Możemy zapomnieć o powrocie Davida Rudishy?

Możemy zapomnieć o powrocie Davida Rudishy?

Był absolutnym fenomenem. Choć specjalizował się w biegu średnim, nie dało się porównywać go do kogokolwiek innego niż Usaina Bolta. Bo David Rudisha faktycznie dominował jak Jamajczyk. To jednak historia przeszłości. Najlepszy biegacz na 800 metrów w historii nie przypomina siebie sprzed kilku lat. Ba, bardzo możliwe, że już nigdy nie zobaczymy go na bieżni.

Jak dobry był Rudisha w szczycie formy? Wygrywał w spektakularnym stylu. Nawet niedzielni kibice lekkiej atletyki kojarzą go z tego, że na prowadzenie wychodził już na samym początku wyścigu. Następnie narzucał wysokie tempo, które gwarantowało, że zarówno on, jak i jego rywale, będą mogli pochwalić się dobrym czasem. Kiedy do mety pozostawało około dwustu metrów, przyspieszał i nie pozostawał złudzeń, kto zakończy rywalizację na pierwszym miejscu.

Co musi mieć w sobie zawodnik, aby tak kontrolować wydarzenia na bieżni? Przede wszystkim – być o klasę lepszym od innych. Inaczej nie mógłby prowadzić biegu przez całą jego długość, nie martwiąc się tym, że przy finiszu zabraknie mu sił. Rudishy sił nie brakowało nigdy. Powiemy więcej: można było mieć wrażenie, że kiedy należało wrzucić wyższy bieg, czuł się jeszcze bardziej komfortowo.

Kenijczyk przez wiele lat był jedną z największych gwiazd światowych bieżni. Rozpływali się nad nim eksperci czy koledzy przez fachu.

– Jest najlepszym biegaczem na 800 metrów w historii, ale może być też najmilszym przedstawicielem swojego sportu! – mówił o nim Tom Fordyce, czołowy dziennikarz “BBC”.

– To może duże słowa, ale nigdy nie widziałem bardziej niesamowitego występu w biegach. To był najlepszy występ igrzysk, nie tylko części lekkoatletycznej. Całych igrzysk – zachwycał się po olimpijskiej imprezie w Londynie Sebastian Coe.

– Rudisha może być pierwszym zawodnikiem, który zejdzie poniżej minuty i 40 sekund – oceniał Wilson Kipketer, poprzedni rekordzista świata.

Jeszcze w okolicach igrzysk w Rio kenijski lekkoatleta wydawał się nietykalny. Nikt nie spodziewał się, że w wieku 32 lat będzie jedną nogą poza zawodowym sportem.

Jak się sypie, to na całego

Nie ma jednego powodu, przez który kariera Rudishy znalazła się na zakręcie. Kłopoty kenijskiego biegacza się bowiem po prostu namnożyły. Zaczęło się jednak – jak to już bywa – od kontuzji. Na okazyjne bóle mięśnia czworogłowego narzekał jeszcze w okolicach imprezy w Rio. Nie przeszkadzały mu jednak na tyle, żeby nie biegać i wygrywać.

Kontuzja w końcu jednak uderzyła ze zdwojoną siłą. Niedługo przed mistrzostwami świata w Londynie w 2017 roku, na których oczywiście miał bronić tytułu, ogłosił światu, że nie będzie w stanie wystartować. To mogło rozczarować tym bardziej, że podobno złapał świetną formę. – Jestem w lepszej dyspozycji niż w 2016 roku. Czuję się fantastycznie. Potrzebuje trochę podszlifować różne elementy i myślę, że mój sezon będzie świetny – mówił zanim uraz przekreślił jego plany.

Ostatecznie w 2017 roku pobiegł trzy razy (na 800 metrów) – osiągając wyniki 1:45.36, 1:44.90 oraz – ponownie – 1:44.90. To niesamowite, ale od tamtego czasu do dzisiaj… nie wystartował ani razu.

W 2018 roku odezwały się u niego problemy z plecami. I mieliśmy powtórkę z historii. Kenijczyk znowu mówił, że celuje wysoko, znowu spekulowano, że uporanie się z kontuzjami będzie tylko kwestią czasu. Ale nic z tego. Na bieżni rywalizowali inni. Tytuł mistrza świata zaczął dzierżyć Pierre-Ambroise Bosse, który – podobnie jak srebrny Adam Kszczot – szansę z Rudishą w przeszłości miał tylko w pojedynczych biegach, ale nie na najważniejszych imprezach.

Jakby tego było mało – Kenijczykowi zawaliło się życie prywatne. Po igrzyskach w Rio de Janeiro wziął rozwód z żoną, która podobno dopuściła się zdrady. Miało to miejsce kilka miesięcy po tym, jak doczekali się trzeciego dziecka. W międzyczasie na chorobę nerek zmarł jego ojciec, Daniel Rudisha. Wicemistrz olimpijski z Meksyku, który zainspirował swojego syna do podjęcia lekkoatletycznych treningów.

Zdruzgotany Kenijczyk zaczął topić smutki w alkoholu. Jak potem przyznawał – to był fatalny okres w jego życiu. Na prostą nie udało mu się wyjść również w 2019 roku. Rudisha bowiem miał wypadek. Pojazd, którym kierował w okolicach swojej rodzinnej miejscowości w Kenii, zderzył się czołowo z autobusem. Wszystko przez pękniętą oponę. Rudisha wyszedł z życiem, nie miał nawet poważniejszych obrażeń, choć z jego samochodu, a przynajmniej jego przedniej części, zostało niewiele.

To wydarzenie nie wpłynęło na zdrowie fizyczne Kenijczyka, ale powracające kontuzje i tak wykluczyły go z udziału w mistrzostwach świata w Dausze. Dwukrotny mistrz olimpijski tym samym musiał już zacząć spoglądać w kierunku igrzysk w Tokio.

Teraz jednak wiemy, że może o nich zapomnieć. Powód? Chyba jasny.

Unikat

Rudisha okazem zdrowia nie był nigdy, bo również w okresie między igrzyskami w Londynie a Rio miewał swoje problemy. Inna sprawa, że udawało mu się kurować na najważniejsze imprezy sezonu. Mimo tego, że miał momenty, kiedy wątpił w powrót na szczyt.

– Myślałem, że moja kariera dobiegła końca w 2013 roku – wspominał Kenijczyk. – Czułem ból. Nie mogłem truchtać nawet przez piętnaście minut. W tym momencie wydawało mi się, że kończę ze sportem. Musiałem zachować optymizm i patrzeć na wszystko z innej perspektywy. [..] Kiedy wróciłem do treningów, po rehabilitacji, nie biegałem tak szybko. Przegrywałem niektóre wyścigi. Ludzie myśleli, że nie będę mocny, nie będę wygrywał najważniejszych imprez, ale wierzyłem w siebie.

W Rio kenijski lekkoatleta nie był co prawda tak spektakularny jak cztery lata wcześniej, ale wciąż nie było na niego recepty. Bieg finałowy wygrał z czasem 1:42.15, pokonując o prawie pół sekundy Taoufika Makhloufiego.

Już w 2016 roku 27-letni Rudisha był rekordzistą świata na 800 (a także 500) metrów. Należały do niego trzy najlepsze czasy na tym dystansie w historii, a także sześć z tuzina najlepszych. Od tego czasu nic się nie zmieniło w tabelach historycznych, bo raz, że Kenijczyk oczywiście wiele nie startował, a dwa, nikt się do jego wyników nie zbliżył. Te jednak mimo upływu lat i tak mogą siedzieć nam w głowie. Bo furorę, jaką robił na 800 metrów Rudisha, można porównać tylko – zachowując pewne proporcje – do zamieszania wokół Usaina Bolta.

Obaj panowie są zresztą dobrymi kolegami. Nazywali siebie nawzajem “bratem z innej matki”. Od zawsze łączył ich talent, a dzielił… charakter. Może i na bieżni robili show, ale tylko Bolt czuł się przy tym jak ryba w wodzie. Rudisha nie był równie wygadany, nie prowadził tak głośnego życia – pojawiając się na wszelkich rodzaju eventach, spotykając się z innymi gwiazdami sportu. Ale uwielbiał patrzeć jak biega Jamajczyk, a ten uwielbiał patrzeć na swojego młodszego “brata”. – Zawsze znajduje czas, aby zobaczyć, jak biegamy. To pokazuje, że jest prawdziwym sportowcem, którego nie interesuje wyłącznie jedna konkurencja. Ja również staram się nie omijać żadnych jego biegów – mówił swego czasu Kenijczyk.

Kiedy dominowali swoje konkurencje, pojawiały się nawet opinie, że Rudisha i Bolt powinni… zmierzyć się w biegu pośrednim. Choćby na 400 metrów. Logika podpowiadałaby, że zwycięzcą okazałby się Jamajczyk (w końcu 400 metrów to wciąż sprint), choć sami zawodnicy się z tym nie zgadzali. Kiedy – na łamach “The Guardian” razem z Mo Farahem, dyskutowali na temat tego, kto okazałby się najlepszy na jednym okrążeniu, Bolt oznajmił: – Rudisha jest silny. Pobiegł niemal minutę i 40 sekund na 800 metrów. Mógłby spacerować i wciąż by nas miał. Kenijczyk nie chciał wyjść na zarozumiałego, ale dodał: – Mam trochę przewagi, ponieważ biegam sporo na 400 metrów na treningach.

W tym samym materiale The Guardiana, z 2017 roku, Kenijczyk chwalił brytyjskich kibiców, którzy dopingowali go na igrzyskach w Londynie, a także przyznał, że marzy mu się triumf w Tokio. – Bardzo chciałbym powtórzyć wyczyn Bolta i zdobyć trzeci złoty medal. Czy to nie byłoby fantastyczne?

Ktoś przejmie pałeczkę. Ale czy dorówna wielkiemu poprzednikowi?

Nazwisko Rudishy znaczy “Powrót” w języku Swahili. Jak wspomnieliśmy: w przeszłości wracał. Gdybyśmy mieli jednak pójść teraz do buka i postawić, czy zobaczymy jeszcze Kenijczyka na światowych bieżniach… trudno byłoby uznać, że owszem, zobaczymy. W maju agent Rudishy Michel Boeting przyznał, że jego klient nie weźmie udziału w igrzyskach w Tokio. Wszystko przez to, że nie zdążył dojść do siebie po operacji kostki, z którą problemy zaczął mieć w 2020 roku, po tym, jak, w czasie spaceru, źle stanął.

Największym problemem Kenijczyka wydaje się być zwyczajnie to, że jego ciało jest w rozsypce. Jeśli w ogóle doprowadzi je do ładu, będziemy mogli mówić o małym cudzie. Zresztą – tu nie chodzi tylko o to, żeby Rudisha znowu biegał. On chce wygrywać, tylko to się dla niego liczy na tym etapie kariery. Jego agent mówił, że motywują go tylko igrzyska. Kiedy słyszał o imprezie w Tokio, “w oczach pojawiał mu się błysk”.

Jaki zatem teraz będzie mógł postawić sobie cel? Mistrzostwa świata w Eugene w 2022 roku? Dla dwukrotnego mistrza olimpijskiego i rekordzisty globu to niezbyt prestiżowa impreza.

O ile w 2019 roku Rudisha krzyczał jeszcze, że wróci, bo chce “nawiązać do swojego imienia”, tak teraz trudno w to uwierzyć. Być może nie wierzy już nawet sam lekkoatleta. Oficjalnie kariery nie zakończył, ale podobno zastanawia się i sam zdecyduje, co będzie robił dalej.

Kto w Tokio przejmie “koronę”? Faworytem olimpijskiego biegu na 800 metrów wydaje się Donavan Brazier, mistrz świata z 2019 roku. Oddajmy mu zresztą głos: – Myślę, że presja jest na mnie, bo wygrałem złoty medal MŚ. Ale na pewno nie jest tak duża jak w przypadku Davida po 2012 roku. Nie myślę jednak, że będę następcą Rudishy, szczególnie że nie jestem w ogóle blisko jego wyników.

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez