Najszybsza para na świecie. Odmienne losy De Grasse’a i Ali

Najszybsza para na świecie. Odmienne losy De Grasse’a i Ali

Poznali się na uczelni, gdzie on studiował, a ona – absolwentka – odbywała treningi. Niecały rok później, podczas igrzysk w Rio de Janeiro, 21-letni Andre De Grasse zachwycił cały lekkoatletyczny świat, a 27-letnia Nia Ali wreszcie przebiła się na globalnej scenie. Od tego czasu ich losy potoczyły się jednak zupełnie inaczej. Sprinter wciąż jest mocny, ale nie osiąga sukcesów, jakie mu wróżono, a płotkarka – już matka dwójki dzieci – niespodziewanie znalazła się na szczycie.

Następca geniusza

Swego czasu wyglądali jak starszy i młodszy brat. Przepaść w posturach – bo jeden był wysoki i muskularny, a drugi filigranowy – tylko dopełniała to wrażenie. Ich rywalizacja i znajomość miały swój początek podczas mistrzostw świata w 2015 roku. Ledwie dwudziestoletni De Grasse zajął trzecie miejsce w rywalizacji na 100 metrów. Usain Bolt oczywiście zgarnął złoty medal.

Po wyścigu Kanadyjczyk podszedł do dziennikarki z telewizji SVT, aby udzielić wywiadu. Mówił, że cieszy się z samego biegania, że brakuje mu słów, jest po prostu szczęśliwy. W pewnym momencie ich konwersacji przeszkodził obwinięty w jamajską flagę biegacz. Potwierdził, że, owszem, na początku sezonu nie wiedział, kim jest Andre De Grasse. Ale teraz już go zna. Wymienili uściski, a młody doczekał się serdecznych gratulacji.

Rok później spotkali się podczas igrzysk. Bolt po raz kolejny skompletował hat-tricka (złote medale w biegach na 100 i 200 metrów oraz sztafecie 4×100), ale zaledwie 21-letni De Grasse również – po prostu z gorszych kruszców. Na 100 metrów był trzeci (przegrał też Justinem Gatlinem), na 200 metrów drugi, a na koniec przyczynił się do niemałej niespodzianki, prowadząc sztafetę Kanady do brązowego medalu.

Do historii przeszły jednak nie tylko najważniejsze wyścigi, ale sytuacja z półfinału na dwusetkę. Przypomnijmy: Usain Bolt przebiega linię mety jako pierwszy, ale Kanadyjczyk nie daje za wygraną do ostatniej chwili. Dwójka biegaczy patrzy się w swoim kierunku, po czym następuje wymiana uśmiechów. Ten moment opisywano, jako przyjacielskie starcie starego króla sprintu z nowym. I poniekąd tak było, ale nie opowiada to całej historii. Bolt miał bowiem za złe młodziakowi, że ten nie poszedł w jego ślady i nie zwolnił na finiszu.

Niedługo potem Bolt obwieścił De Grasse’a swoim następcą. Przyznał to sam zainteresowany: – Powiedział, że czuje, że jestem “następny w kolejce”. Światowe media to oczywiście podchwyciły. Niewielki Kanadyjczyk, który kiedyś marzył o koszykarskiej karierze, miał przejąć koronę po najwspanialszym sprinterze wszech czasów.

Wszystko zmierzało w zapowiadanym kierunku. W 2017 roku wielokrotny mistrz olimpijski znajdował się w najgorszej formie od lat. Tymczasem kanadyjski biegacz wręcz przeciwnie – zdawało się, że jest coraz mocniejszy. Na mityngu w Sztokholmie przebiegł 100 metrów w czasie… 9,69. Wyścig odbył się co prawda przy nieregulaminowym wietrze, ale taki wynik i tak musiał robić wrażenie.

W tamtym okresie relacje między dwójką sprinterów uległy znacznemu ochłodzeniu. Trener De Grasse’a zasugerował bowiem, że Bolt nie chciał, aby jego zawodnik brał udział w biegu na setkę podczas Diamentowej Ligi w Monako. I upewnił się u organizatorów, aby tak się stało. Sam Kanadyjczyk szybko temu zaprzeczył, mówiąc, że po prostu nie planował tam startować, ale było już za późno. Duma Usaina została zraniona.

Ostatni gość, o którym powiedziałem, że będzie wielki, zlekceważył mnie – mówił Jamajczyk dla NBC. – Nauczyłem się nie wymieniać nazwisk, ponieważ przez lata zauważyłem, że wielu młodych, nieważne, jak będziesz ich chwalił, nie okazuje szacunku sportowcom, którzy przetarli przed nimi szlaki. Z tego powodu przestałem mówić, kto będzie następnym Usainem albo kto będzie błyszczał.

Słowa Bolta jednak niewiele zmieniły, a może nawet podgrzały rywalizację. Starcie Jamajczyka z De Grasse’em było reklamowane jako główne wydarzenie lekkoatletycznych mistrzostw świata 2017 w Londynie. Ostatecznie jednak do niego nie doszło. Kanadyjczyk w ostatniej chwili wycofał się ze startu z powodu kontuzji uda.

Bolt i tak co prawda przegrał, ale nie z nim, a Justinem Gatlinem oraz Christianem Colemanem. A następnie, z nietypowym dla niego brązowym medalem w garści, odszedł na wielce zasłużoną emeryturę.

Zakończyła się kariera Jamajczyka, ale jego następca nie ruszył błyskawicznie na “podbijanie świata”. Kontuzje okazały się większym, ciągnącym się problemem. Kanadyjczyk najpierw stracił kilka miesięcy, a następnie niemal cały sezon 2018. Do świetnej formy wrócił dopiero w 2019 roku. Na mistrzostwach świata w Dausze znowu sięgał po medale. Brązowy na setkę, srebrny na dwieście metrów.

Trudno narzekać na takie wyniki, ale perspektywa się jednak zmieniła. To Amerykanie Christian Coleman oraz Noah Lyles są tymi młodymi sprinterami, przed którymi nie ma granic, a De Grasse niespodziewanie przyjmuje rolę doświadczonego zawodnika, któremu daleko do rekordów i złotych krążków, jakie wróżono mu w okolicach 2016 roku. Od imprezy w Rio zmieniło się naprawdę sporo. Nie tylko, jeśli chodzi o kwestie sportowe, ale choćby to, że sprinter został… ojcem.

Lekcja charakteru

Od czasów nastoletnich uchodziła za niemały talent, jedną z najzdolniejszych płotkarek w kraju. Po skończeniu szkoły średniej postawiła na studia na University of Southern California, uczelni mającej mocny lekkoatletyczny program. Jej kariera rozwijała się w naturalnym tempie – choć miewała pewne doświadczenia z kontuzjami. W pewnym momencie stały się one jednak absolutnie nieistotnym problemem.

Wszystko za sprawą ojca. Od ukończenia jedenastego roku życia widywała go coraz rzadziej, aż przestała w ogóle. Trudno było utrzymywać i pielęgnować tę relację, skoro już dawno rozstał się z jej mamą. Potem znalazł nową sympatię, rozpoczął nowe życie, ale w okolicach 2009 roku – z niewyjaśnionego powodu – zaczął starać się o kontakt z córką. Było to nieco utrudnione. On wciąż mieszkał w Filadelfii, a ona studiowała w Kalifornii.

Ostatecznie nie odbyli żadnej rozmowy. Nia wielokrotnie zastanawiała się później, czy mogłaby coś zmienić.

Aleem Ali podjechał pod mieszkanie swojej dziewczyny. Wszedł niezapowiedziany i po chwili otworzył ogień. Zastrzelił ją na oczach 12-letniej córki. Następnie popełnił samobójstwo.

– Chciał ze mną porozmawiać. Dlatego uderzyło mnie to naprawdę mocno. Wszystko wydawało się tragiczne, wszędzie widziałam szarość – wspominała biegaczka.

Nie była w stanie się odnaleźć. Zaczęła zawalać szkołę, jej oceny uległy drastycznemu pogorszeniu. Bieganie też zeszło na drugi plan. Postanowiła, że potrzebuje przerwy. W sezonie 2010 nie startowała w ogóle. Po roku udało się jej wygrać z traumą. Wróciła mocniejsza. – Byłam w stanie się pozbierać i uświadomić sobie, że największa przeszkoda siedzi w mojej głowie. To wszystko mnie wzmocniło. Kiedyś bywało, że poddawałam się przed biegiem, przed wieloma rzeczami, sama dawałam za wygraną. Ale nauczyłam się, że muszę zrozumieć siebie, aby odnosić sukcesy.

Zanim jednak poczuła się komfortowo na seniorskiej scenie, musiało minąć trochę czasu. Podczas mistrzostw świata w 2013 roku jej przygoda zakończyła się już na półfinale. Rok później została halową mistrzynią świata, ale na nieolimpijskim dystansie 60 metrów przez płotki. Nie minęło wiele czasu, aż sport ponownie stracił na ważności. Biegaczka doczekała się bowiem dziecka ze swoim ówczesnym partnerem Michaelem Tinsleyem (srebrnym medalistą na 400 metrów ppł z IO w Londynie) i w sezonie 2015 nie startowała ani razu.

Wydawało się, że trudno będzie jej wrócić do wysokiej formy. Ona jednak niespodziewanie zaczęła biegać szybciej niż kiedykolwiek. W roku olimpijskim bez większych problemów wykręcała czasy, o których kiedyś mogła tylko pomyśleć. Do imprezy w Rio de Janeiro podchodziła z nową życiówką – 12,55. Była uważaną za jedną z faworytek do medalu w biegu na 100 metrów przez płotki i nie zawiodła – lepsza okazała się tylko jej rodaczka Brianna Rollins. Sukces świętowała wraz z piętnastomiesięcznym synem, którego zabrała na triumfalną przebieżkę po stadionie.

Najszybsza para globu

Choć znali się od jakiegoś czasu, zaiskrzyło między nimi dopiero w okolicach 2017 roku. Połączyła ich oczywiście pasja do biegania – razem trenują i nawzajem siebie napędzają. Choć Nia wspominała, że nie ma nerwów, aby oglądać wyścigi swojego chłopaka. W czerwcu 2018 roku na świat przyszła ich córka, którą nazwali Yuri Zen. – To będzie wspaniały moment w moim życiu. Muszę nauczyć się większej odpowiedzialności, ale nie mogę się doczekać bycia rodzicem – chwalił się Andre De Grasse w rozmowie z CityNews Toronto.

W kolejnych miesiącach obecność dziecka pozwoliła mu uciec myślami od zastopowanej przez kontuzje kariery. – Jest najlepszym, co mi się zdarzyło w życiu. Pozwala mi spojrzeć na życie z innej perspektywy. Posiadanie rodziny sprawia, że bardziej się starasz. A bieganie… ona, przynajmniej obecnie, o tym nie myśli. Wszystko, co chce robić to płakać, spać i się bawić. Opiekowanie się nią jest dla mnie wielką frajdą – mówił ulubieniec kanadyjskich mediów, który już w kolejnym roku znowu mógł cieszyć się bieganiem.

Tuż po zdobyciu jednego z medali na imprezie w Dausze reporterzy uchwycili go owiniętego w kanadyjską flagą i trzymającego córkę w ramionach. W ten sam sposób, z tym że ubrana w amerykańskie kolory, sukces świętowała jego partnerka. Nia Ali po kilkunastu latach kariery wreszcie zawędrowała na szczyt i zdobyła złoto mistrzostw świata. Dokonała tego jaka matka dwójki dzieci, będąc kolejną lekkoatletką po m.in. Allyson Felix i Shelley Ann Fraser-Pryce, która pokazała, że macierzyństwo nie stoi na drodze w osiąganiu wielkich sukcesów.

W tym roku De Grasse oraz Ali startowali bardzo okazyjnie. Oczywiście nic w tym dziwnego – wielu amerykańskich oraz kanadyjskich lekkoatletów – ze względu na pandemię – zdecydowało się odpuścić starty w Europie, a co za tym idzie sporo mityngów Diamentowej Ligi oraz Continental Tour (wyjątkami byli za to między innymi Ryan Crouser czy Sam Kendricks).

De Grasse wziął udział w łącznie trzech mityngach w lipcu oraz sierpniu. Biegał na 100 oraz 200 metrów. Szczególnie na krótszym dystansie prezentował się solidne – dwukrotnie udało mu się zejść poniżej 10 sekund (9,97). Ali natomiast podczas letniego sezonu ani razu nie pojawiła się na bieżni. Ostatnie starty zaliczyła jeszcze na hali, ale też tylko w konkurencji 60 metrów przez płotki.

Z tego powodu trudno powiedzieć, czego możemy spodziewać się po niej w następnym, olimpijskim roku. W czasie imprezy w Tokio będzie miała na dodatek niespełna 33 lata. Czy zdoła ponownie zbudować wielką formę? Wielce prawdopodobne, bo życie – zarówno prywatne, jak i sportowe – nauczyło ją, jak pokonywać gorsze przeszkody, niż wiek oraz przerwę od startów. Tymczasem De Grasse będzie próbował pokazać, że Usain Bolt nie mylił się w swoich przepowiedniach. I to on jest jego prawdziwym następcą.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez