowana na szeroko rozumiany dział public relations w mediach. Kiedy Blair pojechał do Australii, zaczął tam współpracować z niejakim Jerrym Nasonem – korespondentem gazety Boston Globe, który na jej łamach relacjonował przebieg igrzysk. Gdy nieprzepadający za swoim podopiecznym – zresztą, z wzajemnością – trener Kelly dowiedział się o jego drugim zajęciu, stwierdził, że taka postawa jest niezgodna z duchem olimpijskim i wyrzucił go z kadry. Tu wersje nieco się od siebie różnią, lecz prowadzą do tego samego wniosku. Pierwsza z nich mówi, że Blair zdawał Nasonowi sprawozdania w formie ustnej, co dziennikarz później zapisywał. Druga, że sam pisał niektóre artykuły. W każdym razie Nason zaprzeczył jakoby zawodnik był opłacany za jakąkolwiek formę współpracy z gazetą. Zatem – jeżeli wierzyć spoufalonemu z nim żurnaliście – został bezpodstawnie wyrzucony z kadry. A co na ten temat mówił po latach sam Blair?

– Bardzo bym chciał uczestniczyć w igrzyskach. Myślę, że po prostu nie byłem wtedy dość dobrym politykiem – wspominał w 1976 roku w przeddzień wprowadzenia go przez bostoński uniwersytet do swojej sportowej galerii sław.

Oskarżony o oszukiwanie na delegacjach

Paavo Nurmi do dziś jest uznawany nie tyle, że za jednego z najlepszych lekkoatletów, co wręcz za jednego z najlepszych sportowców olimpijskich w ogóle. Dwanaście zdobytych medali na trzech kolejnych igrzyskach daje mu siódmą pozycję w historii pod względem liczby wywalczonych krążków. Lecz biorąc pod uwagę zasadę, że na igrzyskach o miejscach w klasyfikacji medalowej decyduje najpierw liczba najcenniejszych medali, a dopiero później suma ich wszystkich, Nurmi z dziewięcioma złotymi i trzema srebrnymi medalami ustępuje zaledwie dwóm sportowcom – gimnastyczne Łarysie Łatyninie oraz Michaelowi Phelpsowi. Mark Spitz, Usain Bolt, Carl Lewis czy Brigit Fisher – w tej klasyfikacji fiński biegacz pokazuje im plecy. Tak, jak pokazywał je rywalom w trakcie swojej kariery. Sami umieściliśmy go w naszym rankingu najlepszych lekkoatletów w historii na zaszczytnym, drugim miejscu. Zasłużenie, proszę państwa, zasłużenie.

Jednak Nurmi nie znalazłaby się w tym tekście przez swoje sukcesy olimpijskie. Te mogły być jeszcze bardziej okazałe, bo Fin wybrał się również na igrzyska do Los Angeles. Miały one stanowić wspaniałe zwieńczenie jego kariery. Jako, że szybkość na średnich dystansach nie była już jego najmocniejszą stroną, zgłosił się do startu w maratonie oraz biegu na 10 000 metrów.

Lecz w kwietniu 1932 roku IAAF, u rządów którego stała grupa szwedzkich działaczy na czele z prezesem Sigfridem Edstroemem, wydała decyzję o pozbawieniu fińskiego mistrza statusu amatora. Powód? Jako najlepszy biegacz swojej epoki Paavo jeździł na mnóstwo mityngów oraz biegów pokazowych. Wątpliwości Szwedów wzbudziły zwroty kosztów podróży zawodnika, które miały być zawyżane. W dodatku nieoficjalnie mówiło się o tym, że IAAF dysponuje dowodami w postaci zeznań niemieckich organizatorów serii wyścigów z jesieni 1931 roku. Ci pod przysięgą powiedzieli, że płacili Nurmiemu od 250 do 500 dolarów za wyścig. Szczegóły postępowania nie zostały ujawnione prasie, co nie dodawało wiarygodności władzom federacji. W dodatku na jaw wyszły groźby jakie Edstroem wysyłał do Karla Rittera von Halta – świeżo wybranego prezesa niemieckiego związku – z których bił klarowny przekaz: dostarczcie nam haki na Nurmiego, albo Niemiecki Związek Lekkoatletyki będzie miał problemy z IAAF.

Zatem jakość tych zeznań była wątpliwa. Oliwy do ognia dolewał fakt, że w przypadku wykluczenia zawodnika sytuację bada rodzimy związek lekkoatletyczny i to jego opinię IAAF miało zwyczaj zaakceptować. Finowie nie dopatrzyli się znamion profesjonalizmu u swojego zawodnika, lecz na kilka dni przed spodziewanym startem Nurmiego na 10 000 metrów w Los Angeles światowa federacja odrzuciła jego zgłoszenia zarówno w tym biegu, jak i w maratonie. Decyzja wywołała liczne protesty, a zdecydowana większość środowiska poparła dopuszczenie zawodnika do startów. Każdy czuł, że jego wykluczenie ma podłoże w utarczkach szwedzko-fińskich, nie w samym podejściu biegacza do uprawiania sportu. Doszło nawet do tego, że wszyscy uczestnicy biegu maratońskiego – z wyjątkiem Finów, czujących się stroną w sporze – złożyli petycję o dopuszczenie Nurmiego do biegu. Wtedy Szwedzi, chcąc wszystkich udobruchać wymyślili sobie, że mistrz może pobiec, ale jego wyniki nie zostaną zaliczone. Na to z kolei nie mogli zgodzić się sami Finowie. I bardzo słusznie, bo byłaby to potwarz dla ich idola, który został skreślony z listy startowej, pomimo że… oficjalnie jeszcze nie został uznany za zawodowca.

Koniec końców, Nurmi nie wystartował w Los Angeles. Jako Polacy być może powinniśmy się z tego cieszyć. To tam mistrzem olimpijskim został Janusz Kusociński. A uczynił to w biegu na 10 000 metrów – czyli na dystansie, na którym miał startować potężny Fin. I na którym był niepokonany przez czternaście (!) lat startów, aż do 1934 roku. Ale nasz mistrz również ubolewał nad absencją Nurmiego – ich rywalizacja była jedną z najbardziej elektryzujących w ówczesnej lekkoatletyce, a sam Polak marzył o tym aby w końcu pokonać fińską gwiazdę.

Zawieszenie Paavo Nurmiego wywarło ogromny wpływ na całe stosunki szwedzko-fińskie. W jego skutek Finlandia zerwała kontakty sportowe ze swoim sąsiadem, rezygnując między innymi z corocznego mityngu lekkoatletycznego pomiędzy oboma krajami do 1939 roku.

Polska kompromitacja

O tym, o co chodzi w aferze z naszymi zawodnikami pisaliśmy tutaj, ale pozwólcie że powtórzymy to w telegraficznym skrócie – choć uprzedzamy, temat jest zawiły. Otóż do startu na igrzyskach w konkurencjach indywidualnych wymagane było spełnienie jednego z dwóch minimów – minimum A lub minimum B. Celowo podkreślamy, że chodzi o start indywidualny, gdyż udział w nim upoważnia również do występu w sztafecie – to kluczowe do zrozumienia działania PZP.

Pierwsze minimum gwarantuje występ w Tokio w konkurencji indywidualnej, drugie jest nieco bardziej zagmatwane. By zawodnik mógł wystartować indywidualnie, poza jego wypełnieniem musi otrzymać również zaproszenie od Światowej Federacji Pływackiej (FINA). Bez niego może zostać wystawiony tylko do wyścigów sztafetowych – Polska miała dziesięć takich miejsc, natomiast PZP zgłosił czternastu zawodników.

Kiedy FINA poinformowała polską stronę, że to się nie dodaje, związek zachował siedmiu zawodników na liście wyłącznie dla sztafet, a w przypadku pozostałej siódemki wystosował prośby o zaproszenia do konkurencji indywidualnych – gdyż, jak napisaliśmy, udział w nich uprawniałby również do startu w sztafetach. A tu Zonk – takie zaproszenie otrzymał tylko Kacper Stokowski. Jednak związek stwierdził, że może nie ma tylu zaproszeń, ile by chcieli, ale z drugiej strony – odmowy też nie ma.  I tak do startów indywidualnych zgłoszono siódemkę zawodników. Wtedy FINA dała znać, że taki numer nie przejdzie, na co związek nie zareagował. W każdym razie tak twierdzi Jan Kozakiewicz, jeden z pływaków który został zgłoszony do startu indywidualnego, lecz bez zaproszenia.

Ostatecznie, po negocjacjach z FINA i MKOl, polska strona mogła wymienić trzech pływaków, więc w Japonii pozostawiono najbardziej uniwersalnych i takich, którzy wystartują w najbardziej rokujących konkurencjach. Kraj Kwitnącej Wiśni opuścili Mateusz Chowaniec, Jan Hołub, Dominika Kosakowska, Bartosz Piszczorowicz, Aleksandra Polańska i Alicja Tchórz.

Działania PZP to absurd na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, licząc zaproszenie dla Stokowskiego, można było całkowicie legalnie posłać do Tokio dodatkowych trzech zawodników. Zatem marzenia trójki sportowców o występie na igrzyskach legły w gruzach przez nieudolność działaczy. A przecież każdy z tych pływaków poświęcił mnóstwo czasu i pieniędzy by wystąpić na najważniejszej imprezie w życiu. Ale i dla pozostałej trójki, która w normalnych warunkach w ogóle nie pojechałaby do Japonii, to musi być równie traumatyczne przeżycie. Dano im płonne nadzieje na występ, by już na miejscu zakomunikować – hej, słuchajcie, głupia sprawa wyszła…

A skoro już jesteśmy przy miejscu w którym przebywali, to Alicja Tchórz na swoich profilach w mediach społecznościowych opisuje jak fatalne warunki zastała polska kadra. Basen kryty posiada tylko 140 centymetrów głębokości i nie ma mowy o ćwiczeniu w nim elementów technicznych. W dodatku ma tylko dwadzieścia pięć metrów długości. Z kolei basen o długości olimpijskiej jest otwarty. Kiedy przychodzi załamanie pogody – a burze i deszcze nie są w Japonii niczym nadzwyczajnym w okresie lata – trening na nim nie ma najmniejszego sensu. Dlaczego pływacy przebywają w tak złych warunkach? Kozakiewicz twierdzi, że kadra pojechała do Takasaki na ostatnią chwilę, gdyż PZP dowiedział się, że akurat ta gmina dopłaca do pobytów u siebie. Po tym wszystkim zawodnicy wystosowali list otwarty w którym domagają się dymisji prezesa Pawła Słomińskiego oraz zarządu związku. Na to prezes odpowiedział oświadczeniem, w którym przeprosił za zamieszanie i… to by było na tyle. Ale wokół całej sprawy jest już za dużo smrodu, żeby nie poleciały głowy – w poniedziałek Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu wezwało Słomińskiego do złożenia wyjaśnień.

Szóstka pływaków wróciła już do Warszawy i żadne z nich nie ma zamiaru gryźć się w język. Zawodnicy otwarcie mówią o skandalicznych decyzjach ze strony PZP i zapowiadają, że sprawa zostanie zgłoszona do sądu. Nie dziwimy im się – przez głupi błąd ludzi, którzy powinni mieć przepisy kwalifikacji olimpijskich w małym palcu, utracili szansę na jeden z najważniejszych występów w życiu.

W jutrzejszym Hejt Parku na Kanale Sportowym gościem Iwony Niedźwiedź będzie Alicja Tchórz. Zachęcamy do zarezerwowania sobie czwartkowego wieczoru, bo nasza pływaczka z pewnością przybliży nam kulisy japońskiej kompromitacji oraz ogólnego funkcjonowania Polskiego Związku Pływackiego. I mamy przeczucie graniczące z pewnością, że będą to opowieści po których włos zjeży się na głowie.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez