MŚ sztafet, dzień I. Mamy pierwsze złoto!

MŚ sztafet, dzień I. Mamy pierwsze złoto!

Dziś najważniejsze miały być olimpijskie kwalifikacje, o które walczyły trzy polskie sztafety. I faktycznie, były istotne. Okazało się jednak, że pierwszy dzień World Athletics Relays – nieoficjalnych mistrzostw świata sztafet – stał pod znakiem drugiego w historii tej imprezy złota dla Polski. Wybiegali je Joanna Jóźwik i Patryk Dobek w nieolimpijskiej sztafecie 2x2x400 metrów. I to spory sukces. 

Rozkazy

Zadania na dziś zostały rozdzielone już miesiące temu. Gdy okazało się, że World Athletics Relays będą też kwalifikacjami olimpijskimi, od razu było wiadomo, że kilka polskich sztafet spróbuje z tego faktu skorzystać. Bo do Tokio wciąż nie dostali się nasi mężczyźni na 4×400 i 4×100 metrów oraz kobiety w krótszej z tych sztafet. Pewne awansu są za to od mistrzostw świata w Dausze, które odbyły się w 2019 roku, Aniołki Matusińskiego i nasz mikst, w obu przypadkach na dystansie 4×400.

Dziś więc miało być tak – Aniołki miały po prostu awansować do finału, ale bez żadnej presji. Bo kwalifikacja olimpijska jest, więc gdyby coś się przydarzyło – nie byłoby dramatu (zresztą tak poległ nasz mikst – do finału nie wszedł, ale igrzyska i tak ma). Tym bardziej, że biegać dziś miały w baaaardzo młodym składzie. Jedyną weteranką jest w nim Małgorzata Hołub-Kowalik, która jeszcze nie opuściła ani jednej – a ta jest piątą – edycji World Athletics Relays. Dwa lata temu zdobywała nieoficjalne mistrzostwo świata wraz z Justyną Święty-Ersetic, Patrycją Wyciszkiewicz i Anną Kiełbasińską z Grupy Sportowej ORLEN. Dziś zabrakło całej tej trójki.

– Przed samym biegiem dowiedziałam się, że średnia wiekowa naszego składu wynosi 21,8 lat. Ja tę średnią bardzo mocno zawyżam, chciałabym zauważyć. (śmiech) Jesteśmy bardzo młodym składem, może jednym z najmłodszych, które tu startują. Trochę przykro, że nie ma moich dziewczyn z Doha, z którymi wiele przeżyłam. Z drugiej strony jednak cieszę się, że mogę być razem z tym moim składem – testować go, wspierać, przekazywać doświadczenie. Im więcej dziewczyn będzie gotowych na szybkie bieganie przed Tokio, tym mocniejsza będzie sztafeta. Wierzę, że zdrowe będziemy już wtedy wszystkie – mówiła już po biegu Hołub-Kowalik.

Kolejne sztafety – dwie sprinterskie i męska 4×400 metrów – miały, wedle rozkazów, awansować do finału, ale w zupełnie innym celu. W przypadku Aniołków liczymy na to, że zdobędą one medal. W przypadku tych pozostałych sztafet liczył się sam awans do finału. Bo już to dawało kwalifikację olimpijską. Rozkaz był więc prosty: awansować. I móc się cieszyć z wyjazdu do Tokio, bo o to w tym wszystkim chodzi.

Dzisiejsza impreza – choć rangę ma wysoką – jest jednak przejściowa. To bardziej mityng na rozruch, szczególnie, że odbywa się w niezbyt sprzyjającym terminie – początek maja to tak naprawdę powolne wychodzenie lekkoatletów na stadiony – i do tego w Chorzowie było po prostu zimno (serio, na trybunie prasowej marzło się pod koniec w bluzie i kurtce). A i to nie sprzyja szybkim biegom.

– Jest bardzo zimno. Do tego te puste trybuny… trudniej się zmotywować. Tak naprawdę nie czułam tego, że to mistrzostwa świata. Nawet przy wyjściu na stadion, przedstawieniu sztafet, aplauz puszczony z głośników to nie to, o czym marzą sportowcy – mówiła Hołub-Kowalik.

Poza tymi sztafetami zostały też dwie, które od razu miały swoje finały. Płotkarska, kończąca dzień, ciekawa, acz niedoceniana, właściwie miała rozdane medale, pozostało jedynie zdecydować o miejscach. Wszystko przez to, że zgłosiły się – po wycofaniu Amerykanów, Jamajczyków i kilku innych reprezentacji, które obawiały się podróży do Polski – ledwie trzy ekipy. Wystarczyło więc nie zgubić pałeczki i można było stanąć na podium. I dokładnie tak brzmiał rozkaz: cholera, nie zgubcie tej pałeczki.

Druga z nieolimpijskich sztafet – 2x2x400 metrów – dawała nam za to spore nadzieje na ciekawą rywalizację. Ciekawą tym bardziej, że wystawialiśmy bardzo mocny skład: Joannę Jóźwik i Patryka Dobka, a więc niedawnych medalistów halowych mistrzostw Europy w Toruniu. Rozkaz tu był więc prosty: powalczyć o medal.

To tyle z rozkazów. A jak wyszła ich realizacja?

Mamy medale!

Dobra, po pierwsze zaznaczmy – sztafeta płotkarska (swoją drogą bardzo widowiskowa, jeśli przegapiliście, polecamy zobaczyć) nie zgubiła pałeczki. Wszystko poszło dobrze, ale bieg naszych reprezentantów i reprezentantek był za wolny, by zapewnić złoto. Damian Czykier, startujący na ostatniej zmianie, nie był już w stanie nadrobić strat. Inna sprawa, że bieg i tak był dobry, biorąc pod uwagę skład. Najlepiej oddadzą to słowa Zuzanny Hulisz: – Biegać z Czykierem to wielkie osiągnięcie.

Dziś dodała do tego inne osiągnięcie – srebro. Złoto zgarnęła kadra Niemiec. Ten medal dla Polski i tak jest jednak ważne – bo zapewnia nam prowadzenie w klasyfikacji medalowej.

To, co dziś najważniejsze, zdarzyło się bowiem wcześniej. W sztafecie 2x2x400 metrów, nieolimpijskiej, Polska startowała w składzie Joanna Jóźwik i Patryk Dobek. Zaczynała Asia, po jednym kółku przekazywała pałeczkę Patrykowi, potem on też biegł 400 metrów, przekazywał jej i wreszcie ona jemu, by skończył bieg. Dobek doświadczenie z takiej sztafety już miał – biegł ją przed dwoma laty w Jokohamie. Jak jednak mówił, to był zupełnie inny bieg.

– Pierwsze czterysta metrów biegłem po prostu na miejsce, żeby utrzymać się na drugiej pozycji, ale tuż za Kenijczykiem, żeby Asia też miała mały dystans do rywalki. Jak otrzymałem od Asi pałeczkę drugi raz i zrobiłem kilka kroków, to wiedziałem, że jest dobrze i nie odpuszczę. To zmęczenie jeszcze mnie nie dopadło, jak to było dwa lata temu w Jokohamie. Tam na drugiej czterysetce po kilku krokach „zalało” mi nogi i biegłem 350 metrów na dużej bombie, kolokwialnie mówiąc. Dziś jestem inaczej przygotowany, trener Zbigniew Król dobrze przygotowuje mnie do sezonu letniego – opowiadał.

Nasz duet wygrał z naprawdę dużą przewagą. I to mimo tego, że oboje powtarzali, że to trening, tak wcześnie normalnie nie biegają, że pogoda też nie pomagała, bo na stadionie zrobiło się zimno… W wywiadach po biegu najwyraźniej trzeba było nieco pomarudzić. Ostatecznie jednak radość przykryła nawet to marudzenie.

– Cieszę się, że wykrakałam to złoto. Czasem warto mówić na co nas stać. Na mecie było widać, że to wymagający dystans, przerwa między kółkami jest krótka. No i jednak ściganie w takiej temperaturze też daje popalić. Pierwsze 400 metrów było luźniejsze. Starałam się być blisko pierwszej dziewczyny, a nawet prowadzić. Druga czterysetka – czułam, że mam siłę na ostatnich 150 metrach, chciałam zrobić przewagę, żeby Patryk musiał mniej walczyć. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz startowałam tak wcześnie na zawodach. Dla mnie to nadal trening. Wiadomo, że nie mam minimum na igrzyska, więc szlifujemy formę na czerwiec i bieganie poniżej dwóch minut na 800 metrów – mówiła Asia.

Ten medal jest tym cenniejszy, że dla Polski – na pięć edycji World Athletics Relays – to dopiero drugie złoto. Pierwsze cztery lata temu zdobyły Aniołki Matusińskiego. A skoro o nich…

4×400, czyli najpierw radość, potem smutek

To one rozpoczęły całe dzisiejsze bieganie. Jak pisaliśmy – w odmłodzonym składzie. Obok Hołub-Kowalik w sztafecie biegły Kornelia Lesiewicz, Kinga Gacka i Natalia Kaczmarek. Rywalki miały całkiem niezłe – szczególnie Belgijki, które mogły sprawić problemy. I faktycznie tak było, to one okazały się najgroźniejsze. Ale równocześnie Polki, o które drżeliśmy ze względu na braki w składzie, nie dały sobie w kaszę dmuchać. Pokazała to już Lesiewicz, która startując z siódmego, skrajnego biegu, przekazała pałeczkę na prowadzeniu.

Myślę, że trener dobrze nas wszystkie ustawił. Trener zaufał mi, bo wyjście z bloków na takiej imprezie też jest ważne. Szczególnie, że to było wyjście na siódmym torze, gdzie nikogo przed sobą nie widziałam. To była moja pierwsza impreza mistrzowska, międzynarodowa na takim poziomie wśród seniorek. Wiedziałam, że nie mogę zacząć za szybko, bo to dopiero 1 maja. Nie wiem do końca, w jakiej jestem dyspozycji. Nie chciałam ryzykować, nie wiedziałam, czy jak zacznę mocno, to dotrwam do końca. Liczyło się wejście do finału.

Potem pałeczkę przejmowała Hołub-Kowalik, najbardziej doświadczona z kadry. Pierwszego miejsca nie oddała. Podobnie Kinga Gacka. Natalii Kaczmarek, będącej w tym sezonie w świetnej formie, pozostało jedynie dowieźć nas na jednym z pierwszych dwóch miejsc. To zrobiła bez problemu. A do tego – mimo naporu Belgijek – utrzymała prowadzenie aż do mety. Potem mówiła, że była bardzo nerwowa, ale na bieżni zupełnie nie było tego widać.

– Pierwszy raz na tak dużej imprezie miałam ostatnią zmianę. Wcześniej biegałam na niej jedynie wśród juniorek. Naprawdę byłam zestresowana, ale wiedziałam, że dziewczyny są mocne i jesteśmy dobrze przygotowane. Dostałam pałeczkę pierwsza, musiałam tylko obronić pozycję. Mam nadzieję, że jutro pobiegnę jeszcze szybciej. Co sobie powiedziałyśmy przed biegiem? „Jazda!”, po prostu. Każda z nas była optymalnie przygotowana. Jutro będziemy się zastanawiać, co dalej. Myślę, że jestem w jeszcze lepszej formie niż na hali, czuję się bardzo dobrze, świetnie mi się biega – opowiadała.

Aniołki więc swoje zadanie wypełniły bez trudu. Ich koledzy po fachu… niestety nie. Męska sztafeta zajęła trzecie miejsce w swoim biegu, a ogółem była dziewiąta. Awans do finału i na igrzyska przegrała o 25 setnych sekundy. Dotrzeć może tam jeszcze poprzez olimpijski ranking, ale by to zrobić, potrzebne będą jej starty. A na ten moment nie wiadomo, ile ich będzie i gdzie będą mogli razem pobiegać nasi czterystumetrowcy. Więc to pewien problem.

Przez dużą część ostatniego kółka wydawało się, że Karol Zalewski wciągnie nas do finału. Biegł przed Włochem, utrzymywał równe tempo. Wydawało się, że biegnie lekko, spokojnie. Na ostatniej prostej jednak został skontrowany, rywal zaatakował zza pleców i dobiegł przed Polakiem. Jak sam Zalewski tłumaczył tę końcówkę?

– Poczułem, że Włoch na mnie zerka i widziałem, ze będzie chciał biec tak, by mnie „przeciągnąć”. Dlatego wyprzedziłem go od razu, żeby nie tracić czasu na pierwszej części dystansu. Tak to jednak bywa w sztafetach, że ta osoba, która biegnie na plecach prowadzącego zawodnika, na mecie ma trochę więcej sił. Niestety, troszeczkę zabrakło. Czemu nie biegłem za plecami Włocha? Jestem zawodnikiem innego typu. Jeżeli nie pobiegnę szybko 300 metrów, czas na mecie od razu spada. Jestem sprinterem, muszę bardzo mocno pobiec pierwsze 200-300 metrów. Wiadomo, że troszkę wtedy brakuje na ostatnie stówce, ale często przez to, że mam wypracowaną przewagę, to wynik finalny jest lepszy od reszty chłopaków – mówił.

Mało co byli w stanie powiedzieć za to jego koledzy. Bo bardzo liczyli na awans, nawet osłabieni brakiem kilku czołowych postaci polskich czterystu metrów. Mówili, że to rozczarowanie, bo spodziewali się, że będą w najlepszej dwójce swojego biegu. Niestety, zabrakło bardzo niewiele. Ale zabrakło. Szansą pozostaje ranking olimpijski. Z niego awansują cztery reprezentacje. Trzeba jednak pobiegać szybko przed końcem eliminacji.

Polacy zapowiadają, że postarają się to zrobić.

4×100, czyli powtórka z rozrywki

W sztafecie sprinterskiej znów najpierw biegły dziewczyny. I znów awansowały do finału. A potem ta sztuka nie udała się ich kolegom. Tyle że nasi stumetrowcy tak naprawdę tego awansu nie byli nawet blisko. Swój bieg ukończyli na piątej pozycji. Z dziewczynami to inna sprawa – pobiegły fantastycznie, a przecież były osłabione brakiem Mariki Popowicz czy Ewy Swobody. Powodu nieobecności tej drugiej nie podano, ale z nią często w przypadku sztafet właśnie tak się dzieje.

– Jest tu i teraz. Wyszła taka sytuacja. Ewa jest częścią drużyny, jest też naszą bardzo dobrą koleżanką. Zbieramy siły na przyszłość. Czas pokaże, jak to się wszystko w sezonie potoczy. Liczymy, że jaki zespół by nie był, to będzie mocny, bo każda z nas ciężko na to pracuje. Odpowiadamy za siebie. Liczymy, że będzie dobrze – mówiła Katarzyna Sokólska.

Dziś dziewczyny dobitnie pokazały, że w naszym sprincie dzieje się coś naprawdę fajnego. Jako jedyne z polskich sztafet bez olimpijskiej kwalifikacji awansowały na igrzyska do Tokio. A w rozmowach już po biegu nie omieszkały wspomnieć, że są naprawdę mocne.

– Nerwy były bardzo duże. Nie dociekajmy, co tam poszło nie tak na naszej zmianie. Po prostu wzięłam pałeczkę i biegłam, ile sił w nogach, by oddać Kasi pałeczkę. Oddałam i dalej już poszło. Jestem bardzo szczęśliwa, pracowałyśmy na to bardzo ciężko. Wiedziałyśmy, na co nas stać, trener też widział, jak to wygląda. Wierzyłyśmy w siebie. Udało się – opowiadała Klaudia Adamek.

– Celem była kwalifikacja. Ciężko na to pracowałyśmy, trener nas motywował i  w nas wierzył. My same też wierzyłyśmy. Wiedziałyśmy, że jesteśmy mocne biegowo. Potrzeba było nieco szczęścia. Dla mnie te eliminacje są bardziej stresujące, niż sam bieg na igrzyskach. To była walka o wszystko. Uważam, że mamy fajny skład, trzeba się cieszyć. Dziś jesteśmy trzecie, jutro nadrabiamy, odpalamy wrotki i pokazujemy, na co nas stać. W drużynie siła – dodawała Sokólska.

Utrzymałam drugie miejsce. Widziałam kątem oka, że biegła rywalka, ale kontrolowałam jej pozycję. Taki był plan, mamy finał i mamy Tokio. Najgorszym momentem było to, że w końcu się rozdzieliłyśmy. Mówię: „zostałam sama”. Trzeba było razem dobiec i wyszło – kończyła, tak jak i sztafetę, Pia Skrzyszowska.

Jutro dziewczyny pobiegną po medal. I patrząc na to, jak są ambitne, nie muszą stać na przegranej pozycji.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Paweł Skraba/Silesia21


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez