Największa w historii. Birgit Fischer i sześć złotych igrzysk

Największa w historii. Birgit Fischer i sześć złotych igrzysk

Jej pierwsze igrzyska od ostatnich dzielą 24 lata. Zaczynała jako reprezentantka NRD, kończyła dobrze ponad dekadę po zjednoczeniu Niemiec. Karierę przerywała dwukrotnie. Wracała i znów była najlepsza. Nikt w historii kajakarstwa nie może się z nią równać. Nawet wielki Steve Redgrave, złoty (choć w wioślarstwie) na pięciu igrzyskach, to przyznawał. – Jej medale sprawiają, że mój dorobek wydaje się całkiem niewielki – mówił Brytyjczyk. Od Fischer w całej historii igrzysk lepszych było ledwie kilka osób. Nikt inny nie zdobywał jednak złota na sześciu olimpiadach. 

*****

Był rok 2011. Zbliżały się igrzyska w Londynie. Birgit Fischer na karku miała 49 lat. I raz jeszcze pomyślała o tym, że może warto by spróbować. Kajakiem pływała w miarę regularnie, choć wyłącznie dla przyjemności – miała swoją szkołę, uczyła innych tej dyscypliny. Do formy dochodziła szybko – jak to ona. Rozpoczęła więc raz jeszcze treningi. Jak sama mówiła, w dużej mierze dlatego, że sprawiały jej przyjemność.

Nigdy nie była przy tym typem osoby, która katowałaby się na nich, raczej starała się planować je rozsądnie. Gdy trzeba było, trenowała sześć razy w tygodniu, ale nie przepływała niezliczonej ilości kilometrów. Zależało jej głównie na doszlifowaniu techniki. „Była troszkę leniwa”, tak to ujmowała.

Umiała jednak słuchać swojego organizmu. A ten początkowo mówił jej, że to może się udać. Wyjazd na igrzyska zdawał się być realny, bo Fischer faktycznie nie odstawała od swoich koleżanek z kadry. A jej doświadczenie w kajakarskiej dwójce czy czwórce mogłoby się bardzo przydać. Gdyby w Wielkiej Brytanii wystartowała, byłoby to wydarzenie bez precedensu – jej siódme igrzyska, na których wcale nie stałaby na straconej pozycji.

Próbowałam to rzucić, ale nie potrafię. Sport jest jak alkohol, uzależnia bardzo mocno. Trudno to leczyć. Trenuję od tygodnia. Dwukrotnie pokonałam w kajaku sześć kilometrów. Miałam sporą przerwę, ale wreszcie czuję, że znów żyję – mówiła. A że pojawiały się głosy wątpiących w jej powrót? Nie przejmowała się nimi. – Gdybym sama usłyszała, że 49-letnia baba chce wystąpić ponownie na igrzyskach, uznałabym, że to wariatka. I chyba trochę taką jestem. Nie wszystkie klepki mam na swoich miejscach – przyznawała.

Miała jednak wielki atut w postaci doświadczenia i czucia wody. Już w Sydney czy Atenach występowała w roli zawodniczki wyznaczającej rytm wiosłowania. To ona siedziała na przedzie kajaka, prowadziła osadę. Decydowała przy tym o tym, jak zostaną rozłożone siły jej i koleżanek. Wszystko to miało sprawić, że na finiszu to Niemki wygrają. Zwykle się udawało. W domu też dostawała dodatkowego kopa – z całych sił wspierała ją dwójka jej dorosłych już dzieci. I córka, i syn motywowali Birgit do powrotu. Wiedzieli, że ich matka to mistrzyni i wierzyli, że może zostać nią jeszcze raz.

W Londynie – jak się okazało – nie była w stanie tego zrobić. Nie dlatego, że źle prowadziła osadę. Po prostu tam nie pojechała. Zachorowała, lekarz stwierdził, że nie może wystartować w kwalifikacjach olimpijskich. Wcześniej zdążyła kilka razy pojawić się na zawodach, ale nie rywalizowała, a pływała gościnnie, treningowo. Szło dobrze. Choroba trafiła się w najgorszym możliwym momencie. Poszło o serce, miała palpitacje, arytmię. Doktor zabronił jej startów.

Z jednej strony czuję ulgę, że to zdiagnozowano, z drugiej jestem smutna. Specjalista powiedział, że nie pozwoli mi startować, a mogę jedynie trenować na najniższym możliwym tętnie. Przyczyna? Prawdopodobnie przeciągły kaszel, którego nie traktowałam poważnie, a nabawiłam się w styczniu w Australii na obozie treningowym. W euforii treningu i postępów moich wyników zignorowałam go. Nie myślałam o tym, że mogłabym zredukować obciążenia treningowe, choć kaszel nie pozwalał mi momentami spać w nocy – mówiła.

Do lekarza poszła dopiero po powrocie do ojczyzny. Ten wyleczył ją z kaszlu, ale niedługo po tym pojawił się problem z sercem. I marzenia o igrzyskach prysły, choć przyznawała, że czuje się lepiej niż w 2003 roku, przed swoim ostatnim olimpijskim startem. W 2012 musiała zrezygnować z wyjazdu po raz drugi z rzędu, bo wrócić próbowała też przed Pekinem, w 2008 roku. Wtedy jednak nie czuła wsparcia ze strony rodzimej federacji i ostatecznie skupiła się na rozwijaniu własnej firmy.

Głowa zatriumfowała nad pasją – powiedziała wówczas. A jednak pasja wróciła jeszcze raz, cztery lata później. I choć się nie udało, Birgit Fischer pokazała, że nigdy nie powinno się jej skreślać. Jak zresztą robiła to przez całą karierę.

*****

Ma ponad trzydzieści medali na mistrzostwach świata. 27 z nich było złotych – zdobywała je od 1979 do 1999. Sama jednak nie prowadziła ich statystyk. – Liczba medali nie jest dla mnie ważna. Większość z nich zdobyłam w drużynowych konkurencjach. Więc są nie tylko moje, ale zapracowała na nie również reszta osady – mówiła. Do tych wszystkich krążków z mistrzostw dorzuciła też 12 innych, jeszcze cenniejszych – z igrzysk. Osiem z nich było złotych, cztery srebrne.

Wśród kajakarzy nie ma konkurencji – jest najlepsza. W klasyfikacji medalowej letnich igrzysk plasuje się ogółem na szóstym miejscu. Wyprzedzają ją tylko Michael Phelps (23-3-2), Larysa Łatynina (jedyna lepsza kobieta, 9-5-4), Paavo Nurmi (9-3-0), Mark Spitz (9-1-1) i Carl Lewis (9-1-0). Żadna z tych osób nie miała jednak tak długiej olimpijskiej kariery. Ta Niemki jest na tyle rozciągnięta w czasie, że Birgit do dziś dzierży dwa inne rekordy – jest równocześnie najmłodszą (18 lat na IO w Moskwie w 1980 roku) i najstarszą (42 lata w Atenach w 2004 roku) mistrzynią olimpijską w kajakarstwie.

Wszystko zaczęło się w Rosji. Rywalizowała tam jeszcze jako nastolatka, ledwie pełnoletnia, ale już z dwoma tytułami mistrzyni świata w CV. A mimo tego nie była pewna, czy popłynie po medale. Samych wyścigów czy ceremonii medalowych po latach nie pamięta. Ma w głowie jednak sytuację sprzed nich – gdy trener miał poważne wątpliwości. W ostatnich kilku testowych wyścigach przed finałami Fischer znacząco przegrywała z Roswithą Eberl, rezerwową kajakarką reprezentacji NRD. Wielu zdecydowałoby się ją zastąpić. Ona jednak przekonała trenera swoją pewnością siebie. Powiedziała wprost: zostanę mistrzynią olimpijską.

I została.

W Moskwie triumfowała po raz pierwszy. Potem przez trzy lata zgarniała po trzy złote medale na MŚ – najwięcej, ile tylko mogła. Ale na igrzyskach w Los Angeles wystartować jej nie pozwolono. Bojkot państw bloku socjalistycznego objął i ją, akurat wtedy, gdy znajdowała się w najlepszej formie w karierze. Często pytano ją o tamte igrzyska. Nigdy nie dała się ponieść emocjom.

– To było tak dawno temu, że nie ma sensu do tego wracać. Dziennikarze mi o tym przypominają, ale ja tego już nie analizuję. To była polityka, a ja, wówczas młoda kajakarka, nie miałam w tej sprawie nic do powiedzenia. Poza tym ja mam za sobą sześć olimpijskich startów. A byli tacy sportowcy, którzy z powodu ówczesnej sytuacji politycznej stracili jedyną szansę udziału w igrzyskach. Dla nich musiał to być wielki dramat – mówiła niemal dekadę temu „Przeglądowi Sportowemu”.

Ona miała już w głowie kolejny olimpijski start – w Seulu. Tam po raz pierwszy została multimedalistką. Co prawda w indywidualnej rywalizacji przegrała złoto o 0.12 sekundy, ale triumfowała i w dwójce, i w czwórce. Jej bilans wynosił wówczas cztery medale igrzysk – trzy złota i srebro. Postanowiła wtedy, że… to dobry moment, by odłożyć wiosła. W międzyczasie zaszła w drugą ciążę (syna urodziła w 1986 roku), na świat przyszła jej córka, Ulla. To był dobry pretekst, by wysiąść z kajaka. Tak więc to wszystkim tłumaczyła, choć rzeczywistość była inna.

Nie czułam już tego wszystkiego w odpowiedni sposób – mówiła. Po prostu kajakarstwo nie sprawiało jej już frajdy. A zawsze na tym się opierała. – Kajakarstwo do tego momentu niezmiennie dawało mi radość. Wiosłowanie jest bardzo fajne. Starty – o ile ma się dobrego partnera, któremu można zaufać – są najlepszą możliwą formą spędzania czasu. Trening jest przyjemnością, wygrywanie jeszcze większą. Ściganie się to dla mnie wolność. Nie ma lepszej rzeczy, którą można robić na zewnątrz – powtarzała.

Po Seulu takiego uczucia jej zabrakło. Przez dłuższy czas nie pływała, nie wiosłowała. Ale w końcu chęć rywalizacji wróciła. Mówiła, że skoro startowała w barwach komunistycznego NRD, to chciała też spróbować zdobyć jakieś medale dla zjednoczonych Niemiec. Zaczęła trenować sama. Nie potrzebowała trenera, nie korzystała z pomocy grupy, czasem radziła się jedynie Josefa Capouseka, szkoleniowca kadry, który włączył ją do niej na igrzyska w Barcelonie.

Tej decyzji na pewno zresztą nie żałował.

Birgit wróciła z nich z dwoma medalami – indywidualnym złotem i srebrem w czwórce. Po wyjeździe z Katalonii nie zamierzała zwalniać tempa. Już myślała o kolejnych igrzyskach. Te w Atlancie okazały się wyjątkowo trudne. Nie tylko musiała godzić treningi z wychowaniem dzieci (do czego była już przyzwyczajona, jednak teraz robiła to jako samotna matka, po rozwodzie z 1993 roku) i studiami, których się podjęła, ale też niedługo przed wyjazdem do USA zmarł jej ojciec. A jednak znów zgarnęła złoto i srebro.

Bo tak to już u niej wyglądało – co by się nie działo, z igrzysk zawsze wracała z medalem. W Atlancie miała już na karku 34 lata. Nadal nie planowała jednak drugiego końca kariery.

*****

Urodziła się 15 lutego 1962 roku w Brandenburgu nad Hawelą. Od kiedy tylko skończyła sześć lat, była nierozerwalnie związana z kajakarstwem. Zresztą podobnie jak jej starszy brat, Frank, bo to do niego dołączyła w lokalnym klubie. I teraz wyobraźcie sobie, że Frank lata później został czterokrotnym mistrzem świata w kajakarstwie, a łącznie z MŚ przywiózł dziewięć medali. Mimo tego siostra przyćmiła jego osiągnięcia kilkukrotnie.

Niezła rodzinka, co?

Rodzice lubili kajakarstwo. Głównie ojciec, to on był pierwszym trenerem Birgit, choć na co dzień pracował jako elektryk. Matka była inżynierką farmaceutyczną, Fischer zawsze twierdziła, że jej zawdzięcza to, jak rzadko chorowała. Gdy była dzieckiem, właściwie jej się to nie zdarzało. Z obojgiem rodziców ruszała na kajakowe wycieczki tak naprawdę jeszcze zanim nauczyła się chodzić. W kajaku wręcz dorastała. Nie było wyjścia – musiała nauczyć się wiosłować. A gdy już się nauczyła, jej talent objawił się szybko.

Zaczęłam przygodę ze sportem jako małe dziecko i otrzymałam solidną edukację w tych pierwszych latach. Sporo trenowałam, ale nie tylko w kajaku. Próbowałam różnych sportów. Wsparcie zawsze było ważnym czynnikiem. Dzięki dobrym trenerom i odpowiedniemu środowisku nauczyłam się sporo o sobie w ciągu tych pierwszych kilku lat. Zrozumiała, jak moje ciało reaguje na różne bodźce. Czerpałam z tych treningów radość. Do dziś się to nie zmieniło – wspominała.

Mówiła, że nigdy nie mogłaby żyć w górach. Woda – jeziora, rzeki, stawy – to jej środowisko naturalne. Kajak jest dla niej niemalże jak ulubiony fotel z miękkimi poduszkami ustawiony przy kominku we własnym domu. Czuje się tam najlepiej. Często podkreślała, że determinacją i chęcią wygrywania zarazili ją jednak inni, na przykład Harald Brosig, jeden z jej pierwszych trenerów. Bez niego, jak powtarzała, nie byłaby mistrzynią olimpijską. Podobnie jak bez rodziny.

Myślę, że geny są tu bardzo ważne. Moja siostrzenica też jest mistrzynią olimpijską, a brat mistrzem świata – wszyscy w kajakarstwie. Moi dziadkowie i rodzice wiosłowali. To na pewno rodzinny sport. Rodzina jest istotna, nigdy nie powinno się o tym zapominać. Wsparcie to podstawa, zwłaszcza za młodu. Zawożenie dziecka na treningi, oglądanie wyścigów z boku i cała reszta, która z tym idzie – to nie zawsze łatwe, ale gdy się to robi, może ono wiele osiągnąć – mówiła.

Nie dziwi więc, że już jako siedemnastolatka okazała się najlepsza na świecie, a w wieku 18 lat zdobywała złoto olimpijskie. Wszystko, co mogło się złożyć na te sukcesy, złożyło się idealnie. Rodzina, możliwości, warunki treningowe, miłość Birgit Fischer do tego sportu. Nawet dziś Niemka powtarza, że bez kajaka nie wyobraża sobie życia.

Zresztą tak naprawdę bez niego nie byłaby Birgit Fischer. Ona i kajak nierozerwalnie idą ze sobą w parze. To już nigdy się nie zmieni.

*****

To jednak nie tak, że poza kajakiem jej życie nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Jak to kiedyś ujęła: – Nie potrzebuję odpoczynku. Podróżowanie, odkrywanie nowych rzeczy – to mój świat. Od wczesnego poranka do późnego wieczora mogę być aktywna. – Jej życie zdaje się to potwierdzać. Mało jest rzeczy, których by nie spróbowała. Jak już wspomnieliśmy, kajakarstwo łączyła w pewnym momencie z wychowaniem dwójki dzieci i studiami.

Na uczelni ostatecznie ukończyła dwa kierunki. Kilku innych spróbowała (choćby prawa), ale z różnych powodów nie doprowadziła do końca. Z wykształcenia została trenerką, nauczycielką sportu. Żeby poszerzyć swe kwalifikacje sięgała po różne staże, praktyki czy też dodatkowe kursy. Pracowała też w zupełnie innych rolach – owszem, była trenerką, szkoliła młodzież a nawet pomagała w pracy narodowej kadry, ale poza tym próbowała sił jako menadżerka w rodzimej federacji czy doradczyni ds. reklamy. Wyuczyła się też w kierunku „menadżerki sportu i turystyki”, aż wreszcie założyła własną firmę.

W 1999 roku spróbowała swoich sił nawet w polityce – wystartowała wyborach do Europarlamentu. Poszło jej nieźle, dostała sporo głosów, ale jej partii (FDU) ogółem się nie powiodło i Birgit nie pojechała do Brukseli. Swoją drogą do tego wszystkiego wypadałoby wspomnieć, że jeszcze w czasach NRD była też członkinią armii, dochodząc do stopni oficerskich.

Jej największą pasją poza kajakiem jest chyba jednak fotografia. Regularnie prezentuje swoje zdjęcia, choć robi je nie dla zysku, a z czystej przyjemności. Fotografuje głównie przyrodę, więc przy okazji angażuje się też w wiele projektów jej dotyczących – czy to promocji rodzinnego regionu, czy też związanych z ratowaniem zagrożonego ekosystemu i innych. Generalnie – odpoczynku faktycznie niemal nie zaznaje. Ale to jej pasuje.

Dziś skupia się głównie na swojej szkole kajakowej. – Przychodzą do mnie osoby mające od sześciu do osiemdziesięciu czterech lat. Dużo się od nich uczę. Dziś nie mam już jednego wielkiego celu, ale za to tysiąc małych. Szkoła jest otwarta przez cały rok, ale zimą głównie podróżujemy, wtedy robię zdjęcia, gdzie tylko jestem w stanie. Głównie na wodzie. Żyję tym – mówiła.

Choć akurat jej szkolną działalność na początku zahamowali… złodzieje. Kilka lat temu włamali się na jej podwórko i ukradli kilka rzeczy. W tym tę prawdopodobnie najcenniejszą – kajak, w którym zdobywała swoje ostatnie olimpijskie medale. Ale też choćby dwa gazowe grille, kosiarkę, worek bokserski czy silnik do łodzi, którą pływała za uczestnikami swoich kursów, dbając o ich bezpieczeństwo. Niecodzienny zestaw, co?

Strata kajaka, bolała, oczywiście, najmocniej. Tym bardziej, że był on niemal niesprzedawalny – został zaprojektowany specjalnie dla Fischer, sama mówiła, że poznałaby go wszędzie. A jednak ktoś się na niego połasił. Na szczęście jej medale spoczywały tam, gdzie trzyma je zawsze, o ile akurat nie ma ich komuś zaprezentować – w sejfie.

Bo choć ma ich sporo, każdy ceni sobie równie mocno.

*****

Te ostatnie miała zdobyć w Sydney. I zdobyła. Rywalizowała, jak niemal zawsze, z Węgierkami. I w dwójce, i w czwórce. Indywidualnie już nie startowała, bo dobrze wiedziała, że nie miałaby szans na medal. Mogła być wielką kajakarką, ale przy tym była rozsądna i znała swoje możliwości. Postawiła więc na rywalizację zespołową i opłaciło jej się to. Z Australii wróciła z dwoma medalami. W obu przypadkach złotymi.

A potem po raz drugi zakończyła karierę. Nikogo to zresztą nie zdziwiło. W wieku 38 lat miała do tego przecież pełne prawo. Przez trzy lata niemal w ogóle nie wsiadała do kajaka. Aż przyjechała do niej ekipa telewizyjna, która chciała nakręcić materiał o jej życiu i karierze. Poprosili, żeby nieco powiosłowała na wodzie. Ledwo się na niej znalazła, poczuła dreszczyk emocji.

Chciałam się przekonać, czy mogę być bardzo szybka w wieku 42 lat. Chciałam rzucić sobie wyzwanie, sprawdzić, czy mój plan treningowy może prowadzić do sukcesu. Zawsze kochałam poczucie wolności na wodzie, naturę zaraz pod tobą, kombinację wody, siły, dynamiki i technologii – mówiła. Początkowo nie była pewna, czy to będzie powrót na olimpijski poziom. Szybko jednak dostrzegła, że jej forma jest dobra, a lata spędzone poza kajakiem – niemal niezauważalne.

Birgit Fischer wróciła. Po raz drugi, mając na karku ponad 40 lat. Miała nieco ponad 300 dni na przygotowanie się do igrzysk w Atenach. Innymi słowy: dziesięć miesięcy. Po trzech latach bez startów. Choć brzmi to niesamowicie – dała radę. Została włączona do składu kadry i w czwórce, i w dwójce. Miała znów, jeszcze raz, płynąć po medale. Miała znów walczyć o najwyższe cele. Trener mówił, że przede wszystkim wnosi do drużyny mnóstwo doświadczenia. Koleżanki z miejsca to potwierdziły. Uspokajała je obecność Birgit. Wszystkie wiedziały, ile Fischer już wygrała. Wierzyły, że uda jej się znowu – z nimi.

A wiara ponoć czyni cuda.

Choć trudno zakładać, by to był cud. To była po prostu Birgit Fischer. Najlepsza w historii. To ona dyktowała tempo, ona dyrygowała całą czteroosobową osadą. Niemki w wyścigu czwórek wystartowały wówczas słabo, rywalki z Węgier szybko im uciekły i wypracowały sobie przewagę. Fischer w pewnym momencie zaczęła dostrzegać kątem oka, że mają jakieś pięć, może nieco więcej, metrów straty. A to sporo w wyścigu na 500 metrów. Momentami nachodziły ją wątpliwości. Przypominała sobie wtedy start z Sydney – wówczas też były daleko, ale odrobiły straty na ostatnich metrach. Wierzyła, że i teraz będzie podobnie.

Czekałam na sygnał od Katrin. Miała krzyknąć „HOPP!”, gdy będziemy 150 metrów od mety. Może go przegapiłam? Mógł zgubić się wśród krzyków publiczności, utonąć w nich. Wtedy jednak zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie jesteśmy tak blisko mety. Musiałyśmy jednak coś zrobić, albo przegrałybyśmy wyścig. 180 metrów przed metą pomyślałam sobie: „Teraz albo nigdy”. Krzyknęłam do koleżanek i włożyłam w kolejne ruchy całą swoją siłę. Nagle poczułam niesamowite pchnięcie z tyłu łodzi. Podniosłam tempo kolejnych pociągnięć. Wtedy usłyszałam „Hopp” od Katriny. Musiałyśmy dać z siebie wszystko – wspominała Birgit w swojej książce.

Dały. Każdą, choćby najmniejszą szczyptę energii. Na mecie Fischer była jedyną Niemką, która była w stanie podnieść wiosło do góry w geście radości. Na ostatnich metrach, znów na ostatnich metrach, wraz z koleżankami wyprzedziły bowiem Węgierki. Zbliżały się do nich metr po metrze, powoli, odrabiając straty. I wreszcie wiedziały – wygrają. Kilka metrów przed metą wszystko było już jasne. Niemki były rozpędzone, musiały jako pierwsze dopłynąć do końca. Fischer miała swoje złoto. Ósme w karierze, zdobyte na szóstych igrzyskach. Nigdy nie wracała z olimpiady bez krążka tego koloru.

Dzień później dorzuciła jeszcze srebro w dwójce. To był jej ostatni olimpijski medal. Chciała więcej, jak już wiecie, ale do Pekinu i Londynu nie pojechała. Pewnie miałaby też więcej, gdyby wystartowała w Los Angeles. Ale czy wtedy wracałaby dwukrotnie z emerytury? Czy stać byłoby ją na to, by kontynuować karierę aż do Aten i zostać legendą sportu? Niekoniecznie.

Choć biorąc pod uwagę to, co zawsze powtarza – że kajakarstwo kocha – można założyć, że i tak zdobywałaby kolejne krążki. W końcu to jak alkohol – uzależnia. Nie tylko sport, ale też – a może przede wszystkim – wygrywanie.

*****

Który medal ceni najbardziej? Nie potrafi odpowiedzieć. Zawsze powtarza, że wszystkie są dla niej ważne. Te pierwsze dawały najwięcej radości, bo były choćby minimalnie niespodziewane. Później zawsze wymagała od siebie złota. To zdobyła dwukrotnie w Seulu, wypełniając swój olimpijski plan. Ale wygrana w Barcelonie też była wspaniała, bo po powrocie z pierwszej emerytury i na najfajniejszych jej zdaniem igrzyskach. W Atlancie przezwyciężyła emocje na pierwszej wielkiej imprezie po stracie ojca. W Sydney teoretycznie kończyła karierę, też było wyjątkowo. A w Atenach wróciła po dłuższym rozbracie z kajakiem i dokonała czegoś niemożliwego. Za każdym jej medalem stoją więc argumenty, które trudno podważyć. Dlatego nie jest w stanie wybrać jednego, a w różnych wywiadach na piedestał wystawia różne krążki.

Może i słusznie. Jeśli przez 24 lata zdobyło się dwanaście medali, to trudno wybrać jeden, szczególny. Każdy zgarniała przecież w innych okolicznościach, momentami wręcz w innym sporcie. Kajakarstwo na przestrzeni lat zmieniło się niesamowicie. A Birgit Fischer zawsze była zdolna się do tego dopasować.

I może to jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Annn
Annn
1 rok temu

Świetnie, że wspominacie wybitne postacie z dyscyplin sportowych, które nie należą do najpopularniejszych!

Aktualności

Kalendarz imprez