“Nie ma pani raka. Raki się przerzucają, nowotwór się nie przerzuci”

“Nie ma pani raka. Raki się przerzucają, nowotwór się nie przerzuci”

Jaki sport by uprawiała, gdyby nie została szpadzistką? Dlaczego nie mogła się pozbierać po nieudanych igrzyskach w Londynie? Co ją nauczyła choroba nowotworowa, którą pokonała? Skąd wzięło się jej zamiłowanie do pisania? Gościem audycji “Kierunek Tokio” na Weszło FM była Magdalena Piekarska-Twardochel. Zapraszamy do lektury.

KAMIL GAPIŃSKI: Mierzysz ponad 1,90 cm. Zastanawia mnie, czy w czasach szkolnych, jeszcze przed karierą w szermierce, byłaś werbowana do drużyn siatkarskich, koszykarskich, do wioseł, piłki ręcznej? Biegali za tobą wuefiści i namawiali: chodź do nas, chodź do nas?

MAGDALENA PIEKARSKA-TWARDOCHEL: Dokładnie takie miałam doświadczenia. Od zawsze byłam wysoka, byłam nawet największym dzieckiem na sali porodowej. Drużyny szkolne koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej – wszędzie się łapałam. Grałam zresztą bardzo chętnie, nie raz mówiłam, że gdyby nie szermierka, pewnie zostałabym siatkarką. Ale los tak sprawił, że jednym z wuefistów był trener szermierki. Trochę tych dyscyplin jednak zdążyłam przerobić.

A żałowałaś czasami swojego wyboru? Bo nie ukrywajmy – siatkówka jest w Polsce znacznie bardziej popularna od szermierki.

Kiedy mi trochę gorzej szło, były myśli na zasadzie szkoda, że nie poszłam w siatkówkę. Los zdecydował jednak za mnie. I po coś to wszystko się stało, tak to sobie tłumaczę. Cieszę się, że trenuję szermierkę, robię to ponad dwadzieścia lat. Gdybym miała zmieniać dyscyplinę, to nastąpiłoby to znacznie wcześniej.

Chciałem jeszcze wrócić do wzrostu. To dla dziewczyny jest problem czy atut? Kiedy dorastałaś, musiałaś sobie radzić z dokuczaniem, złośliwymi uwagami? I zaakceptować, że jesteś wyższa od przeciętnej koleżanki?

Bardzo długo nie umiałam się z tym pogodzić. Tak naprawdę pomógł mi sport. Bo w nim wzrost wiele mi ułatwiał. Nie chcę powiedzieć, że tylko dlatego, iż jestem wysoka, w szermierce mi się powodziło. Natomiast niewątpliwie warunki fizyczne są w sporcie atutem, są zaletą i dzięki temu wzrost przestał być moim kompleksem. Jednak do momentu, kiedy zaczęłam trenować i odnosić sukcesy, to jak najbardziej był to problem. Zresztą nawet w dorosłym życiu bywało różnie. Trudno jest znaleźć wysokiego faceta. Są ludzie, którym ta różnica nie przeszkadza, ja jednak wolę się przytulać, niż żeby facet przytulał się do mnie. Te poszukiwania trwały długo, zresztą były utrudnione przez wyjazdy związane ze sportem.

A ile wzrostu ma twój mąż?

Mój mąż jest niższy, ma 1,89 cm wzrostu. Ale to jednak tylko 3 centymetry mniej. Wzrost w kontekście relacji damsko-męskich był jednak w moim przypadku problemem przez długi czas. Zresztą zauważam, że wyżsi faceci często szukają niskich kobiet. W każdym razie – udało się. Z mężem jesteśmy już dziewięć lat razem. I można powiedzieć, że kolejny aspekt kompleksu wzrostu jest za mną.

Ja pytam dlatego, że nieraz słyszałem od siatkarek i piłkarek ręcznych, że mają z tym problem. Czasami też nie mogą się poczuć kobieco. Bo choćby przez mocno rozbudowane górne partie mięśni, trudno im dobrać pasującą sukienkę. Myślę, że trzeba pewien okres przejść, aby dojść do samoakceptacji.

To też kwestia możliwości. Kiedy byłam w szkole, nauczyciele rzucali hasła, że ubieram się w Smyku, bo miałam za małe ubrania. Ale tak naprawdę – dopasowanych do mnie ubrań nie było. Obecnie nie mam tego problemu, wiem, gdzie kupię długie spodnie, nie trzeba ich szyć na miarę. Gorzej jest ze sportowymi ciuchami. W szermierce raczej nie zdarza się, żeby szyli nam dresy. Przyzwyczaiłam się więc do tego, że mam za krótkie nogawki. Jedynie podczas igrzysk w Londynie miałam… za długie, trzeba było je skracać. Ale tak, obecnie jest ze wszystkim łatwiej. Jeśli chodzi o dobieranie ciuchów, to raczej nie mam problemów, jeżeli chodzi o sylwetkę. Bo jestem wysoka, ale nie duża. Buty – to jednak coś innego. Noszę rozmiar 46 albo 47. Trudno o taki w sklepie, więc zamawiam je z internetu, znalazłam fajny sklep we Włoszech.

A ten wzrost jest atutem na planszy? Masz większy zasięg ramion i łatwiej ci kogoś trafić?

Przede wszystkim kij ma dwa końce. Bywa, że nie zawsze muszę napracować się tyle, co niższe zawodniczki. Bo faktycznie mam spory zasięg ramion, długi wypad – czyli taki długi krok. Ale z drugiej strony – mam 192 cm do obrony, dużą stopę do obrony. W szpadzie pole trafienia to w końcu dosłownie całe ciało. Plus jestem trochę wolniejsza od wielu zawodniczek. Zresztą kiedy walczymy i dojdzie do tak zwanego zwarcia, to droga, która ja mam do pokonania, aby się z niego wyswobodzić, jest większa.

Ile miała najniższa zawodniczka, z którą walczyłaś?

Nie wiem dokładnie. Myślę, że niektóre szpadzistki mają między 150 i 160 wzrostu. A tak wysokich jak ja? W Polsce są dwie, na świecie w tym momencie już raczej nie ma. W szermierce nie ma jednak modelu mistrza. Niezależnie od warunków – każda z nas może wygrać Puchar Świata. To jest w tym wszystkim bardzo fajne.

Udało wam się niedawno zdobyć Puchar Świata w Kazaniu, wręcz niszcząc po drodze rywalki. Jakbyś miała opowiedzieć komuś, kto nie interesuje się waszym sportem – co ten sukces oznacza?

Wygranie tych zawodów polepszyło naszą pozycję w rankingu kwalifikacyjnym do igrzysk, na które co prawda już wcześniej awansowałyśmy. W każdym razie pokazujemy, że jesteśmy cały czas mocne. Od poprzednich zawodów międzynarodowych minął rok. Dla nas wartością samą w sobie jest to, że wykonałyśmy bardzo dobrą pracę przez ten czas. Nie byłyśmy w stanie weryfikować swojej formy, ale ten turniej udowodnił, że droga, którą obrałyśmy, jest słuszna. Ja nie walczyłam w finale, to był element taktyki trenera, który sprawdzał sobie różne warianty.

Udało wam się zdominować Koreanki?

Tak, to była deklasacja. Spodziewałyśmy się bardzo zaciętego meczu, jednak dziewczyny od początku świetnie to rozgrywały. Na dziewięć walk wszystkie były wygrane, a to na tym poziomie się bardzo rzadko zdarza, szczególnie w finale. Świetnie mi się na to patrzyło.

Która reprezentacja uchodzi za faworyta turnieju olimpijskiego oraz na jakich zasadach będzie się on odbywał?

Wszystko przebiega w systemie pucharowym. Zakwalifikowało się osiem drużyn i tak naprawdę tylko jedna wydaje się znacznie słabsza od reszty. Mowa o Hongkongu, który będzie rywalizował z kadrą rozstawioną z jedynką, czyli na ten moment Chinkami. My jesteśmy numerem dwa i raczej wyżej nie będziemy, bo mistrzostwa Europy oraz kolejny Puchar Świata stoją pod znakiem zapytania w naszym wypadku. Możliwe, że trafimy na Estonki, będzie to mecz trudny, ale każda z siedmiu czołowych reprezentacji jest na poziomie światowym.

Ile zawodniczek z każdej drużyny może pojechać na igrzyska?

Cztery, ale tylko trzy mają prawo udziału w starcie indywidualnym. A my mamy trochę kłopot bogactwa. Ostatnio – oprócz mnie – startowały Ewa Trzebińska, Ola Jarecka oraz Renia Knapik-Miazga. Ale są jeszcze Basia Rutz, Martyna Swatowska. Plus zaplecze w postaci mocnej młodzieżówki, czy od niedawna seniorek.

Patrzę na historię szpady pań – zaczęło się w 1996 roku, ale medalu nasze reprezentantki nie zdobyły jeszcze żadnego. Ani indywidualnie, ani w drużynie. Skąd ten brak wyników?

To trudne pytanie. Warto dodać, że drużynie udało nam się zakwalifikować dopiero teraz. Myślę, że musimy skoncentrować na tym, co jest teraz. Wiadomo, że pewne plany trzeba czynić, ale mamy bardzo silny oraz wyrównany zespól. I realne szanse, aby na igrzyskach powalczyć o medal.

Jak wspominasz imprezę w Londynie, twoje pierwsze igrzyska?

Dość mgliście. Wiem, że się bardzo stresowałam. Próbowałam sobie i otoczeniu powiedzieć, że jest okej, ale ci, co mnie znają, zgodnie powiedzieli, że na planszy byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Przegrałam tam jeden mecz ze Szwajcarką. Każda porażka boli, natomiast wtedy wygrana znajdowała się na wyciągnięciu ręki. Wolę jednak mieć poczucie, że przeciwniczka była znacznie lepsza, niż takie, w którym mogłam wygrać, ale tego nie zrobiłam. Przeżywałam długo ten Londyn. Spotkałam się z wieloma negatywnymi komentarzami, chyba po raz pierwszy. Myślałam, że zamknęłam sobie temat igrzysk, ale dzięki ważnemu pytaniu jednego dobrego człowieka, znowu na nich wystąpię.

O kogo chodzi?

Trenera Michała Dąbskiego. Nawet nie pamiętam, jakie to było pytanie, ale okazało się, że szufladka z napisem “Londyn” nie była do końca zamknięta. No i udało się ją zamknąć. Teraz nie myślę przeszłością i staram się budować kolejne, lepsze wspomnienia. Wiem, że na nadchodzących igrzyskach ten stres też będzie. Ale myślę, że tym razem będę umiała sobie z nim poradzić.

Jaki jest najlepszy wiek na szermierza?

To taki sport, który możemy trenować bardzo długo. Mamy przykłady medalistów, którzy mieli ponad czterdzieści lat.

To ty jeszcze juniorką jesteś!

Tak, wiele przede mną. (śmiech) Myślę, że nie ma takiej granicy. Jeśli ten sport sprawia nam satysfakcję, potrafimy osiągać wyniki, możemy długo trenować.

Gorszą szybkość na planszy można nadrobić doświadczeniem?

Tak. Doświadczeniem można bardzo wiele nadrobić. Ja trenuję obecnie zupełnie inaczej, niż trenowałam dziesięć lat temu. Trzeba też było przyzwyczaić się do tego, że rywale zaczynają nas poznawać. Wiedzą, jaki mamy styl, trudniej nam ich zaskoczyć. Warto też dodać, że szermierka stała się sportem bardziej szybkościowym, siłowym. Bardzo poszła do przodu. Jak ja osiągałam sukcesy w wieku 23 lat, to mało kto z szermierzy robił dodatkowy trening motoryczny. Teraz natomiast mamy wyścig zbrojeń.

Jak wygląda u was ten trening uzupełniający?

Zależnie od tego, w jakim momencie sezonu jestem – a warto wspomnieć, że ten trwa praktycznie cały rok – mam dwa lub trzy treningi motoryczne w tygodniu. Pracujemy nad siłą czy dynamiką. Do tego staram się wplatać jogę – to taki mój nowy pomysł, który przyszedł w warunkach pandemii.

Jesteś leworęczna. W szermierce daje to pewną przewagę?

Ja też z mańkutami nie lubię walczyć. (śmiech) Jak zaczynałam trenować szermierkę, to tych leworęcznych zawodniczek było mało, więc można było to traktować jako atut. W tej chwili? Nie wydaje mi się. Większym problemem dla moich przeciwniczek jest mój wzrost, niż to, którą ręką walczę. Ale sama preferencje mam właśnie takie, że wolę walczyć z praworęcznymi zawodniczkami.

Ewa Trzebińska, Ola Jarecka oraz Renia Knapik-Miazga – twoje koleżanki z kadry, które już wspominałaś. Opowiedz nam o nich coś więcej.

Ewa to największy walczak. O wszystko się z sędziami wykłóci. Jak coś policzyli źle, to im nie odpuści. Ola to dobra duszyczka zespołu. Skromna dziewczyna, ale z wielkim potencjałem. Z Renią się najmocniej przyjaźnię prywatnie, więc pewnie nie będę obiektywna, ale myślę, że ma bardzo mocną psychikę. Podobnie zresztą jak my wszystkie, to nas na pewno łączy. Trenujemy sport walki, jesteśmy zawzięte, u Ewy to się najbardziej objawia, jak wspomniałam. Potrafi też sporo załatwić, zorganizować. W każdym razie – jesteśmy mocne psychiczne, to nasza siła. Szczególnie że poziom wytrenowania na najwyższym poziomie jest podobny i wtedy ta głowa staje się bardzo istotna.

Ty pisałaś kiedyś felietony, prawda?

Yhm.

A ten tekst, który opowiada o twojej chorobie – też go sama “popełniłaś”?

Tak.

Muszę powiedzieć, że masz talent, pojawia się ciekawa opcja na “życie po życiu sportowym”. Co ci dawało pisanie? 

Jeśli chodzi o felietony to pisałam je hobbystycznie. Były o wydarzeniach sportowych, więc nie miały w sobie większych emocji, odkrywania własnej osoby. Nie zawsze lubiłam pisać. W szkole to była moja zmora. Ale na całe szczęście tato mi nie pomagał, tylko siedziałam do późna i starałam się sklejać zdania, a on potem rano układał to wszystko w piękną całość. Na studiach jednak pamiętam, że wolałam egzaminy pisemne niż ustne. Skończyłam prawo, ale cały czas średnio się w nim widzę, bo stresują mnie publiczne wystąpienia.

Nie słychać tego dzisiaj.

Bo nasza rozmowa jest moderowana – ty zadajesz pytania, więc o wiele łatwiej jest mi mówić. Miałam propozycję wystąpienia w podobnym formacie co “TEDx”, ale odmówiłam, bo nie czuję się w tym pewnie. U mnie matura ustna, która miała trwać piętnaście minut, skończyła się w pięć. Bo tak szybko mówiłam, żeby tylko mieć to za sobą. Może dlatego upodobałam sobie pisanie. Co do tamtego tekstu – miałam wątpliwości, czy mówić o chorobie. Wiedziałam, że ludzie będą różnie do tego podchodzić. Ideą, która mi przyświecała, było jednak podzielenie się historią i pomoc innym. I rzeczywiście do dzisiaj dostaje wiadomości od osób chorych albo tych, co przeszli chorobę. Staram się być szczera w swoim przekazie w życiu i taki też był ten tekst. Nie chciałam go jednak pisać w czasie choroby, bo wtedy skupiałam się na wyzdrowieniu.

W tym miejscu musimy wspomnieć, jaka to była choroba. Zacytuję cię. Mówiłaś, że czułaś się, jakby popcorn utknął ci w przełyku.

Tak, tak było. Byliśmy z mężem w kinie. I niedługo potem czułam się, jakby coś mi utkwiło w gardle. I połączyłam to sobie z tym popcornem. Natomiast po upływie czasu coś mi się nie zgadzało. Że dwa tygodnie minęły, a ja coś mam ten popcorn przyklejony. Zaczęłam drążyć, szukać, chodziłam po laryngologach. I przy okazji, przy standardowym USG piersi, dowiedziałam się, że mam powiększone węzły chłonne. Lekarz powiedział, że jeśli nie byłam wcześniej chora, to należy to sprawdzić. Okazało się, ze jestem cierpię na ziarnicę złośliwą, inaczej Chłoniaka Hodgkina, czyli nowotwór krwi.

Nowotwór, nie raka – jak mi wcześniej tłumaczyłaś. My się wszyscy powoli takich rzeczy uczymy, ale mogłabyś wyjaśnić różnicę?

Powiem ci dokładnie to, co powiedziała mi pani doktor: “nie ma pani raka. Raki się przerzucają, nowotwór się nie przerzuci”. Pamiętam moje przerażenie na twarzy, kiedy z nią rozmawiałam. Pytała się, czego nie rozumiem. Powiedziała: “spokojnie, to jest nowotwór, wyleczalny w dzisiejszych czasach, z bardzo dużym prawdopodobieństwem”. I że działamy, będzie ileś cyklów tej chemii.

Trochę tak to wygląda, że dla ciebie to była rozmowa życia, a ona prowadzi takich kilka dziennie. Może to wręcz spowszednieć.

Zależy, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Miałam dwie pani lekarki w tamtym czasie i miały kompletnie inne podejście. Pani, która prowadziła leczenie chemioterapią, była bardzo konkretna. Natomiast druga pani, prowadząca leczenie radioterapią i do dzisiaj kontrolująca mnie, kojarzyła mi się z taką miłą babcią. Kiedy leciały mi łzy, zachowała się bardzo empatycznie.

“Podeszłam do niego jak przeciwnika na planszy” – tak mówiłaś o nowotworze. To był trudny rywal, czy, jak wynika ze słów twojej pani doktor, nie aż tak? 

Ona też powiedziała, że z każdą kolejną chemioterapią będzie coraz gorzej. A wyszło co innego, adaptowałam się. Najtrudniej było na początku, bo nie wiedziałam, z czym będę mieć do czynienia. Po dwóch pierwszych chemioterapiach byłam słabsza, musiałam się odnaleźć. Ale im dalej w las, paradoksalnie, było coraz lepiej. Pani doktor próbowała więc mnie trochę postawić na ziemię. Bo mówiłam jej, że przeszłam trochę kontuzji, nie boję się bólu, dam radę. A ona sugerowała, żebym nie robiła z siebie nadczłowieka i pamiętała, że też jestem pacjentem onkologicznym.

Ale te trudne momenty w końcu były? 

Tak, szczególnie na początku. Byłam po prostu bez sił. Droga z pokoju do łazienki zajmowała naprawdę dłuższą chwilę. Natomiast byłam w stanie się sama sobą zająć. Myślę, że dla mnie najtrudniejsze byłoby, gdyby po tylu latach, kiedy byłam bardzo sprawna, straciłabym w pełni niezależność. A jednak tak się nie stało. Mogłam w zwolnionym tempie się poruszyć, sama wstać z łóżka.

Choroba jest testem dla związku?

Myślę, że tak. Ślub z mężem wzięliśmy po mojej chorobie. Liczyłam na wsparcie mojego – wtedy – narzeczonego. Ale – choć mogę czasami wydawać się stonowana – jest we mnie trochę wybuchowości. Wiedziałam, że nie będzie mu zatem łatwo. Ale jednak spisał się bardzo dobrze, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. A przecież spadło na niego dużo obowiązków, które normalnie go nie dotyczyły.

Jeszcze raz cię zacytuję: “moja choroba dała mi też wiele dobrego. Między innymi zdecydowałam się na opiekę dietetyka. Bo jeszcze bardziej zależy mi na zdrowiu i dobrym treningu”.

Swego czasu, kiedy odpowiadałam na pytania dziennikarzy, mówiłam, że nie, nie stosuję żadnej diety, jakoś to się układa. I że przecież nie uprawiamy sportu, w którym trzeba tak mocno trzymać wagę. Tak to wyglądało. Jadłam, co chciałam. Natomiast choroba wiele zmieniła. Stwierdziłam, że nie chcę spożywać żadnych odżywek sportowych. I zamierzam pozyskiwać wartości odżywcze tylko z pokarmu. Dobrze się też złożyło, że moja koleżanka klubowa – Marta Białek – jest dietetyczką. Szukałam wszystkich elementów, które złożą się na dobrą formę. Nie chodziło tylko o dietę, ale też trening mentalny.

Ciężko było zmienić nawyki?

Jestem leniuszkiem, te posiłki mam tak skomponowane, żebym nie spędzała dużo czasu w kuchni. Ale u mnie problemem było to, że omijałam dania. Jadłam trzy, a nie cztery i potem te kalorie się gdzieś w ciągu dnia gubiły. Teraz już co prawda nie chodzę z wagą i nie odmierzam wszystkich gramatur. Trochę więcej wiem, co muszę przyjąć, aby się wszystko zgadzało. W domu dbanie o posiłki i dietę jest w każdym razie o wiele łatwiejsze niż na wyjazdach. Zdarza się, że wychodzimy o siódmej z hotelu, a wracamy o dwudziestej pierwszej. I to też był problem u mnie, bo przez lata niczego nie jadłam podczas zawodów. Nie tolerowałam jedzenia, źle się po nich czułam, odbijało mi się. Musiałam się zatem nauczyć tego, żeby coś w czasie przerw od rywalizacji jeść.

Powiedziałaś takie zdanie: psycholog pomaga mi radzić sobie ze stresem związanym z ewentualnym nawrotem choroby. Czy cały czas korzystasz z jego pomocy? I obawiasz się tego nawrotu?

Stres się pojawia. Na przykład w trakcie badania PET-CT, takiego skanu ciała, który, kolokwialnie mówiąc, pokazuje, czy się świecę, czy nie. Współpraca z psychologiem dała mi jednak narzędzia do radzenia sobie z tą obawą. Teraz już nie wygląda to tak, że stres się pojawia i nie wiem, co z nim zrobić. Bo wiem, że się pojawi i co powinnam zrobić, aby się nie zapaść w lęku. To tak jak z nowotworem: zaakceptowałam fakt, że ten przeciwnik istnieje, podjęłam walkę i wygrałam.

ROZMAWIAŁ
KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix.p


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez