Możdżonek: Mistrzostwo świata można zdobyć, ale mistrzem świata też się jest

Możdżonek: Mistrzostwo świata można zdobyć, ale mistrzem świata też się jest

Jak wspomina swoich trenerów w kadrze oraz klubach: StephAne’a Antigę, Raula Lozano, Ireneusza Mazura czy Jacka Nawrockiego? Czy wciąż żałuje, że nie udało mu się zdobyć medalu igrzysk? Jaką najdziwniejszą sytuację z kibicem pamięta? Czy doczekamy się jego autobiografii? Marcin Możdżonek był gościem Weszło FM i odpowiedział na te oraz wiele, wiele innych pytań. Zapraszamy do lektury tekstowej wersji rozmowy.

Usłyszałeś chyba w niejednym sklepie odzieżowym “tego pana nie obsługujemy”?

Usłyszałem to wiele razy, zarówno w sklepach z butami, jak i ubraniami. Były czasy, jakie były. Teraz mamy internet, więc kupno ubrań nie jest żadnym problemem. Wystarczy, że poczekam na paczkę z zamówieniem.

A skąd wziął się u ciebie ten wzrost? Mama i tata też mieli po dwa metry?

Nie. Raczej są standardowego wzrostu. Ale z siostrą jesteśmy wysocy. Chyba to wróciło do nas w jakimś trzecim pokoleniu. Nasi pradziadkowie też byli rośli.

Zaczynałeś od koszykówki. Nic dziwnego, skoro w ósmej klasie już miałeś 1,90 cm wzrostu.

To na początku, a potem już miałem dwa metry. Szybko poszło. Wiadomo, jesteś wysoki, to dawaj na kosza. To mi się zresztą podobało, bo do dzisiaj uwielbiam ten sport. Śledzę, oglądam, interesuje się. Swego czasu grałem też w turniejach 3×3, bez większych sukcesów.

Teraz koszykówka 3×3 jest na igrzyskach. Może jakoś zdołasz się wkręcić, spełnisz marzenia o medalu olimpijskim.

Oj, ja wiem, na jakim poziomie grają najlepsi. Trzymam kciuki za reprezentantów Polski, bo moim zdaniem mają bardzo dużą szansę, aby zdobyć medal olimpijski. Oczywiście, jeśli wszystko ułoży się po ich myśli i dopisze im trochę szczęścia.

Fajnie, że swego czasu zrobił się bum na koszykówkę po sukcesie naszych zawodników na mistrzostwach świata w 2019 roku, ale i tak mam wrażenie, że potencjał tej dyscypliny w naszej kraju jest niewykorzystany.

Może to dziwnie zabrzmi, ale ma dużo większy potencjał niż siatkówka. Koszykówka przede wszystkim może być lifestyle’owa. Mowa o muzyce z nią związanej, ubraniach, butach. W kosza jest zdecydowanie łatwiej grać. Wystarczy zawiesić sobie obręcz na ścianie i już można porzucać. W siatkówce nie jest tak łatwo. Trochę mnie więc dziwi, że ten potencjał jest tak niewykorzystany. Zobaczmy, jak NBA jest promowane w Stanach. Gdzie nie pojedziesz, są boiska, dzieciaki mają gdzie zasuwać. I dlatego też jest tak wysoki poziom sportowy.

Ty się najbardziej inspirowałeś Chicago Bulls Michaela Jordana?

Jak chyba wszyscy. NBA to wielkie emocje, zarwane noce. Załapałem się jeszcze na magię lat dziewięćdziesiątych. Każdy, kto oglądał, wie, o czym mówię.

Przed tym, jak przyszedłeś, oglądaliśmy materiał z twoimi najlepszymi akcjami. Takimi, podczas których nie musiałeś skakać do bloku.

Takich akcji miałem sporo. Siatka wisi na wysokości dwóch metrów i czterdziestu trzech centymetrów, a jak wyciągnę rękę w górę, to dosięgam dwóch metrów i osiemdziesięciu dwóch centymetrach. Mam więc dłonie zdecydowanie ponad siatką. I to wykorzystywałem. Paweł Zagumny mi kiedyś powiedział: “po co ty skaczesz?! Nie skacz”. Miał rację.

Zagumny potrafił mocno ustawić młodego zawodnika? Kiedy zaczynałeś grę w Olsztynie, był liderem zespołu?

To chyba najlepszy rozgrywający z jakim grałem. Doskonały siatkarz. Z bardzo trudnym charakterem, ale mój też nie jest łatwy. Zdarzało się, że się ścieraliśmy. Dochodziło między nami do konfliktów – krótszych, dłuższych. Ale dzięki temu zawsze udawało nam się coś wypracować. Dla dobra zespołu i dla naszego dobra. Grałem z nim bardzo długo. Nie tylko w Olszynie, ale potem w ZAKSIE czy reprezentacji.

Kojarzy mi się z nim jedna anegdota. Nie spodobała mu się decyzja sędziego. Piłka według Zagumnego była w boisku, a według arbitra nie. Zapytał więc: “masz psa? Jakiego psa? A co, ślepy bez psa?!”.

To historia do niego pasująca. Przypomniała mi się inna, z czasów olsztyńskich. Paweł wykonał trudną, ekwilibrystyczną wystawę. Poprawną techniczną, nie dało się do niej doczepić, ale sędzia to zrobił. To on do niego podszedł i powiedział: “to, że nie widziałeś takiej akcji w swoim życiu, nie znaczy, że nie można tak zagrać!”. Cały Paweł Zagumny. Sędzia się zdenerwował oczywiście i punkt nam odebrał.

Jaką kadrę, a przede wszystkim środkowych, zabrałbyś do Tokio?

Środkowi? Piotr Nowakowski, Jakub Kochanowski i Mateusz Bieniek. Podobno mają jakieś problemy zdrowotne, ale oby je zaleczyli i dali radę w zdrowiu dolecieć do Tokio. A gdybym miał wytypować resztę? Trzech środkowych już mamy. Libero to Zatorski. Rozgrywający? Drzyzga oraz Łomacz. Na przyjęciu Michał Kubiak, Wilfredo Leon – to pewniacy. Do tego Aleksander Śliwka, który zaczął grać na genialnym poziomie. Oraz Kamil Semeniuk. Objawienie sezonu, duży i silny siatkarz, który potrafi zaatakować po kierunku, obić blok, przytrzymać piłkę. Tego będzie nam potrzeba. Może nie będzie grał pierwszych skrzypiec. Ale jak przyjdzie moment kryzysowy, do zmiany pójdzie Leon? Co wtedy? Taka armata jak Semeniuk jest w stanie odmienić losy niejednego spotkania.

Jeśli chodzi o przyjmujących – Heynen ma od dawna ciężki orzech do zgryzienia. Był Artur Szalpuk, jest Tomasz Fornal…

Szalpuk i Bartosz Kwolek, czyli mistrzowie świata z 2018 roku, nie pojechali na Ligę Narodów. I na igrzyskach też ich zabraknie. Co do składu olimpijskiego – zostają nam atakujący. Kto poza Kurkiem? Trzeba zadecydować między Maciejem Muzajem a Łukaszem Kaczmarkiem. Gdybym to ja miał wybierać, brałbym Kaczmarka. Jest stabilniejszy, mimo wszystko. Do gry w ataku dorzuca to, co jest solą gry w siatkówkę, czyli obronę. Do tego ma znakomitą technikę. To zresztą były siatkarz plażowy. Natomiast Muzaj w jednym mnie nie przekonuje: może zdobyć trzydzieści punktów, ale oddać dwadzieścia. Więc wychodzi na niewielki plus. Ale te wszystkie decyzje nie należą, na szczęście, do mnie, tylko Vitala Heynena i jego sztabu.

Heynen to trener, za którym się przepada, tylko kiedy jest po twojej stronie? Pamiętam mecz turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk, kiedy Niemcy grali z Polską. Niemal przeklinałem go przed telewizorem, bo kłócił się z każdą decyzją sędziego.

Szaleje przy linii. Ale to też może dobrze o nim świadczyć, że aż tak przejmują go mecze, że za drużynę jest w stanie poświęcać swoją reputację. Jemu bardzo zależy. Jest w stu procentach zaangażowany. Miałem z nim okazję wielokrotnie rozmawiać, na żywo czy przez telefon. Ten facet żyje siatkówką. Jak wpada w wir pracy, to tylko ona się dla niego liczy. Dokładając do tego jego osobliwe zachowanie oraz metody pracy – mamy Vitala Heynena, który zrobił z drużyny, na którą mało kto liczył, mistrzów świata. A teraz ma w rękach chyba najsilniejszą reprezentację na świecie.

Bardzo ciekawie się z nim rozmawia. Nigdy nie rozpocząłem z nim rozmowy od “dzień dobry, co słychać”. Spotykam go, a on od razu coś mówi. O siatkówce albo i nie. Ale wygląda to tak, jakbyśmy rozpoczęli konwersację od środka, a nie od początku. To świadczy o tym, jak wiele procesów myślowych przebiega w jego głowie.

To największy trenerski oryginał, z jakim miałeś do czynienia?

Myślę, że tak. Rozmawiałem z wieloma trenerami i z niejednego pieca chleb jadłem. Ale to jest chyba największy oryginał.

Przeciwieństwo Raula Lozano?

Oj, Raul Lozano był zasadniczy. Jednak miał też pewne określone zadanie do zrobienia. To pierwszy trener naszej reprezentacji, który wszedł do szatni, zobaczył, co się dzieje i przeżegnał się lewą nogą. Był przerażony, tym co zastał. Mówię o skali zaniedbań wokół polskiej kadry, tym, jak funkcjonowaliśmy jako siatkarze. Nie potrafiliśmy się zachowywać jak profesjonalni sportowcy, którzy myślą o tym, żeby dobrze trenować i wygrywać mecze.

Brzmi prosto.

Brzmi prosto, ale Raul Lozano faktycznie się wszystkim zajął. Jak zobaczył, w jakiej jesteśmy formie fizycznej, to załamał ręce. Pierwsze treningi siłowe, jakie z nim mieliśmy, trwały po trzy godziny. Chciał, żebyśmy wszystko nadrobili. Trenowaliśmy bardzo dużo i ciężko.

Ratowaliście się “Voltarenem”?

Były już mocniejsze leki, opieka fizjoterapeutów też wskoczyła na wyższy poziom. I tak, bardzo jej potrzebowaliśmy. Zresztą pierwszą rzecz, którą zażyczył sobie Lozano, związek kupił od razu. Za dziesiątki tysięcy euro. Chodzi o sprzęt do siłowni, dla ludzi, którzy mają powyżej dwóch metrów.

Tego wcześniej nie było?

Były standardowe rzeczy. On się tym zajął. Wpłynął też na kulturę naszej gry. Pamiętam, jak pokazał nam sporo przykładowych naszych akcji oraz tych najlepszych drużyn, czyli USA, Brazylii. Pyta się: czym one się różnią? I mówi: Brazylijczycy atakują po skosie, wy atakujecie po skosie, oni z krótkiej, wy też z krótkiej. Dlaczego więc z nimi przegrywacie? Są lepsi? No ale dlaczego są lepsi? Nie potrafiliśmy na to odpowiedzieć. Lozano powiedział, że przegrywamy dwoma, trzema akcjami w secie. Bo nie wykonamy dobrze najprostszej wystawy, bo nie skończymy najprostszej piłki sytuacyjnej. Zawalamy najłatwiejsze akcje. A Brazylia tego nigdy nie robi.

W tamtych czasach może potrzebny był właśnie taki człowiek. Wydaje ci się, że ktoś z charakterem Vitala Heynena mógłby się wówczas nie sprawdzić? Byłoby za wesoło?

Myślę, że to by nie wypaliło. Zostałby zjedzony. Przed Lozano – przez jego metody pracy i powagę – czuliśmy bardzo duży respekt.

Który nie brał się z jego wzrostu.

Tak, pod siatką przechodził prawie na stojąco. (śmiech) Nie musiał schylać głowy. Ale jak się zdenerwował, to banda dwumetrowych chłopów chowała się po kątach. Raul Lozano był w pewnych sprawach bardzo zasadniczy. I pokazał, że nikt mu nie będzie w kaszę dmuchał. Jak będzie trzeba, to wyrzuci z kadry nawet czterech najlepszych zawodników. W imię tego, żeby kadra działała na określonych zasadach. Zresztą była sytuacja, że odsunął trzech siatkarzy za… nieregulaminowe zachowanie.

Takie nieregulaminowe zachowania czasem mają miejsce. Kiedyś graliście mecz z Brazylią. I po nim, kiedy miejscowa prohibicja nie pozwoliła wam świętować, to stwierdziłeś, że “Polak potrafi”.

W wielu miejscach sobie radziliśmy. Sportowcy to też ludzie. Oczywiście pracują dużo, często, ich życie jest bardzo intensywne. I nie mowa tylko o meczach, tylko codziennej, ciężkiej pracy. Z tego bierze się dużo stresu, który trzeba wyładować. Nie zawsze da się to zrobić w hali treningowej. Więc tak, potrafiliśmy odreagować. Generalnie trzymaliśmy to w ryzach, ale zdarzyło się puścić wentyl bezpieczeństwa.

Mogę podać jeden przykład, bo i tak jest przedawniony. Przed igrzyskami w Pekinie, po tym, jak nam nie poszło w Lidze Światowej, polecieliśmy do Chin. Na małe zgrupowanie, które trwało dziesięć dni. Nikt wówczas nie myślał o wyjściu na piwo, żadnych ekscesach, bo wszyscy byliśmy zmęczeni. Na zakończenie obozu Raul Lozano zabrał nas na kolację. Kiedy skończyliśmy jeść, on wstaje i mówi: “panowie, widzimy się jutro na obiedzie, nie chcę nikogo widzieć w hotelu”.

Myślałem przez chwilę, że może byśmy wrócili do hotelu, bo chciałbym pospać… Ale nie, wyszliśmy, pobawiliśmy się na mieście. Potem na obiedzie zauważył, jak wyglądamy i uznał, że dzisiaj zostaje tylko kolacja, a treningu już nie będzie.

Miał ludzkie odruchy.

Tak, ale jasno zaznaczył: panowie, to jest wasz wieczór kawalerski przed igrzyskami, ale potem już nie chce o niczym słyszeć.

I faktycznie nic się nie działo, aż do ćwierćfinału igrzysk?

Dobrze się kryliśmy. (śmiech) Nie, żartuję. Nic już więcej nie było.

Raul Lozano jako szkoleniowiec polskich siatkarzy

Przegrany ćwierćfinał olimpijski to twoja największa trauma sportowa?

Niestety tak. Nawet czasami śnił mi się ten mecz, jako koszmar oczywiście. Być tak blisko, ale jednak tak daleko… Przegraliśmy dwie kluczowe piłki w tie-breaku. Raul Lozano też to mógł lepiej ułożyć. Ale teraz wszyscy jesteśmy mądrzy. A to był duży mecz, duże ciśnienie. Stawką był w końcu półfinał igrzysk. Myślę, że gdybyśmy wygrali z Włochami, to potem byśmy namieszali w tej czwórce.

Na igrzyska w Rio de Janeiro nie pojechałeś, czego bardzo żałowałeś. Miałeś coś takiego, że kiedy grano hymn, odwracałeś głowę, nie potrafiłeś się uspokoić?

Na pewno nie oglądałem meczów z tej imprezy na spokojnie. Mecz ze Stanami Zjednoczonymi obserwowałem na stojąco. Chodziłem po pokoju w nieskończoność, bo bardzo się denerwowałem, przeżywałem. Byłem oczywiście rozgoryczony, że nie pojechałem na igrzyska. Ponieważ decyzja o pominięciu mnie była niesprawiedliwa oraz nielogiczna. Ale taką, nie inną podjął trener. Wylewanie moich żali nie miałoby najmniejszego sensu.

Na turniej olimpijski pojechała drużyna. Drużyna, w której ja też grałem, więc życzyłem jej jak najlepiej. A moje negatywne komentarze w ogóle by jej nie pomogły. A tym bardziej nie pomogłyby chłopakowi, który pojechał w moje miejsce. To byłoby nie fair przede wszystkim w stosunku do niego. A Antiga został ze wszystkiego rozliczony. Reprezentacja grała bardzo słabo, była nieprzygotowana fizycznie oraz taktycznie do tego turnieju. To było jasne, ale już zostawmy ten temat. Ja mecze kadry oglądam do tej pory. I przeżywam je. Czasem mocniej, czasem słabiej. Ale już podchodzę do nich jako kibic. Przyzwyczaiłem się do tego.

Miewasz momenty, że chciałbyś wskoczyć na boisko? I być razem z kolegami?

Jasne, że tak.

Obserwujesz grę środkowych, widzisz Piotrka Nowakowskiego i mówisz: “ty, ale to inaczej trzeba było zagrać!”?

Ja akurat jestem fanem gry Piotrka. Kiedy jest w formie, to wyczynia niesamowite rzeczy w ataku. Konstruktywna krytyka każdemu się należy, ale uwielbiam patrzeć, jak on gra. Ma niesamowity wyskok przy tym wzroście. I atakuje nad blokiem, po ciasnych kierunkach. Ręce same składają się do oklasków.

Wróćmy do Stephane’a Antigi. Czy odpowiedzią na to, czy rzeczywiście to tak dobry trener, jest to, co się stało po mistrzostwach świata? Przypomina mi się trochę kariera Jana Urbana w roli trenera. Zaczął od pracy w Legii Warszawa, z którą zdobył dwa mistrzostwa Polski. Potem jednak nie odnosił sukcesów. Czy gdyby tak odwrócić przygodę trenerską Antigi i zacząłby do Onico Warszawa czy drużyny kobiet, to nigdy by do tej kadry Polski mężczyzn nie doszedł?

Mogłoby tak być. Pamiętajmy jednak, że on przejął reprezentację po kimś. Reprezentację w jakimś stopniu ułożoną, ale też zepsutą. I jego zadaniem było naprawić to, co zepsute. Jego największą zasługą jest chyba to, że namówił do gry w kadrze Mariusza Wlazłego, naszego najlepszego atakującego. I swego czasu najlepszego na świecie. Mieć kogoś takiego w kadrze to skarb – co Mariusz potwierdził, prowadząc zespół do tytułu mistrza świata i zdobywając statuetkę dla najlepszego gracza turnieju. Antidze tego nie da się odebrać. Przechodząc dalej: miał bardzo duże wsparcie ze strony Philippe’a Blaina, starszego i doświadczonego asystenta.

Który wcześniej pracował z seniorską reprezentacją Francji. Mogłoby się więc wydawać, że coś tu jest nie po kolei.

Blain był w końcu trenerem Antigi w reprezentacji Francji. W 2009 roku wygraliśmy finał mistrzostw Europy, pokonując ich zespół. Już kiedy znaleźli się w kadrze Polski, Blain oczywiście pomagał Antidze w dużym stopniu. Z tylnego fotela, podpowiadając niektóre rzeczy, sugerując, żeby coś było tak, jak on uważa. Ale to się sprawdzało. Żeby wymyślić takie rozwiązanie, zagranie va banque, też trzeba mieć wizję. Kiedy działacze polskiego związku ogłosili, że trenerem głównym będzie Antiga, a asystentem Blain, to trochę nie chcieliśmy w to uwierzyć. Zaryzykowali jednak i mieli rację.

Razem z Antigą graliście swego czasu w jednym zespole.

I to przez kilka lat.

Widziałeś w nim materiał na trenera?

To, że może zostać trenerem, wiedziałem. Miał wiedzę, doświadczenie z parkietów, lubił siatkówkę. Wszystkie potrzebne atuty. A to, jakim jest trenerem, to już inna kwestia.

Ty nie myślałeś, żeby też pójść w tę stronę?

Myślałem. Skończyło się jednak na pewnych wnioskach. Aby być trenerem, trzeba poświęcać jeszcze więcej czasu niż zawodnicy. Kiedy kończy się trening, praca szkoleniowca się dopiero zaczyna. Musi analizować, przygotowywać taktykę, myśleć o tym, co trzeba zrobić dalej, by było jeszcze lepiej. Planować kolejne sezony. Obowiązków jest bardzo dużo. A co za tym idzie – czasu spędzonego poza domem. A ja po dwudziestu latach grania w siatkówkę, już nie chcę takiego życia. Wolę pomieszkać w własnym domu, cieszyć się rodziną.

No właśnie, to jak teraz twoje życie poza siatkówką wygląda?

Układam sobie życie po życiu. Jako “stary” 36-latek jestem nowy na rynku pracy. Trzeba układać sobie wszystko od nowa, zaczynać od zera.

Przynajmniej jesteś sprawny fizycznie. Śmiejemy się, ale po karierze nie każdy sportowiec może to o sobie powiedzieć.

Ja swoją przygodę ze sportem skończyłem operacją i powiedziałem, że mam dość. Teraz oczywiście ruszam się dla siebie, bo muszę. Zawodowi sportowcy są chyba jak rekiny. Kiedy taki nie będzie pływał, to przestanie oddychać. My kiedy przestajemy trenować, to przestajemy żyć. Jak wygląda moje życie po życiu? Przede wszystkim działam w biznesie, bo z czegoś trzeba żyć. Nie ma opłaty reprograficznej dla sportowców.

Nam budżet dla gości w studiu też się skończył.

Właśnie, żadnych sześciuset złotych za przyjście nie dostałem. Wracając: zajmuję się biznesem, bo z czegoś trzeba żyć. A druga rzecz: prowadzę swoją fundację i w tym roku ruszam z kilkoma rzeczami, które chciałbym zrealizować. Jej działalność będzie opierała się w głównej mierze na sporcie, ale kilka rzeczy związanych z ekologią chciałbym zrobić. Zresztą zrealizowaliśmy akcję sprzątania podolsztyńskich lasów. I przerażające, jak wiele śmieci znaleźliśmy.

Jeden z naszych słuchaczy pyta się, czy napiszesz autobiografię. Chciałby przeczytać książkę od mistrza świata.

Nie napiszę. Z jednego powodu: byłaby po prostu nudna.

To dosyć istotny powód! To, co widziałeś i przeżyłeś, nie byłoby interesujące?

Nie. Byłoby szalenie ciekawe, ale o wielu rzeczach nie mógłbym napisać. Musiałbym odrzeć te wszystkie historie z pikanterii. I to byłaby bezsmakowa książka. Tego, co się dzieje w sportach zespołowych – w szatni, poza szatnią – nie powinno się wywlekać. Co ja mógłbym napisać w takiej książce? Dziewięćdziesiąt procent tego, co działo się na boisku. A to i tak państwo widzieli. Może mógłbym coś dorzucić, ale nie wszystko. Z historii z szatni? Mógłbym opowiedzieć pięć, dziesięć procent. Istnieje po prostu coś takiego jak lojalność wobec byłych pracodawców, kolegów, trenerów. Takich rzeczy się po prostu nie robi.

Po co miałby w końcu taki czternastolatek, adept siatkówki przeczytać, że Nowakowski z Możdżonkiem grali w jakieś “planszówki”? Jeszcze by sobie pomyśleli: na tym ten sport polega.

Wielu moich kolegów pisało książki, zachęcam do ich czytania.

Jakbyś miał przybliżyć aspekty taktyczne. W piłce nożnej mamy całe systemy, filozofię gry – Mourinho, Nagelsmanna – na które poświęca się rubryki w gazetach. Natomiast ze strony laika: siatkówka może wydawać się prosta. Przebić, wystawić, zaatakować. A wiadomo, to wszystko jest bardziej skomplikowane.

Dokładnie. Zresztą właśnie w piłce, ze strony mojej, czyli laika, też można powiedzieć: trzeba podać do przodu i strzelić. Taktyka w siatkówce jest bardzo skomplikowana. Trzeba ją dostosowywać do danego przeciwnika, czy z drugiej strony: pod zawodników, których ma się w drużynie. Trzeba trafiać z ustawieniami, na przykład aby ten zawodnik przeciwko tamtemu grał trochę dłużej. Są różne smaczki i niuanse. Moglibyśmy opowiadać o tym godzinami, ale to po prostu byłoby nudne.

A miałeś kiedyś trenera, który był taktycznym maniakiem?

Pracowaliśmy kiedyś w reprezentacji Polski oraz w ZAKSIE z trenerem-statystykiem Oskarem Kaczmarczykiem, który teraz działa w Szwajcarii. To, co on potrafił znajdować u przeciwników, to było coś niesamowitego. Potrafił rozpracowywać rozgrywających rywala w takim stopniu, że nie musiałeś się zbytnio na nich skupiać, tylko wystarczyło patrzeć na nogi.

Zajął się kiedyś na przykład Bruno Rezende podczas Pucharu Świata. Dostałem na kartce schemat, który on stworzył w programie komputerowym. Boisko rozrysowane na dziewięć sektorów, prostokąciki zaznaczone kolorami. Z tego miejsca wystawia tu, z tego tu – i tak dalej. Ja się potem tylko patrzyłem, gdzie Rezende stoi i już wiedziałem, co mam robić. To tak irytowało tego rozgrywającego, że nie potrafił zgubić bloku.

Kolejna ciekawa rzecz, którą odkryli Kaczmarczyk z Andreą Anastasim: żeby każdą piłkę, którą obronimy, przebić na drugą stronę do drugiej strefy. Zawsze. Pod atakującego lub rozgrywającego. Potem na koniec jakiegoś okresu wyliczyli statystyki dotyczące piłek, które oddaliśmy za darmo przeciwnikowi. Wygraliśmy sześćdziesiąt procent.

Andrea Anastasi i Marcin Możdżonek

Trzeba się czasem wykazywać inteligencją na parkiecie. Ty jako środkowy byłeś z niej znany. Przypomnijmy mecz z Iranem na mistrzostwach świata i twoją pamiętną akcję.

Tamtą akcję wspominam bardzo często. Jest coś takiego, że zawodnik ma nosa do pewnych akcji, czuje grę. Wszystko robi w ułamku sekundy, bo w siatkówce nie ma zbyt dużo czasu na myślenie. Decyzje trzeba zatem podejmować instynktownie. Tak było tamtym razem. Antiga powiedział mi, że mam iść w ciemno do atakującego, a ja się spojrzałem i mówię: “na pewno?”. Odpowiedział, że tak, bo tak nam wynika ze statystyk.

Sa’id Maruf jednak jest takim rozgrywającym, który potrafi zagrać kompletnie inaczej, niż sugerowałyby to jego statystyki. Potem Wlazły zapytał się mnie, co mi powiedział trener. Usłyszał “iść do atakującego”. Odparł, żebym tylko tego nie robił. Tak więc poczekałem. Zobaczyłem, że przyjęcie jest odsunięte od siatki o pół metra, a Maruf lubi w takich sytuacjach grać krótką. Wyskoczyłem, zablokowałem. I wybuchła radość. Nie chcę jednak deprecjonować Antigi, bo ja takie numery robiłem bardzo często. I trenerzy przymykali na to oko.

Zwłaszcza, kiedy wychodziło.

Akcje w siatkówce są szybkie i trzeba czasem podjąć decyzję w mgnieniu oka. Kto podejmie więcej dobrych decyzji, wygra mecz. Ale złe też czasem się zdarzają. Ja w całej karierze sportowej zagrałem jednego przedziwnego seta. Byłem zawodnikiem Skry Bełchatów, pojechaliśmy na teren Jastrzębia, wygraliśmy 3:1, ale jedną partię przegraliśmy do 17. Nie mogliśmy nic zrobić.

To był jeden taki set, który do dzisiaj wspominam. Siatkarze Jastrzębskiego Węgla nie popełnili ani jednego błędu. My się dwoiliśmy, troiliśmy i nic to nie dawało. Nie zepsuli ani jednej zagrywki, nie posłali żadnej piłki w aut, nie dostali czapy. Nic. Zdobyli dwadzieścia pięć punktów bez żadnych problemów, a cały mecz przegrali w czterech setach.

Właśnie na tym polega siatkówka. Dążymy do tego, aby popełniać jak najmniej błędów. Gonimy perfekcję, ale jest to niemożliwe do zrobienia.

ZAKSA niedawno została klubowym mistrzem Europy, co nie udało się nigdy żadnemu zespołowi piłkarskiemu z Polski. Mimo tego siatkówka w popularności w naszym kraju wciąż odstaje. Są sukcesy, nie ma sukcesów, ale i tak non stop mówi się o futbolu. Jak to odbieracie?

Jakaś frustracja się pojawia. Ale na dłuższą metę – my mamy swoje rozumy i wiemy, jak świat jest skonstruowany. Gdzie jest siatkówka, gdzie jest piłka nożna. Gwiazdy piłkarskie są postaciami popkultury. Robert Lewandowski to nie tylko świetny zawodnik, ale osobowość medialna. To samo możemy powiedzieć o Messim czy Ronaldo.

W piłkę nożną gra znacznie więcej ludzi. Siatkówka jest sportem – tak się mówi – akademickim. Zupełnie inaczej przenika się biznes w tych dwóch dyscyplinach. Każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę i nawet jeśli momentami odczuwa rozgoryczenie, to nie trwa ono długo. Ale jest druga strona medalu – czysty sport. I pod tym względem jesteśmy znacznie lepsi.

Nie będę z litości wspominał nazwiska tego piłkarza, który dwa tygodnie po tym, jak zdobyliśmy mistrzostwo świata, powiedział coś w stylu: co tam te “siatkarzyki”, już o nich wszyscy zapomnieli, a my zaraz sparing gramy. To chyba poszło w “Przeglądzie Sportowym”. Jednak trzeba umieć zachować pewne proporcje i klasę. Mistrzostwo świata można zdobyć, ale mistrzem świata też się jest. To nie jest tylko medal na szyi i wygrany mecz. Trzeba się odpowiednio zachowywać. A niektórzy piłkarze – z tego co widzę – zachowują się, jakby mieli kilka tych medali, choć tak naprawdę nie ugrali nic.

Ja lubię patrzeć na sport. Jestem fanem lekkiej atletyki, uwielbiam oglądać zawody. Imponują mi ci, którzy bardzo ciężko trenują, przygotowują się do startu, a potem wygrywają. Grają mecze, wygrywają. A ta cała otoczka – sponsorska, finansowa – nie imponuje mi tak bardzo jak wyniki sportowe.

Wspominaliśmy wcześniej o meczu z Iranem. Ale nie da się sprowadzić polsko-irańskich potyczek do jednego starcia. Nie da się też sprowadzić twoich historii z tą reprezentacją do jednego starcia. Szczególnie że są bardzo dobre, bo w 2003 roku zdobyłeś właśnie w Teheranie mistrzostwo świata juniorów.

Tak. To był bardzo fajny egzotyczny wyjazd dla chłopaków z Olsztyna.

Ile mieliście lat? Po siedemnaście?

Osiemnaście. Choć ja tam byłem jednym z młodszych. Razem z Marcelem Gromadowskim. Graliśmy z rocznikiem Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, zawodników dwa lata starszych od nas.

Jak słyszysz Iran i siatkówka, to jakie wspomnienia masz w głowie?

Bardzo dobre. Jeśli mówimy o 2003 roku – to były już naprawdę stare czasy, minęło prawie dwadzieścia lat. Jak tam polecieliśmy, napotkaliśmy zupełnie inną kulturę. Nie mogliśmy chodzić w krótkich spodenkach. Telefony komórkowe nam nie działały, bo żadna sieć polska nie miała podpisanej umowy z irańską. I koniec. Ewentualnie zostawał telefon stacjonarny i wpisywanie pięćdziesięciocyfrowego kodu.

Tak, z dzisiejszej perspektywy można na to patrzyć z niedowierzaniem. Do tego dochodził oczywiście brak Internetu. Dalej – telewizja irańska. Pamiętam do dziś, jak leciał w niej film “Szybcy i wściekli”. Mogą sobie państwo wyobrazić – z dwugodzinnego filmu pozostała tylko godzina i dwadzieścia minut. Tyle wycięto. A jak kobiety chodziły w koszulkach bez ramiączek, to doklejono im czarne kwadraciki. Tak to przez cały film wyglądało. Zrobiła się z tego komedia.

A na parkiecie był ogień? “Wojny” z Iranem się już zaczęły?

Nie, to nastąpiło dopiero później. W rozgrywkach juniorskich specyfiką krajów takich jak Iran jest to, że grają seniorami. Była taka sytuacja, że kadra Bahrajnu przyniosła paszporty na odprawę techniczną i okazało się, że wszyscy urodzili się w tym samym miesiącu i roku. A podczas tych mistrzostw do kilku panów z reprezentacji Iranu przyjeżdżały żony z dziećmi. Może wcześniej zaczęli, ja nie wiem. Opowiem też inną historię. Irańczykom bardzo zależało na dobrym wyniku. I jak odpadli i grali akurat z Rosjanami, którym też podwinęła się noga, w meczu o piąte miejsce, to przyszli nawet z propozycją… korupcyjną. Że bardzo chcą wygrać i zapłacą. Bo będą mieli jakieś profity, coś tam, coś tam. Rosjanie się jednak zdenerwowali. I rozjechali ich trzy do zera, nie było co zbierać.

Jeśli chodzi o konflikty – nie da się nie wspomnieć o Aleksieju Spiridonowie.

Tak, znam go bardzo długo. Powiedzmy sobie szczerze – choć nie lubię wulgarności – to cymbał, jakich mało. Szuka atencji. Swego czasu miał moment, kiedy grał naprawdę dobrze, ale jednak to, co ma głowie, sprawia, że tuła się teraz po “katarach” i gra w jakiś śmiesznych zespołach. Na pewno potrafił wyprowadzić niejednego siatkarza z równowagi. Mnie jego zaczepki bawiły, choć mówimy o zachowaniu dalekim od takiego, jakie powinien prezentować profesjonalny sportowiec. Udawanie, że strzela do naszych kibiców w Łodzi, było karygodne. Dziwię się, że nie dostał za to jakiejś poważnej kary.

A ciebie ktoś faktycznie wyprowadził z równowagi? Czy ty się nigdy nie dawałeś?

Oczywiście podczas meczu targają mną emocje. Ale takiego ekstremalnego momentu – jak podczas meczu Iranu z Polską, kiedy doszło do zwarcia Michała Kubiaka z rywalem – nie było.

Czy spodziewałeś się, że Michał Winiarski zostanie trenerem? I to tak dobrym?

To bardzo pozytywne zaskoczenie. Wiedziałem co prawda, że będzie trenerem. Ale to, jak prowadzi drużynę, robi ogromne wrażenie. Na pewno Michał ma ogromną wiedzę, bardzo dużo wygrał, był wybitnym siatkarzem, swego czasu najlepszym na swojej pozycji na świecie. Pracował z wieloma trenerami i grał w wielu klubach. Wie, o co chodzi. Ale z drugiej strony znam Michała Winiarskiego, który jest żartownisiem, zakręconym jak słoik ogórków, potrafiącym zapomnieć plecaka, kiedy wsiadał do autokaru.

Nie są to cechy typowe dla trenera!

Tak. (śmiech) Ale oczywiście – obecnie radzi sobie dobrze. Mówimy tylko o pierdołach, które wspominam z sympatii. Z miłą chęcią go oglądam, podziwiam, jak prowadzi drużynę. I czekam na rozwój wypadków. Bo spodziewam się, że będzie trenerem ze światowego topu.

Może będziemy mieli w końcu polskiego trenera, który poprowadzi reprezentację.

Ja bym chciał, żeby naszą reprezentację prowadził najlepszy trener, jakiego możemy znaleźć. A czy to będzie Polak, czy Chińczyk, ma dla mnie znaczenie drugorzędne.

Kadrę Polski kobiet prowadzi Jacek Nawrocki. Myślisz, że to właściwa osoba na właściwym stanowisku?

To, co ja myślę, nie ma większego znaczenia, bo decyzje podejmuje sztab szkolenia z zarządem PZPS. Nawrocki wykonał kawał dobrej pracy. Wprowadził do składu kilka zawodniczek. Drużyna nabrała charakteru. Ale z drugiej strony – spodziewaliśmy się lepszych wyników, których po prostu nie ma. I tu trzeba przeanalizować – co należałoby zrobić, żeby je poprawić? Do tego brzydko ciągnie się afera, dotycząca buntu siatkarek. Ta rzecz w ogóle nie powinna była mieć miejsca. Została załatwiona przez media, co jest karygodne, w ogóle niewłaściwe. Więc to, w domyśle, są odpowiedzi na to, co na ten temat sądzę.

Natomiast jeśli chodzi o twój okres w Skrze: mimo tego, że zdobywałeś mistrzostwa Polski, trenera najlepiej nie wspominasz?

Ja znam dwa oblicza Jacka Nawrockiego. Kiedy pracował u boku Daniela Castellaniego, był jednym z najlepszych asystentów, jakich pamiętam. Castellani to bardzo dobry człowiek, łagodny, z ogromną wiedzą siatkarską. Ale właśnie – łagodny. A Jacek Nawrocki był tym złym policjantem, którego potrzebowaliśmy. Uzupełniali się. Bez Nawrockiego Castellani nie osiągnąłby – według mnie – takich sukcesów. Potem Nawrocki został głównym szkoleniowcem. Nie będę wieszał psów, bo mieliśmy lepsze i gorsze momenty. Mógł kilka rzeczy zrobić lepiej, inaczej poprowadzić drużynę. I byłoby dużo lepiej. Wyniki też potwierdziły to, że się pogubił. Potem się oczywiście odnalazł. Miałem informacje od dziewczyn z kadry, że siatkarsko jest okej.

Mógłbyś wskazać trenera, z którym najlepiej ci się pracowało?

Starałem się od każdego trenera wyciągać to co najlepsze. I uczyć się, nawet na tych złych rzeczach, które nam po drodze nie wychodziły. Wiele wyciągnąłem od Lozano, Castellaniego, od Antigi i Anastasiego również. Praca z każdym z nich miała swoje plusy oraz minusy. Castellani to przede wszystkim dobry psycholog. Anastasi świetnie potrafił nas prowadzić jako drużynę, był znakomitym taktykiem. Antiga? Poprawił bardzo naszą reprezentację, jeśli chodzi o grę w obronie oraz w przyjęciu. Lozano w ogóle poukładał wszystkie klocki. Posprzątał tę stajnię Augiasza i wyprowadził polską siatkówkę na poziom, na którym jest dzisiaj.

Spodziewałeś się kiedyś, że nasza siatkówka będzie tak mocna?

Nie. To jest jakiś kosmos. Pamiętam, jak – za czasów Lozano – współpracowaliśmy z panią psycholog. Nie przebiegło to zbyt dobrze, szybko nas opuściła. Bo nie chcieliśmy się na nią otworzyć. W tamtym czasie była zresztą niepotrzebna. Obecnie taka współpraca ze specjalistami się przydaje. Pamiętam, jak nam mówiła, że musimy napisać na kartce “będę mistrzem świata”. I sobie ją gdzieś powiesić oraz codziennie na nią patrzeć. My się na nią spojrzeliśmy. “Ty wiesz, ile trzeba zrobić, żeby być mistrzem świata? Ile trzeba trenować, kogo pokonać? Ty wiesz, kto to jest Giba?”. W ogóle nie myśleliśmy o takich sukcesach. Ale ona miała rację. To wszystko było w naszym zasięgu, bo zmieniliśmy się od tamtych czasów tak naprawdę niewiele.

W przypadku Lozano: w uwierzeniu w jego metody pomógł sukces. Sukces, który przyszedł szybko i był ogromny, bo mówimy o wicemistrzostwie świata.

Bez tego nie byłoby kolejnych. Okres katorżniczej pracy, który mieliśmy w 2006 roku, opłacił się. Zaczęliśmy lepiej grać w Lidze Światowej. Potem chłopcy pojechali na mistrzostwa świata do Japonii. I widzimy: robią robotę, wygrywają, nie kłaniają się nikomu. I bach, są w finale. Ten akurat nam nie wyszedł. Ale to był pierwszy tak duży finał. Już wielki sukces. Oczywiście każdy myślał o tym złocie, ale Brazylijczycy byli mocniejsi psychicznie. Od pierwszych piłek pokazali – nie, panowie, to jest nasz medal, my wpadliśmy go odebrać.

Ale potem i Brazylię udawało się ugryźć.

Do tego trzeba było dorosnąć. Sukces wymaga czasu. Dlatego tak wyczekuję igrzysk olimpijskich, bo nasza reprezentacja jest doświadczona, dobra technicznie i taktycznie, dojrzała. Są w niej zawodnicy jak Piotr Nowakowski, którzy wiedzą, czego chcą.

To jest ta różnica w stosunku do poprzednich igrzysk? Że tym razem “pompowanie balonika” jest jak najbardziej uzasadnione?

Jest bardzo uzasadnione. Możemy napompować ten balon do rozmiarów kilka razy większych niż w przypadku poprzednich igrzysk, a to i tak nie wpłynie na siatkarzy. Oni jadą do Tokio z jasnym celem. Wiedzą, co mają robić. To sport, mogą się zdarzyć różne rzeczy. Ale nigdy nie mieliśmy tak mocnej reprezentacji. I lepszego czasu na zdobycie medalu olimpijskiego.

Jak się zostaje kapitanem reprezentacji Polski, jak to wspominasz?

Jest to bardzo duże wyróżnienie, z którego jestem dumny. A jak się zostaje? U mnie wystarczył jeden głos. Trenera. On zadecydował.

Uzasadnił, dlaczego ty?

Oczywiście. Wziął mnie na stronę. I powiedział: “zostaniesz kapitanem kadry:. Ja mówię “nie”. Odparł, że zostanę, bo dobrze trenuję, mam respekt wśród kolegów, lubią mnie. Zatem on chce, żebym pełnił tę funkcję, bo potrzebuje w zespole spokoju i wyważenia. Ja powtarzam: nie, jest Zagumny, jest Winiarski. Proszę iść do nich porozmawiać. Ale decyzja była ostateczna, mogłem tylko iść do pokoju.

I jak zareagowała drużyna?

Przyjęła to. Miałem szczęście pracować z profesjonalistami, ludźmi, którzy wiedzą, czego chcą. Moją rolą nie było stanie z batem nad nimi. Miałem przede wszystkim rozmawiać z trenerami, jak i negocjować różne rzeczy z PZPS-em.

Na igrzyskach w Londynie spotkało was rozczarowanie.

Źle się przygotowaliśmy. Popełniliśmy błędy, na których – mam nadzieję – polska reprezentacja będzie się uczyć. Mentalnie też tej imprezy nie udźwignęliśmy. Byliśmy dużo młodsi, oszołomieni sukcesem sprzed paru tygodni, kiedy wygraliśmy Ligę Światową. Nie trafiliśmy również z przygotowaniami. Byliśmy bardzo zmęczeni, zajechani treningami. Szczególnie że trenowaliśmy naprawdę ciężko. Na siłowni dźwigaliśmy takie ciężary, że głowa mała. Ja – przy swoich mało imponujących gabarytach – brałem hantle po pięćdziesiąt kilogramów i wyciskałem. To robi wrażenie, kiedy patrzy się na takie długie, chude ręce. Tak się bawiliśmy. I tego było za dużo.

Marcin Możdżonek w rzeszowskich barwach

Formy nie udało się zgrać z olimpijskimi imprezami, ale swoje widziałeś. Jak wspominasz pobyt w wiosce olimpijskiej?

Pekin – coś niesamowitego. Lądujemy na świeżo wybudowanym wielkim lotnisku. Ogrom tego wszystkiego, rozmach. Tak pięknej wioski olimpijskiego, tak pięknego miasta, nigdy nie widziałem. Bloki z balkonami, pełnymi kwiatów. Robotnicy się tam uwijali, przycinali, co trzeba. Wszystko było perfekcyjnie zorganizowane. Wolontariusze nam pomagali, pokazywali palcem, co jest gdzie. Chińczycy potrafią organizować. Od tylu lat zarządzać takimi masami ludźmi – to trzeba umieć. Więc przyjęcie igrzysk to była dla nich pestka. Poruszanie się po tym mieście, pełnym korków, zostało tak zaplanowane, że można było się normalnie przemieszczać. Obiekty sportowe, hale, po których graliśmy – jejku, na takim młodym chłopaku, robiło to ogromne wrażenie.  Albo jak idziesz do pralni w wiosce olimpijskiej i obok ciebie stoi koszykarz NBA, który też oddaje pranie… to są momenty bardzo przyjemne. Pamiętam, jak wjechaliśmy do wioski olimpijskiej i przechodziliśmy przez kontrolę bagażu. Obok nas wysiadła reprezentacja Jamajki w sprincie. I zaczęła robić sobie z nami zdjęcia.

Czyli Bolt robił sobie zdjęcie z Możdżonkiem, a nie Możdżonek z Boltem.

Bardziej pamiętam Asafę Powella z tej sytuacji. To zupełnie inna kultura. Byli bardzo wyluzowani.

A byłeś na ceremonii otwarcia igrzysk w Londynie? Robiła wrażenie?

Byłem, robiła. Ale muszę powiedzieć, że dla sportowców ceremonia otwarcia jest specyficzna. Trwa bardzo długo, a my w kolejce staliśmy cztery czy pięć godzin. Całe show nas ominęło, nic nie widzieliśmy. Szliśmy grzecznie gęsiego i kiedy już dostaliśmy się na stadion, to już chyba wszystko się kończyło.

No tak, bo ten marsz sportowców to już etap końcowy.

Więc lepiej chyba oglądać ceremonię sprzed telewizora albo z trybun.

Masz nietypowego idola piłkarskiego – jest nim Jose Luis Chilavert.

Nieraz pokazywał, że potrafi strzelić z rzutu wolnego. Jeśli chodzi o piłkę nożną – jestem laikiem, nie znam szczegółów, niuansów. Kiedyś mi imponował ten zawodnik. Może nie uznałbym go za idola, ale był charakterystyczny. Lubiłem patrzeć na to, co robi. Wyłamał się ze stereotypów. Bramkarz? Będzie biegał po boisku i próbował strzelić?

To jakby libero zaczął atakować.

Dokładnie.

A pamiętasz sytuację z meczu, kiedy jakiś libero właśnie zaszalał w ofensywie?

Kiedyś, w czasach, gdy grałem w Olsztynie, libero dogadał się z rozgrywającym. Mieli dużą przewagę punktową i zaatakował sobie z szóstej strefy. Wszyscy zdurnieli. Sędzia też nie wiedział, co ma gwizdać. Zrobili sobie jaja w końcówce spotkania. Ligowego, dodajmy.

Tego w podręcznikach nie było.

Taka akcja jest z góry skazana na porażkę przede wszystkim. Wiedzieliśmy, że punktów z tego nie będzie.

Jak już jesteśmy przy Olsztynie, muszę zapytać o trenera Ireneusza Mazura. Bo to też wyrazista postać.

I to bardzo. Miał u nas duży respekt. Prowadził zespół twardą ręką.

Porównałbyś go do Lozano?

Podobny typ osobowości. Tylko Mazur był twardszy. Chodzi o podejście do zawodników. Legendy o nim krążyły jeszcze w czasach, gdy byliśmy juniorami. Potrafił bardzo ostro reagować na nieposłuszeństwo. W czasach treningów w Olsztynie też bywały różne sytuacje. Nikt mu się zatem nie stawiał, nikt nie chciał mu wchodzić w drogę

Pamiętasz jakieś ostrzejsze odprawy?

Mam kilka w głowie, ale szczegółów może nie zdradzę, bo nie wypada. Ale pamiętam kilka tyrad na temat naszego zachowania lub gry. Jak mu się włączył słowotok, nie mógł przestać, trwało to godzinę albo i więcej.

Trwa do dziś, jak się w telewizji udziela. To, że zrobił karierę eksperta, cię zatem nie dziwi?

Nie dziwi. Ja go lubię słuchać, barwnie opowiada. Ale tak, dostało nam się od niego parę razy swego czasu.

Co do mocnych charakterów: wspominałeś kiedyś historię z Mariuszem Szyszko, który się wkurzył i pokazywał wam, jak należy piłkę dogrywać.

To była bardzo ciekawa historia z mojego pierwszego sezonu w profesjonalnej drużynie. Wokół mnie grały same gwiazdy. Zagumny, Paweł Papke i Szyszko, który powoli kończył karierę. Podczas treningu tak się zdenerwował, że wziął cały wózek piłek. Stanął przy linii i zaczął dogrywać na pustą siatkę. Skończył to robić, popatrzył się na nas, trzech młodych, i powiedział: “czy to takie trudne?! Nie chcę widzieć źle dogranej prostej piłki”.

Mówiliśmy o podróżach. Ty jeden sezon spędziłeś w Turcji.

Kraj był bardzo ciekawy. Ta prawdziwa Turcja, nie turystyczna, jest zupełnie inna. Ludzie są bardzo otwarci, pomocni. Żyje się spokojnie, z niczym się człowiek nie spieszy. Można bardzo dobrze zjeść. U mnie zrobiło się dwa kilogramy obywatela więcej. Trener Lorenzo Bernardi resztki włosów sobie wyrywał, kiedy widział w hotelu te wszystkie baklavy i inne desery.

I to wszystko było super. Ale sportowo nam się nie ułożyło. Ja w ogóle miałem falstart, bo przyjechałem późno. Zostałem dłużej w Kędzierzynie, bo jednego z naszych zawodników dotknęły problemy zdrowotne – Grzegorz Bociek miał chorobę nowotworową. Trzeba było znaleźć zastępstwo, znaleźli zagraniczne, ale był limit obcokrajowców i poproszono mnie, żebym chwilę pograł. Potem pojechałem do Ankary. Zabrano mnie na indywidualny trening i od razu wybiłem na nim dwa palce. Wskazujący i środkowy u prawej ręki. Dla zawodnika na mojej pozycji to cios. Przez trzy miesiące nie mogłem się pozbierać. Bo mój największy atut, czyli blok, został wyłączony.

Turcy inaczej podchodzą do człowieka? W kontaktach na ulicy, podczas zwyczajnych sytuacji? Czy jest podobnie jak w Polsce?

Są bardziej żywiołowi, bardziej otwarci. Za każdym razem jak szedłem zrobić zakupy, pracownik sklepu dawał mi czy to jabłko, to banana czy pomarańczę. Chodziło się kupić ryby, to mówili, żebym usiadł, robili herbatę, wszystko umyli, przygotowali. Rzucili jakieś dwie, trzy cytryny gratis. Komunikacja przebiegała na migi, bo angielski tam nie istniał. Choć kilku słów tureckich się nauczyłem.

A jak popularna jest siatkówka w Turcji?

Nie jest popularna. Może damska, bo ta znajduje się na wysokim poziomie. Ale męska jest na przeciętnym. Jednak ja tam nie pojechałem wygrywać ligi tureckiej, tylko grać w Lidze Mistrzów. Bo występowałem z takimi tuzami jak Juantorena, Kubiak, Esko, Sokołow. W Europie jednak nam nie poszło, przegraliśmy z Zenitem Kazań przed turniejem finałowym. No i mistrzostwa Turcji też nie zdobyliśmy. To był bardzo dziwny sezon pod względem kontuzji. Sokołow urwał rękę i przez rok nie mógł grać, ja miałem problem z palcami. Każdemu coś dolegało.

Dla ciebie – jako byłego zawodnika ZAKSY – wygrana kędzierzynian w Lidze Mistrzów była szczególna?

Tak, ale cieszyłbym się z sukcesu każdego polskiego zespołu. ZAKSA na pewno zapracowała na ten triumf. Latami dobrej pracy, w tym tej organizacyjnej, co jest dużą zasługą Sebastiana Świderskiego, jak i zawodników. Grali najlepszą siatkówkę w Europie w tym roku.

Ale mistrzostwa Polski nie zdobyli.

To nam obrazuje, na jakim poziomie stoi siatkówka w naszym kraju.

Co sądzisz o dołączeniu do PlusLigi zespołu z Lwowa?

Jest to ciekawy kierunek. Wręcz wizjonerski. Trzymam kciuki, żeby to się udało. Podłączenie najlepszych drużyn z lig nas otaczających, gdzie poziom jest znacznie gorszy niż w Polsce, dobrze zrobi siatkówce. Będzie to oczywiście wyzwanie, zwłaszcza logistyczne. Jak grałem w Rzeszowie, to zdarzało nam się jeździć do Lwowa na turnieje. I trasa potrafiła nam zająć 12 godzin, bo musieliśmy długo czekać na granicy. Ale jeśli się to wszystko uda – to może naprawdę wpłynąć na poziom PlusLigi. Pojawiają się też pogłoski o drużynie z Berlina. O Niemcy, Czechy byśmy więc zahaczyli. Tak, żeby zrobić w naszym kraju Superligę, oczywiście bez nawiązywania do tej piłkarskiej.

Jaką pamiętasz najdziwniejszą historię z kibicem?

Sytuacje są różne. Jedną miałem z Bartkiem Kurkiem. Przyjechaliśmy do Bełchatowa. Podszedł do nas jakiś pan i mówi, że jest naszym sponsorem. Mówimy “dzień dobry, bardzo miło poznać”. A on: “no, bo ja tu na kopalni robię”. Takie roszczeniowe podejście, że skoro pracuje w kopalni, to może nam mówić, co mamy robić.

A jakieś docinki, dogryzania na halach? Czy jednak kibice siatkarscy są bardziej przyjemni niż ci piłkarscy?

Od piłkarskich? Są. Ale przez dwadzieścia lat grania na swój temat usłyszałem już wszystko, nic mnie nie zaskoczy.

Wyprowadza to z równowagi?

Czasem tak, czasem nie. Jesteśmy tylko ludźmi. Starałem się być odpornym na różne teksty, choć wiem, że niektórzy zawodnicy na nie źle reagowali. Pamiętam mecz kadry z Finlandią. Przegraliśmy go. I potem siedzimy przybici w hotelu. Grzesiek Łomacz mówi: “a, poczytamy komentarze”. I patrzymy: Łomacz to zero, Możdżonek zero, Ruciak mniej niż zero. I humor od razu się poprawia.

Dopóki w kadrze nie zadebiutował Bartek Lemański, byłeś najwyższym siatkarzem w historii reprezentacji. Wyjątkowy tytuł.

Jak swego czasu pisałem felietony do Przeglądu Sportowego, to zatytułowałem je “Najwyższy punkt widzenia”. Nawet jak ludzie na ulicy nie kojarzą mnie z siatkówkę, to od razu widzą, że coś jest nie tak. I patrzą w Google, kim ja mogę być.

W Olsztynie dalej cię zaczepiają?

Tak, tak.

Kibicujmy, żeby Stomil doczekał się nowego stadionu. Bo relikt przeszłości dalej straszy.

Zostałem ostatnio zaproszony przez jednego ze sponsorów na mecz. Bardzo chciałem przyjść, zobaczyć, jak grają piłkarze. Muszę powiedzieć, że… można byłoby na stadionie położyć kilka kilogramów trotylu, a potem wybudować wszystko od nowa. To wygląda naprawdę źle.

Można powiedzieć przekornie, że przynajmniej czas się zatrzymał. Jakbyś poszedł na mecz jako osiemnastolatek, to spotkałoby cię to samo.

Olsztyn w czasie Euro 2012 był jednym z miast wolnych od futbolu i chyba tak zostało.

ROZMAWIALI WOJCIECH PIELA ORAZ MONIKA WĄDOŁOWSKA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez