Najpierw walka z rakiem, potem pandemia. Nathan Adrian liczy na 2021 rok

Najpierw walka z rakiem, potem pandemia. Nathan Adrian liczy na 2021 rok

Po igrzyskach w Rio de Janeiro mógł poczuć się spełniony. Zdobył swój piąty, szósty, siódmy i ósmy olimpijski medal. Postanowił jednak kontynuować karierę, ale życie zaczęło rzucać mu kłody pod nogi. Niecałe dwa lata temu stoczył zwycięską walkę z rakiem, a miniony sezon stracił w całości na rzecz pandemii. Nathan Adrian zapewne z upragnieniem czeka na kolejny rok. I ma nadzieję, że ten przyniesie mu więcej szczęścia niż poprzednie.

To już teraz gigant pływania. Choć w historii znajdziemy paru bardziej utytułowanych amerykańskich pływaków, tak w ciągu ostatnich dwóch dekad zdecydowanie większe sukcesy od Nathana Adriana, osiągał tylko słynny duet: Ryan Lochte oraz, oczywiście, Michael Phelps.

Mówimy głównie o igrzyskach, bo właśnie olimpijskie wyścigi stały się jego specjalnością. Na mistrzostwach świata nigdy nie sięgnął po złoty medal w indywidualnej konkurencji. Ba, z dwudziestu krążków wszystkich kolorów, które wpadły na jego konto, tylko trzech nie zdobył w sztafetach.

Dopiero na największej ze sportowych aren pokazywał pełnię swoich możliwości. Zaczęło się od zawodów w Pekinie w 2008 roku, kiedy wystąpił w eliminacjach, dając oddech Michaelowi Phelpsowi, aby potem ten mógł wrócić do rywalizacji i wraz z trójką kolegów pobić rekord świata.

Kolejne dwie edycje igrzysk? Przyniosły jeszcze większe sukcesy. Ale to nie zaspokoiło ambicji Adriana. Wciąż chce pływać, a w Tokio zamierza dołożyć do swojego – już niezwykle bogatego – dorobku następne medale.

Jeszcze w 2019 roku wydawało się jednak, że jego profesjonalna kariera dobiegła końca.

Diagnoza

Czuł, jakby w jego ciele znalazło się coś obcego. Dziwił go ból, którego doświadczał, kiedy w szybkim tempie przemieszczał się po mieszkaniu. Zapominał o czymś, zawracał, robiąc gwałtowny skręt i nagle odczuwał nieprzyjemne ukłucie. A przecież nie był taki stary.

Nathan Adrian – czysto profilaktycznie – udał się zatem do lekarza. Profilaktycznie, bo przecież co poważnego może dolegać młodemu, wysportowanemu facetowi? Jasne, mógł spodziewać się nieprzyjemnej diagnozy. Ale rak jąder? To był najgorszy możliwy scenariusz, który się niestety spełnił.

Ostrożność amerykańskiego pływaka okazała się jednak bezcenna. Lekarze wykryli chorobę we wczesnej fazie rozwoju. Choć trzeba przyznać, że okres – bo miało to miejsce w drugiej połowie grudnia 2018 roku – był nieco niefortunny. Zbliżające się święta to jedno, ale przecież niedawno, bo w październiku, wziął ślub.

Cóż, los chciał, żeby początkowe miesiące małżeństwa upłynęły pod znakiem walki. Lekarze podjęli decyzję, żeby pływak jak najszybciej poddał się operacji usunięcia guza nowotworowego. Potem czekały go kluczowe wyniki badań, mające odpowiedzieć na pytanie: o jak poważnej sytuacji mówimy?

Przełomowych informacji nie było. Szybko okazało się, że potrzebna będzie kolejna operacja. Tym razem usunięcia części węzłów chłonnych.

W międzyczasie Adrian otrzymywał sterty wiadomości. Własnoręcznie napisany list wysłała do niego Katie Ledecky, jak najszybszej rekonwalescencji życzyli mu oczywiście też koledzy z kadry. Najwięcej znaczyło jednak dla niego wsparcie od osób, które swego czasu mierzyły się z tym, co on. Skontaktowali się z nim bowiem Lance Armstrong oraz Eric Shanteau.

Pierwszego można śmiało uznać za najbardziej znanego sportowca, który walczył z tym rodzajem raka. Amerykański kolarz o chorobie dowiedział się w 1996 roku, z tym że była ona już w zaawansowanym stopniu rozwoju. I w większym stopniu zagrażała jego życiu. Potrzebował chemioterapii, a do sportu wrócił po półtorarocznej przerwie. Zaczął z powrotem odnosić wielkie sukcesy, choć – jak się okazało – zawdzięczał je dopingowi.

Adrian na ten aspekt jednak przymknął oko, bo zdarzyło mu się nazwać Armstronga “swoją sportową inspiracją”. W podobnych słowach wypowiadał się też o Shanteau – amerykańskim pływaku, u którego raka wykryto w 2008 roku, kiedy miał zaledwie 24 lata. Ten wrócił jednak do rywalizacji, a podczas igrzysk w Londynie był członkiem złotej sztafety 4×100 stylem zmiennym, w której udział brał też Adrian.

– Długo z nim rozmawiałem. Bardzo mi pomógł, ponieważ to głos osoby, która przeszła przez tę chorobę, będąc na tym samym poziomie sportowym co ja. Tego typu rzeczy nie dowiesz się online. Szczególnie że ludzie mający raka czują się niesamowicie samotni. I boją się mówić, co im leży na duszy. Większość blogów czy historii można podsumować w ten sposób: “hej, miałem operację i wszystko jest okej”. Albo: “hej, miałem chemię i teraz wszystko jest okej”. A tak naprawdę każdy z niecierpliwością czeka na wyniki patologii albo modli się, aby komuś przesunięto operację, żeby jego miała miejsce szybciej – mówił Adrian.

Druga operacja Nathana została przeprowadzona w styczniu. I zakończyła się pełnym sukcesem. Co najważniejsze – stało się jasne, że nie będzie musiał przejść przez chemioterapię. A to oznaczało szybszy powrót do sportu.

Ale jednak – w to, czy będzie w stanie nawiązać do dawnej formy, wielu mogło wątpić. Szczególnie że swego czasu był naprawdę znakomity.

Olimpiada

Nie mógł pochwalić się pływackimi korzeniami. Gdyby ktoś dowiedział się, czym zajmują się jego rodzice, wróżyłby mu zdecydowanie inną karierę. Jego matka pracowała bowiem jako pielęgniarka, a ojciec był inżynierem jądrowym. Adriana jednak już od czwartego roku życia pasjonowało pływanie. Z basenem związało się zresztą starsze rodzeństwo Amerykanina: brat Justin oraz siostra Donella. Oboje w późniejszych latach reprezentowali barwy swoich uniwersytetów na uczelnianych zawodach.

Adrian miał jednak nieporównywalnie największy talent z całej trójki. Jako dziewiętnastolatek, w 2008 roku, zdobył trzy medale, w tym dwa złote, mistrzostw świata na krótkim basenie. Choć reprezentanci Stanów Zjednoczonych nie traktują tego typu imprez priorytetowo, tak dokonania młodego pływaka musiały robić wrażenie. Kilka miesięcy później potwierdził swój talent, kwalifikując się do sztafety 4×100 kraulem na igrzyska olimpijskie w Pekinie.

Mogło być lepiej, bo gdyby podczas eliminacyjnego wyścigu zajął trzecie, a nie czwarte miejsce, startowałby również indywidualnie. Ale że towarzystwo było naprawdę doborowe – pokonali go Cullen Jones, Jason Lezak oraz Garrett Weber-Gale – raczej nie miał powodów do narzekań.

Choć warto podkreślić – już wtedy Adrian wiedział, że w finale igrzysk raczej nie wystąpi. Czwarte miejsce w sztafecie było bowiem zarezerwowane dla Michaela Phelpsa, który kraulem lepiej pływał na dystansie 200 metrów, ale w drużynie na 4×100 i tak uchodził za niezawodną jednostkę.

Podczas olimpijskiej imprezy przypadł mu zatem występ w eliminacjach. Wraz ze starszym o trzy lata Mattem Greversem miał odciążyć Phelpsa oraz Lezaka, którzy czekali na kluczowy wyścig. Zrobił to, co do niego należało. Amerykanie awansowali do finału z najlepszym czasem z całej stawki, pokonując Francuzów o trzynaście, a Australijczyków o osiemnaście setnych.

Następnego dnia amerykańscy weterani dopięli swego, sięgając po złoty medal (kluczowa okazała się niesamowita postawa Lezaka, który na ostatniej prostej wyprzedził rekordzistę świata z Francji – więcej tu). Choć Adrian wtedy wyłącznie obserwował poczynania swoich kolegów, również został mistrzem olimpijskim. Po raz pierwszy – i jak się okazało podczas następnej imprezy – nie ostatni.

Bo do zawodów w Londynie podchodził już z kompletnie inną renomą. Zawodnika, który nie tylko wystąpi w sztafetach, ale i powalczy o medal indywidualnie. Oczywiście na swoim ulubionym dystansie – 100 metrów kraulem.

A tak się złożyło, że w tej konkurencji Amerykanie czekali na złoty krążek od dwudziestu czterech lat. Ostatnim zawodnikiem ze Stanów, który triumfował na “królewskim dystansie” (porównywanym do lekkoatletycznego biegu na 100 metrów) był Matt Biondi.

Adrian, co ciekawe, nieco przypominał amerykańską legendę pływania. Również mierzył w okolicach dwóch metrów i specjalizował się w kraulu. Ale pierwsze miejsce w Londynie wydawało się zarezerwowane dla Jamesa Magnussena. Australijczyka, który rok wcześniej wywalczył tytuł mistrza świata, dominując konkurencję (wygrał z przewagą ponad trzydziestu setnych, sporą jak na ten dystans).

Na igrzyskach został jednak zdetronizowany. Adrian popłynął wyścig swojego życia, choć zanim dotarło do niego, że został mistrzem olimpijskim, minęła dłuższa chwila. Jak wspominał na łamach ESPN – nie chciał być gościem, który po dotknięciu ściany basenu uniesie ręce w geście triumfu, aby potem okazało się, że zajął drugie miejsce. – Wynurzyłem się z wody i popatrzyłem na tablicę wyników. Zobaczyłem jedynkę przy moim nazwisku. Pomyślałem: ej, stop. Czy ja naprawdę to zrobiłem?

Naprawdę to zrobił. Pokonał Magnussena o jedną setną sekundy. – Prawie zacząłem płakać w basenie. Takie rzeczy dzieją się raz na cztery lata – mówił. – Zaczęliśmy szaleć. Krzyczeliśmy z radości. To był naprawdę niesamowity finisz – podkreślał swoją ekscytację Ryan Lochte.

Podczas tej samej imprezy Nathan Adrian sięgnął również po złoty medal w sztafecie 4×100 stylem zmiennym i srebro w sztafecie 4×100 kraulem. Sugerowano, że po zakończeniu kariery przez Phelpsa, to on może stać się nową twarzą amerykańskiego pływania. Pogodny, uśmiechnięty i skromny chłopak, który nie może odpędzić się od fanek. Na dodatek bohater Amerykanów azjatyckiego pochodzenia, bo jego matka pochodzi z Hongkongu. Idealny materiał na gwiazdę.

No ale cóż – choć na igrzyskach w Rio de Janeiro Adrian po raz kolejny błyszczał (złoto w sztafetach 4×100 kraulem i zmiennym, dwa brązowe krążki na 50 i 100 metrów kraulem), największe zainteresowanie ponownie budził Phelps, który zdecydował się na powrót ze sportowej emerytury.

Ośmiokrotny – już wtedy – medalista olimpijski postanowił jednak, że wciąż nie ma dość. I obiecał, że pociągnie z karierą do olimpijskiej imprezy w Tokio.

Kłody pod nogi

W lutym 2019 roku zaczął ponownie dźwigać ciężary. Początkowo uważał z obciążeniami – pięć, osiem kilogramów to był maks. Po upływie kilku tygodni wrócił na basen. Ale czuł, że długa przerwa od intensywnych aktywności fizycznych dała mu się we znaki. Tak samo jak przeprowadzone operacje. Jego ciało funkcjonowało nieco inaczej, miał problem z bardziej dynamicznymi ruchami oraz nawrotami. Liczyło się jednak to, że faktycznie znowu pływa. Szczególnie że całkowicie wolny od myśli o raku nie był – co trzy miesiące miał udawać się na badania.

Z czasem wrócił do wysokiej formy. Pływał na tyle szybko, że zakwalifikował się na mistrzostwa świata w koreańskim Gwangju. A potem sięgnął po trzy medale w sztafetach. Nieco ponad siedem miesięcy od momentu, kiedy dowiedział się o chorobie.

Nic dziwnego, że jego dokonania zostały szczególnie docenione. Adriana nominowano do nagrody Laureus Award w kategorii “Comeback of the Year”. Wśród reszty wyróżnionych znaleźli się m.in. Andy Murray, Kawhi Leonard oraz piłkarski zespół Liverpoolu. Doborowa obsada. Statuetka trafiła jednak do Sophii Floersch, kierowcy wyścigowej.

Sezon 2019 nie był zatem dla Adriana tak zły, jak się zapowiadał. Amerykanin pokonał drogę od nowotworowej operacji po medale MŚ, a także występ w pierwszej edycji International Swimming League.

Wydawało się, że najgorsze ma już za sobą. A tu nagle 2020 rok przyniósł koronawirusa. Tego, że to pływacy ze wszystkich sportowców ucierpieli na pandemii szczególnie, nie musimy tłumaczyć. Przez miesiące Adrian nie miał normalnych warunków do treningów. Podobnie jak jego koledzy i koleżanki z kadry – musiał sobie jednak jakoś radzić. Dla przykładu: Coby Miller korzystał z nowoczesnej platformy do pływania w swoim ogródku, a Simone Manuel i Katie Ledecky z niewielkiego basenu u sąsiadów.

Natomiast Adrian – wraz ze znajomym z uczelni, Willem Copelandem – przeniósł się na rekreacyjny basen w San Rafael. Taki, w którym zazwyczaj się pluskasz i pijesz drinki, a nie wyczynowo pływasz. – Jest to coś innego, ale woda to woda. Jednak myślę, że gdyby igrzyska odbyły się w 2020 roku, byłoby jasne, kto miał dostęp do lepszych obiektów, a kto korzystał z takich basenów, co my – oceniał Adrian.

Fakt jest jednak taki, że olimpijska impreza została przesunięta i Nathan Adrian zyskał wiele czasu na przygotowanie medalowej formy. Zapowiadał już, że w Tokio zamierza wystartować na 50 oraz 100 metrów kraulem, a także w trzech sztafetach 4×100 (stylem zmiennym, dowolnym oraz mieszanym). Ambicje ma więc wciąż niezwykle wysokie. – Wróciliśmy na właściwą trasę, ale walka o Tokio wciąż trwa. Ale tak jak rak nie zakończył mojej kariery, tak teraz też nie zamierzam się poddawać – mówił.

Jedno jest pewne – życie w ostatnich dwóch latach mocno doświadczyło amerykańskiego pływaka. Owszem, większość z nas odlicza dni do końca nieszczęsnego 2020 roku i wyczekuje “nowego otwarcia”. Mamy jednak wrażenie, że Adrian szczególnie nie może się go doczekać. I nie chodzi tu tylko o ambicje sportowe. W lutym na świat ma przyjść jego pierwsze dziecko.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez