MŚ sztafet – dzień II, czyli trzy medale dla Polski!

MŚ sztafet – dzień II, czyli trzy medale dla Polski!

Tylko finały. Tak wyglądał harmonogram drugiego dnia World Athletics Relays, czyli nieoficjalnych mistrzostw świata sztafet. O medale walczono w siedmiu biegach. W czterech z nich startowały polskie sztafety. Jak sobie poradziły? W większości znakomicie. Do naszego medalowego dorobku doszły dziś trzy kolejne krążki. Łącznie kończymy więc imprezę z pięcioma – dwoma złotymi i trzema srebrami. To nasz najlepszy wynik w ciągu pięciu edycji mistrzostw. 

Medal pierwszy, czyli mała sensacja

Wczoraj mówiły, że dziś pobiegną bez stresu, bo swoje już zrobiły – awansowały do finału i na igrzyska olimpijskie. Dziś jednak stresowały się bardzo. Wczoraj też powtarzały, że dziś pobiegną jeszcze lepiej i powalczą o coś więcej. I tu już nie kłamały. Nasze sprinterki ze sztafety 4×100 to prawdopodobnie największe pozytywne zaskoczenie tych mistrzostw. Bo biegły bez Ewy Swobody, bez Mariki Popowicz-Drapały – a więc dwóch czołowych zawodniczek na 100 metrów – a wywalczyły medal. I to srebrny.

Oczywiście, miały łatwiej. Do Polski nie przyleciały ekipy, które ze sprintów słyną. Stany Zjednoczone, Jamajka czy inne karaibskie kraje wolały uniknąć dalekich podróży na tym etapie sezonu. Ale to niewiele zmienia – Polki wiedziały, jakie mają rywalki i z kim mają walczyć. To wyłącznie sprawa tamtych krajów, że nie zdecydowały się na World Athletics Relays pojawić. Nasze zawodniczki po prostu biegły po swoje.

Jak wyglądał bieg? Bywał nerwowy. Dwie zmiany były wykonane nie najlepiej, ale pałeczkę przekazać się udało w ramach przepisów. Kompletnie za to swoją zmianę zawaliły Holenderki, które już na ostatniej prostej straciły przez to impet i pozwoliły wyprzedzić się dwóm sztafetom – włoskiej i polskiej. Pia Skrzyszowska, biegnąca u nas na ostatniej zmianie, kolejny raz udowodniła wtedy, że talentem jest ogromnym i trzeba na nią chuchać oraz dmuchać, by go nie zmarnować. I choć na ostatnich metrach opadła z sił, to obroniła drugie miejsce. O pięć tysięcznych (!) sekundy.

– Czułam, że dochodzę do prowadzącej rywalki, była w moim zasięgu. Na ostatnich metrach prędkość mnie jednak przerosła, cieszę się, że dowiozłam drugie miejsce. Myślę, że indywidualnie pokażemy w sezonie jeszcze więcej. Dziś się nie stresowałam, mój stres zabiło zimno. A kiedy dostałam pałeczkę, moje siły się podwoiły – mówiła Pia.

– Pia świetnie pobiegła dziś na ostatniej zmianie. Jest taką naszą wisienką na torcie – śmiała się Kasia Sokólska. – Wczoraj byłam cała w stresie, bo chciałam wejść do finału. Myślałam, że dziś będę spokojna, ale się myliłam, stres był ten sam. To jednak walka o podium, a ono smakuje jeszcze bardziej. Miałam chrapkę na medal. Jak powiedziałam wczoraj – odpaliłyśmy wrotki i jesteśmy srebrnymi medalistkami. Do tego dziewczyny na 4×200 też dały popis.

Polki tuż po swoim biegu stały jeszcze na stadionie, otulone jedynie flagami i czekały na bieg wspomnianej sztafety 4×200 metrów kobiet. Tam rywalizacja, oczywiście, miała być mniejsza, bo to nie konkurencja olimpijska, ale to dawało nam pewne nadzieje na medal. Okazało się, że rzeczywistość przerosła wszelkie oczekiwania.

Medal drugi, czyli Polska jest złota

Prowadziły tak naprawdę od pierwszej, aż do ostatniej zmiany. Nie było wątpliwości, że są najlepsze. Choć przekazywały pałeczkę w sposób, który trudno uznać za płynny, to rywalki nawet nie miały szans tego wykorzystać. Ostatecznie sztafeta 4×200 metrów kobiet zgarnęła złoto. Nasze drugie na tych mistrzostwach, a trzecie ogółem w historii tej imprezy.

– Nasz trener kadrowy powiedział, że zmiany musimy zrobić na pierwszych metrach, by za dużo nie biegać z pałeczką. Można powiedzieć, że tylko Marlena jest u nas taką typową „dwustometrówką”, jest wytrzymalsza od nas. A my opieramy się głównie na pierwszych 150 metrach, które biegniemy mocno, a potem już ile Bozia dała – do mety. Dlatego zmieniałyśmy tak, by zrobić to na początku strefy. Sama przyjechałam tu całkiem przypadkowo. Myślałam, że mnie tu nie będzie. Sezon halowy nie ułożył się po mojej myśli, bo zaczęliśmy z trenerem wprowadzać nieco zmian, ale teraz mam nadzieję, że wrócę silniejsza – mówiła Kamila Ciba.

– Ta sztafeta jest tak naprawdę tu na mistrzostwach i tyle jej. Taki dodatek. Zmiany były zachowawcze, miałyśmy zmienić szybko i biec swoje. Tak zrobiłyśmy. Gdyby były lepsze zmiany, to byłoby pewnie jeszcze lepiej. Jest dobrze, cieszymy się bardzo. Tyle nam wystarczy. (śmiech) Jeśli zrobią z tego konkurencję olimpijską, będziemy trenować zmiany na 4×200. Mamy mocny skład, szybkie dziewczyny. Nie byłoby z tym problemu – dodawała Klaudia.

Złoto – nawet przy słabszej obsadzie – to spory sukces, zwłaszcza, że naprawdę niewielu na to liczyło. Bohaterką dnia została tu Klaudia Adamek, która najpierw pobiegła na 100 metrów i zdobyła srebro, potem miała 15 minut odpoczynku i ruszyła na bieg w drugiej sztafecie, tym razem na dwa razy dłuższym dystansie. A to wyczyn wręcz niesamowity, na miarę tego, co na mistrzostwach świata w Dausze zrobiła Justyna Święty-Ersetic, gdy biegła na 400 metrów indywidualnie i w sztafecie na przestrzeni nieco ponad godziny.

– Przerwa między jednym dystansem a drugim była bardzo mała. 15 minut, rozmawiałam tu z Kasią, mówię: „kurczę, na treningach zawsze skracamy przerwy, mówimy sobie, że biegniemy, bo potem nie damy rady”. Tu było tak samo. Te 15 minut to mało, ale jednak adrenalina i emocje mnie poniosły. Czuję się świetnie. Bardzo się cieszę. Dla mnie to bardzo duży sukces, bo przez dwa lata miałam kontuzje i znalazłam się na dole. Wracam, cieszę się, że mogę być w takiej ekipie utalentowanych i mocnych dziewczyn. Jestem z siebie i z dziewczyn bardzo dumna – opowiadała bohaterka dnia, która dwukrotnie mogła cieszyć się z medalu.

Medal trzeci, czyli złota nie obroniły, ale i tak jest świetnie

Aniołki Matusińskiego przed tymi mistrzostwami się rozpadły. Justyna Święty-Ersetic, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka, Iga Baumgart-Witan czy Ania Kiełbasińska wypadły z udziału w mistrzostwach przez urazy. W tej sytuacji to młodsze zawodniczki wraz z Małgorzatą Hołub-Kowalik miały przejąć palmę pierwszeństwa i pobiec po medal. Bo na medal nadal liczyliśmy. Tym bardziej, że głupio byłoby przerywać fantastyczną serię naszych zawodniczek, które na dziewięciu mistrzowskich imprezach z rzędu zdobywały medale. Brązowe, srebrne, złote – nieważne. Ważne, że coś przywoziły.

I dziś też przywiozły.

Nie chciałyśmy ukończyć tego biegu na miejscu niższym niż piąte, ale oczywiście marzyłyśmy o czołowej trójce. Kubanki były tym razem lepsze od nas. Te zawody były jednak testem dla wszystkich zespołów. Pokazały, że możemy walczyć też młodym składem. Forma jest dobra, ale może być lepsza. Jeśli zdobędziemy srebro też w Tokio, będziemy szczęśliwe – mówiła Hołub-Kowalik. Wszystkie Polki dodawały też, że mają nadzieję, że następnym razem będą już biegać przy dopingu kibiców. Bo bez fanów jest, mimo wszystko dziwnie. Choć czasem można z tego skorzystać. Marlena Gola mówiła na przykład, że orientowała się – w sztafecie 4×200 – jak daleko za nią są rywalki, po… dźwięku ich kroków. Gdyby kibice byli, nie mogłaby tego robić.

Nasza sztafeta 4×400 broniła dziś złota World Athletics Relays sprzed dwóch lat. Wtedy Polki odniosły wielkie zwycięstwo nad Amerykankami. Dziś wygrać się nie udało – może przez to, że Amerykanek w ogóle w Chorzowie zabrakło? – ale to nie może dziwić. Przy tylu urazach miejsce na podium i tak jest znakomitym rezultatem.

Co warto jeszcze napisać o Aniołkach? Że skoro zdobyły medal, to – do gry wchodzi prosta matematyka – dobiły do dziesięciu mistrzowskich imprez z rzędu, na których im się to udało. A to passa – jak na nasze warunki – niesamowita. Do tego widzimy, że głębia naszej sztafety z każdym rokiem się powiększa. I tak naprawdę na ten moment do startu w Tokio mamy gotowych jakieś osiem dziewczyn. Nawet gdyby biegła druga czwórka, możemy wierzyć, że powalczą o medal.

I to jest znakomita wiadomość. Jeszcze lepsza? Że za niedługo wrócą liderki tej ekipy i trener Matusiński będzie mieć wielki, pozytywny ból głowy.

Na koniec warto wspomnieć o jedynym negatywie dzisiejszego dnia – męska sztafeta 4×200 nie tylko nie zdobyła medalu, ale też… nie dotarła do mety. Ostatnie przekazanie pałeczki okazało się bowiem nieudane, ta upadła i Polacy zostali zdyskwalifikowani. Karol Zalewski mówił potem, że miał ją już w palcach, ale wyślizgnęła się, bo została mu podana inaczej, niż się tego spodziewał.

Cóż, nie można mieć wszystkiego.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Paweł Skraba/Silesia21


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez