Murek: Trener to niewdzięczna fucha. Trzeba mieć mocny zadek

Murek: Trener to niewdzięczna fucha. Trzeba mieć mocny zadek

Jeden z najbardziej kultowych polskich siatkarzy staje przed nowym wyzwaniem. Karierę zakończył rok temu, a w nadchodzącym sezonie kobiecej PlusLigi będzie drugim szkoleniowcem #VolleyWrocław, zespołu, w którym gra jego córka Natalia. Z Dawidem Murkiem, 277-krotnym reprezentantem Polski, rozmawiamy o specyfice zawodu trenera, zamiłowaniu do piłki nożnej, a także wracamy do czasów, kiedy grał w Grecji czy występował na pozycji libero.

KACPER MARCINIAK: Dwadzieścia pięć lat w roli zawodnika. Teraz czas na drugie tyle w sztabie szkoleniowym?

DAWID MUREK: Byłoby pięknie (śmiech). Na razie traktuję to jako pewien etap w moim życiu, podczas którego będę się uczył. Tak jak w przeszłości, kiedy zaczynałem przygodę z siatkówką. Jednak to nowy rozdział, na dodatek w kobiecej siatce, mówimy o dwóch kompletnie innych światach. Już teraz jestem podekscytowany, nie mogę się doczekać pierwszych treningów.

Znowu czuje się pan jak nowicjusz?

Oczywiście. Grałem długo w siatkówkę, ale to nie znaczy, że przejdę na drugą stronę i od razu będę świetnym trenerem. Potrzeba na to pełno czasu. Do tego chciałbym zaznaczyć, że przychodzę do #VolleyWrocław jako asystent Wojtka Kurczyńskiego. Na pewno chcę czerpać wiedzę, poprawiać się, krok po kroku wchodzić w te realia.

Kilka lat temu wydawało się, że żadnej trenerki nie będzie. W wywiadach odrzucał pan myśl o pracy jako szkoleniowiec.

Cóż, plany się zmieniły. Wtedy kompletnie nie czułem, że po zakończeniu kariery mogę być trenerem. A tutaj wyszła świetna propozycja ze strony władz #VolleyaWrocław oraz prezesa klubu Jacka Grabowskiego, z której zdecydowałem się skorzystać. Spodobał mi się ten pomysł, a na dodatek w drużynie jest moja córka. Takie duety nie zdarzają się codziennie. Także tym bardziej się cieszę.

Prezes Grabowski od dawna starał się o pana usługi?

Ta propozycja padła już rok temu. Trochę do niej dojrzewałem, a ostatnio zapytanie zostało ponowione. Dodatkowo namawiała mnie córka. Bardzo chciała, żebym poszedł w tym kierunku. Trudno mi było odmówić.

Doświadczenia trenerskiego jeszcze brak, ale z drugiej strony z Natalią pan pewnie trenował.

Jakieś wskazówki starałem się jej przekazywać, jeszcze młodej dziewczynce. Choć ona wciąż jest młoda, ma 21 lat, dopiero wchodzi w świat wielkiej siatkówki. Jak przyjeżdżała do domu, to rzeczywiście przebijałem z nią piłkę przez bramę, przy okazji próbowałem poprawiać jej błędy techniczne. Faktycznie, był to mały początek przygody z trenerką.

Motywuje pana to, że wielu kolegów w podobnym wieku zostało szkoleniowcami?

Widok zawodników, z którymi kiedyś grałem, na ławce trenerskiej na pewno wywołał myśl: czemu by nie spróbować? Do tego klimat szatni, samego funkcjonowania zespołu – człowiek to wszystko zapamiętał i nie chcę się rozstawać. Choć, patrząc na perypetie wielu trenerów, widać, że jest to niewdzięczny zawód. Trzeba być naprawdę mocnym psychicznie, mieć silny charakter, żeby wytrzymać w tej roli.

Zobaczmy na Piotra Gruszkę. Rok temu otrzymał posadę w Resovii, ale pożegnano się z nim bardzo szybko.

To jest taki przykład, w którym przychodzi trener, ma zawodników z pierwszej półki i wydawałoby się, że sukcesy przyjdą same. Ale niestety, coś poszło nie tak. Szczegóły znają tylko Piotrek i drużyna, bo nie wiemy, jak to funkcjonowało w środku. Wyników nie było, trzeba było coś z tym zrobić. Na linii ognia znalazł się więc trener. To naprawdę niewdzięczna fucha. Bez mocnego zadka i przyjmowania tych kopniaków się nie obejdzie. Na końcu najważniejsze, żeby się nie poddawać.

Niezwykle trudno było panu zakończyć karierę, prawda? Blisko tego było kilka razy, ale finisz nastąpił dopiero w zeszłym roku…

Jak się całe życie robi to, co się lubi i jeszcze jest w tym dobrym, to trudno przestać. Tak było właśnie u mnie. Już lata temu spodziewałem się, że będę powoli kończył. Ale potem myślałem: “został jeszcze sezon, dam radę, bo zdrowotnie czuję się świetnie”… i tak było z każdym rokiem. Przeciągałem to, aż wreszcie przyszedł moment, kiedy stwierdziłem, że już chyba wystarczy. Szczególnie że organizm dawał znać o sobie.

Miał pan przez ostatni rok moment, w którym wrócił do domu i zorientował się, że czegoś brakuje? Że normalnie byłby pan właśnie po treningu?

Każdy zawodnik inaczej to przeżywa, ale ja mam coś takiego, że jeśli trzy, cztery dni nie robię czegoś związanego z siatkówką, to mnie nosi. Te nogi już chodzą i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Na pewno rozstanie ze sportem nie jest łatwe.

Gdyby ktoś panu powiedział w 2009 roku, tuż po feralnej kontuzji, że czeka pana jeszcze dziesięć lat gry, dałoby się w to uwierzyć?

Nigdy w życiu. Patrząc na tę kontuzję i to, że leżałem w szpitalu długie dziewięć dni… nigdy bym nie pomyślał, że wrócę i będę grał tyle lat. Motywacja do powrotu była jednak spora, dużą robotę zrobili też kibice. Dostawałem pełno wiadomości, słów wsparcia. To dało mi kopniaka, żeby walczyć o powrót do zdrowia, a potem bawić się w ten sport.

Koszykarz Manu Ginobili, który skończył karierę w wieku 41 lat, wspominał, że mógłby spokojnie dalej grać. Zdecydował się odwiesić buty na kołku, nie ze względu na ból czy kontuzje, tylko to, że odstawał od reszty kolegów pod względem dynamiki. U pana też trochę tak to wyglądało?

Tak, miałem podobną sytuację. Organizm nie ten sam, ciało wolniejsze, ale psychicznie czułem się dobrze. Głowa była nastawiona, że jak trenuję, to na sto procent. A ból, który mi doskwierał, nie był tak silny, żeby uniemożliwiał trenowanie. To też kwestia mojego charakteru, że jak byłem na sali, nigdy nie odpuszczałem. Wspomniana kontuzja mi sporo zabrała. Nie miałem już tej samej skoczności oraz dynamiki. Ubolewałem, że nie mogę wyżej sięgnąć piłki. Ale nawet po tym 2009 roku granie sprawiało mi przyjemność.

Motywował pana poniekąd Siergiej Tietiuchin? Dwa lata starszy zawodnik od pana zawodnik, rocznik 1975. A jeszcze kilka lat temu przeżywał drugą młodość.

Raczej w ten sposób nie patrzyłem. Zawodnicy różnie przechodzą przez swoją karierę. Niektórych kompletnie omijają kontuzje. I grają potem tak długo, jak Tietiuchin. Wielkie brawa dla niego, bo to znakomity zawodnik, ale podejrzewam, że w ciągu kariery nie dotknęły go poważniejsze problemy zdrowotne. Inna sprawa, kiedy uraz eliminuje cię z gry na kilkanaście miesięcy. To odbija się na zdrowiu, choć ja jakoś wytrwałem. I miałem 42 lat, jak skończyłem grać.

Pana pokolenie ma godnych następców. Szczególnie, jeśli mówimy o przyjmujących. Wilfredo Leon, Michał Kubiak, Bartosz Kwolek, Artur Szalpuk, Bartosz Bednorz, Olek Śliwka… jest w kim wybierać.

Bez wątpienia mamy obecnie bardzo mocną reprezentację. Na wielu pozycjach możemy pochwalić się znakomitymi zawodnikami. Nie chcę być w skórze Vitala Heynena, który musi się z tym kłopotem bogactwa zmagać, a za jakiś czas będzie wybierał skład na igrzyska olimpijskie. Ale podejrzewam, że nieważne kogo wystawi, i tak ten zawodnik będzie grał świetną siatkówkę. Dawno nie mieliśmy tak wyrównanej kadry.

Ma pan swojego faworyta spośród tej grupy?

Zawsze duże wrażenie robił na mnie Michał Kubiak. Wiemy, jak ważny jest w siatkówce wzrost. Mówi się, że bez niego trudno jest zrobić karierę. A on mimo przeciętnych warunków fizycznych został znakomitym zawodnikiem. Ma świetną technikę, skoczność, jest wszechstronny. I nie możemy zapominać o charakterze. To bez wątpienia lider tego zespołu. Bez niego reprezentacja nie wyglądałaby tak samo.

Wielu z tych chłopaków urodziło się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Pan wtedy zaczynał, w Międzyrzeczu.

Zgadza się. Mówimy o małej miejscowości, z której udało się wyjść na salony siatkówki. Kiedy zaczynałem się wybijać, docierały do mnie różne propozycje. Aż nadeszła ta właściwa, z AZS-u Częstochowa, który wtedy był na topie. Praktycznie w dziesięć minut podjąłem decyzję, że to będzie mój klub. I od tego czasu wszystko się szybko potoczyło. Trenując i grając w siatkówkę, nie myślałem, że kiedykolwiek wyjadę z tego miasta i zrobię niezłą karierę. Ale trafiłem do wielkiego klubu, potem przyszła reprezentacja juniorów oraz seniorska kadra.

Krzysztof Ignaczak wspominał w Kanale Sportowym, że był pan też utalentowanym piłkarzem: “Jak zdarzyło nam się zagrać, to było widać, że świetnie czuje się z piłką przy nodze. Miał takie huknięcie… on nawet gdzieś zaczynał w klubie piłkarskim”.

Początki takie były, że próbowało się swoich sił w różnych sportach. Miałem to szczęście, że chodziłem do klasy sportowej, więc grałem też w koszykówkę, uprawiałem lekkoatletykę. Byłem dość wszechstronny. Potem doświadczenie z innych dyscyplin pomogło mi w siatkówce. Powyciągałem po trochu z różnych dyscyplin: szybkość na krótkie dystanse z lekkiej, mobilność i praca nóg z koszykówki… Fajnie się to przełożyło.

Często graliście w piłkę na zgrupowaniach kadry?

Zdarzały się trochę luźniejsze treningi, podczas których mieliśmy okazję pokopać. Czekaliśmy na ten moment, bo każdy chciał odsapnąć od siatkówki. Piłka nożna stanowiła więc święto dla nas, każdy lubił to robić, można było się trochę wyżyć. Kto był jeszcze dobry? Igła wspomniał Winiara, który zdecydowanie potrafił grać. Ale to nie tak, że on i ja byliśmy nie wiadomo jak mocni, a reszta odstawała. Nic z tych rzeczy. Wielu chłopaków czuło się świetnie z piłką przy nodze, radziło sobie w futbolu, jak i w innych dyscyplinach.

Nie było spoglądania w przeszłość i myśli: a może trzeba było zostać piłkarzem?

W pewnym momencie ten wzrost jednak odegrał kluczową rolę. Choć mamy przykłady piłkarzy, którzy mieli po dwa metry i im to nie przeszkadzało. Trener podpowiedział mi jednak, żebym spróbował sił w siatkówce. I zdecydowałem, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Nie żałuję, bo grałem wiele lat, dotrwałem do mety i jeszcze w miarę zdrowy.

A śledzi pan teraz piłkę nożną czy raczej skupia się głównie na graniu w wolnych chwilach?

Przede wszystkim uwielbiam grać, sprawia mi to największą przyjemność. Natomiast mecze czasami oglądam. Choćby reprezentacji, ale też Bayernu Monachium, gdzie gra nasz najlepszy napastnik. Szczególnie dobrze patrzy się na futbol na wysokim poziomie. Można zobaczyć, jak sprawnie chodzi piłka, jak wyszkoleni technicznie są zawodnicy. Oglądanie też sprawia mi frajdę, ale biorąc sprawy we własne ręce, czuję się najlepiej.

Wróćmy do pana kariery. Po czterech sezonach w Częstochowie, wyjechał pan za granicę.

Były oczywiście inne propozycje, ale stwierdziłem, że Grecja może być dobrym kierunkiem. Do dzisiaj nie żałuję. Spędziłem tam cztery lata i niezwykle miło ten okres wspominam. Zresztą trafiłem na fajnych ludzi, którzy czuli dużo sympatii do Polaków.

Dało się wyczuć, że greckie szlaki zostały przetarte przez rodaków, głównie tych ze środowiska piłkarskiego?

Zdecydowanie. Gucio Warzycha grał w Panathinaikosie, strzelił w jego barwach wiele ważnych goli. W Atenach jest naprawdę szanowanym człowiekiem. Dlatego, kiedy ja przyjeżdżałem, to ludzie od razu mówili: o, ty będziesz grał tu tak długo, jak Warzycha! I faktycznie zostałem na cztery sezony, choć do niego mi trochę zabrakło. Takie sytuacje spotykały mnie bardzo często. Jechałem taksówką, wspominałem, że jestem z Polski i zachwycony taksówkarz od razu rozpoczynał gadkę na temat piłki nożnej.

Występy w Grecji wiązały się też z wyjątkowo gorącą atmosferą na trybunach.

Na meczach musiałeś być ostrożny, żeby nie dostać w głowę jakimś przedmiotem nadlatującym z trybun. Warunki były ciężkie, szczególnie kiedy mierzyły się Panathinaikos oraz Olympiakos. Po tych meczach musieliśmy czekać w szatni, aż kibice zostaną usunięci z hali przez policję. Często bywało też tak, że policja wchodziła na parkiet i okrążała całe boisko, abyśmy mogli spokojnie wejść do szatni. Tak to jest w Grecji. Kibice, którzy przychodzą na trybuny, są nieraz fanatykami piłki nożnej i mają swoją kulturę dopingowania, rzadko spotykaną w siatkówce. Momentami było naprawdę gorąco.

Odpalano race?

Zdarzało się. Na przykład, kiedy graliśmy w Pucharze Grecji przeciwko Olympiakosowi. Dwie race poleciały z trybun, jedna tuż nad moją głową. To akurat trudno nazwać ciekawym przeżyciem. Ale samo granie przy żywiołowej atmosferze to coś niesamowitego. Widzisz, że kibice tym żyją, wykrzykują twoje nazwisko i to wszystko nakręca cię do jeszcze lepszej gry. Bywało niebezpiecznie, ale z każdym meczem mówiłem sobie, że u nich takie sytuacje to normalka. I trzeba do tego przywyknąć.

Po Grecji spędził pan sezon w lidze włoskiej.

Każdy mówił, że we Włoszech jest najlepsza liga na świecie. I po tych czterech latach w Grecji, postanowiłem, że trzeba spróbować kolejnego wyzwania. Trafiła się Modena. Grałem tam z naprawdę znakomitymi zawodnikami: Ricardo, Giani, Sartoretti. To wielkie nazwiska. Ja byłem zawodnikiem, który próbował znaleźć się na ich poziomie, więc tym bardziej cieszyłem się, że udało mi się podpisać kontrakt z tym zespołem.

Mijały lata, pan grał w czołowych polskich klubach, ale chyba nikt nie spodziewał się, że zobaczymy pana na pozycji libero.

Samemu na pewno o tym nigdy nie myślałem. Ale w pewnym momencie była to naturalna decyzja. Przejście z pozycji przyjmującego na libero jest o tyle łatwe, że nie ma między tymi pozycjami wielkiego przeskoku, można się przyzwyczaić.

Ale pewnie trzeba było zaciskać zęby. Brak możliwości atakowania bez wątpienia panu doskwierał…

Tak, nieraz zdarzyło mi się ruszyć z drugiej linii w kierunku siatki. Zderzałem się wtedy z kolegą. Był to jednak automatyczny ruch, wyrobiony przez lata, który został w głowie. Byłem przyjmującym i nagle przeszedłem na pozycję libero, gdzie masz za zadanie wyłącznie bronić i dobrze przyjmować. A to, co najlepsze, nie jest już dane. Czy zdarzyło mi się przypadkowo zaatakować? Do takiej sytuacji nie doszło, musiałem się jednak kontrolować.

Gra jako libero zaczęła się w Bydgoszczy, gdzie trenerem był Vital Heynen…

Specyficzny człowiek, ma swoje zachowania, ale to dlatego, że on żyje siatkówką. Vitala jednak wspominam oczywiście bardzo miło. To trener, który oddaje całe serce temu, co robi. Wtedy nie myślałem o nim, jako o kandydacie do objęcia kadry. Ale spełnia się w tej roli bardzo dobrze, widać, że zawodnicy go lubią i pozytywnie się o nim wypowiadają.

Na ostatni sezon wrócił pan do Częstochowy i znowu grał na pozycji przyjmującego. To idealna klamra na pańskiej karierze?

W tym klubie spędziłem łącznie jedenaście lat. To szmat czasu. Oczywiście miałem przerwy, grałem za granicą, w innych klubach, ale regularnie wracałem do Częstochowy. Nie byłem związany z tym zespołem na tych samych zasadach, jak Wlazły z Bełchatowem, nie grałem tam ciągiem kilkunastu lat. Ale trochę serducha się zostawiło, jak i osiągnęło kilka sukcesów.

Zostańmy przy Wlazłym. Jego odejście z Bełchatowa było dla wszystkich szokiem…

Mariusz miał zawsze dużo propozycji z zagranicy, ale nigdy na żadną nie przystał. Świetnie czuł się w Bełchatowie. Teraz widocznie przyszedł ten moment, kiedy stwierdził, że czas na zmianę. Szczerze myślałem, że spróbuje już wcześnie swoich sił w zagranicznej lidze, ale niestety się na to nie zdecydował. Teraz poszedł do Gdańska. Obecność Winiara miała na to pewnie duży wpływ, są dobrymi przyjaciółmi.

Podczas nachodzącego sezonu PlusLigi zobaczymy nieco odmieniony kalendarz. Koniec z meczami w środku tygodnia, siatkarze będą grali jedno spotkanie na tydzień. Zmiana na lepsze?

Zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Niektórzy lubią grać często, aby zachować rytm oraz formę meczową, a inni wolą potrenować przez większość tygodnia i skoncentrować się na jednym spotkaniu weekendowym. Jak kto woli. Samemu byłem zwolennikiem rytmu meczowego, wolałem zagrać we wtorek lub środę i potem od razu w weekend.

Treningi #VolleyaWrocław jeszcze nie wystartowały?

Na razie nie. Mamy teraz chwilę na naładowanie baterii, a zaczynamy na początku lipca.

Mówiliśmy, że znowu zaczyna pan od początku. Od czasu, kiedy stawiał pan pierwsze kroki jako zawodnik, wiele się pewnie zmieniło, jeśli chodzi o metody treningowe.

Kiedyś nie było możliwość korzystania z usług trenera od przygotowania fizycznego czy statystyka. Trener główny i jego asystent zajmowali się wszystkim. Zupełnie inny świat, inne podejście do treningów. Nie ma co porównywać, pełno rzeczy uległo zmianie. Tak więc zobaczymy, nowy świat, a ja będę starał się odnaleźć w roli drugiego trenera.

ROZMAWIAŁ
KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl (główne), materiały prasowe #VolleyWrocław


Aktualności

Kalendarz imprez