Graliśmy w hali, która była częścią centrum handlowego, i nie potrafiliśmy tam pokonać amatorów

Graliśmy w hali, która była częścią centrum handlowego, i nie potrafiliśmy tam pokonać amatorów

W ostatnich latach piłka ręczna w naszym kraju jest w zdecydowanym odwrocie. Wszyscy wzdychamy do czasów braci Jureckich czy Lijewskich, gdy remis z Kosowem nie byłby możliwy nawet po trzech grubych weselach i tańcach do muzyki disco polo. Jednym z zawodników, z którym wiązane są największe nadzieje na poprawę sytuacji jest Arkadiusz Moryto. 23-latek z Krakowa od trzech sezonów jest niekwestionowanym królem strzelców PGNiG Superligi, który coraz mocniej zaznacza swoją pozycję w barwach Vive Kielce. O tym, dlaczego niektórym trudno zrozumieć filozofię Patryka Rombla w reprezentacji, ale też meczach w Lidze Mistrzów i niewdzięcznej roli skarbnika w szatni opowiedział w naszym wywiadzie. Zapraszamy!

WOJCIECH PIELA: Nie przychodzą głupie pomysły do głowy podczas kwarantanny?

ARKADIUSZ MORYTO: Ostatnio znajomi mnie wyśmiali, bo postanowiłem obciąć się prawie na łyso. Po raz pierwszy przybrałem taką „fryzurę” od czasów początków w SMS-ie Gdańsk. Tam jest taka tradycja, że pierwszoroczniacy muszą się ogolić żyletką na zero. Gdy wysyłałem więc zdjęcia w nowej odsłonie, niektórzy pamiętali mnie jeszcze z tamtych czasów.

Magda nie zerwała zaręczyn?

Nie, bo to jak obecnie wyglądam jest jej dziełem. Od razu musiałem więc wyrazić zachwyt nad jej umiejętnościami fryzjerskimi i między nami jest wszystko dobrze. Prawda jest taka, że miałem umówioną wizytę u fryzjera, ale nastał czas pandemii i została ona odwołana. Włosy w końcu odrosną, a teraz przynajmniej po treningu nie pocę się tak strasznie na głowie. Biorę szybki prysznic i jestem suchutki.

Dostajecie rozpiski treningowe z klubu?

Mieliśmy takie od naszego trenera przygotowania motorycznego, ale powoli się kończą. Mam na to jednak sposób, bo będę korzystał z treningów, które przygotował mi specjalista z kadry Łukasz Wicha. Każdy z nas ma własną świadomość sportowca i wiemy, że musimy odpowiednio wykorzystać ten czas, aby później nie było zaległości przed ligą. Trenuję we własnym zakresie od poniedziałku do piątku, a weekendy robię sobie wolne. W najbliższym czasie pewnie trochę zejdę z obciążeń, ale na ten moment wygląda to w ten sposób.

Nadal czekamy na oficjalne sygnały dotyczące tego, jak może w przyszłym sezonie wyglądać PGNiG Superliga. Wyobrażasz sobie choćby rozgrywanie Świętej Wojny w pustej hali?

Rozumiem kwestie sanitarne, ale byłoby to bardzo dziwne. Jeszcze w marcu rozegraliśmy taki mecz w Puławach z Azotami i muszę przyznać, że czułem się jak na sparingu. Możesz usłyszeć każde przekleństwo, każdą wskazówkę czy każde zamknięcie drzwi na hali. Niby gra się o punkty, ale w podświadomości podchodzisz do meczu ospale. Na pewno nie chciałbym tego przeżywać w przyszłości. Słyszałem jednak, że liga podjęła w tej sprawie konsultacje z ekspertami, więc mam nadzieję, że kibice zostaną wpuszczeni.

Pochodzisz z Krakowa, więc to pytanie musi paść. Wisła czy Cracovia?

Oj, nie namówisz mnie na deklarację (śmiech). Na pewno życzę dobrze wszystkim krakowskim drużynom. Mogę powiedzieć, że pamiętam jak Wisła wygrała z Barceloną 1:0, ale na stadionie byłem tylko raz, gdy grała reprezentacja. Niestety przegraliśmy jednak z USA 0:3. Straciliśmy gola z rzutu wolnego, ale w nich zdecydowanie najlepszy był piłkarz innej narodowości – Cristiano Ronaldo.

Ostatnio szło mu już gorzej.

Tak, ale zachwycałem się nim w czasach Manchesteru United. Wtedy strzelał z wolnych piękne gole, a poza tym robił mnóstwo trików, co działało na wyobraźnię młodego człowieka. Czasem moja fascynacja wykraczała nawet poza ramy futbolu. Pamiętam jak kiedyś Manchester United grał z Liverpoolem. Moi rodzice wyszli z domu, a ja na swoją głowę wywaliłem pół tubki żelu, bo chciałem kibicować wyglądając jak Ronaldo. Gdy wrócili, nie byli zachwyceni, ale przynajmniej Czerwone Diabły wygrały.

Od małego sport był u ciebie obecny?

Mój tata był koszykarzem, więc trudno żeby było inaczej. Najwięcej grałem w piłkę nożną, ale w wieku 7 lat ojciec zapisał mnie na judo. Uprawiałem ten sport do 14. roku życia i to na pewno również bardzo mnie ukształtowało koordynacyjnie. Piłka ręczna pojawiła się dopiero potem za sprawą taty, który dostrzegł w mojej budowie ciała większe predyspozycje do tej dyscypliny sportu. Dużo rozmawiamy również dzisiaj i czasem nawet żałuje, że nie został szczypiornistą. Swoją budową ciała przypomina Artioma Karaleka, więc na pewno by sobie poradził.

Bywa surowym recenzentem?

Tak. Jeszcze z czasów juniorskich pamiętam mecze, gdy rzucałem po 10 goli, a on potrafił przypomnieć akcję w obronie i powiedzieć, że ktoś minął mnie jak tyczkę. Tak to już chyba bywa w rodzicielstwie, ale wiem, że naprawdę mocno mi kibicuje i mogę na niego liczyć.

Do niczego nie musiał cię zmuszać, bo charakter do sportu miałeś od najmłodszych lat.

W Krakowie sporo było utalentowanych chłopaków, ale w decydujących momentach meczu brałem na siebie odpowiedzialność. Miałem przywódcze zapędy. Gdy widziałem, że ktoś dochodzi do mnie poziomem, to za każdą cenę chciałem udowodnić swoją wyższość.

Co się dzieje z twojej perspektywy w krakowskiej piłce ręcznej? Czemu brakuje drużyny na najwyższym poziomie?

Piłka ręczna ma chyba to do siebie, że skupia wokół siebie ludzi z mniejszych miejscowości. Nie ma przecież drużyny w Superlidze nie tylko w Krakowie, ale też w Warszawie, we Wrocławiu czy Poznaniu. W juniorach radzimy sobie dosyć dobrze, zwłaszcza na szczeblu regionalnym. Pamiętam, że jeszcze za moich czasów walczyliśmy o mistrzostwo w Małopolsce z Tarnowem. W rozgrywkach ogólnokrajowych bywa już różnie, ale na pewno jest lepiej niż w seniorach, gdzie mamy tylko drużynę w II Lidze (trzeci poziom) – AZS AGH Kraków. Znam trenera Jerzego Garpiela, który ma dosyć duże pojęcie o piłce ręcznej i próbuje ją budować w tym mieście. Czasem się spotykamy, gdy przyjeżdża na mecze ze swoją drużyną do Kielc. Dużo też rozmawia z moim tatą i tłumaczy, że nie jest to prosta sprawa. Brakuje sponsorów, którzy garną się do innych dziedzin sportu, choćby do wspominanych piłki nożnej i koszykówki.

Okres w Gdańsku to była szkoła życia?

Jak najbardziej. Miałem 15 lat, gdy samemu wyjechałem ponad 500 kilometrów od swojego domu. Rodzice wspierali mnie oczywiście finansowo, ale tylko ode mnie zależało w jaki sposób będę dysponował pieniędzmi. Największa nauka polegała na sztuce podejmowania decyzji. Każdy trening, każde zadanie na lekcjach – to były moje wybory. Było kilku chłopaków, którzy mieli większy talent ode mnie, ale po drodze gdzieś przepadli. Różnych pokus, jak to w gronie młodych chłopaków nie brakowało.

Jakich?

Niedaleko była plaża, a tam morza szum i ptaków śpiew (śmiech). Od zawsze starałem się jednak unikać posiadówek przy piwku, bo wiedziałem, że nie jest to dobre dla sportowca. Poważniejsza impreza zdarzyła mi się już później w czasach Zagłębia Lubin. Po jednym z meczów, gdy rzuciłem chyba 13 goli zaprosiłem kolegów do mieszkania. Pojawiliśmy się dopiero o 3 w nocy, a dodatkowo jeszcze później wylądowałem w krzakach. Moja dziewczyna igiełki wyciągała mi przez tydzień. Dodatkowo na trzeźwo musiała wszystkich pilnować, a rano o 9 musiała stawić się w pracy. Nie dziwiłem się jej pretensjom i oczywiście przeprosiłem za wszystko.

W Gdańsku takich historii nie było?

Jestem takim człowiekiem, że nawet gdybym mógł sobie pozwolić na dwa piwka więcej, to nie chciałem, aby trener cokolwiek ode mnie wyczuł. Obawiałem się jego reakcji. Do treningów podchodzę na sto procent, bo mam w głowie coś takiego, że jeśli jakieś zajęcia odpuszczę, to później zagram słabiej w meczu. Gdy z perspektywy czasu spoglądam jednak na trzy lata w SMS-ie to żałuję, że nie wykorzystałem ich lepiej.

Dlaczego?

Nie miałem świadomości, że piłka ręczna to nie tylko trening przez dwie godziny, a nasz styl życia. Tak naprawdę musimy temu podporządkować wszystko dookoła. Dobry przykład jest teraz, gdzie przecież nie mamy wspólnych treningów od miesiąca i samemu organizuję sobie pracę. W SMS-ie dawałem z siebie wszystko podczas zajęć, ale nie pomyślałem wtedy, żeby choćby pójść w weekend na siłownię. Uważam, że gdybym to robił, byłbym dzisiaj na zupełnie innym poziomie fizycznym.

Nie miałeś momentów podłamania?

Nie było. Chyba, że z tym obcinaniem włosów na pierwszym roku. Starsi kumple kazali nam też na plaży kręcić się wokół kijka niczym w „Turbokozaku”, a potem urządzali wyścigi patrząc, który pierwszy zaliczy glebę. W późniejszych latach to my jednak na szczęście dyktowaliśmy warunki (śmiech).

Potem trafiłeś do Lubina, gdzie od razu mogłeś zderzyć się ze specyficznymi oczekiwaniami kibiców.

To prawda, choć zbyt wielu na trybunach się nie pojawiało. Dodatkowo, połowa z nich to typowa loża szyderców. Pamiętam mecz z Piotrkowem, gdzie cały mecz nam nie szło i przegrywaliśmy kilkoma bramkami. Na dziesięć minut przed końcem podawałem z autu na kontrę do Janka Czuwary, ale nie wyszło mi, więc straciliśmy piłkę. W tej chwili usłyszałem z trybun od jednego kibica:

– Jak ci się nie chce, to zejdź z boiska!

Muszę przyznać, że zmobilizowało mnie to niezwykle, bo w ostatnich akcjach rzuciłem chyba trzy gole. Ostatecznie udało nam się dzięki temu wygrać. W Lubinie była też taka tradycja, że po końcowym gwizdku dostawało się nagrodę MVP. Raz przyznał mi ją nawet trener Piotr Stokowiec, choć to był jedyny kontakt z kimś z piłkarskiej drużyny. Wtedy również ją dostałem, ale nie zapomniałem o głośnym kibicu. Jeszcze przed zejściem do szatni, znalazłem go i wręczyłem mu statuetkę.

Pamiętasz ten dreszczyk po ofercie z Vive?

Pewnego popołudnia siedziałem sam w domu, bo Magda była w Krakowie. Na telefonie nagle wyświetlił się nieznany numer, po czym usłyszałem charakterystyczny głos trenera Dujszebajewa i powoli zacząłem orientować się w sytuacji. Tłumaczył mi, czego ode mnie oczekuje, ale szok mijał bardzo powoli. Zadzwoniłem do Magdy i rodziców, oni również byli oczywiście zachwyceni.

Długo się pewnie nie zastanawiałeś.

Paradoksalnie, przyjęcie oferty nie przyszło mi łatwo. Dostałem jednak zapewnienie, że nie pójdę na wypożyczenie tylko będę normalnie brany pod uwagę przy ustalaniu składu. Bardzo mi na tym zależało. Wtedy ważyła się również kwestia Darko Djukicia, który ostatecznie odszedł do Mieszkowa Brześć. To pozwoliło mi zyskać pewność, że będę w dwójce skrzydłowych razem z Blażem Jancem.

Kilka lat wcześniej wydarzyła się historia, która była swoistą zapowiedzią późniejszego transferu do Kielc.

Wybrałem się na mecz Ligi Mistrzów pomiędzy Vive a Veszprem. Tata zawsze załatwiał bilety. Ja miałem wtedy chyba niespełna 15 lat, a na trybunach pojawił się Ivan Cupić.  Jeszcze nie grał w barwach kieleckiego klubu, ale miał już podpisany kontrakt. Nagle z tyłu hali znaleźliśmy się obok siebie, więc podszedłem z tatą i poprosiłem o zdjęcie. Po latach faktycznie można to uznać za fajną pamiątkę.

Jak wspominasz moment wejścia do szatni? Z takimi postaciami jak Jurecki, Lijewski, Jurkiewicz czy Aguinagalde nie miałeś do tej pory zbyt wiele do czynienia.

Niektórych kojarzyłem z reprezentacji, ale faktycznie było to bardzo małe przetarcie. Mogę powiedzieć, że czułem się trochę przestraszony. Myślałem na zasadzie: czym ja jako młody chłopak mogę im zaimponować? Przychodziłem przecież z Zagłębia Lubin, czyli dużo mniejszego klubu.

Kto pomógł przełamać barierę?

Znałem dobrze Bartka Bisa, z którym grałem w reprezentacji młodzieżowej. Trzymałem się z nim, podobnie jak z Jachlewskim, Lijewskim, Jureckim czy Jurkiewiczem. Chłopaki cały czas wychodzili ze mną na kawę na turnieju towarzyskim w Kaliszu przed sezonem i po jakimś czasie poczułem się częścią grupy. Sporą rolę odegrał też trener Talant Dujszebajew, który po połowie pierwszego sezonu powiedział mi, że widzi we mnie jednego z liderów zespołu. Chciał, żebym nie bał się bać odpowiedzialności za wynik. To wszystko pozwoliło mi złapać pewność, a po czasie zostałem nawet skarbnikiem drużyny.

To chyba akurat mało przyjemna funkcja…

Mamy regulamin drużyny, gdzie za każde spóźnienie czy brzęczący telefon w szatni płacimy pieniądze do wspólnej skarbonki. Nie jest łatwo chodzić po ludziach i dopraszać się o kasę. Przez długi czas wszystkim więc odpuszczałem. Zwłaszcza Artiom Karalek zawsze to odkładał, a potem, gdy dzwoniłem okazywało się, że nie miał telefonu (śmiech). Teraz jednak koniec z tym.

Zamierzasz wprowadzić twarde rządy?

Atmosfera zbytnio się rozluźniła i na początku roku wypisałem na naszej grupie, kto ile jest winien. Teraz zasady są proste. Każdy ma tydzień na wpłatę siana, a jeśli tego nie zrobi, kara rośnie. Nie chciałem się już dokopywać, kto kiedy zapłacił, bo zajmowało to zdecydowanie zbyt dużo czasu.

Wkupne w szatni na początku było?

Skrzynki piwa nie musiałem przynosić, ale zaprosiłem wszystkich na kolację do naszej znajomej restauracji. Ponadto, tradycją są również przemowy do mikrofonu, gdzie opowiadamy, jak to fajnie jest trafić do takiego zespołu jak Vive. Mnie to szczęśliwie ominęło, ale gdy dołączał do nas niedawno Tomek Gębala, miałem niezły ubaw. Bycie dyplomatą wychodzi mu znacznie gorzej niż granie w piłkę ręczną (śmiech).

A jak kontakty z zagranicznymi zawodnikami?

Bardzo dobrze. Na początku zamieszkałem w pokoju z Artiomem Karalkiem, który również przyszedł w tym samym okienku. Później też ze względu na grę na tej samej pozycji złapaliśmy się z Blażem Jancem.

Dużo się od niego nauczyłeś?

To niezwykle trudne pytanie, bo on ma swój styl, którego w żaden sposób nie da się podrobić. Bazuje na niezwykłej dynamice i szybkości. Możesz samemu próbować to wyćwiczyć, ale niektórych rzeczy nie opanujesz na takim poziomie. Podglądając go wiem jednak, że nie można być na boisku za bardzo spiętym. Jeśli chcesz zagrać 2 na 2 z kołowym, to trzeba to zrobić, a nie tylko oddawać piłkę. Wówczas czujesz dużą pewność siebie, bo nie czekasz na to, co zrobią inni. Teraz częściej mam takie myślenie, że jeśli dostaję piłkę, to mam z nią rzeczywiście przeprowadzić akcję. Blaż przy rozegraniu zawsze chce zrobić coś dla drugiej osoby. Poza tym nie ma głowy w chmurach, więc da się z nim przyjemnie porozmawiać. Przez niemal całe dwa sezony byliśmy ze sobą w pokoju na każdym wyjeździe.

Nie kłóciliście się o pilota?

Nie. Obaj jesteśmy dosyć spokojni, więc dobrze się dobraliśmy. Zawsze zasłanialiśmy okna na noc, żeby nic nie przeszkadzało w dobrym śnie. Ponadto, obaj lubimy, gdy w pokoju jest troszkę chłodniej, więc z klimatyzacją nie było problemu. Mamy też podobne rytuały przedmeczowe. On zawsze lekko podgala sobie brodę i słucha bałkańskiej muzyki. Ja już ją trochę poznałem, więc absolutnie nie kazałem mu ściszać. Pamiętam nawet tytuł, bo nazywało się to „Hvala ti za stve”, więc można sobie odszukać.

Bałkański charakterek musiał jednak dawać o sobie znać…

Był bardzo zdenerwowany na naszego trenera reprezentacji siatkarzy Vitala Heynena.

Dlaczego?

Słoweńcy wygrali z nami w półfinale mistrzostw Europy i to był dla nich wielki sukces. W końcu pokonali mistrzów świata. Po meczu w ich kraju poniosła się jednak wypowiedź Heynena, który miał stwierdzić, że nie zasłużyli na ten triumf. Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek tak powiedział, ale lawina poszła. To niewielki naród, bo liczy sobie trochę ponad 2 miliony, więc jeśli ktoś im nadepnie na odcisk, wszyscy się na niego rzucają. Zresztą już podczas samego meczu średnio podobało im się jego zachowanie, gdyż często dyskutował z sędziami. Odebrali go jako aroganckiego człowieka.

Starałeś się mu wytłumaczyć, że ten Heynen to jednak nie taki zły?

Nie miałem szans (śmiech). Często jednak rozmawialiśmy na temat tego fenomenu gier zespołowych w Słowenii. Nawet większym wydarzeniem dla nich był fakt, że pokonali nas w piłkę nożną. Co prawda oni mają Oblaka czy Ilicicia, ale w ostatnich latach nie osiągali wielkich sukcesów. Byli niezwykle dumni z faktu, że pokonali ekipę Lewandowskiego, która dodatkowo przed tym meczem miała komplet zwycięstw bez straconego gola w eliminacjach.

Talant Dujszebajew to inspirująca postać?

„Gladiatora” nigdy nam nie puszczał, ale umie zmotywować zawodnika i sprawić, że każdy czuje się potrzebny. Podobają mi się też jego odprawy, które nie są zbyt długie, ale za to jest mnóstwo konkretów. Zwłaszcza przed meczami Ligi Mistrzów, każdy zawodnik z przeciwnej drużyny jest szczegółowo rozpisany. Parę razy zdarzało się tak, że dostałem konkretne zadanie w meczu – powstrzymać jedną akcję, którą rozgrywa przeciwnik. Chodziło o to, że właśnie wtedy mam wejść i przeszkodzić rywalowi w danym zwodzie czy podaniu. To wydaje się śmieszne, ale później ta jedna bramka, która wtedy nie padła, decyduje o wyniku meczu. Talant to detalista, ale mi się to podoba.

Co sprawia, że po meczu jesteś zadowolony ze swojego występu?

Zawsze cieszą mnie spotkania, w których mam 100% skuteczności albo niewiele mniej. Jestem skrzydłowym, więc wiadomo, że jeśli już dostaję piłkę do wykończenia, to margines błędu jest niewielki.

To pewnie świetnie wspominasz słynne starcie z PSG.

Tak. Żałuję tylko, że nie pograłem trochę dłużej. Faktycznie jednak w statystykach rzutów jest 1 na 1, więc wszystko się zgadza. Dla klubu był to oczywiście ogromny sukces. Wygrać dziesięcioma golami z taką paką, gdzie grali Hansen, Gensheimer, Karabatic czy Sagosen – kosmos. Liga Mistrzów uczy mnie na nowo pasji do piłki ręcznej. W tych rozgrywkach każdy gol to dla mnie przeżycie. Wydaje mi się, że nawet lepszą skuteczność miałem w Europie niż w Superlidze.

Dla kibiców w Kielcach jesteście zapewne lokalnymi bohaterami.

Pamiętam o sytuacji z Cupiciem, więc nigdy nie odmawiam zdjęć. W Lidlu, na ulicach czy w restauracjach jesteśmy rozpoznawalni, a to na pewno bardzo miłe. Denerwują mnie jednak sytuacje, gdy podlatują do mnie dzieciaki i mówią: „Moryto, daj autograf”. Wspominał o tym kiedyś Sławek Peszko, że ma z tym podobny problem. Dla mnie to niegrzeczne, bo przecież można się zwrócić w inny sposób. Wtedy czuje się traktowany trochę jak maszynka do podpisu, bo one nawet nie wiedzą, jak mam na imię.

Odmawiasz?

Nie, bo przecież nie jest tak, że ten dzieciak chce mnie obrazić. Pewne błędy musiały być popełnione w wychowaniu i takie zachowanie świadczy bardziej o rodzicach.

Jak smakowało tegoroczne mistrzostwo wywalczone przy zielonym stoliku?

Na pewno inaczej, bo to duża kontrowersja. Nie ma porównania z moim pierwszym tytułem, który przeżywałem rok wcześniej. Nie celebrowaliśmy tego zbytnio, a na stronie klubowej pojawiła się tylko krótka informacja z grafiką. Zawsze będzie ktoś poszkodowany, a w naszym przypadku były to drużyny, które zakwalifikowały się do play-off. Jeśli chodzi o fazę zasadniczą, zajmowaliśmy jednak pierwsze miejsce. Nawet gdyby został dograny ostatni mecz, nic by się nie zmieniło, bo różnicą bramek wyprzedzaliśmy Wisłę Płock. Oni na pewno są pokrzywdzeni, ale z drugiej strony nie jest to niesprawiedliwe rozwiązanie.

Gdy mówimy o twojej przygodzie w Vive, pojawia się dużo ciepłych słów. Mistrzostwa Polski, gwiazdy, Liga Mistrzów – to jest dla ciebie świat klubowy. O wiele gorzej jest w reprezentacji.

Eliminacje do EURO były dla nas drogą przez mękę. Nie mogłem już zrozumieć porażki z Izraelem, ale oni przynajmniej mieli gościa na prawym rozegraniu, który gra w młodzieżowej drużynie w Bundeslidze. Spora część graczy występuje również w innych klubach poza Izraelem, więc widać, że coś się dzieje w tej drużynie. Najgorszy był zdecydowanie remis z Kosowem…

Co się działo w szatni po tym meczu? Uratowaliście przecież wynik w ostatnich sekundach.

Kompletnie nie pamiętam. To był ogromny wstyd. Graliśmy w jakiejś hali, która była częścią centrum handlowego i nie potrafiliśmy tam pokonać amatorów. Po takich meczach wiele dziwnych myśli przychodzi do głowy.

Ktoś próbował pocieszać? Za moment mieliście przecież bardzo ważny mecz z Izraelem.

Pewnie Przemek Krajewski, bo on jest takim dobrym duchem drużyny, ale też często zwraca uwagę na popełniane błędy. Podobnie Piotrek Chrapkowski, który jest kapitanem. My chyba potrzebujemy jednak większej dyscypliny, a nie klepania po plecach. Musimy zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy Duńczykami czy Francuzami, gdzie czasem rzucisz im piłkę i jakaś wybitna jednostka może samemu przesądzić o wyniku meczu. My jako Polska możemy coś zdziałać tylko w zgranym kolektywie. Gdy każdy będzie ciągnął w swoją stronę, nic z tego nie będzie. Samemu zdarza mi się to głośno powiedzieć, kiedy widzę, że ktoś nie stosuje się do danych założeń.

Ta zmiana na stanowisku selekcjonera była trochę gwałtowna, prawda?

Zaskoczony byłem samym momentem, ale Patryk Rombel i Piotr Przybecki to dwóch zupełnie różnych szkoleniowców. Jeden stawia na styl siłowy oparty na wybieganiu, a drugi na bardziej kombinacyjną grę choćby przy rozegraniu. Mi akurat pomysł trenera Rombla odpowiada, bo był asystentem Talanta, więc podobnie gramy w klubie. W polskiej lidze ten styl hiszpański nie jest jednak zbyt popularny. Dobrym przykładem jest Szymon Sićko, który ma niesamowite predyspozycje do gry w ataku. Tuż przed ostatnim EURO musiał się jednak dostosować do stylu, w którym nigdy nie grał. Całe życie spędził przecież w systemie niemieckim, grał nawet w Bundeslidze. Mówił, że nie do końca odnajduje się w tej taktyce, ale na EURO było widać, że z każdym meczem jest coraz lepiej.

Jesteś w tej kadrze już ponad 3 lata, bo zaczynałeś na mistrzostwach świata we Francji w 2017 roku. Przeżyłeś już trzech selekcjonerów. Mnóstwo w tym czasie mówiło się o nauce i wyciąganiu wniosków. Czujesz, że ta kadra jest lepsza niż wtedy, gdy do niej wchodziłeś?

U nas zmiana pokoleniowa była niezwykle szokowa. Nie mieliśmy żadnego okresu przejściowego, tak jak jest w innych reprezentacjach. Talant Dujszebajew powiedział kiedyś, że potrzebujemy około 50 spotkań na arenie międzynarodowej w podobnym składzie, aby się ograć i złapać doświadczenie. Mi dopiero przed ostatnim EURO wybiło tyle meczów na liczniku, więc nie jest to proste. Niektórzy zaczęli dopiero teraz, a na co dzień grają w polskiej Superlidze, gdzie nie ma takiej konsekwencji w działaniu. Gdy popełnisz błąd nie zostaniesz tak ukarany, jak na mistrzostwach, gdy naprzeciwko staje taki gracz jak Andy Schmid. Stąd też moje oburzenie faktem, że nie zagramy meczów kwalifikacji do MŚ 2021. Dla nas zarówno dwumecz z Litwą czy potem z Białorusią to byłyby bezcenne minuty.

Te decyzje władz piłki ręcznej dotyczą zarówno reprezentacji, jak i klubu, bo Vive też nie będzie miało możliwości powalczyć o Ligę Mistrzów. Przeszło ci przez głowę słowo kradzież?

Nie rozumiem, dlaczego tych meczów kwalifikacyjnych nie można rozegrać w październiku. Zazwyczaj jest wtedy takie okienko, gdzie reprezentacje grają mecze sparingowe. O wiele bardziej sprawiedliwe byłoby rozegranie nawet jednego meczu na neutralnym terenie niż odwoływanie wszystkiego. Sprawa byłaby załatwiona w kilka dni, a tak pozbawiono nas szansy występu na mundialu w 2021 roku.

Jeśli chodzi o Ligę Mistrzów to zdaje sobie sprawę, że o wiele trudniej byłoby znaleźć terminy. Final Four zaplanowano na koniec grudnia, ale pewnie we wrześniu czy październiku wystartuje już kolejna edycja. Poza tym mogliśmy zająć pierwsze dwa miejsca w grupie i nikt nie miałby pretensji.

Wierzysz w dziką kartę dla Polski i możliwość występu w mundialu?

Tak. Mam nadzieję, że federacja weźmie pod uwagę współorganizację kolejnego turnieju w 2023 roku. Dla nas to bardzo ważne, aby przed naszym mundialem poczuć atmosferę wielkiego święta i nie przystąpić później do imprezy bez żadnego obycia.

Obawiasz się o przyszłość finansową Vive?

Jako drużyna solidarnie zgodziliśmy się na obniżki pensji, bo wiemy, że firma prezesa Servaasa nie jest w łatwej sytuacji. Na razie, nic nam jednak nie przekazywał. Widziałem tylko wywiad, w którym mówił, że w najbliższych tygodniach pojawi się komunikat o przyszłości klubu. Czekam i nie chcę się martwić na zapas. To taki człowiek, który zawsze radził sobie z wszelkimi przeciwnościami i wierzę, że teraz będzie podobnie.

Marzysz o wyjeździe do Bundesligi?

Mam jeszcze rok kontraktu w Kielcach i czuję się tutaj bardzo dobrze. Gdy byłem młodszy, to oczywiście marzyłem o takim wyjeździe, ale teraz mam inne przemyślenia. Uważam, że fajniej jest grać regularnie w Lidze Mistrzów niż w klubie Bundesligi, który nie ma takiej możliwości. Większym marzeniem jest na pewno wygranie europejskich rozgrywek niż ligi niemieckiej. Jeśli już wyjazd zagranicę, to wcale nie muszą to być nasi zachodni sąsiedzi.

Po pięknych zeszłorocznych oświadczynach w Paryżu, to pytanie musi wybrzmieć. Kiedy ślub z Magdą?

Planowaliśmy za rok, ale pandemia zbiera swoje żniwo. Kilku naszych znajomych zamierzało się pobrać tego lata i musieli przełożyć albo odwołać imprezy. Liczę jednak, że w naszym przypadku będzie inaczej i będziemy mogli sformalizować nasz związek.

ROZMAWIAŁ WOJCIECH PIELA

Fot. archiwum własne, Piotr Kucza/400mm.pl, Michał Chwieduk/400mm.pl


Aktualności

Kalendarz imprez