Natan Węgrzycki-Szymczyk: jeden konkretny cel – Tokio

Natan Węgrzycki-Szymczyk: jeden konkretny cel – Tokio

Spektakularny wynik po niesamowitym wyścigu – Natan Węgrzycki-Szymczyk wywalczył we wspaniałym stylu srebrny medal wioślarskich mistrzostw Europy w rywalizacji jedynek. Narzeka na brak porozumienia z PZTW, ale ma konkretne cele na nadchodzący sezon. Zapraszamy na rozmowę z wicemistrzem Starego Kontynentu i zwycięzcą prestiżowego wyścigu The Boat Race (uczelnianych regat na Tamizie: Oxford – Cambridge).

DARIUSZ URBANOWICZ: Spieszę z gratulacjami, bo to był jeden z najpiękniejszych wyścigów całych mistrzostw na poznańskiej Malce.

NATAN WĘGRZYCKI-SZYMCZYK: Dziękuję bardzo, faktycznie to był bardzo zacięty bieg.

Zdaję sobie sprawę, że wioślarze oceniani są na podstawie ostatniego wyścigu, tego czy zdobyli medal, ale regaty trwają dwa-trzy dni i tych biegów trzeba popłynąć dwa, trzy, czasem nawet cztery. Jak podsumujesz mistrzostwa w swoim wykonaniu?

Przez całe zawody czułem się bardzo dobrze. Już po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że mogę powalczyć o medal. Założenie było takie, by od pierwszego do ostatniego biegu upewnić się, że nie popełnię żadnego błędu. Z dnia na dzień przychodziła jeszcze lepsza forma. Bardzo dobrze się regenerowałem. W niedzielę, na finał, czułem się zdecydowanie najlepiej. Kiedy oglądałem po fakcie ten bieg, wydawało mi się, że trochę na początku zostałem. Prawda jest taka, że Niemiec rozpoczął bardzo mocno. Moje założenie było, bym trzymał się Duńczyka, bo wiedzieliśmy, że jest bardzo mocny. Razem się stopniowo przesuwaliśmy w klasyfikacji w trakcie wyścigu. Na ostatniej pięćsetce jeszcze znalazłem trochę siły, pojechałem wszystko co mogłem. Nawet się nie oglądałem za siebie i nie wiedziałem, który minąłem linię mety. Pracowałem, koncentrowałem się by jak najbardziej rozpędzić łódkę. Czułem, że jestem w stawce, mimo że początkowo znajdowałem się troszkę z tyłu. Widziałem, że Niemiec i Norweg rozpoczęli bardzo mocno, ale po tak mocnym początku najczęściej potem, w końcówce tych sił już brakuje.

Jak się przygotowywałeś strategicznie do tego finału? Miałeś konkretny plan, czy dostosowywałeś do bieżącej sytuacji?

Chyba mogę przyznać, że bieg potoczył się po mojej myśli. Rozmawiałem z trenerem przed startem i zasugerował mi, abym się trzymał blisko Duńczyka i starał się robić swoje, jak w poprzednich biegach, bo oni mogą mocno wyrwać do przodu. Miałem się tym zbytnio nie przejmować. Stopniowo się przesuwaliśmy i mieliśmy jeszcze trochę sił na finisz.

W tym sezonie przygotowania przebiegały, jak podejrzewam, trochę po omacku, bo mistrzostwa były pierwszą konfrontację ze światem, a tak naprawdę z Europą. Jechałeś do Poznania po medal? Czułeś, że jesteś w stanie popłynąć na tak wysokim poziomie?

Na pewno na to liczyłem, bardziej może po cichu. Przyznaję jednak, że cały rok bardzo dobrze przepracowałem. To pierwszy rok, który poświęciłem całkowicie na wioślarstwo. W poprzednich latach studiowałem też w USA i Anglii. Wówczas trenowałem przez większą część roku na ósemce. Dopiero kiedy przyjeżdżałem na trzy miesiące w lecie do domu, wtedy wiosłowałem na jedynce. Miałem duże nadzieje w związku z tym poświęconym czasem. Przez cały sezon, w zasadzie przez całe lato czułem, że jestem w dobrej formie. Potwierdzało się to zarówno na ergometrze, jak i podczas sprawdzianów na wodzie. Odpowiadając – tak, jadąc do Poznania liczyłem na walkę o medal. Lecz rzeczywiście, ponieważ brakowało startów, nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, w którym miejscu się znajdujemy. Regaty wszystko weryfikują. Mieliśmy o tyle dobrą sytuację, że we wrześniu na Malcie zostały zorganizowane mistrzostwa Polski. Była to okazja, by się przetrzeć i przejechać dwa kilometry jako test w tempie regatowym.

Wydaje się, że pogoda sprzyjała, warunki panowały fajne, pojawiał się jednak boczny wiatr. Pytam, bo czwórka bez sternika narzekała, że trochę przekombinowała z długością wioseł. Czy to kosztowało cię jakieś dodatkowe przygotowania, czy byłeś już precyzyjnie poustawiany?

Nie musiałem nic przestawiać. Na tyle pewnie się czułem i miałem tak stabilną jazdę na treningach, że niezależnie od warunków stosowałem jedno ustawienie, na którym się dobrze czułem. Wyjątkiem byłby przeciwny wiatr, może wówczas byśmy coś pozmieniali. Jednak na tym konkretnym ustawieniu pływałem bardzo szybko. Nie chcieliśmy z niczym eksperymentować.

Już jako junior zdobyłeś złoto mistrzostw świata w 2013 roku na jedynce. Większość sukcesów to właśnie wiosłowanie na skiffie. Skąd u ciebie takie zacięcie do ścigania się solo? Oczywiste są plusy – niezależność, odpowiedzialność za prędkość, łatwiej znaleźć przyczynę ewentualnego błędu, ale trudniej go zniwelować, bo partner nie może go skompensować swoją pracą.

Oczywiście, można znaleźć zarówno plusy i minusy pływania samotnego. Jak zaczynałem trenować, faktycznie miałem bardzo dobre wyniki w kategorii juniorów, a potem w młodzieżówce. Z tego powodu wtedy pływałem na jedynce. Później skiff był szansą, aby ukończyć studia. Kiedy na cztery lata jechałem studiować do Stanów, trenowałem i startowałem na ósemce przez dziewięć miesięcy. Do Polski wracałem dopiero w połowie sezonu, w czerwcu. Wszystkie osady już ze sobą pływały, więc jedyną moją szansą, by startować dla Polski, było wiosłowanie na jedynce. W ten sposób właśnie przygotowywałem się do mistrzostw świata, do igrzysk. Wiadomo, że wtedy było trochę niedosytu, bo przeważnie lądowałem w finałach B. Zawsze wtedy pojawiała się ta wątpliwość, co by było gdybym koncentrował się na jedynce i pływał na niej cały rok.

Teraz uzyskaliśmy odpowiedź, bo wcześniej rywalizowałem z ludźmi, którzy cały rok przygotowują się tylko do tego. Konfrontacja z nimi była mocno utrudniona. W ubiegłym roku ukończyłem studia magisterskie w Anglii, wróciłem do kraju. Wszystkie osady były już zbudowane, nie miałem więc innego wyjścia, jak przygotowania na jedynce. Poświęciłem temu cały rok.

Jedynka to dwa krótkie wiosła, na ósemce wiosłuje się jednym – długim. Przesiadając się co chwila nie odczuwałeś dysonansu?

Ciężko było się przestawiać. Zwłaszcza, że nie było dużo czasu i od razu trzeba wchodzić w rytm regatowy. Sezon uniwersytecki jest bardzo wymagający. Tam starty zaczynają się wcześniej, bo już w marcu, a w czerwcu odbywa się główna impreza. Dlatego też formę faktycznie miałem już wypracowaną bardzo mocną. Musiałem tylko dociągnąć dwa miesiące do mistrzostw świata. Wszystko to się odbywało trochę na wariata. Patrząc na to wstecz, kosztowała mnie ta sytuacja mnóstwo nerwów i ta nerwowość na pewno nie pomagała. Nie zawsze było wiadomo na czym stoję, brakowało czasu na przygotowania do startów i spokoju, który pozwalałby na pracę nad bardziej czasochłonnymi aspektami.

Zona Urbana #33 – Knapik-Miazga, Poburka, Węgrzycki-Szymczyk, Zawrotniak

W swoim wioślarskim dossier możesz pochwalić się startem w The Boat Race.

Dokładnie, w ubiegłym roku.

Niewielu Polaków dostąpiło takiego zaszczytu, ja słyszałem o dwóch – mężu Julii Michalskiej, Michale Płotkowiaku i tobie…To regaty na rzece – Tamizie, na dystansie znacznie dłuższym niż olimpijski. Jednak to jedno z najstarszych, o ile nie najstarsze cyklicznie rozgrywanych zawodów w historii. Mógłbyś opowiedzieć o tym wyścigu?

To niesamowity wyścig i od zawsze start w nim był moim marzeniem. Nadarzyła się okazja i nie wahałem się z niej skorzystać. Wspaniałe przeżycie i doświadczenie. Nie żałuję, że w nim wziąłem udział. To coś, czego nie da się porównać z niczym innym, czy to z igrzyskami, czy zawodami przed własną publicznością w Poznaniu. Jedyne regaty w swoim rodzaju, z którymi związanych jest wiele atrakcji. Ta impreza w Wielkiej Brytanii cieszy się ogromną popularnością i samo to powoduje, że to niesamowite przeżycie.

Wygrałeś? Przegrałeś?

Wygraliśmy razem z naszą osadą Cambridge po bardzo ciekawym biegu. Ważne zwycięstwo naszego uniwersytetu.

Przy okazji gratuluję, choć już po czasie. Co teraz? Wiadomo, że czas na roztrenowanie, regeneracja. Czy masz już zarysowane plany na przyszły sezon? W końcu trzeba już zacząć myśleć o Tokio.

Teraz muszę faktycznie odpocząć. Plany nie są ściśle określone. Raz, że przez pandemię wszystko się zmienia, a dwa, że przez cały rok mieliśmy utrudnioną współpracę z Polskim Związkiem Towarzystw Wioślarskich. Obecnie nie wiem na czym stoję i jakie są dalsze możliwości szkoleniowe.

Rozumiem, że zdobywszy srebro mistrzostw Europy będziesz miał solidne argumenty w rozmowach.

Mam taką nadzieję. Oby ta współpraca lepiej wyglądała, bo cały rok był bardzo ciężki, wiadomo pandemia i odwołane zawody. To jedno utrudnienie, a drugie, że naprawdę brakowało przepływu informacji, przez co możliwości planowania. Ten medal jest bardzo ważny, bo bez niego wcale nie wiem, czy mógłbym dalej trenować.

A jak wygląda twój status jeśli chodzi o kwalifikacje olimpijskie?

W ubiegłym roku minimalnie zabrakło mi aby się zakwalifikować. Zająłem pierwsze miejsce wśród osób, które nie zdobyły prawa startu w Tokio.

Z tego co pamiętam, to „minimalnie” to kilka setnych.

Dosłownie 50 metrów przed metą prowadziłem, ale po prostu… nie dałem rady, zabrakło mi sił. Dodam, że miałem wtedy kontuzję kolana, a większość sezonu startowałem na ósemce i wszystko to było na styk, akurat minimalnie zabrakło. Na pewno było to bardzo rozczarowujące. Trochę czasu zajęło mi, aby się z tego odbudować. Patrząc wstecz, dało mi to dużo motywacji, aby pracować jeszcze ciężej, co zaprocentowało w tym roku. Jeśli chodzi o kwalifikację, będę miał jeszcze jedną szansę w maju przyszłego roku, bo regaty w Lucernie zostały przełożone tak jak igrzyska o rok. Zatem to jest mój cel, aby w maju uzyskać przepustkę do Tokio.

Rozmawiał

DARIUSZ URBANOWICZ

Rozmowy można posłuchać w formie podcastu:

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez