Mr. & Mrs. Gold: małżeństwo z 30 Szlemami i czterema medalami olimpijskimi

Mr. & Mrs. Gold: małżeństwo z 30 Szlemami i czterema medalami olimpijskimi

Podobno każde małżeństwo jest inne. Są takie z kumpelskimi relacjami, inne bardziej przypominają spółkę z mocno ograniczoną odpowiedzialnością. Dziś pewnym standardem, przynajmniej w naszej szerokości geograficznej, są związki, w których oboje małżonkowie mają pracę, często także tytuł magistra, ewentualnie po jednym samochodzie na osobę. W Polsce także z reguły każde ma na głowie po pół kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat, ale to już temat na zupełnie inną opowieść. W tej skupimy się na jednym z nielicznych małżeństw na świecie, w którym każde z małżonków ma na koncie… złoty medal olimpijski. Jedno z nich żyje w Las Vegas, razem od prawie 20 lat. Znacie ich doskonale: to Steffi Graf i Andre Agassi, zdobywcy czterech medali olimpijskich i 30 tytułów wielkoszlemowych! Co tu dużo gadać: każde małżeństwo jest inne, ale w większości są podobne. Tymczasem drugiego takiego można ze świecą szukać!

Znali się od wielu lat. Setki razy mijali się na największych światowych kortach, spotykali się na konferencjach prasowych, na oficjalnych imprezach. 10 kwietnia 1995 roku po raz pierwszy jednocześnie byli liderami rankingów WTA i ATP, a ten stan utrzymywał się potem przez dłuższy czas. W tym momencie mieli już na koncie razem 18 tytułów wielkoszlemowych (w większości zdobytych przez nią). Niedługo później ona po raz kolejny triumfowała w Roland Garros (po raz czwarty w karierze), on w tym samym turnieju niespodziewanie odpadł już w ćwierćfinale. Zresztą, paryskie korty zawsze były dla niego przekleństwem i grało mu się tam ciężko. Klątwa skończyła się w 1999 roku, kiedy jedyny raz w karierze zdołał zwyciężyć w Paryżu. W tym turnieju zresztą wygrał jednak nie tylko Coupe des Mousquetaries, worek pieniędzy i mnóstwo punktów do rankingu. Przy okazji, na tradycyjnym balu mistrzów, zyskał coś znacznie cenniejszego. Ale – po kolei…

Talent, jakiego świat nie widział

Ona urodziła się w czerwcu 1969 roku w Mannheim, na zachodzie Niemiec, godzinę drogi od granicy z Francją. Ojciec pracował, jako sprzedawca ubezpieczeń samochodowych, a w wolnych chwilach próbował zostać instruktorem tenisa. To on sprezentował córce rakietę i zaprowadził ją na kort tenisowy. Jako 4-latka nie miała wielkiego wyboru. Miała za to niebywały talent i smykałkę do gry. Do tego stopnia, że raptem kilka lat później, jako 12-latka, wygrała mistrzostwa Europy do lat 18! Rok później, w wieku ledwie 13 lat, rozpoczęła zawodową karierę, której pierwszy rok zakończyła na 98. miejscu w rankingu WTA. Nikt już nie miał najmniejszych wątpliwości, że w Niemczech narodził się talent, jakiego świat tenisa nie widział od bardzo dawna, a być może – nigdy wcześniej.

Potwierdzała to zresztą na każdym kroku. Kilkanaście miesięcy później była już 22. na świecie, a w wieku 15 lat – na szóstym! W 1984 roku, jako 15-latka, była najmłodszą reprezentantką Republiki Federalnej Niemiec na igrzyskach olimpijskich. Władze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego rozważały przywrócenie po wielu latach tenisa do programu igrzysk, w Los Angeles przeprowadziły więc eksperyment i zorganizowały turniej pokazowy, niewliczany do oficjalnego programu zawodów. Steffi oczywiście wolałaby, żeby turnieju był oficjalny, bo w całych zawodach straciła raptem dwa sety i do domu wróciłaby ze złotym medalem. W myśl zasady „co się odwlecze, to nie uciecze”, niemieckie złote dziecko poczekało cztery lata i z Seulu już faktycznie przywiozło olimpijskie złoto.

SPONSOREM GENERALNYM POLSKIEGO KOMITETU OLIMPIJSKIEGO JEST PKN ORLEN

Złoty Szlem Steffi

Inna sprawa, że akurat wtedy, wczesną jesienią 1988 roku, każde inne rozstrzygnięcie byłoby uznane za absolutną sensację. 19-letnia Steffi Graf rozgrywała wtedy bowiem sezon-marzenie. Wygrywała, jak leci, z młodymi, z doświadczonymi, z wielkimi gwiazdami. Lała wszystkie po równo, nie patrząc, czy to pierwsza runda, czy ćwierćfinał, czy mecz o tytuł. W styczniu zdobyła w Australii swój drugi wielkoszlemowy tytuł (po ubiegłorocznym Roland Garros), pokonując w finale w Melbourne legendarną Chris Evert. Wygrywanie Szlemów tak jej się spodobało, że wygrała… wszystkie pozostałe w tym roku. Zrobiła to w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości. Dość powiedzieć, że finał Roland Garros rozstrzygnęła w nieco ponad pół godziny demolując Nataszę Zwierewą 6:0, 6:0. To był najkrótszy i najbardziej jednostronny wielkoszlemowy finał w historii, a Białorusinka wygrała w nim łącznie 13 punktów… Chwilę później przyszedł znamienny triumf na Wimbledonie. Wygrywając na londyńskiej trawie Graf dokonała niemożliwego, bo w finale pokonała Martinę Navratilovą, na którą nie było tam mocnych od 6 lat. Z kolei na Niemkę mocnych nie było także na US Open. Finałowe zwycięstwo nad Gabrielą Sabatini dało jej miejsce w historii tenisa. Do dziś jest tylko pięć osób, które w jednym sezonie zdołały wygrać wszystkie Wielkie Szlemy. Od 1988 roku nie dokonał tego nikt, z Sereną Williams i Rogerem Federerem na czele.

Co więcej, w przeciwieństwie do wielkiej czwórki, która przed Graf zdobyła Klasycznego Wielkiego Szlema, ona dołożyła coś jeszcze: olimpijskie złoto. We wrześniu w Seulu przegrała tylko jednego seta, w meczu o tytuł nie dała żadnych szans Gabrieli Sabatini. Media określiły jej wyczyn mianem „Złotego Szlema”. Co więcej, rok później znów była o włos od wygrania 4 najważniejszych turniejów. Triumfowała w Australian Open, Wimbledonie i US Open. W paryskim finale prowadziła 5:3 i serwowała w trzecim secie, ale wypuściła przewagę i sensacyjnie przegrała z Arantxą Sanchez Vicario. Warto dodać, że był to jeden z zaledwie dwóch przegranych przez nią meczów w sezonie, który zakończyła z powalającym bilansem 86-2 (w całym roku przegrała łącznie 12 setów, co daje jeden na miesiąc!).

W kolejnych latach już tak nie dominowała, choć dokładała kolejne zwycięstwa. W sumie wygrała Australian Open czterokrotnie, w Londynie triumfowała siedem razy, w Nowym Jorku – pięć, zaś w Paryżu – sześć. Właśnie tam, na kortach imienia Rolanda Garrosa, w 1999 roku miał miejsce ostatni akt jej wielkoszlemowej przygody. Co ważne, wygrała wówczas nie tylko Coupe Souzanne Lenglen, nie tylko worek pieniędzy i mnóstwo punktów do rankingu. Przy okazji, na tradycyjnym balu mistrzów, zyskała coś znacznie cenniejszego…

Syn boksera i 5 tysięcy piłek dziennie

Wracamy do Agassiego. On urodził się pod koniec kwietnia 1970 roku w Las Vegas. Jego ojciec był irańskim bokserem, nawiasem mówiąc dwukrotnym olimpijczykiem (1948 i 52) i podopiecznym pochodzącego z Polski trenera Jana Żyglarskiego (Hans Ziglarski). Po tych drugich zawodach, w Helsinkach, 22-letni Emanoul Aghassian postanowił pójść w ślady starszego brata i wyjechał do USA. Tam zmienił nazwisko na Emmanuel Agassi, potem poznał Elisabeth Dudley, z którą się ożenił. Para miała czwórkę dzieci: Philipa (1954), Ritę (1960), Tamarę (1967). Najmłodszy z rodzeństwa był właśnie Andre. Ojciec w międzyczasie, eksperymentując na starszym rodzeństwie, doprowadził do perfekcji swoje tenisowe metody treningowe. Cel był jeden: doprowadzić dzieci na szczyt. Jak? Poprzez zamordystyczny trening. Jednym z założeń było, że bez względu na wszystko absolutnym obowiązkiem każdego z nich było odbić 5 tysięcy piłek dziennie.

Mój ojciec każde polecenie krzyczał dwa razy, czasem więcej, trzy, albo i dziesięć. Mocniej, krzyczał, mocniej. Wcześniej, kurde, Andre, odbijaj wcześniej! Ciągle krzyczał. Nie było łatwo odbijać wszystko, czym strzelał we mnie smok, a tymczasem ojciec chciał, żebym był uderzał szybciej i mocniej niż smok. Chciał, żebym pokonał smoka – wspominał Andre w swojej autobiografii. Mówił w tym miejscu o etapie, kiedy miał siedem lat i mianem smoka określał maszynę do wyrzucania piłek. – Ojca nic tak nie wściekało, jak moment, gdy trafiałem w siatkę. Dostawał wtedy piany na usta. Czułem, że już nie mam siły, ręce mi opadały. Chciałem spytać: ile jeszcze. Ale nie pytałem. Uderzałem tak mocno, jak mogłem, a potem jeszcze mocniej.

To nie czas i miejsce na dyskutowanie o skuteczności metod treningowych i pozbawianiu dzieci dzieciństwa. Faktem jest, że metody Emmanuela Agassiego przyniosły efekty, choć tylko w przypadku najmłodszego syna. Andre szybko zaczął odnosić sukcesy, jako 17-latek zdobył pierwszy tytuł ATP, rok później dołożył kolejnych pięć i przekroczył milion dolarów zarobków po zaledwie 43 rozegranych turniejach, co było najlepszym wynikiem w historii. W roku 1988 pobił rekord kolejnych zwycięstw odniesionych przez nastolatka, który po latach poprawił dopiero Rafa Nadal. Rok zakończył na 3. miejscu w rankingu ATP, za Ivanem Lendlem i Matsem Wilanderem.

We wspomnianym 1988 roku zaliczył półfinały Roland Garros i US Open. W Australian Open i Wimbledonie… nie zagrał. Co ciekawe, na wyjazd do Melbourne nie zdecydował się przez pierwszych osiem lat kariery. Wimbledon bojkotował tylko przez trzy, tłumacząc, że londyński turniej jest dla niego zbyt skostniały i skupiony na tradycji. Kiedy w końcu się zdecydował na start na kortach All England Lawn Tennis & Croquet Clubu, właśnie tam zdobył pierwszy tytuł wielkoszlemowy (1992). Dwa lata później wygrał u siebie w domu, potem dołożył cztery triumfy w Australii. Wygrał także US Open 1999 oraz Roland Garros w tym samym roku, najlepszym roku kariery. Bo właśnie pod koniec millenium Agassi zaliczył dwa wielkoszlemowe triumfy i finał Wimbledonu. Od jesieni 1999 przez bite 12 miesięcy ani na moment nie opuścił pierwszego miejsca rankingu ATP, na które wdrapywał się potem jeszcze dwukrotnie, ale już na dość niedługo. W sumie na tronie spędził 101 tygodni. Długo, ale od Steffi Graf prawie 4 razy krócej…

Amor poluje na balu mistrzów

Właśnie, Steffi. Co ciekawe, choć w sumie wygrali 30 tytułów w Wielkim Szlemie, to tylko jeden raz się zdarzyło, że zrobili to w tym samym czasie. To było w maju 1999 roku, na kortach imienia Rolanda Garrosa. Kiedy już odebrali puchary, zapozowali do zdjęć, wzięli udział w konferencjach prasowych i tak dalej, organizatorzy zaprosili oboje na tradycyjny bal mistrzów. A na nim – również zgodnie z tradycją – mistrz poprosił mistrzynię do tańca. Dalej już nic nie toczyło się standardowym rytmem, bo we wszystko wmieszał się Amor i jego strzała, która trafiła paryskich zwycięzców.

Inna sprawa, że moment był bardzo dobry. Graf niedługo po przegranym finale Wimbledonu odniosła kontuzję i wieku 30 lat, jako 3. zawodniczka rankingu, zakończyła karierę. Kiedy w jej życiu zabrakło tenisa, znalazło się miejsce na to, na co wcześniej go brakowało. W tym przypadku – na miłość, ślub, założenie rodziny i macierzyństwo. Od maja 1999 Steffi i Andre się spotykali, a dwa lata później zdecydowali się pobrać, ona była już wtedy w zaawansowanej ciąży. Wcześniej Steffi przez siedem lat tworzyła nieformalny związek z kierowcą wyścigowym Michaelem Bartelsem. U Agassiego było jeszcze ciekawiej, głównie za sprawą związku ze starszą o 28 lat Barbarą Streisand. W 1999 roku tenisista rozwiódł się po dwóch latach małżeństwa z aktorką Brooke Shields, a niedługo później wziął kameralny ślub ze Steffi Graf. Wkrótce potem na świat przyszedł ich syn Jaden Gil, dwa lata później córka Jaz Elle.

Co ważne i wcale nie oczywiste w świecie celebrytów, gwiazd sportu i multimilionerów, małżeństwo tenisowych legend przetrwało do dzisiaj. Niedawno wspólnie świętowali pięćdziesiąte urodziny Steffi, za kilka miesięcy będą celebrowali pięćdziesiątkę Andre. Jak każde małżeństwo mają wzloty i upadki, ale generalnie – tworzą świetny związek.

Każdy zawodnik światowej klasy musi być zdyscyplinowaną osobą, która przestrzega reżimu treningowego, diety, pamięta o harmonogramach, podróżach i tak dalej. Musisz być surowy wobec samego siebie. To, że jesteśmy razem przez te wszystkie lata, to zasługa Steffi. Po prostu trzeba spotkać właściwą osobę. Moje życie się za bardzo nie zmieniło. Kiedyś podejmowałem ryzyko na korcie, dziś ryzykuję, prowadząc grupę inwestycyjną czy firmę technologiczną. Zmienił się tylko rytm, bo teraz muszę dużo dłużej czekać na efekty. Ale kiedy widzę, jak moje dzieci idą do jednej ze stworzonych przeze mnie szkół, znów sobie przypominam, co udało mi się osiągnąć – mówił niedawno w wywiadzie dla „La Vanguardia”.

Lubimy nasze dzisiejsze życie i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Nie wiem, czy jest jakiś sekret szczęśliwego małżeństwa, ale są oczywiście pewne obszary, w których trzeba nad nim pracować. Po pierwsze potrzebujesz dwóch osób, które tak naprawdę wcale się nie potrzebują, potrzebujesz miłości i szacunku, musisz kochać z pełnym zaangażowaniem i dyscypliną. Jesteśmy dwojgiem ludzi, którzy mają pełne życie i my nie reagujemy na siebie, my dajemy sobie odpowiedzi. Myślę, że w małżeństwach często następuje utrata szacunku i ludzie przestają się troszczyć o siebie nawzajem. Tak się dzieje, kiedy brakuje komunikacji. Na szczęście u nas jest inaczej – zapewnia Agassi, który nie przestaje bardzo mocno angażować się w działania charytatywne. Prowadzona przez niego i Steffi Graf Fundacja powstała przed laty z założeniem, żeby wybudować jedną szkołę. Dziś tych szkół jest już blisko setka, a ktoś policzył, że wydatki pary gwiazd światowego tenisa na pomoc potrzebującym już dawno przekroczyły 200 milionów dolarów.

– Sekret udanego małżeństwa? Nie wiem, w każdym związku jest trochę inaczej. Na pewno trzeba szanować indywidualizm tej drugiej osoby. To praca na całe życie, trzeba się wspierać, pomagać sobie i sprawiać, by każdy w małżeństwie doskonalił się w swoich słabszych obszarach – dodaje Agassi. – Aha, i nie gramy razem w tenisa!

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez