Najlepsi lekkoatleci 2021 roku. Kto wyróżnił się najbardziej?

Najlepsi lekkoatleci 2021 roku. Kto wyróżnił się najbardziej?

Sezon lekkoatletyczny powoli dobiega końca, tak naprawdę do przeprowadzenia zostały już wyłącznie mniejsze mityngi – choć czasem w doborowej obsadzie – które nie powinny wpływać na klasyfikacje najlepszych lekkoatletów. Kto więc naszym zdaniem zaprezentował się najlepiej w sezonie 2021? Uwierzcie, że utworzenie listy dziesięciu nazwisk nie było łatwe. Jeszcze trudniejsze – ułożenie ich w odpowiedniej kolejności.

Czy podołaliśmy? Zapewne każdy będzie mieć na ten temat inne zdanie. Jedno możemy wam zagwarantować – to lista wyłącznie tych najlepszych, którzy najbardziej nas zachwycili i osiągnęli najwięcej. Przede wszystkim patrzyliśmy na sukcesy na igrzyskach – jeśli ktoś nie zdobył złota, odpadał. Liczyły się też jednak inne czynniki: pozostałe osiągnięcia (zarówno wygrywane mityngi jak i na przykład rekordy świata), medialność konkurencji i siła rywali, oczekiwania przedsezonowe oraz styl, tak to ujmijmy. Bo można przecież zdobyć złoto po wolnym biegu, a można prowadząc od początku do końca w znakomitym czasie.

Jeśli chcecie przykład – oczekiwania przedsezonowe wykreśliły na przykład z tej listy Joshuę Cheptegeia. Ugandyjczyk zdobył olimpijskie złoto i srebro, ale jeszcze pod koniec zeszłego roku wszyscy spodziewali się, że będzie podwójnie złoty. A poza igrzyskami biegał mało i miał stosunkowo słaby – oczywiście jak na jego możliwości – sezon. Owszem, jego osiągnięcia wciąż są wielkie i dlatego o nim wspominamy, ale uznaliśmy, że inni zasługują bardziej na znalezienie się na tej liście.

Nie ma na niej, niestety, Polaków. Gdybyśmy chcieli kogoś wpychać na siłę, pewnie moglibyśmy pomyśleć o Anicie Włodarczyk, za trzecie z rzędu złoto w tej samej konkurencji – czego nie dokonała wcześniej żadna kobieta – ale poza igrzyskami Polka rzucała stosunkowo słabo. Pokusić o znalezienie się na tej liście mógłby też Wojciech Nowicki, bo w Tokio odsadził konkurencję i to zdecydowanie, ale rzut młotem jednak ustępuje popularnością innym konkurencjom. Trudniej byłoby z kimkolwiek z biegów – medale w sztafetach rozbijają się jednak na cztery osoby, a Patryk Dobek był „tylko” brązowy. Dawid Tomala za to zszokował nas całkowicie, ale nie znaleźliśmy sposobu by wcisnąć na tę listę chód.

Kto więc znalazł się w najlepszej dziesiątce lekkoatletów sezonu 2021?

  1. Nafissatou Thiam

Zaczynamy od wyboru, który dla wielu może być kontrowersyjny. W ogóle z wieloboistami i wieloboistkami często są problemy. Bo jak ich oceniać, skoro w ciągu sezonu na mityngach startują w różnych konkurencjach przygotowując się do startu w imprezie docelowej? Cóż, uznaliśmy, że Belgijkę ocenić trzeba znakomicie z prostego powodu – broniła złota w prawdopodobnie najtrudniejszej z możliwych rywalizacji, musząc wykazać się w siedmiu różnych konkurencjach.

I wygrała z przewagą ponad 100 punktów, osiągając wynik tylko odrobinę gorszy od tego z Rio.

Przede wszystkim jednak Nafissatou dorównała Jackie Joyner-Kersee pod jednym względem – bo Amerykanka to absolutna legenda lekkiej atletyki, z którą trudno rywalizować, gdy mowa o całokształcie kariery. Thiam jako druga w historii kobieta obroniła tytuł mistrzyni olimpijskiej w siedmioboju. To osiągnięcie tym większe, że Joyner-Kersee wygrywała na igrzyskach w Seulu i Barcelonie, gdy stawka siedmioboistek dopiero się klarowała, konkurencja ta została bowiem dodana do programu igrzysk w Los Angeles, w 1984 roku.

W dodatku jeszcze na samych igrzyskach Belgijka miała problemy. Od dawna męczyła ją kontuzja łokcia, ostatnie faktyczne rzuty oszczepem przed Tokio oddała na mistrzostwach świata w Dausze, dwa lata wcześniej. Do tego rano, drugiego dnia rywalizacji, jej trener otrzymał pozytywny wynik testu na koronawirusa i nie mógł towarzyszyć jej na stadionie. Belgijka wytrzymała jednak presję, wygrała z urazami i nie pozwoliła niczemu oraz nikomu wytrącić się z rytmu. Sięgnęła po drugie w karierze, historyczne złoto. I za jego sprawą zasługuje na miejsce na tej liście.

  1. Marcell Jacobs

Prawdopodobnie największa lekkoatletyczna sensacja ze stadionu. Gdybyście przed igrzyskami powiedzieli nam, że Marcell Jacobs będzie złoty – i to podwójnie – uznalibyśmy, że śmiejecie nam się prosto w twarz. Włoch za nic nie był faworytem sprintu, podobnie jak włoska sztafeta za nic nie była faworytem rywalizacji na 4×100 metrów. Okazało się, że oba te złota zgarnęli właśnie reprezentanci Italii. A głównym bohaterem tych sukcesów został Jacobs.

Nawet Fred Kerley, srebrny medalista, po biegu na 100 metrów, mówił, że z Jacobsem rywalizował wcześniej raz, ale właściwie nic o nim nie wie. Wielu fanów lekkiej atletyki też Włocha nie kojarzyło. Dopiero po jego złocie dowiadywali się, że jest z mieszanej rodziny, urodził się w Teksasie, wspominał, że miewał trudne dzieciństwo i że w przeszłości często przy docelowych imprezach dopadały go problemy zdrowotne. Co jednak być może ważniejsze – mówił, że w czasie pandemii pogodził się ze swoją przeszłością, w tym z ojcem. I gdy to zrobił, wyniki nagle zaczęły przychodzić

Do 2021 nigdy nie złamał 10 sekund w biegu na 100 metrów. W tym sezonie zrobił to w pierwszym starcie – we włoskiej Savonie pobiegł 9.95. To już był jakiś sygnał, do igrzysk jednak tylko w Monako zdołał ponownie przebić tę magiczną barierę – ale ledwie o jedną setną sekundy. Na igrzyska jechał więc w roli kandydata do finału. Nic więcej. Szybka olimpijska bieżnia jednak mu pasowała. W kwalifikacjach wykręcił czas 9.94. W półfinale – fantastyczny rekord życiowy, 9.84. A finał był już jego popisem, ustanowił w nim nowy rekord Europy, czasem 9.80. W jednym sezonie poprawił się o ponad dwie dziesiąte sekundy.

To marzenie, coś fantastycznego. Może jutro to wszystko do mnie dotrze. Od dziecka marzyłem o tym, że pojadę na igrzyska i wygram, ale nie sądziłem, że stanie się to w Tokio – mówił po biegu. Włosi przeżywali wtedy zresztą swój wieczór, bo w skoku wzwyż złotym medalistą został Gianmarco Tamberi. Nie spodziewali się zapewne, że dostanę jeszcze jedno złoto w sprintach – kiedy do rywalizacji stanęła sztafeta 4×100.

Ona o jedną setną sekundy pokonała Brytyjczyków. Jacobs biegł na drugiej zmianie, świetnie utrzymał tempo i przekazał pałeczkę dalej. Bohaterem sztafety został co prawda Filippo Tortu, biegnący na ostatniej zmianie, który zaimponował doskonałym finiszem, ale nie zmieniło to faktu, że Marcell zdobył swoje drugie złoto. Równie sensacyjne co pierwsze.

W tym rankingu mógłby pewnie być nawet wyżej, jednak szybko po jego triumfie gruchnęła wieść, podana przez „The Times”, że policja prowadzi śledztwo dotyczące byłego dietetyka Jacobsa, który jest podejrzany o dostarczanie sportowcom hormonu wzrostu i sterydów anabolicznych. – Ta sprawa mnie nie dotyczy. Gdy tylko usłyszałem o śledztwie, zerwałem z nim współpracę. Nie mamy się o co martwić, bo z tego co wiem nie został uznany za winnego. Został wmieszany w sytuację, za którą nie ponosi odpowiedzialności – mówił Jacobs. Na ten moment trzeba mu wierzyć. Dwa złota są więc jego.

  1. Armand Duplantis

Nie będziemy się aż tak rozpisywać o szwedzkim tyczkarzu, bo jego klasę od kilku lat znają już wszyscy. Paradoksalnie… to właśnie ona sprawiła, że jest dopiero na ósmym miejscu. Po prostu oczekiwania, gdy zaczynał się sezon, były wobec niego ogromne. Liczono raczej nie tyle na złoto, co na rekordy świata. Armand utrzymywał swój doskonały poziom, regularnie skakał ponad sześć metrów i zdobył złoto olimpijskie. Dla każdego innego zawodnika byłby to pewnie niesamowity wyczyn.

Dla niego? Kolejny dzień w biurze.

Duplantis tak naprawdę nie miał konkurencji na swoim poziomie. Forma kilku zawodników – w tym na przykład Piotra Liska – z różnych względów się posypała. Sam Kendricks wypadł z igrzysk przez koronawirusa. Inni tyczkarze, którzy nieźle pokazali się w tym sezonie, nie doskakiwali do wysokości potrzebnych, by choćby minimalnie zagrozić Szwedowi. Rozmiary jego dominacji, owszem, są niesamowicie imponujące. Tyle że już nam spowszedniały. Zresztą wydaje się momentami, że jemu też.

Nie sposób jednak ich nie docenić. Dlatego Duplantis na tej liście się pojawił. W końcu na dwanaście startów na stadionie przegrał tylko dwa. W ośmiu konkursach skakał co najmniej sześć metrów. Było jasne, że jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, nikt na igrzyskach mu nie zagrozi. No i faktycznie – nikt nie zagroził. Armand zgarnął złoto. Zgodnie z planem.

  1. Daniel Stahl

Drugi Szwed na tej liście. Argumenty za jego znalezieniem się na niej są zresztą bardzo podobne do tych Duplantisa – Stahl zdominował swoją konkurencję (rzut dyskiem), nie pozostawiając rywalom złudzeń co do tego, kto jest najlepszy. On miał jednak kilku przeciwników, którzy mogli zaskoczyć, a poza tym – o czym dobitnie przekonaliśmy się w Rio, gdy Piotr Małachowski przegrał niespodziewanie z młodszym z braci Hartingów – dysk jest konkurencją po części losową, zależną choćby od podmuchów wiatru.

Stahl jednak bez względu na to, gdzie startował, rzucał doskonale. Na 18 konkursów rozegranych od maja nie wygrał tylko raz, a i tak osiągnął wtedy świetny wynik – 69.11 m. Jako jedyny dyskobol na świecie przekroczył 71 metrów, jako jeden z dwóch – obok Kristjana Ceha – rzucał ponad 70 m. Jego najlepszy rzut z tego sezonu – 71.40 – to 14. wynik w historii dyscypliny. W ostatniej dekadzie dalej rzucali tylko Piotr Małachowski (w 2013 roku) i… sam Stahl (przed dwoma laty).

Na igrzyskach w Tokio Stahl nie rzucił co prawda tak daleko – jego najlepsza próba wynosiła 68.90 m – ale wystarczyło to do spokojnego zwycięstwa i zdobycia oczekiwanego złota. Drugie miejsce zajął zresztą Simon Pettersson, jego rodak. – Jesteśmy szwedzkimi wikingami! Czuję się szczęśliwy. Włożyłem w to wiele ciężkiej pracy, ale sporo było też po drodze zabawy. Jestem niesamowicie dumny. Na co dzień trenuję z Petterssonem, on też ciężko pracował. Od wielu lat do tego dążyliśmy – mówił Stahl po swoim złocie.

Swój najlepszy wynik z igrzysk osiągnął już w drugiej próbie, ustawiając cały konkurs. Potem spokojnie przyglądał się poczynaniom rywali, z których żaden nie był jednak w stanie zbliżyć się do niego choćby na metr. Wygrał więc z dużą przewagą, potwierdzając, że w tym sezonie nie miał sobie równych. A po igrzyskach zdążył też jeszcze zgarnąć choćby zwycięstwo – zresztą podobnie jak Duplantis – w finałach Diamentowej Ligi, przy okazji zapisując na swoim koncie pokaźną sumkę.

  1. Yulimar Rojas

Wenezuelka od dawna królowała w trójskoku. W Rio co prawda zdobyła „tylko” srebro, ale już na mistrzostwach świata w 2017 i 2019 roku była bezkonkurencyjna. Należała jednak do grona tych lekkoatletów, których dotknęła pandemia – trudno było jej wyrwać się z rodzinnego kraju i startować. W 2020 roku pokazała się na stadionie tylko dwukrotnie, w obu przypadkach jednak nie miała sobie równych. To przyniosło jej nagrodę dla najlepszej lekkoatletki sezonu według World Athletics.

W roku olimpijskim od samego początku pokazywała, że jest w wybitnej formie. W każdych zawodach skakała powyżej 15 metrów, przegrała tylko raz – w Monako, na Diamentowej Lidze, gdy osiągnęła i tak 15.12 m. Wiadomo było, że na igrzyska pojedzie w roli wielkiej faworytki do złota i właściwie tylko kataklizm mógłby jej odebrać tytuł mistrzyni olimpijskiej.

Kataklizm nie nadszedł, Rojas złoto zdobyła. Tak naprawdę wszyscy jednak czekali na skok rekordowy. Bo to próbowała osiągnąć od dawna. Pobić 26-letni rekord Inesy Kraweć, wynoszący 15.50 m. Była blisko już w maju, kiedy w hiszpańskim Andujar skoczyła 15.43, wówczas drugi w historii rezultat. Do Tokio jednak nie udało jej się poprawić genialnego skoku Ukrainki. Aż nadszedł olimpijski finał.

To była jej ostatnia próba. Wynik konkursu ustaliła już w pierwszej, skacząc 15.41. Wiadomo było, że żadna rywalka tego nie osiągnie. Potem miała próbę słabszą, potem spaloną, potem kolejny ponad 15-metrowy skok, a potem znów spalony. I został ostatni. Wiedziała, że jeśli ma pobić ten rekord, to właśnie tam, w Tokio. Warunki były idealne, wiatr wiał w plecy, ale nie na tyle mocno, by wyników nie uznać oficjalnie. Do tego bieżnia niesamowicie „oddawała” energię włożoną w odbicie. Trzeba było tylko (i aż) trafić ze swoim odbiciem. Wykonać wszystko idealnie.

Rojas tego nie zrobiła. Eksperci od razu mówili, że jej drugie odbicie było kiepskie, właściwie bardziej je przebiegła niż skoczyła. Technicznie wiele pozostało do dopracowania. Ale to nie miało znaczenia. Bo już w momencie, gdy wylądowała – jeszcze przed podaniem odległości – widać było, że to będzie rekord. I był. 15.67 m, wynik kosmiczny. – To spełnienie marzeń. Niesamowita noc, którą ludzie na długo będą mieli w głowach i sercach. Wielu ludzi się z nią utożsami, to nie tylko moja noc, ale noc 40 milionów Wenezuelczyków – mówiła Rojas.

Jej złoto było jedynym wenezuelskim zdobytym w Tokio. Została też pierwszą Wenezuelką, która kiedykolwiek zdobyła złoto i pierwszą osobą z tego kraju z mistrzostwem olimpijskim w lekkiej atletyce. Po Tokio pojechała jeszcze na dwa mityngi Diamentowej Ligi. W Zurychu znów pobiła stary rekord – skoczyła 15.52 (a o cztery centymetry dalej przy zbyt mocnym wietrze) – a w Monako osiągnęła 15.48 m. Tym sposobem na liście wszech czasów to do niej należy sześć z dziesięciu najlepszych wyników. Aż cztery z nich – w tym dwa pierwsze – są z tego roku.

Co najlepsze – Rojas się nie zatrzymuje. O swoich planach mówi otwarcie. Chce skoczyć 16 metrów i wierzy, że to możliwe. – Wielu ludzi uważa, że kobieta nie jest w stanie skoczyć 16 metrów, ale wierzę, że mnie na to stać. Zbliżam się do tego wyniku. Wiem, że mogę dać z siebie więcej, pozostaję spokojna. Mam już olimpijskie złoto i rekord świata, teraz chcę 16 metrów – mówiła. Ale dodawała, że myśli też o tym, by w Paryżu rywalizować również w skoku w dal. Bo w konkurencji, której na co dzień nie trenuje osiąga wyniki dające już teraz nadzieje na medale największych imprez.

Yulimar Rojas po prostu urodziła się by skakać. I w tym sezonie pokazała to wszystkim.

  1. Ryan Crouser

Właściwie wszystko to, co napisaliśmy o Yulimar Rojas, można by też odnieść do Ryana Crousera. I on od dłuższego czasu wydawał się jedynym kandydatem do poprawienia rekordu świata. I on to w końcu zrobił, choć nie na igrzyskach. Ale na tych zdobył złoto, a przez cały sezon przeszedł niepokonany. Serio, nie przegrał ani jednych zawodów, w których wziął udział. Tylko raz – w pierwszym mityngu na stadionie – nie osiągnął 22 metrów. Czterokrotnie kończył imprezę z wynikiem powyżej 23 metrów.

A przecież przed nim w całej historii pchnięcia kulą na stadionie oddano tylko trzy rzuty ponad 23 metr – dwa należały do Randy’ego Barnesa, jeden do Ulfa Timmermanna. Rekordzistą świata był do tej pory ten pierwszy, a jego wynik utrzymywał się niezmiennie od 1990 roku i nikt nawet nie był w stanie się do niego zbliżyć. Crouser najpierw to zrobił, a potem przebił osiągnięcie rodaka o 25 centymetrów!

Wiemy, że trudno to porównywać, ale uważamy, że to rekord cenniejszy od tego, który osiągnęła Rojas. Z prostego powodu – Barnes był mistrzem i rekordzistą bardzo podejrzanym. Trzykrotnie w swojej karierze wpadał na dopingu, a jedna z tych wpadek przytrafiła mu się kilka miesięcy po ustanowieniu najlepszego w historii wyniku. W konkurencjach rzutowych, wymagających siły, rezultaty ustanawianie przez sportowców sprzed lat, niekoniecznie czystych, są naprawdę trudne do pobicia – spójrzcie tylko na męski rzut młotem.

Crouser rekord Barnesa pobił i to w fenomenalnym stylu. A potem przerzucił go jeszcze dwukrotnie. Dziś na liście ośmiu najlepszych wyników w historii, aż pięć należy do niego, w tym trzy pierwsze. Wszystkie(!) są z tego sezonu. Amerykanin w 2021 roku wspiął się na szczyty pchnięcia kulą, osiągając dominację, jakiej ta konkurencja jeszcze nie widziała. W dodatku zrobił to – dodajmy – w znakomitej stawce, bo przecież Joe Kovacs, Tom Walsh czy Darlan Romani to rywale z najwyższej możliwej półki. A każdy z nich mógł tylko oglądać plecy wielkiego rywala. Również na igrzyskach.

Czy potrzeba tu jeszcze dodatkowego wyjaśnienia?

  1. Karsten Warholm i Sydney McLaughlin

Nie sposób było rozdzielić tej dwójki. Karsten Warholm i Sydney McLaughlin zdominowali tegoroczne listy w biegu na 400 metrów przez płotki, oboje wywalczyli też olimpijskie złoto. Amerykanka zresztą podwójne, bo dołożyła jeszcze to ze sztafety 4×400 metrów. Czemu więc nie jest wyżej? Bo jedno osiągnięcie Warholma, było absolutnie historyczne – pobicie rekordu Kevina Younga.

Owszem, McLaughlin rekord świata też biła i to dwukrotnie – najpierw na amerykańskich kwalifikacjach olimpijskich jako pierwsza zawodniczka w historii zeszła poniżej 52 sekund, a potem poprawiła ten rezultat w Tokio, osiągając znakomity wynik 51.46. Tyle tylko, że jej rekord – choć też znakomity – nie robił aż takiego wrażenia, bo nie pobijała wyniku długoletniego, a ten, który osiągnęła Dalilah Muhammad ledwie dwa lata wcześniej. Do Muhammad zresztą należy dziś drugi najlepszy rezultat w historii.

Warholm mierzył się z legendą Kevina Younga, mistrza olimpijskiego z Barcelony, który na tamtych igrzyskach pobiegł na 400 metrów przez płotki w czasie 46.78 s. Stał się wówczas pierwszym człowiekiem w historii, który zszedł poniżej 47 sekund na tym dystansie. Norweg – jak Rojas i Crouser – od dawna polował na rekord świata. Już w 2019 roku był bliski, a w 2020 swój wynik jeszcze wyśrubował, ustanawiając życiówkę na poziomie 46.87 s. Wciąż jednak czegoś brakowało.

Aż do mityngu w Oslo. Tam w fantastycznym stylu pobiegł równe 46.70, pobijając wynik Younga i odbierając mu rekord po 29 latach. A w Tokio tylko to poprawił, łamiąc kolejną granicę w najszybszym biegu w historii – on sam osiągnął wynik kosmiczny, historyczny – 45.94 s. Lepiej od poprzedniego rekordu świata pobiegł też jednak Rai Benjamin (46.17), a trzeci Alison Dos Santos przebił wynik Younga (46.72). Nikt jednak nie był w stanie pobiec tak doskonale jak Warholm.

Norweg stał się dominatorem swojej konkurencji, absolutnym ideałem, gościem, który biega najszybciej i najlepiej technicznie, a między wierszami pomrukuje już o tym, że mógłby spróbować swoich sił na płaskie 400 czy nawet 800 metrów! Sydney McLaughlin za to szczyt zdobyła niesamowicie prędko. Na karku ma ledwie 22 lata, już jest najszybsza w historii. Karsten jest jednak tylko o trzy lata starszy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to być może jeszcze w Los Angeles, za siedem lat, zobaczymy, jak oboje zgarniają złote medale.

A nawet jeśli nie, to za sobą i tak mają już absolutnie historyczne sezony. I zasłużone miejsca na podium tego zestawienia. Królowali bowiem w bardzo mocnej stawce i robili to w niesamowitym stylu.

  1. Sifan Hassan

Długo zastanawialiśmy się, czy nie powinna być pierwsza. Sifan Hassan to od kilku lat klasa sama w sobie, jedna z najlepszych biegaczek długodystansowych świata. Na igrzyskach wyznaczyła sobie niespotykany cel: trzy złote medale. W biegu na 1500, 5000 i 10000 metrów. Gdyby udało jej się to osiągnąć, przeszłaby do historii i byłby to jeden z największych lekkoatletycznych momentów w historii.

I była blisko.

Nie wyszło jej tylko w biegu na 1500 metrów, ale i tam zdobyła medal – brązowy. Na dwóch dłuższych dystansach była już bezkonkurencyjna, w obu dyktując warunki. W dodatku wszyscy pamiętali też jej upadek z eliminacji „półtoraka”, gdzie na ostatnim kółku potknęła się zawodniczką przed nią, przez co na bieżni wylądowała i Holenderka. Hassan szybko się podniosła i mimo wszystko… bieg wygrała! W finale już jej nie poszło (o ile można tak pisać o brązowym medalu), ale potem odrobiła sobie to na pozostałych dystansach.

Łącznie wystartowała w Tokio w sześciu biegach – trzech na 1500 metrów, dwóch na 5000 i jednym na 10000. Łatwo policzyć, że daje to 24,5 kilometra przebiegniętego po bieżni. Jasne, to nie maraton, ale całkiem prawdopodobne, że organizm wyczerpywało jeszcze bardziej. Bo przecież biegi na stadionie zakładają szybkie finisze, rywalizację w grupie, po kółkach. To często coś znacznie trudniejszego, niż maraton z utrzymywanym dobrym tempem. Trzeba było odpowiednio dobrać taktykę, wyegzekwować ją do ostatnich metrów i w ten sposób zapewnić sobie złoto.

– Końcowe metry to była męczarnia. Źle widziałam, zastanawiałam się, dlaczego przesunęli linię mety. Na szczęście nogi wytrzymały i dobiegłam. W takim stanie jak dziś jednak nigdy nie byłam. Wiedziałam, że wygrałam, ale… niewiele więcej. Nie miałam siły się cieszyć. Po przekroczeniu mety po prostu upadłam, nie mogłam oddychać. Jestem ogromnie szczęśliwa. Czuję ulgę, że to koniec. Wreszcie mogę się spokojnie wyspać, bo do tej pory budziły mnie koszmary, że podjęłam złą decyzję o starcie na trzech dystansach – mówiła po swoim trzecim i ostatnim medalu, doskonale oddając to, jak męczące było wyzwanie, jakie sobie postawiła.

Wyczyn Hassan już przeszedł do historii. A jednak postanowiliśmy umieścić ją na drugim miejscu. I choć nie była to łatwa decyzja, wydaje nam się w pełni usprawiedliwiona.

  1. Elaine Thompson-Herah

Sprinterska stawka wśród kobiet stała się w ostatnich latach niesamowicie wyrównana i mocna. Jednak to właśnie Elaine Thompson-Herah na igrzyskach wyrosła ponad wszystkie inne rywalki. W Tokio zdobyła trzy złote medale – na 100 i 200 metrów oraz w sztafecie 4×100. Przede wszystkim jednak – w tym sezonie została drugą najszybszą kobietą w historii, zbliżając się do historycznych wyników Florence Griffith-Joyner i pobijając jej rekord olimpijski, trzymający się od igrzysk w Seulu!

Podobnie rzecz miała się na 200 metrów. 21.53 s, czyli wynik, który wykręciła Thompson-Herah w stolicy Japonii, też jest drugim najszybszym w historii. Też po Flo-Jo. Wszystko to Jamajka zrobiła stając przed presją obrony swoich tytułów olimpijskich z Rio de Janeiro. Tę presję uniosła, a potem dołożyła też złoto w sztafecie, w której w Brazylii Jamajki były drugie. Sama sobie nadała później miano – zresztą prawdziwe – „najszybszej żyjącej kobiety”.

Wszystko się tu zgadza. Choć w trakcie sezonu niekoniecznie wygrywała, to na igrzyska przyjechała w wielkiej formie. Na tyle, że zgarnęła trzy złota i ustanowiła dwa historyczne rezultaty. A gdzieś na horyzoncie majaczy już marzenie – pobicie rekordów legendarnej (ale i kontrowersyjnej) Flo-Jo. Na ten moment wydaje się, że jeśli ktoś ma je poprawić, to właśnie Thompson-Herah. Druga w historii, która może stać się pierwszą.

Pierwsza jest w tym rankingu. Również dlatego, że sprinty to zawsze te najbardziej widowiskowe, wyczekiwane konkurencje. Wygrać w nich, to jak wyjść na największą scenę świata i osiągnąć absolutne mistrzostwo. W dodatku – podkreślmy to jeszcze raz – w znakomitej stawce, mając za rywalki takie postaci jak Shelly-Ann Fryser-Pryce, Shericka Jackson, Marie-Josee Ta Lou czy fenomenalną Christinę Mbomę.

Wszystkie je Elaine zostawiła za plecami. I to daleko. W obu przypadkach wygrywała ze sporą przewagą. Przypominała kobiecego Usaina Bolta, w końcu nawet narodowość się zgadza (choć zdecydowanie nie wzrost). Zdominowała te igrzyska. Po prostu.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pan Janusz
Pan Janusz
10 dni temu

Warholm najlepszy, co ten chłopak odjebał, to głowa mała

Aktualności

Kalendarz imprez