Murray wrócił na wielką scenę. I pokazał mistrzowski charakter

Murray wrócił na wielką scenę. I pokazał mistrzowski charakter

Długo trwał rozbrat Andy’ego Murraya z turniejami wielkoszlemowymi. Na imprezie tej rangi nie widzieliśmy go przez dziewiętnaście miesięcy, od Australian Open 2019. Dzisiaj nareszcie wrócił na salony. Mecz z Yoshihito Nishioką był pierwszym, jaki miał rozegrać podczas tegorocznego US Open. Długo się wydawało, że drugiego nie będzie. Jednak ostatecznie po heroicznym, pięciosetowym, boju Brytyjczyk zdołał wyrwać zwycięstwo (4:6, 4:6, 7:6, 7:6, 6:4).

Andy Murray to klasa sama w sobie. Mianem dwukrotnego mistrza olimpijskiego w singlu pochwalić nie może się w końcu żaden członek Wielkiej Trójki. Przez lata brytyjski tenisista był zresztą największym zagrożeniem dla dominacji Rafy Nadala, Rogera Federara i Novaka Djokovica. Ba, obejmował nawet pozycję lidera rankingu ATP. Zbierając wszystko do kupy  – nic dziwnego, że fanów tenisa wciąż niezwykle interesują jego losy. Mimo tego, że od jakiegoś czasu nie należy już do światowej czołówki.

Jak trzykrotny triumfator turniejów wielkoszlemowych radził sobie podczas bieżącego sezonu? Cóż, w Australian Open 2020 nie zagrał, ponieważ znowu odezwała się kontuzja biodra. Miał wrócić na marcowy turniej w Miami, ale wtedy zmagania na kortach zostały przerwane z powodu pandemii koronawirusa. W tej sytuacji po raz pierwszy w 2020 roku na zawodach w ramach ATP Tour (zdarzało mu się wystąpić na turniejach pokazowych) pojawił się całkiem niedawno, bo w sierpniowym turnieju Western & Southern Open.

I wiecie co? Pokazał się na nim z naprawdę dobrej strony. W pierwszej rundzie pokonał zdolnego Francesa Tiafoe (namaszczonego niegdyś na nową amerykańską gwiazdę, ale wciąż nie może przebić się do światowej czołówki) 7:6, 3:6, 6:1. Następnie napotkał gracza ze znacznie wysokiej półki – Saschę Zvereva. I, o dziwo, też go ograł  – 6:3, 3:6, 7:5. Jego wojaże zakończyły się dopiero na pojedynku z przyszłym finalistą turnieju w Nowym Jorku  – Milosem Raonicem (2:6, 2:6).

Przed US Open można było zatem śmiało rozpatrywać Brytyjczyka w kategorii czarnego konia.

Niewygodny rywal

Japończyk jest niewielki, mierzy 170 cm. Po zawodniku tej postury trudno oczekiwać piekielnie mocnych serwisów, ale Nishioka nadrabia to innymi elementami tenisowej sztuki, jak i zwyczajnym wybieganiem. A Murray, którego występy na przełomie ostatnich paru lat zostały mocno zakłócone przez kontuzję biodra, nie przepada za wyjątkowo mobilnymi tenisistami.

Od razu było to widać na korcie. Kiedy należało nieco nadwyrężyć swój organizm, ruszyć z jednej strony na drugą, Brytyjczyk odpuszczał. Jednak to nie był jego jedyny problem. Przede wszystkim, po prostu psuł proste piłki i oddawał punkty za darmo. Przy swoim podaniu jeszcze sobie jakoś radził, ale gdy serwował Japończyk – nie było szans. Pierwszy set trafił zatem w ręce Azjaty, a drugi też rozpoczął się od jego prowadzenia – 4:0.

Murray niespodziewanie wrócił jednak do żywych. Udało mu się wreszcie przełamać rywala, a potem niemal odrobić straty, doprowadzając do stanu 4:5. Na tym się jednak skończyło, drugi set również wpadł w ręce Nishioki. Fani Brytyjczyka, choć bez wątpienia niepocieszeni, mogli mieć jednak prawo do minimalnego optymizmu. Bo faktycznie coś zaczynało się dziać.

Trzeci set to była już równa walka na całego, która skończyła się tiebreakiem. Wygrał go Murray – 7:5. Kiedy Brytyjczyk zaliczył decydujący punkt, jego okrzyk mogli zapewnie usłyszeć wszyscy zgromadzeni na stadionie im. Arthura Ashe’a. Było widać, że ma apetyt na więcej. Ale to nie znaczy, że przejął absolutną kontrolę nad meczem. Wciąż szli łeb w łeb, wygrywając własne serwisy i przegrywając te rywala. Znowu potrzebny był tiebreak. I znowu trafił on w ręce Brytyjczyka (7:4).

Można było odnieść wrażenie, że Japończyk nie gra niczego wielkiego. Murray musiał po prostu wygrać z samym sobą. A przestało chodzić już o tylko kwestie sportowe i ograniczenie liczby popełnianych błędów. Do gry wszedł bowiem uraz, obtarcie palca. Niby nic, ale taka drobnostka potrafi mocno utrudnić poruszanie się po korcie. W przerwie pomiędzy czwartym a piątym setem brytyjskiemu tenisiście musiał pomagać członek ekipy medycznej.

Widocznie zmęczony i osłabiony 33-letni Brytyjczyk jednak wciąż się trzymał. Co tu dużo gadać: to był prawdziwy pokaz heroizmu. Wydawało się, że sprawy ponownie zawędrują w kierunku tiebreaka. Ale tym razem nie był on potrzebny. Przy prowadzeniu 5-4 Murray przełamał rywala i zagwarantował sobie miejsce w 2. rundzie US Open.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez