Najpierw kumple, potem rywale. Tyczkarze ekspertami od dobrej atmosfery

Najpierw kumple, potem rywale. Tyczkarze ekspertami od dobrej atmosfery

Rywalizują na wysokościach. Biją rekordy i zachwycają publikę. A przy tym wszystkim… są dobrymi kumplami. Tyczkarze na każdym kroku podkreślają, że są grupą przyjaciół, która skacze razem i razem rywalizuje. Ale skąd właściwie wzięło się u nich takie podejście? I jakim sposobem są w stanie je utrzymać?

Atmosfera

Kiedy w Toruniu Armand Duplantis pobił rekord świata, jako pierwszy przybiegł go uściskać Paweł Wojciechowski. Kiedy Piotr Lisek skakał sześć metrów, na materacu rzucili się na niego niemal wszyscy koledzy. Gdy któryś z nich wygrywa, reszta się tym cieszy. To takie obrazki sprawiły, że o relacji tyczkarzy zrobiło się głośno. I o znakomitej atmosferze, jaka panuje w ich grupie. Skąd się to bierze? Sami… nie do końca wiedzą. A przynajmniej Piotr Lisek z Grupy Sportowej ORLEN, gdy go o to zapytaliśmy, powiedział, że nie ma pojęcia. Ale bardzo mu się to podoba.

– Skąd taka atmosfera? W sumie nie wiem – mówił za to Paweł Wojciechowski. – Na początku tak nie było. Jak zostawałem mistrzem świata [w 2011 roku – przyp. red.], wszyscy byli w swoich grupkach, trzymali się z kolegami z kraju. Teraz jak jedziemy na zawody i przyjeżdża ktoś nowy, przygląda się tym osobom i patrzy z takim podziwem, że wszyscy się tak znają i dobrze się dogadują. Czasem ludzie patrzą na nas wręcz ze zdziwieniem, jak się zaczepiamy na zawodach, że ta znajomość jest aż zbyt bliska. Wszyscy dobrze się dogadujemy. To trwa jednak od niedawna, ale teraz każdy nowy jest ciepło przyjmowany. Mam nadzieję, że to potrwa dłużej.

Hipotez jest sporo. Że pojawiły się nowe osoby, że taki Sam Kendricks sporo dobrego zdziałał, bo jest bardzo otwarty, nie ma w tej kwestii granic i niemal zawsze pozostaje uśmiechnięty. – W sumie myślę, że każdy z nas taki jest, ale Sam jest bardzo barwną postacią. U niego to po prostu bardzo mocno widać. Wydaje mi się jednak, że u nas jakiejś zawiści jest mniej niż w innych konkurencjach. Stąd tak często się o tym pewnie mówi – mówi Lisek. Kendricks zresztą wielokrotnie twierdził, że zależy mu na tej atmosferze.

Wielu pewnie myśli, że jestem nieco dziwny. Naprawdę staram się naciskać na innych gości, chcę być ich przyjacielem i im pomóc. Miałem już w swojej karierze niepokonany sezon, ale czym jest zwycięstwo, jeśli nie można go dzielić z innymi? – mówił Sam. A inni tyczkarze przyznawali, że czasem aż chce się jechać na zawody tylko po to, by spotkać się czy to z Kendricksem czy z innymi zawodnikami. Pogadać, pożartować i porywalizować. No i przede wszystkim – razem cieszyć się z najlepszych skoków. Tak jak z rekordu Duplantisa.

– Rekord świata? Spodziewałem się, że Armand może go pobić, bo widziałem go wcześniej w Duesseldorfie. Nie wiem, jak niezwykła była dla niego ta chwila, ale dla mnie niezwykła była sama możliwość obejrzenia pobicia rekordu świata. Bo to święto dla sportu i każdego sportowca. Czekałem na to, spodziewałem się tego, a bardzo ważne było dla mnie też to, żeby pobił rekord w Toruniu, bo jestem blisko z organizatorem zawodów, Krzysztofem Wolsztyńskim, więc było to jeszcze bliższe mojego sercu. Chciałem Armandowi pogratulować, skoro byłem tak blisko tego wszystkiego – mówi Wojciechowski.

A jaka była reakcja Armanda? Cieszył się z kolegami, szalał, ale po fakcie wszystkim mówił, że to tak naprawdę łatwa sprawa i oni też mogą skoczyć na rekord, bo ich na to stać. I wręcz chciałby, by inni też skakali tak wysoko. Dlaczego? Wyjaśnia Paweł Wojciechowski.

– To wszystko, co się dzieje w chwili obecnej w skoku o tyczce, jest dla dyscypliny bardzo dobre. Oby ten trend trwał, oby Mondo był w formie. To świetnie działa też na tyczkarzy. To jest moment, w którym wierzymy, że można pobijać rekordy i poziom konkurencji będzie wzrastał. Świetnym przykładem jest tegoroczne skakanie w USA. Tam przez długi czas nie było nikogo poza Samem Kendricksem, a ten trend się zmienia. Młodzi ludzie obserwują i Sama, i Mondo, który też przebywa w Stanach. I w tym roku ponad dziesięć osób skoczyło 5,80 m.

Jak podkreślają sami tyczkarze, bez tej atmosfery, po prostu trudno byłoby im funkcjonować. I aktualnie stało się to na tyle istotnym elementem, że nie wyobrażają sobie, by można było inaczej. Zresztą – jak da się zauważyć – dziennikarze i kibice też to widzą i większości bardzo się to podoba.

– Jeśli mam być szczery, zawsze jestem otwarty, inni też – mówi Lisek. – Czy to młodszy zawodnik, starszy czy może nawet jakiś junior, który dopiero wchodzi w nasz świat, odczuwa tę naszą “rodzinną” tyczkę. Nie wiem, jak oni zachowują się na szczeblu juniorskim, gdy muszą dojść do fazy mistrzowskiej. Może u nich jest trochę gorzej. Ale jak ktoś chce z nami obcować, musi pokazać serducho.

Walka z poprzeczką

Skok o tyczce to sport specyficzny. Paweł Wojciechowski mówił nam wprost, że do jego uprawiania „trzeba być lekkim świrem”. Bo trudno nim nie być, kiedy w uczucie euforii wprawia cię lot na wysokości dobrze ponad pięciu metrów, a marzysz o tym, żeby pokonać sześć. I, co podkreśla każdy z zawodników, w tyczce walczy się nie tyle z rywalami, ile z poprzeczką.

– Tak, to trzeba zaznaczyć. Walczymy przede wszystkim z wysokością, a nie między sobą – mówi Lisek. – Wiadomo, że ta sportowa rywalizacja też gdzieś jest. Każdy z nas chce jednak skoczyć jak najwyżej. W naszym przypadku faktycznie wygrywa się, bo jest się najlepszym, a nie na przykład przez wojnę technologiczną, bo ktoś ma lepsze tyczki, a ktoś znalazł sposób na wyższe skakanie. Ten, kto jest lepiej przygotowany, ten skacze wyżej. A my pomagamy wyrównać sobie szanse.

Pomagają, czyli… podpowiadają. Serio. Bez żadnego strachu, że jak się coś podpowie, to się przegra. Wręcz przeciwnie. Jeśli po ich podpowiedzi rywal skoczy znakomicie, to się z tego cieszą. Często stają się, na moment, swoimi trenerami. Bo z boku wszystko widać lepiej, a w trakcie skoku niektóre rzeczy wydają się przebiegać inaczej niż w rzeczywistości. I jeśli inny zawodnik, który obserwował skok, jest w stanie coś podpowiedzieć, może da to efekt w postaci udanej próby.

– To wynika z tego, że mamy w tyczce tyle startów, że nie ma zawodnika, który na każdym miałby swojego trenera. Więc staramy się sobie wzajemnie doradzać, mówić czy tyczka była za miękka czy za twarda, bo niektórych rzeczy się nie czuje, a ktoś inny widzi. Każdy wyciąga do każdego pomocną dłoń w czasie zawodów – dodaje Wojciechowski. Z kolei Greg Duplantis, ojciec Armanda, mówił kiedyś portalowi nasdaq.com, że: – Niemal niemożliwe jest przygotowanie się samemu. Kiedy skoczek ma problem ze swoją tyczką, prosi innych o pomoc. To etyka tego sportu.

Jasne, każdy chce wygrać zawody. Ale, jak to często podkreśla Sam Kendricks, jaki jest fun z wygrywania, gdy reszcie wyraźnie nie idzie? Chodzi o to, by być najlepszym z najlepszych. Tak jak udało mu się to na mistrzostwach świata w Dosze, gdzie po prostu nie było na niego mocnych i na niższych stopniach podium zostawił Armanda Duplantisa oraz Piotra Liska. Swoją drogą sceny z ich wspólnej celebracji – salta w tył, leżenia na materacu i wzajemnych gratulacji – obiegły świat. I na tyle zachwyciły wszystkich, że cała trójka została nawet nominowana do nagrody Fair Play IAAF właśnie za to, że tak dobrze się dogaduje i rywalizuje w duchu przyjaźni.

Mogę was zapewnić, że to nie jakaś pokazówka – mówił Sam Kendricks na łamach digitaljournal.com. – Wszyscy idziemy podobną drogą, mierzymy się z podobnymi trudnościami. Ci goście to moi kumple. Mamy w męskiej tyczce wspaniałą przyjaźń. Prawda tego sportu jest taka, że wszyscy chcemy przeskoczyć tę samą poprzeczką. Test wypada pomiędzy mną, a przeszkodą, a nie mną i moimi kolegami.

Gościem, który najczęściej uznawany jest za kogoś w rodzaju trenera, jest właśnie Amerykanin. Może przez to, że jest najbardziej ekspresyjny, a może po prostu najczęściej ma jakieś porady. W każdym razie regularnie zdarza się, że chodzi wśród kolegów i mówi, co zrobili źle. Jest przez to jednym z najbardziej pozytywnych „duchów” tyczkarstwa. Zresztą swoją filozofię naprawdę często wyraża w wywiadach. – Musimy przenieść ten sport na wyższy poziom i wysokości. Razem – powtarzał wielokrotnie. Bo właśnie to jest niesamowite w tyczkarzach – najbardziej zależy im na tym, by pokonywane były jak najwyższe wysokości. A kto je pokona? To już w sumie mniej istotne. Dlatego wszyscy tak cieszyli się z niedawnego rekordu Duplantisa. Szalał nawet Piotr Lisek, choć oglądał to wszystko sprzed telewizora.

Ale to też nie tak, że rywalizacji między sportowcami w ogóle nie ma. Jest, oczywiście. O medale, o zwycięstwa, o to, kto skoczy najwyżej. Zresztą istnieje nawet tyczkarska wojna psychologiczna. Choć podobno muszą jeszcze popracować nad jej efektywnością. A przynajmniej tak mówi Paweł Wojciechowski, gdy pytamy:

– Robicie przed konkursami jakieś zakłady?

– Tak, zazwyczaj tak jest. Przed zawodami trzeba się trochę postraszyć, podejść kolegów psychologicznie, że dziś nie założą tyczki albo nie dojadą do pionu. Standardowe zagrywki. Oczywiście nigdy nic z tego nie wychodzi, ale próbować trzeba. (śmiech)

– Czyli koleżeństwo, ale i wojna psychologiczna?

– Oczywiście. Cały czas. Typowo męskie koleżeństwo.

Na zawodach świat się nie kończy

– Myślę, że to zależy od tego, ile czasu spędza się wspólnie. Skoro tyczkarze mają konkurs, który trwa kilka godzin, a tych konkursów w ciągu roku jest mnóstwo i jeżdżą ci sami ludzie, bo każdy organizator chce Duplantisa, Liska czy Kendricksa. W związku z tym oni się znają, podróżują razem, rozmawiają. Stąd ta przyjaźń – mówił na antenie WeszłoFM były wieloboista Sebastian Chmara, aktualnie wiceprezes PZLA.

I faktycznie, przyjaźń przenosi się poza skocznię. Bo gdzieś się razem leci czy jedzie. Gdzieś się spotyka w hotelu. Gdzieś na obiedzie. Kolacji. Spotkaniach z kibicami. Treningach. Łatwiej jest przez to wszystko przebrnąć, kiedy ma się obok kumpli, niż wtedy, gdy wszyscy są wrogami i patrzą na siebie spod byka. Szczególnie, że konkursów skoku o tyczce jest po prostu mnóstwo, bo to widowiskowa dyscyplina, a do tego w tej chwili jedna z tych stojących na najwyższym (dosłownie) poziomie.

Co ważne, każdy nowy skoczek, wchodzący do tej grupy, może z miejsca zostać przyjęty. Wystarczy tego chcieć. Mondo Duplantis – choć on to szczególny przypadek, bo od dawna było wiadomo, że jest ogromnym talentem – zaprzyjaźnił się z Renaud Lavillenie’em, gdy był jeszcze juniorem. A wcześniej Francuz był (i pewnie nadal pozostaje) jego idolem. Różnica trzynastu lat nie ma tu znaczenia.

– Rekordziści świata się przyciągają

– skomentował to ze śmiechem Piotr Lisek.

I Szwed, i Francuz są niesamowicie utalentowani, obaj kochają skok o tyczce, trenują wspólnie, wymieniają SMS-y, gratulują sobie po świetnych konkursach, żartują i spotykają się poza stadionem. A zaczęło się od kilku gadżetów, które Renaud wręczył młodemu Armandowi. Dziś Francuz może cieszyć się, że jego rekord świata pobił właśnie ten młody chłopak, jego przyjaciel. Choć jeszcze niedawno na Twitterze prosił „o nieco więcej czasu”.

Ale, oczywiście, Duplantis kumpluje się też z resztą kolegów po fachu. Po finale mistrzostw świata stwierdził, że muszą teraz wspólnie z Liskiem i Kendricksem poświętować. Z planu nic nie wyszło. Piotr Lisek mówi, że nawet jeśli imprezowali, to jego z nimi nie było. Ale całkiem możliwe, że kiedyś uda się to nadrobić. Bliskimi kolegami są też Paweł Wojciechowski i Sam Kendricks. Wymieniają się tytułami książek, seriali i grami na konsolę (zresztą Piotr Lisek twierdzi, że każdy z tyczkarzy czytał i oglądał już to samo, bo taka wymiana to podstawa ich znajomości).

– Uwielbiam fantastykę, czytam jej mnóstwo. Jakiś czas temu wymieniliśmy się nieco z Samem. On polecił mi amerykańskiego autora Brandona Sandersona, a ja jemu podsunąłem pod nos naszego „Wiedźmina”. On teraz twierdzi, że Sapkowski to jego ulubiony autor, a ja łykam wszystkie książki Sandersona na potęgę. Zbliżam się już do końca bibliografii – mówił nam Paweł.

– Oglądaliście serialowego “Wiedźmina”?

– Oglądaliśmy. Sam przeżywał, ja tylko żałuję, że nie po polsku, z naszymi aktorami, ale może nie byłoby to wtedy tak zrobione, jak jest. Różne opinie krążyły po sieci, ale ja nastawiłem się na przygodę i przygoda była. Podobało mi się, Samowi też. Ale to też taki amerykański styl.

Sami widzicie – to nie tylko kwestia tego, że na skoczni można sobie pomóc. Ci ludzie to po prostu dobrzy kumple, którzy pozostają nimi też poza stadionem. Jasne, różnie to bywa ze spotkaniami, mieszkają przecież w różnych krajach, a czasem i na różnych kontynentach, ale w trakcie sezonu dobrze im się ze sobą współżyje.

– Czas pomiędzy zawodami spędzamy razem, oczywiście. To może być jeden z powodów ku temu, dlaczego tak dobrze się trzymamy. Musimy być sympatyczni dla siebie, bo wiemy, że po zawodach będziemy się widzieć czy to w samolocie, czy w hotelach. Nie stawiałbym tego na pierwszym miejscu, ale może to być jakąś podświadomą przyczyną – mówi Lisek.

Co by jednak nie było przyczyną i czy podświadomą, czy też wręcz przeciwnie – po prostu fajnie się na to patrzy. Oby więc taka atmosfera w skoku o tyczce się utrzymała. I oby szły z nią takie wyniki jak te Piotra Liska (6,02) z zeszłego roku czy Armanda Duplantisa (dwa rekordy świata w ciągu tygodnia) z tego. Bo to się po prostu znakomicie ogląda.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez