Na deskach… 2020 rokiem bolesnych bokserskich weryfikacji

Na deskach… 2020 rokiem bolesnych bokserskich weryfikacji

Dobiegający końca 2020 rok nie rozpieszczał fanów pięściarstwa. Po przełożeniu igrzysk i zawieszeniu turniejów kwalifikacyjnych boks amatorski zastygł w bezruchu i trwa w nim do dziś. Jeszcze bardziej może dobijać jednak sytuacja zawodowców. W ostatnich miesiącach cenne zwycięstwa Polaków można policzyć na palcach jednej ręki. Dużo dłuższa jest za to lista brutalnych zderzeń z rzeczywistością.

Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że polski boks był w kryzysie na długo przed pandemią koronawirusa. Jak mantrę powtarzamy przecież, że reprezentant naszego kraju na olimpijski medal czeka już od 1992 roku. Może się okazać, że tę bolesną serię najprędzej przerwą… panie. Bo jeśli do jakiejś grupy można mieć za ostatni okres stosunkowo mało zastrzeżeń, to właśnie do Polek walczących w obu odmianach boksu.

W Londynie podczas turnieju kwalifikacyjnego panie wygrały niemal komplet walk. “Niemal”, bo Elżbieta Wójcik… po prostu nie zdążyła wyjść do ringu przed przerwaniem zawodów. Zwycięstwa na inaugurację zapisały za to Sandra Drabik (51 kg), Sandra Kruk (57 kg), Aneta Rygielska (60 kg) i Karolina Koszewska (69 kg). Dwie z nich do wywalczenia olimpijskiej przepustki potrzebują już tylko jednego zwycięstwa.

Oczywiście w żeńskim boksie sito kwalifikacyjne nie jest aż tak bezwzględne, a im wyższa kategoria, tym mniej potencjalnie groźnych rywalek. W Tokio po raz pierwszy w historii panie powalczą aż w pięciu kategoriach – do tej pory w Londynie i Rio funkcjonowały tylko trzy (musza, lekka i średnia). Polki nadal liczą się zatem w grze o pełną pulę.

Ewy w odwrocie

Nieco inaczej wygląda sytuacja na zawodowstwie. Porażka Ewy Brodnickiej (19-1, 2 KO) (jedynej polskiej mistrzyni świata w boksie pań i panów, która 2020 rok rozpoczynała na tronie) to zaledwie część większego obrazu. Przegranej z Mikaelą Mayer (14-0, 5 KO) można było się przecież spodziewać. Polka po raz pierwszy opuściła strefę komfortu, ale pas przegrała już dzień przed walką – podczas ceremonii ważenia nie zmieściła się w limicie kategorii superpiórkowej.

W ringu sędzia odjął jej dwa punkty za faulowanie, a dwóch arbitrów punktowych widziało wygraną rywalki w każdej rundzie. Mimo to Brodnicka walczyła do końca. Po raz pierwszy zderzyła się z elitą, ale na jej konto wpadła imponująca wypłata rzędu kilkuset tysięcy dolarów, której mógłby pozazdrościć niejeden kolega po fachu. Polka nie załapała się na falę, która niesie żeński boks w ostatnich miesiącach, ale przynajmniej spróbowała być częścią tego świata.

Na tym tle tym trudniej zrozumieć kierunek, w którym zmierza kariera Ewy Piątkowskiej (15-1, 4 KO). Po dyskusyjnej porażce z Brodnicką w 2015 roku zdążyła przecież zostać mistrzynią świata. Jej starcie z Marią Lindberg (16-3-2) było jednym z najlepszych sportowych momentów Narodowej Gali Boksu, na którą porwał się w 2018 roku Marcin Najman. Potem było już tylko gorzej. “Tygrysica” najpierw straciła pas bez walki, a teraz od jakiegoś czasu wraca, ale… nie bardzo wiadomo do czego.

W czerwcu 2020 roku Piątkowska zmierzyła się z Kariną Kopińską (13-36-4, 3 KO). Na tle ambitnej, ale wielokrotnie zweryfikowanej na najwyższym poziomie (między innymi przez tę samą Ewę już w 2016 roku!) Ślązaczki zaprezentowała się blado, bo ciężko inaczej nazwać wyszarpaną wygraną 4-2 w rundach. Potem przez moment wydawało się, że zawodniczka wystąpi na gali promującej ją grupy KnockOut Promotions – i to wreszcie w walce wieczoru.

Tak się jednak nie stało. Zamiast tego Piątkowska pojawiła się… na gali Polsat Boxing Night. To oznacza, że w 2020 roku obie jej walki doszły do skutku na kartach innych promotorów – ta druga nawet w konkurencyjnej stacji. Mało tego – w ringu była mistrzyni świata spotkała się z debiutującą w boksie Różą Gumienną. Ambitna specjalistka od K-1 postawiła się nadspodziewanie dzielnie – przegrała minimalnie u dwóch sędziów, trzeci wskazał remis.

Trudno w to uwierzyć, ale chaotycznie (nie)prowadzona kariera Piątkowskiej zmierza teraz… do klatki MMA. Zawodniczka już wcześniej chwaliła współpracę z Martą Linkiewicz, a tajniki nowej dyscypliny poznaje pod czujnym okiem Mirosława Oknińskiego. Debiut już w lutym 2021 roku… na gali VIP MMA organizowanej przez Marcina Najmana. Być może w tym całym zamieszaniu jest jakaś głębsza wizja, ale na pierwszy rzut oka chyba nic na to nie wskazuje.

Harmonijnie prowadzona wydaje się za to kariera Laury Grzyb (5-0, 3 KO). Po promotorskich i trenerskich zakrętach zawodniczka wreszcie wyszła na prostą. Trenuje pod okiem Piotra Wilczewskiego, a w grudniu zadebiutowała w walce wieczoru na gali Tymex Boxing Promotion. Specjalnie nie błysnęła, ale po dziesięciu rundach dość pewnie wypunktowała twardą Enerolisę de Leon (6-3-2), pierwszy raz sprawdzając się na najdłuższym dystansie.

Okazało się, że występ miał drugie dno. Zawodniczka wystąpiła z opatrunkiem na nodze, który miał skrywać… zerwane więzadła. Wyjście do ringu z takimi problemami było ogromnym i niepotrzebnym ryzykiem, ale z drugiej strony mówi sporo o charakterze zawodniczki, która postanowiła za wszelką cenę wykorzystać nadarzającą się okazję. Gdy wróci do zdrowia, może znaleźć się na ostatniej prostej do walki o mistrzostwo Europy.

Niezapomniany wyjazd do Afryki

A u panów? Możemy wyróżnić szeroką gamę różnego rodzaju przegranych. Zacznijmy od tych “ładnych” – tak można interpretować porażkę Michała Cieślaka (20-1, 14 KO) z Ilungą Makabu (28-2, 25 KO). W styczniu w Kongu na Polaka czekał jeden z najlepszych pięściarzy wagi junior ciężkiej ostatnich lat, który mógł liczyć nie tylko na wsparcie kibiców. Galę zorganizował krewki generał Ferdinand Ilunga Luyoyo, a na miejscu nie obyło się bez przygód.

W ringu też działy się cuda. Cieślak miał obiecujące momenty, ale w czwartej rundzie chwilę nieuwagi przypłacił deskami. Spodziewał się reakcji sędziego po ciosie, który uznał za uderzenie poniżej pasa. Arbiter inaczej zinterpretował całą sytuację, a Makabu rzucił zdezorientowanego Polaka na deski. To jednak wcale nie był początek końca, bo przyjezdny pokazał niezwykły hart ducha. Po jednym z jego ciosów gospodarz był liczony, a na początku walki – gdy Cieślak zdecydowanie zaatakował – runda nagle… została skrócona o minutę.

Ogółem Polak pokazał ambicję, hart ducha i twardą szczękę. W mocno niesprzyjających warunkach zaliczył chrzest bojowy. Po dwunastu rundach sędziowie minimalnie wskazali na Makabu, ale na terenie neutralnym Polak mógłby liczyć na ciut więcej. Został niedosyt, ale i przekonanie, że Cieślak to jeden z nielicznych krajowych pięściarzy, którzy nie dadzą się zatopić na naprawdę głębokich wodach.

Były także porażki w jakimś sensie “spodziewane”. Już sam wyjazd Kamila Szeremety (21-1, 5 KO) na walkę z Giennadijem Gołowkinem (41-1-1, 36 KO) był trafieniem losu na loterii. Wszyscy wiedzieli, że murowanym faworytem jest mistrz, więc nie było zdziwienia, gdy pretendent z Polski znalazł się na deskach już w pierwszej rundzie. To jeden ze znaków rozpoznawczych Kazacha, który w ten sposób demonstrował moc w walkach z Siergiejem Derewjanczenką (13-1) i… Grzegorzem Proksą (28-1).

Ostatecznie Szeremeta wytrwał do siódmej rundy. Gołowkin nie miał litości – Polak był liczony cztery razy. Za każdym razem po innym ciosie. Pretendent dzielnie wstawał, ale nie wygrał żadnej rundy. Smutna dla polskich kibiców była inna grudniowa noc – ta w Londynie. Tam przegrywali Mariusz Wach (36-7, 19 KO) i Nikodem Jeżewski (19-1, 9 KO). Ten pierwszy został porozbijany i wypunktowany przez Hughiego Fury’ego (24-3), tego drugiego boleśnie rzucał na deski Lawrence Okolie (14-0).

Porażka za grosze

W 2020 roku oddaliła się także szansa na pierwszego polskiego mistrza świata w kategorii ciężkiej. W marcu Adam Kownacki (20-1, 15 KO) nieoczekiwanie przegrał z Robertem Heleniusem (29-3). Po pierwszych trzech rundach wydawało się, że “Babyface” ma wszystko pod kontrolą, a przełamanie rywala jest tylko kwestią czasu. W czwartej rundzie faworyt nagle znalazł się na deskach. Zaskoczony był także sędzia ringowy, bo… nie podjął liczenia.

Arbiter może nie wiedział co się dzieje, ale doskonale zdawał sobie z tego sprawę Helenius. Po kolejnej serii ciosów Kownacki ciężko padł, a niedługo potem został wyliczony. Jedna wpadka wystarczyła, by wypadł z czołówek rankingów najważniejszych federacji. Długie miesiące nie było wiadomo, co dalej z jego karierą. Na szczęście grudzień przyniósł pozytywne informacje – rewanż jest podobno dogadany i dojdzie do niego na początku 2021 roku.

Na drugą szansę w 2021 roku będzie liczył także Robert Parzęczewski (25-2, 16 KO). W ostatnich miesiącach miał się spotkać z Ryanem Fordem (17-6, 12 KO), ale na samym końcu rywal zgłosił kontuzję. Walkę na ostatniej prostej dostał Szerzod Chusanow (22-1-1, 10 KO). 40-letni Uzbek nigdy nie był królem nokautu, ale w Częstochowie na moment się nim stał. W drugiej rundzie lewym sierpowym znokautował faworyta.

Robert Parzęczewski miał kiedyś ofertę walki o mistrzostwo świata z Siergiejem Kowaliowem, moim zdaniem powinien ją przyjąć. Pieniądze były naprawdę duże, ryzyko też było duże, ale można przegrać za 300 tysięcy dolarów, ale można też za 40 tysięcy złotych. Zawsze powtarzałem, że walk o mistrzostwo świata się nie odmawia, bo później można przez przypadek przegrać i zostaje się z niczym – tłumaczył obrazowo promotor Mariusz Grabowski w rozmowie z serwisem Po Gongu.

Przedostatnia kategoria porażek to “zwycięstwa, które nic nie dały”. Aż dwie takie walki w 2020 roku zaliczył Łukasz Różański (13-0, 12 KO). Najpierw rozbroił strzelającego kapiszonami Erika “AK-47” Kalasnikovsa (10-8-1), by potem poobijać Ozcana Cetinkayę (30-21-2). Obie te wygrane z otyłymi rywalami bez większej woli walki tak naprawdę cofnęły Polaka w bokserskim rozwoju – i to nie tylko na statystycznym portalu Boxrec.

Skrzywdzony Radczenko i wykolejeni prospekci

Pyrrusowe zwycięstwo odniósł też Artur Szpilka (24-4, 16 KO). W marcu miał rozpocząć triumfalny marsz po mistrzowskie pasy w kategorii junior ciężkiej, ale Siergiej Radczenko (7-5) miał inne plany. Twardy Ukrainiec dwa razy miał faworyta na deskach. Miałby pewnie i trzeci, gdyby jego ataku w niezrozumiały sposób nie przerwał austriacki sędzia. W ostatniej rundzie “Szpila” rzucił się do ataku, ale w powszechnej opinii większości widzów po prostu tę walkę przegrał.

Oczarowani polską gościnnością arbitrzy widzieli jednak co innego. Karta jednego z nich (95:92) była niewytłumaczalna i w żaden sposób nie można jej obronić logicznymi argumentami. Ostatecznie Szpilka wygrał niejednogłośną decyzją, ale… zrezygnował z podbijania nowej kategorii. Wciąż zamierza jednak walczyć w ringu i niewykluczone, że w 2021 roku zmierzy się z Łukaszem Różańskim.

Ostatnia kategoria porażek to te “niespodziewane”. Mijający rok sprawił, że “zera” w rekordzie stracili dwaj prospekci. Sebastian Ślusarczyk (8-1, 5 KO) pod koniec 2019 roku pojawił się znikąd i pokazał spory potencjał siłowy przy dobrych warunkach fizycznych (200 cm zasięgu ramion w kategorii półciężkiej). Walka z Pawłem Czyżykiem (6-1) obnażyła jednak bokserskie braki Ślusarczyka, który po porażce ma wiele do przemyślenia.

W przyspieszoną pogoń za czołówką miał wreszcie ruszyć Igor Jakubowski (2-1, 1 KO). Na papierze sporo elementów wydawało się intrygujących. W końcu to pięściarz o niezwykle bogatym jak na polskie warunki amatorskim zapleczu. Wziął udział w igrzyskach olimpijskich w Rio, gdzie przegrał z Lawrencem Okoliem – tym samym, który dziś celuje w tytuł mistrza świata.

Zawodowa kariera układała się… różnie. Po udanym debiucie pięściarz trafił do domu “Wielkiego Brata”. W programie dotarł do finału i nagle stał się gwiazdą mediów społecznościowych. W 2020 roku został telewizyjnym ekspertem Polsatu i wrócił do ringu. Najpierw pokonał Pawła Nowaczyńskiego w jednej z najgorzej zestawionych walk w tym roku. Starcie absolutnego debiutanta z olimpijczykiem skończyło się ciężkim nokautem na tym pierwszym. W grudniu wydawało się, że Jakubowski dostaje ciekawą szansę w walce wieczoru. Zmierzył się z Michalem Plesnikiem (7-4) i… przegrał jednomyślnie w oczach polskich sędziów.

POLSKIE PORAŻKI W 2020 ROKU:

  • Ilunga Makabu (26-2) – Michał Cieślak (19-0) – przegrana na punkty
  • Giennadij Gołowkin (40-1-1) – Kamil Szeremeta (21-0) – przerwanie po szóstej rundzie
  • Robert Helenius (29-3) – Adam Kownacki (20-0) – TKO w czwartej rundzie
  • Szerzod Chusanow (21-1-1) – Robert Parzęczewski (25-1) – TKO w drugiej rundzie
  • Hughie Fury (24-3) – Mariusz Wach (36-6) – przegrana na punkty
  • Lawrence Okolie (14-0) – Nikodem Jeżewski (19-0-1) – TKO w drugiej rundzie
  • Michal Plesnik (7-4) – Igor Jakubowski (2-0) – przegrana na punkty
  • Mikaela Mayer (14-0) – Ewa Brodnicka (19-0) – przegrana na punkty

Gdzie zatem szukać optymizmu po takim roku? Mimo wszystko może cieszyć postawa Michała Cieślaka, który po porażce z Makabu odbudował się nokautując twardego Taylora Mabikę (19-6-2). Taka sztuka nie udała się wcześniej żadnemu z jego trzech rodaków. W tym roku Gabończyka wypunktował też Mateusz Masternak (43-5, 29 KO), dla którego z wielu względów nie był to łatwy okres.

“Master” marzył o igrzyskach. Z myślą o tym celu wrócił na ring olimpijski i zdobył tytuł mistrza kraju. Potem wziął udział w turnieju kwalifikacyjnym i w kategorii do 91 kilogramów wyglądał obiecująco. W Londynie w zaledwie dwie minuty rozstrzygnął walkę z Davidem Michalkiem, choć przesądziło o tym rozcięcie na twarzy rywala. Potem poprzeczka miała pójść w górę, ale turniej został przerwany.

Akurat Masternak znalazł się w innej sytuacji niż większość marzących o igrzyskach. Dla 33-latka przełożenie rozgrywek oznaczało, że może uciec mu kolejny rok kariery. Na to nie mógł sobie pozwolić, więc wrócił do zawodowego boksu. Najpierw w punktowanym sparingu do jednej bramki ograł Radczenkę, a potem odniósł dwa zwycięstwa, które odbudowały jego pozycję w szerokiej czołówce kategorii junior ciężkiej.

Turniej kwalifikacyjny zostanie wznowiony z zachowaniem dotychczasowych wyników. Nie można więc wykluczyć, że “Master” jeszcze raz spróbuje powalczyć o igrzyska. Największe szanse na olimpijską przepustkę ma jednak Damian Durkacz, który w przerwanym turnieju wygrał jedną walkę, ale walkowerem. Teraz do awansu potrzebuje już tylko wygranej z Milanem Fodorem.

Mam go rozpracowanego taktycznie, ale to działa w dwie strony. Będę chciał go czymś zaskoczyć. W Londynie Fodor trochę eksperymentował – w pierwszej walce zmieniał pozycję, robił zwody, ale mógł sobie na to pozwolić, bo nie miał wymagającego przeciwnika. Ze mną to nie przejdzie, będzie musiał pokazać coś więcej. Nie chcę zapeszać, ale on jest do obskoczeniaocenił Durkacz.

Pozostali panowie w Londynie zawiedli. Na pierwszej walce skończyły się marzenia Jakuba Słomińskiego (52 kg), Macieja Jóźwika (57 kg), Mateusza Polskiego (69 kg), Ryszarda Lewickiego (75 kg) i Sebastiana Wiktorzaka (81 kg). Na swój występ czeka jeszcze startujący w najcięższej kategorii Adam Kulik. Potem będzie jeszcze szansa wywalczenia kwalifikacji w oddzielnym turnieju. Realia są takie, że wywalczenie wśród panów choćby jednej olimpijskiej przepustki będzie dużym sukcesem.

Wśród zawodowców w 2020 roku błysnął Fiodor Czerkaszyn (16-0, 11 KO), który pokonał przed czasem twardego Patricka Mendy’ego (18-15-3). Zwycięski powrót zanotował także Maciej Sulęcki (29-2, 11 KO), ale występ okupił kolejnym urazem. Trzy zwycięstwa zaliczył marzący o europejskich pasach Damian Wrzesiński (21-1-2, 6 KO). Kolejne stopnie wtajemniczenia na zawodowstwie sukcesywnie poznaje Kamil Bednarek (6-0, 3 KO) – jedyny prospekt z krwi i kości. W 2021 roku życzmy sobie nie tylko mistrza w gronie zawodowców, ale kolejnych młodych zdolnych z papierami na coś więcej.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Dominik
Dominik
6 miesięcy temu

Bardzo dobre podsumowanie

Aktualności

Kalendarz imprez