Najlepsi. Kto w lekkiej atletyce zachwycił w tym sezonie najbardziej?

Najlepsi. Kto w lekkiej atletyce zachwycił w tym sezonie najbardziej?

Skończył się już sezon lekkoatletyczny. A skoro się skończył, to… czas na rankingi. Najlepszych wybiera się w Europie, Amerykach, Azji, Afryce, Australii i na świecie. Nas nie interesują kontynenty, postanowiliśmy od razu pójść na całość. To nasza najlepsza dwunastka (choć miejsc jest dziesięć, nagięliśmy nieco zasady) lekkoatletów i lekkoatletek minionego sezonu. Uwierzcie: nie było łatwo ją ułożyć.

Spójrzmy choćby na listę tych osób, które tu nie weszły. Każda z nich zdobyła złoto mistrzostw świata (to w 90 procentach przypadków był warunek konieczny, by w ogóle znaleźć się w orbicie naszych zainteresowań), każda zaliczyła w tym sezonie wspaniałe występy. I była bardzo blisko zapewnienia sobie miejsca w tym rankingu. Innymi słowy: decydowały setne sekundy, milimetry i jeden czy dwa lepsze występy. Dlatego do rankingu najlepszych nie weszli tacy sportowcy jak Daniel Stahl (najlepszy dyskobol świata i to nie tylko ze względu na złoto MŚ), Steven Gardiner (bo przed MŚ startował głównie na mniejszych mityngach i niezbyt często) i Yulimar Rojas czy Beatrice Chepkoech (które odrzuciliśmy z bólem serca).

Ranking zdominowali biegacze. To nie dziwi, bo większość z nich po prostu śmiga na kilku dystansach, przez co zdobywa więcej medali i ma większe szanse na odnoszenie sukcesów. Przedstawicieli konkurencji technicznych jest przez to mało (uprzedzamy: nie ma Pawła Fajdka, nie zdominował tego sezonu aż tak) i zajmują niskie miejsca. Choć pewnie znaleźliby się tu Ryan Crouser czy Tom Walsh… gdyby tylko złota sprzed nosa nie sprzątnął im Joe Kovacs, który z kolei był zbyt słaby na przestrzeni całego sezonu, żeby myśleć o takim wyróżnieniu go.

Dobra, słów wyjaśnienia tyle. Lećmy z tym rankingiem.

  1. CHRISTIAN COLEMAN

Choć trwa najkrócej, to jest najbardziej prestiżową konkurencją. Nie mogliśmy tu pominąć stu metrów mężczyzn, nie było nawet takiej opcji. Tym bardziej, że Christian Coleman – choć może brzmi to dziwnie – może być dumny z tego, jak szybko kończył. Wybaczcie, ten żart musiał się pojawić. A skoro mamy go już za sobą, to pogadajmy o osiągnięciach Amerykanina. Najlepszy czas? 9,76 z mistrzostw świata. Coleman pewnie byłby w naszym zestawieniu wyżej, gdyby nie fakt, że startował rzadko. Trzy razy w Diamentowej Lidze (wygrał dwa starty, w trzecim był drugi), a poza tym zaliczał tylko mistrzostwa USA i mistrzostwa świata.

Pewnie, skoro już o tym wspomnieliśmy, zaraz ktoś zarzuci nam, że w takim razie lepiej byłoby wepchnąć tu kogoś, kto startował więcej i wygrywał częściej, tyle że w innej konkurencji. No tak, ale Coleman ma jeszcze jednego asa w rękawie – wygrał też złoto w sztafecie. Wiadomo, to nie tylko jego zasługa, ale bez niego mogłoby tego medalu nie być. Zresztą mało zabrakło, żeby Amerykanie faktycznie musieli biec bez niego, bo jakiś czas przed mistrzostwami gruchnęła wieść, że Coleman może się w Katarze nie zjawić przez unikanie kontroli dopingowej. Ostatecznie tam trafił, a potem był już absolutnie najszybszy.

  1. SAM KENDRICKS I MARIJA ŁASICKIENE

Oboje skaczą, choć jeden o tyczce, a druga wzwyż. Dlatego są razem. Zresztą nie wypadałoby pominąć lekkoatletki roku w Europie, choć, do czego jeszcze przejdziemy, nie rozumiemy, czemu to akurat Rosjanka (startująca, oczywiście, pod neutralną flagą) wygrała. Jednak przyznać trzeba, że w trakcie tego sezonu zachwycająca była regularność i łatwość, z jaką pokonywała poprzeczkę zawieszoną na wysokości co najmniej dwóch metrów. Był nawet moment, gdy uwierzyliśmy, że może powalczy o pobicie wiekowego już rekordu świata (209 centymetrów), kiedy w czerwcu w kolejnych startach zaliczyła serię: 201, 202, 206 (najlepszy wynik w sezonie), 204, 202 i 200 centymetrów.

Rekordu co prawda nie było, ale Łasickiene i tak była nie do zatrzymania. W swoich wszystkich startach na stadionie w tym roku przegrała zaledwie dwa razy. Raz – w trakcie meczu Europa – USA, gdy zajęła trzecie miejsce. Druga porażka? W kwalifikacjach na mistrzostwach świata. Wiemy, że to inna sytuacja, ale cóż, ta „dwójeczka” w statystykach IAAF psuje ten obraz, więc o niej wspominamy. Inna sprawa, że w finale Rosjanka walnęła 204 centymetry i w bardzo ciekawym konkursie odsadziła wszystkie rywalki. Triumfowała też wcześniej w pięciu mityngach Diamentowej Ligi, po czym bezkonkurencyjna była również w finale cyklu. Rosjanka po prostu musiała znaleźć się w tym rankingu. Choć konkurencję miała ogromną.

A Sam Kendricks? Cóż, też skakał najwyżej. Co ciekawe – dokładnie cztery metry nad Łasickiene. Jego 6,06 to zdecydowanie najlepszy wynik tego sezonu. Jeśli już kiedykolwiek w 2019 roku przegrywał, to wtedy, gdy rywale wznosili się pod samo niebo. Czyli na przykład na mityngach, na których sześć metrów przekraczał Piotr Lisek. W finale mistrzostw świata też był nie do zatrzymania, choć Armand Duplantis i Lisek postawili mu twarde warunki. Startował często i w zdecydowanej większości przypadków wygrywał. Był najrówniejszy i najlepszy. W punktowym rankingu IAAF, obejmującym wszystkie dyscypliny, znalazł się zresztą na czwartym miejscu. A to o czymś świadczy.

  1. SHELLY-ANN FRASER-PRYCE

Zawodniczka dwóch imion, dwóch nazwisk i… dwóch złotych medali. Podobnie jak Coleman zgarnęła mistrzostwo na setkę i w sztafecie 4×100. Wiadomo, że Jamajka to już uznana marka, wielokrotna mistrzyni olimpijska i świata. Ale właśnie to trzeba docenić. Od dziesięciu lat jest na szczycie i z niego nie schodzi, a w międzyczasie zdążyła też zostać matką. Na 100 metrów w tym sezonie przegrała trzy razy. Co ciekawe, często w kluczowych momentach – w finale mistrzostw kraju czy Diamentowej Ligi. Ale na MŚ była już bezkonkurencyjna.

Jej 10.71 z finału tych ostatnich to najlepszy czas osiągnięty przez jakąkolwiek zawodniczkę w tym roku. Druga na mecie Dina Asher-Smith przybiegła dwanaście setnych sekundy za nią. W biegu na setkę to przepaść. W sztafecie Jamajki też były bezkonkurencyjne. – Móc stać tutaj po raz kolejny, po zdobyciu tych medali, w wieku 32 lat i trzymając swoje dziecko… to marzenie, które stało się rzeczywistością. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam kłębkiem nerwów. Martwiłam się o wszystko, ale teraz Zyon [syn] jest moim źródłem nadziei i siłą – mówiła Fraser-Pryce pod koniec mistrzostw.

Ta siła wraz z nadzieją, dały jej kolejne dwa złota do wielkiej kolekcji. Mamy przeczucie, że ta się jeszcze rozrośnie. A na razie krążki z tych mistrzostw dały jej ósme miejsce w naszym rankingu.

  1. SALWA EID NASER

48,14, czyli rekord kraju. Sama mówiła, że takiego czasu po prostu się nie spodziewała. Złoto na 400 metrów i brąz w sztafecie mieszanej. Jak na zawodniczkę pochodzącą z Bahrajnu a nie Jamajki czy USA – kosmos. Przez cały sezon była absolutnie bezkonkurencyjna. W statystykach IAAF znajdzie się co prawda dwójka przy jednym z jej startów, ale to bieg półfinałowy. Gdy przychodziło do tych najważniejszych – zawsze była najszybsza. Wygrywała mistrzostwa Azji, cztery mityngi i finał Diamentowej Ligi oraz mistrzostwo świata. Gdy Bahrajn tego potrzebował, startowała nawet… w sztafecie 4×100 metrów.

Eid Naser znajduje się tu jednak głównie dlatego, że na mistrzostwach stała się najszybszą zawodniczką na swoim dystansie w XXI wieku. I trzecią najszybszą w historii dyscypliny. A rekord świata w biegu na jedno okrążenie to już staruszek. Co ciekawe, przed startem w Dausze Salwa nie była wcale zdecydowaną faworytką. Zdaniem ekspertów miała mieć spore problemy z wyprzedzeniem między innymi Shaunae Miller-Uibo. Ale kiedy już stanęła na bieżni, to pobiegła w absolutnie fantastycznym stylu.

Nie można osiągnąć takiego czasu i nie wygrać biegu. Pozwoliłam jej trochę uciec, ale sama i tak poprawiłam rekord życiowy, muszę być zadowolona – mówiła Miller-Uibo. A nowa mistrzyni dodawała: – Nie patrzyłam, czy ktoś jest obok. Po prostu biegłam, chcąc to zakończyć. Dopiero na powtórce zobaczyłam, że Shaunae była tuż za mną. To jest niesamowite. Kiedyś to ja ją goniłam, a teraz ona mnie.

Dodawała też, że rekord świata jest możliwy do pobicia. Liczymy więc, że w przyszłości faktycznie uda jej się to zrobić.

  1. ELIUD KIPCHOGE I BRIGID KOSGEI

Połączyliśmy tę dwójkę, bo to ta sama konkurencja i oboje dokonali czegoś historycznego. Łączy ich też to, że na mistrzostwach świata nie startowali. Osiągnęli jednak rzeczy, które nie śniły się ani filozofom, ani nam. Choć, żeby usprawiedliwić ich stosunkowo niską pozycję, dodać musimy, że nie obyło się bez kontrowersji.

Zacznijmy od Brigid. Kenijka wszystkich zaskoczyła. I to właśnie to budzi wątpliwości. Bo wcześniej jasne, osiągała sukcesy, ale nie w takim tempie. Jej kariera więc prezentowała się całkiem nieźle, aż tu nagle… bum! Rekord świata. I to poprawiony z przytupem – o 81 sekund. Może byłoby to jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie fakt, że Paula Radcliff, poprzednia rekordzistka, cieszyła się mianem najlepszej w historii przez szesnaście lat. Aż tu nagle przybiegła Kosgei i jej ten tytuł zabrała. Przy okazji pobijając też swoją życiówkę o – uwaga! – 4,5 minuty.

Przyznajcie sami: brzmi to niesamowicie i nic dziwnego – biorąc też pod uwagę reputację dopingową Kenii – że budzi wątpliwości. Do tego dochodzą specjalne… buty, które miały jej dać przewagę. Ale na razie nic Brigid nie udowodniono, więc przyznać trzeba, że pobiegła w historycznym stylu. Potem, oczywiście, prześledzono jej biografię. Dowiedzieliśmy się, że wyleciała ze szkoły, biegała do szkoły i ma już dwójkę dzieci. Historia więc iście hollywoodzka. Pozostaje mieć nadzieję, że taką pozostanie.

Kipchoge za to od dawna miał jeden cel – złamanie bariery dwóch godzin. I wreszcie mu się tu udało. Tu kontrowersji nie wzbudza doping, a styl w jakim to zrobiono. Pętlę długości 9,9 km pokryto nowym asfaltem, zbadano dosłownie każdy szczegół (nawet liście spadające z drzew, serio!), ustalono odpowiednią godzinę startu, a Kenijczykowi na trasie towarzyszyło 41 pacemakerów, przed którymi jechał z kolei samochód elektryczny regularnie podający czas.

Dużo tego, przyznajcie I jasne, wynik Eliuda (1:59.40) jest historyczny, a Kenijczyk przejdzie do historii jako pierwszy gość, któremu te dwie godziny udało się złamać. Wciąż pozostaje jednak tych kilka „ale”, które wykorzystują jego przeciwnicy. Żeby było śmieszniej – nie ci z tras maratońskich. Oni raczej tym wyczynem niesamowicie się jarali i niech to świadczy o tym, jak wielki on był.

  1. KARSTEN WARHOLM

Lekkoatleta roku w Europie. Ten tytuł dla Norwega dziwić nie może. Gość jest po prostu bezkonkurencyjny w tym co robi. Dosłownie. Trzy zwykłe mityngi Diamentowej Ligi i jej finał oraz dwie inne, mniejsze imprezy. Do tego trzy biegi na mistrzostwach świata. Wygrał wszystkie. Na 400 metrów przez płotki w tym sezonie po prostu nie było kozaka, który zdołałby pokonać Karstena Warholma.

Jego złoto było ukoronowaniem perfekcyjnego sezonu (nawet gdybyśmy zajrzeli na halę albo starty Karstena na płaskich 400 metrach, okazałoby się, że wyłącznie wygrywał). W dodatku w jego szczytowym momencie zbliżył się niesamowicie do rekordu świata. Ten wynosi 46,78 i ma już 27 lat. Tyle pobiegł Kevin Young na igrzyskach w Barcelonie. Warholm zszedł w tym roku do czasu 46,92 i na listach wszech czasów przegrywa… wyłącznie z Youngiem.

Naturalnie jest też pierwszym Europejczykiem, który pobiegł na tym dystansie poniżej 47 sekund. Równocześnie jest też pierwszym gościem z naszego kontynentu, który obronił złoto mistrzostw świata w tej konkurencji. I prawdopodobnie na tym nie poprzestanie, przecież ma dopiero 23 lata. Przed Norwegiem jeszcze wielka, ogromna kariera, ale już teraz jest jednym z najlepszych lekkoatletów na świecie.

  1. NOAH LYLES

Walniemy małym spoilerem, ale Noah Lyles to najwyżej notowany facet na tej liście. Jest też liderem rankingu IAAF wśród mężczyzn. To nie dziwi, bo sukcesy osiąga w dwóch konkurencjach, choć na MŚ biegał tylko na 200 metrów. Indywidualnie, bo złota w sztafecie 4×100 odpuścić sobie nie mógł. Dorobkiem medalowym zrównał się więc z kolegą z kadry, Christianem Colemanem, ale na przestrzeni całego roku prezentował się znacznie lepiej.

Jeśli chodzi o „dwusetkę”, to tylko dwukrotnie nie wygrywał biegów. W kwalifikacjach na MŚ i w swoim pierwszym starcie – 6 czerwca – gdy szybszy był Michael Norman. Miesiąc później Lyles był już za to bezkonkurencyjny i zszedł do fantastycznego czasu 19,50. Jasne, może w porównaniu do Usaina Bolta (19,19) to wynik wyglądający na słaby, ale Lyles jest w tej chwili czwartym najszybszym gościem w historii na tym dystansie. A przypomnijmy, że Amerykanin jest młodszy nawet od Warholma – ma zaledwie 22 lata.

Ostatnie trzy tygodnie były najtrudniejszymi momentami mojej kariery. Czułem się, jakbym przedzierał się przez dzicz. Byłem odizolowany od domu i rodziny. Tylko trenowałem, jadłem i spałem, robiąc to w innym kraju, gdzie ludzie nie mówili w moim języku – wspominał, już po zdobyciu złota. Skoro więc zdołał pobiec w takim stylu, gdy nie wszystko u niego grało, co się stanie, kiedy Lyles będzie w idealnym nastroju? Trudno przewidzieć, ale panie Bolt, balibyśmy się o pana rekord. Ten gość może go pobić.

Choć bez rekordowych ambicji, to warto powtórzyć, że na setkę Noah też potrafi szybko biegać. W tym sezonie był wyłącznie drugi albo pierwszy. Wygrał między innymi finały Diamentowej Ligi (zresztą w obu konkurencjach). Na mistrzostwach świata jednak sto metrów sobie odpuścił, a szkoda. Bo możliwe, że gdyby pobiegł, to teraz zastanawialibyśmy się, czy zasłużył na pierwsze miejsce, a nie umieszczali go na czwartym.

  1. DINA ASHER-SMITH

To może dziwnie wyglądać, ale właśnie na trzecim miejscu znalazła się biegaczka, która na mistrzostwach dwukrotnie przegrała z tą z… ósmej lokaty. Zanim ktoś się jednak do tego przyczepi to śpieszymy z wyjaśnieniem. Najkrócej rzecz ujmując, moglibyśmy napisać, że to jedna z dwóch osób, która z Kataru przywiozła trzy medale. Shericka Jackson zgarnęła jednak dwa brązowe medale (indywidualnie i w sztafecie) oraz złoto w drużynie. Dina ogarnęła lepszy komplet: srebrne krążki w sztafecie i na 100 metrów, a złota była za to na dwukrotnie dłuższym dystansie. Przy okazji w obu indywidualnych startach poprawiła też rekordy Wielkiej Brytanii, a to pokazuje, że biegała po prostu znakomicie.

Na przestrzeni całego sezonu radziła sobie świetnie. W rankingach IAAF zajmuje drugie (100 metrów) i pierwsze (200 metrów) miejsce. W ogólnym jest druga, a zawodniczka, która ją wyprzedziła, robi to i u nas. Na setkę w tym sezonie wygrywała między innymi finały Diamentowej Ligi. Żeby było ciekawiej – na dwieście wtedy przegrała. Odwrotnie było w Dausze, gdzie nie była w stanie przeciwstawić się Fraser-Pryce, ale na drugim ze swoich ukochanych dystansów zgarnęła pierwsze złoto MŚ w swojej karierze.

Normalnie jestem rozmowna i pełna energii, ale teraz brak mi słów. Każdy powtarza: „mistrzyni świata, mistrzostwo świata”. Powtarzali, że jestem faworytką, ale trzeba jeszcze wyjść i pobiec. Na tym się skupiałam. Jeszcze to do mnie nie dotarło i pewnie nigdy nie dotrze. Śniłam o tym, teraz stało się to prawdą – mówiła tuż po swoim starcie. Prawdą stało się też jej trzecie miejsce w naszym rankingu. Choć zakładamy, że jednak wyżej ceni – o dziwo – mistrzostwo świata.

  1. DALILAH MUHAMMAD

Ten sezon był znakomity dla fanatyków 400 metrów przez płotki. Rywalizację wśród facetów zamiótł Karsten Warholm, a u kobiet z kolei rekordowo szybko biegała Dalilah Muhammad. Amerykanka dwukrotnie w tym roku pobijała rekord świata. Najpierw z czasem 52,20 zrobiła to na mistrzostwach USA (dodajmy, że poprzedni rekord miał 16 lat, nie był więc młodzieniaszkiem), a potem poprawiła ten wynik o cztery setne w finale mistrzostw świata. Przegrała tylko dwa razy – na jednym z mityngów Diamentowej Ligi i w jej finale. Nie spadła jednak z podium.

Rekordy świata łamie się, gdy ma się wielki talent na bieżni – powiedziała po finale MŚ Dalilah. Może nie brzmi to najskromniej, ale dodajmy, że na myśli miała też swoje rywalki. Bo cały bieg był naprawdę piekielnie szybki. Ale najszybsza była Muhammad, która ze swoim 52,16 przeszła do historii. I choć na koncie ma już mistrzostwo olimpijskie, to złoto ze światowego czempionatu przywiozła do domu po raz pierwszy.

A potem dołożyła drugie, bo znalazła się w finałowym składzie sztafety 4×400. Na płaskim też bowiem biegać potrafi – pokazała to choćby u nas, gdy pojawiła się na Memoriale Kusocińskiego i wygrała rywalizację na 400 metrów bez płotków. Amerykanki w finale biegły oczywiście w swojej lidze, odsadzając nasze Aniołki Matusińskiego, i pewnie bez Muhammad też zdobyłyby złoto. Ale ta wystartowała, przysłużyła się, więc jej to oddajmy.

Prosta matematyka mówi nam więc, że ten sezon to dla Amerykanki dwa złote medale z mistrzostw świata i jeden, ale poprawiany dwukrotnie, rekord świata. Brzmi dumnie. I z całą pewnością zasługuje na tak wysokie miejsce w rankingu.

  1. SIFAN HASSAN

Generalnie z każdą z pozycji w tym zestawieniu mieliśmy problem… oprócz pierwszego miejsca. Od samego początku wiedzieliśmy, że wygrać musi Sifan Hassan. I to nie tak, że jesteśmy jej fanami – choć widząc, jak biega, trudno nie być – ona po prostu zamiotła tym sezonem. Łącznie wystartowała w nim na siedmiu różnych dystansach! Uwaga, jedziemy z wyliczanką. Hassan zaliczyła: 1500 metrów, mila, 3000 metrów, 5000 metrów, 5 kilometrów (to bieg uliczny, w przeciwieństwie do 5000 metrów, rozgrywanych na hali), 10000 metrów i półmaraton. Tylko w jednym starcie we wszystkich tych konkurencjach wypadała poza podium. Na każdym z tych dystansów wygrywała choć raz. A to spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że aż na trzech startowała jednokrotnie.

Jakby od niechcenia machnęła sobie dwa rekordy świata. Jasne, na dystansach, na których biega się rzadziej – czyli mili i pięciu kilometrach – ale to i tak niezły wyczyn. Do tego doszły rekordy kraju na 3000 i 5000 metrów. W skrócie: była nie do zatrzymania. Świetnie świadczą o tym rankingi IAAF: Sifan jest tam pierwsza na „dyszkę” i 1500 metrów, a druga na 5000. Tyle tylko, że na tym ostatnim dystansie nie startowała w Katarze. Nie przeszkodziło jej to jednak wcześniej wygrać na nim w finałach Diamentowej Ligi. Zresztą koronowana w całym cyklu była podwójnie, bo zgarnęła też trofeum za 1500.

W Dausze również okazała się najlepsza na półtora kilometra, a do tego dołożyła złoto na 10000 metrów, zostając pierwszą osobą w historii, której udała się taka sztuka. Dzięki jej sukcesom Holandia wyprzedziła nas w tabeli medalowej, nie mając… żadnych innych krążków na koncie. To się nazywa być jednoosobową kadrą. I naprawdę, nie rozumiemy, jak Hassan mogła przegrać w rywalizacji o tytuł „Europejskiej lekkoatletki roku” z Mariją Łasickiene. Bo o ile cenimy osiągnięcia i skoki Rosjanki, o tyle Holenderka była jedyną właściwą kandydatką do tego wyróżnienia.

Czas z jej finału na 1500 metrów – 3:51.95 – był szóstym najlepszym w historii i najszybszym, jaki kiedykolwiek zanotowano na mistrzostwach świata. Biegała wspaniale, odsadzała rywalki. Pojawił się tylko jeden problem – mniej więcej w tamtym okresie zawieszono Alberto Salazara, jej trenera. Powód? Doping. – Byłam bardzo zła. Nie mogłam z nikim rozmawiać. Wszystko to wybiegałam. Chciałem pokazać, że ciężką pracą da się osiągnąć wszystko. Jestem bardzo dobrą biegaczką od 2014, byłam nią przed współpracą z Alberto. A teraz ludzie zaczynają mówić to całe gówno o dopingu. Całe życie jestem czysta. Jeśli ktoś chce przeprowadzić testy, moje drzwi są otwarte – mówiła po drugim złocie.

Jej medale, dopóki nikt nic jej nie udowodni, też są czyste. Podobnie jak rekordy świata. I to nimi zapracowała sobie na pierwsze miejsce w tym rankingu.

 

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez